Swego czasu zastanawiałam się, czy nie wybrać się na Jaipur Literary Festival. Wiązałoby się to z wzięciem kilku dni urlopu, na co niestety nie mogłam sobie pozwolić i bardzo żałowałam, że festiwal nie odbywa się tydzień później, kiedy to od czwartku do poniedziałku mam wolne.
Postanowiłam śledzić przebieg festiwalu w internecie i gazetach. Program był dość ciekawy, więc liczyłam na interesujące relacje… Wszystkie spotkania i dyskusje odeszły jednak w cień, a blask reflektorów i cenne kolumny w gazetach skupiły się na Salmanie Rushdiem. W „Times of India” pojawiła się jedynie krótka notka ze spotkania z Oprah Winfrey oraz wywiad z Benem Okri, w którym jedno pytanie dotyczyło Rushdiego.
W tygodniu, w którym z wielkim hukiem obchodzi się Dzień Republiki (26 stycznia), wydarzenia w Jaipurze zaprzeczają wartościom równości, wolności i braterstwa. 19 stycznia pojawiły się pierwsze informacje o możliwym zamachu na Rushdiego, gdyby ten pojawił się na festiwalu. Lokalne władze właściwie zrzuciły cała odpowiedzialność na organizatorów festiwalu: „Organizatorzy sami powinni poczynić kroki aby nie doszło do sytuacji, w której porządek i prawo zostałyby złamane. Rząd ma nadzieję, że nie dojdzie do takiego incydentu.” *
Oliwy do ognia dolali 4 pisarze: Hari Kunzru, Amitava Kumar, Jeet Thayil oraz Ruchir Joshi, którzy w ramach wsparcia dla Rushdiego odczytali fragmenty zabronionych w Indiach „Szatańskich wersetów” (przy okazji polecam tekst Kunzru dla brytyjskiego Guardiana, w którym mówi on o wydarzeniach w Jaipurze). Wywołało to kolejną burzę i literaci zmuszeni byli w pośpiechu opuścić Indie, aby uniknąć aresztowania. Kilka pozwów trafiło do sądu przeciwko 4 autorom oraz organizatorom festiwalu… W międzyczasie na festiwalu powstała petycja adresowana do rządu indyjskiego apelująca o zniesienie zakazu „Szatańskich wersetów”.
Rushdie miał wystąpić i mówić o „Dzieciach północy” na sesji video. Również to nie spotkało się z przychylnym spojrzeniem władz. Policjant, który chce zachować anonimowość wyznał dziennikowi „The Times of India”: „Powiedzieliśmy organizatorom, aby zapewnili nas na piśmie, że Rushdie nie powie niczego oszczerczego, prowokacyjnego lub nielegalnego.” ** Swoją drogą zastanawiam się, jak można powiedzieć coś nielegalnego? W państwach demokratycznych, do których Indie z dumą się zaliczają, panuje wolność słowa, nie ma list tematów legalnych i niezgodnych z prawem. A przynjamniej nie powinno być… Komisarz policji, Bhagwani Lal Soni, dodał, że „tylko dlatego, że (Rushdie) siedzi daleko, nie znaczy, że może on mówić, co tylko chce” ** oraz pogroził, że również przeciwko niemu, nie tylko organizatorom festiwalu i właścicielowi Diggi Palace, gdzie miała odbywać się transmisja, zostanie wszczęte postępowanie.
Przed planowaną transmisją, przed Diggi Palace znalazła się grupa protestujących. Organizatorzy festiwalu, wśród nich m.in. William Dalrymple, zostali wezwani do komisarza policji i zostali postawieni przed wyborem – odwołać transmisję i trzymać się zasad wolności ryzykując zamieszki czy zrezygnować z rozmowy z Rushdiem jednocześnie rezygnując z podstawowych wartości, którym służyć miał festiwal, ale nie doprowadzić do rozlewu krwi? Od podjęcia tej decyzi uchronił ich właścicel Diggi Palace, o czym Dalrymple pisze dla Guardiana. Transmisję odwołano.

Satyryczny obrazek o rzekomym zamachu na Rushdiego, źródło: http://www.thehindu.com/opinion/cartoon/article2826443.ece
Rushdie odwiedził Indie już kilka razy po publikacji „Szatańskich wersetów” i obrót sprawy w Jaipurze był zaskoczeniem dla wszystkich. Najbardziej rozczarowujące jest podejście lokalnych władz, które pozwoliły się zaszantażować mało znanej islamskiej grupie. Nadchodzą wybory w stanie Uttar Pradesh, gdzie muzułmanie stanowią 20% elektoratu, więc nie byłoby w interesie polityków denerwować swoich wyborców… Jak to ujęto w „The Times of India” zaledwie 3 dni temu – „politycy [...] poddali się siłom nietolerancji. Jak możemy nazywać siebie demokracją, skoro kilku fanatykom pozwolono trzymać cały naród jako zakładników?” ***
Pamiętam, jak krótko po przyjeździe do Indii, ojciec mojej znajomej z dumą i wielkim uśmiechem, który sprawił, że jego bujny wąs niemal dotykał oczu, oznajmił, że Indie są największą demokracją na świecie i że gdyby w USA mieszkało tyle ludzi, to panowałby tam chaos, żaden rząd nie poradziłby sobie z taka populacją. Powstrzymałam wtedy szyderczy śmiech i pytanie, czy Indie są przykładem porządku i równości, z milionami ludzi mieszkającymi w slumsach i wykonującymi prace za mniejsze niż głodowe pensje. Powstrzymałam się od zapytania, gdzie jest równość w kraju, w którym panuje podział kastowy i gdzie byle Hindus nie poniży się do tego stopnia, aby posprzątać własną łazienkę, a zawoła kogoś z najniższej kasty do tego zadania. Był to jednak początek mojej przygody z Indiami i nie chciałam nikogo urazić. Gdybym dzisiaj spotkała tego pana, z chęcią bym z nim podyskutowała.

Kolejna satyra, źródło: http://www.manjul.com/index.php/2012/01/23/angry-authors-read-satanic-verses-at-jaipur-literature-festival/#.TyOR2nKjmSo
Słyszeć o takich wydarzeniach mieszkając w Europie, gdzie „Szatańskie wersety” można bez problemu kupić i czytać do woli, a być w kraju, w którym politykom bardziej zależy na wynikach wyborów niż na wolności słowa i innym wartościom będących fundamentem demokracji, to dwie różne sprawy. Czytałam o kontrowersjach związanych z pisarzem siedząc wygodnie w Polsce i patrząc na „Szatańskie wersety” na półce. Dziwiłam się, jak można być tak nietolerancyjnym i zaślepionym nienawiścią, aby nakazać palenie egzemplarzy powieści i zabicie jej autora. Oczywiście, nie pochwalam tego w najmniejszym stopniu, ale Chomeini wydał fatwę na Rushdiego, bo czuł, że obraża ona islam. Jakkolwiek niedorzeczne wydaje się takie rozumowanie, to w oczach radykalnych muzułmanów imam bronił wiary. Chciał pisarza martwego nie dla własnej korzyści, a dla korzyści religii i oczyszczenia islamu od oszczerczych, w jego oczach, słów Rushdiego. Tymczasem indyjskie wydarzenia nie miały na celu obrony jakichkolwiek zasad. Bo nie chodziło przecież o ochronę wrażliwych uczuć religijnych protestujących muzułmanów. Władze w strachu przed przegraniem wyborów, w obawie przed straceniem władzy, a nie w obronie jakichkolwiek wartości mniejszości muzułmańskiej, uciszyły cenionego literata. Nie wiem, dokąd zmierza indyjska demokracja i chyba nie chcę się przekonać.
—–
*wypowiedź Ashoka Gehlota, szefa rządu Radżastanu,”The Times of India”, 19.01.2012. Tłum. własne.
** „The Times of India”, 24.01.2012. Tłum. własne.
*** „The Times of India”, 25.01.2012. Tłum. własne.














Kobiety w świątyni
Świątynia oświetlona z okazji Navratri
Typowe przedstawienie Durgi wraz z jej dziećmi
































