Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

Zima i Jarmark Bożonarodzeniowy grudzień 23, 2009

Zaszufladkowany do: Miejsca/wydarzenia, Off topic — Lilithin @ 17:56

Wszystkim, którzy odwiedzają tego bloga, a także ich rodzinom składam najserdeczniejsze życzenia zdrowych, spokojnych Świąt, książkowych prezentów pod choinką oraz pomyślnego roku 2010.

Poniżej kilka zdjęć związanych nieco z tematem ;)

 

“The Secret Scripture” – Sebastian Barry grudzień 20, 2009

Zaszufladkowany do: Przeczytane — Lilithin @ 18:47

W szpitalach psychiatrycznych, w obłędzie, istnieje coś osobliwego, co fascynuje pisarzy i nie mniej intryguje czytelników. Stary, przeznaczony do rozbiórki szpital dla obłąkanych z pacjentami, którzy spędzili w nim większość życia i pamiętają jeszcze drugą wojnę światową, szpital z mroczną historią nadużyć, stojący gdzieś na rubieżach Irlandii, przeznaczony do rozbiórki mógłby się wydawać idealnym miejscem akcji dla powieści grozy. Sebastian Barry wychodzi jednak poza stereotypowe skojarzenia z tego typu miejscami, a efektem tego jest niezwykła, porywająca proza.

Roseanne McNulty jest najstarszą rezydentką szpitala w Roscommon, a być może nawet i najstarszą osobą w Irlandii. Powody skierowania jej do placówki są niejasne, dokumentacja gdzieś zagubiła się w zawierusze historii, a konieczne jest reewaluacja stanu pacjentki. Roseanne jednak niechętnie rozmawia z doktorem Grenem o sobie, swoją historię spisuje w ukryciu. Jej wspomnienia stanowią stanowią jeden z dwóch typów narracji w “The Secret Scripture”; dzieje życia kobiety przeplatają się z notatkami lekarza i tym, czego dowiedział się on o pacjentce z innych źródeł. Historie przenikają się, wydarzenia w dziwny sposób wykluczają się nawzajem lub widziane oczyma różnych ludzi, ukazują więcej niż jedną prawdę. Któremu narratorowi możemy ufać? Lekarzowi, który posiada jedynie strzępy zdarzeń, znane z relacji niekoniecznie przychylnych Roseanne świadków; lekarzowi, który sam boryka się z własnymi problemami? Roseanne, która już nawet nie pamięta, kiedy trafiła do szpitala, która sama przyznaje, że to, co pamięta, wcale może nie być realnym, a tylko takim jej się wydawać? Swoją drogą, stawia to czytelnika przed pewnymi pytaniami, każe zastanowić się nad tym, w jakim stopniu nasza pamięć zachowuje pewne wspomnienia, inne przekształca w takie, z którymi łatwiej sobie poradzić, a jeszcze inne zupełnie wypiera. A jeśli pamięć dokonuje takich kuglarskich sztuczek, to jak możemy być pewni, co jest prawdą, a co nie?

Barry pisze pięknym, miejscami nawet poetyckim językiem. Słowa Roseanne wydają się być delikatne i kruche, pełnego godności piękna i niezwykle nasycone emocjami.

“It was in the next street in a derelict cottage [...] that he hanged himself.

Oh, oh, oh, oh, oh, oh, oh, oh, oh.

Do you know the grief of it? I hope not. The grief that does not age, that does not go away with time, like most griefs and human matters. That is the grief that is always there, swinging a little in a derelict house, my father, my father.

I cry out for him.” *

Miłość do ojca i tęsknota za nim w pewien sposób zdeterminowała wybory Roseanne, które, choć z zewnątrz wydawały się nieistotnymi epizodami, doprowadziły do zgubnego finału. Może gdyby Roseanne żyła w innych czasach, w innym kraju, jej życie potoczyłoby się inaczej. Irlandia jest jednak pełnowartościowym bohaterem powieści i jej tragiczne dzieje wpłynęły na losy kobiety. Barry’emu udało się pokazać, jak walka o władzę, niepokoje społeczne i uprzedzenia wpływają na zwykłych, szarych ludzi, którzy okazują się być tylko marionetkami w rękach historii. Ciekawe, ilu ludzi dzieli podobny do Roseanne życiorys, ilu doświadczyło w życiu tak wielkiej niesprawiedliwości i cierpienia. Ilu z nich odeszło w zapomnienie. Autor przyznał, że do napisania “The Secret Scripture” zainspirowała go rodzinna historia o dalekiej ciotce, która również została umieszczona w zakładzie dla psychicznie chorych za jakieś przewinienie źle widziane w oczach rosnącego w siłę w Irlandii Kościoła katolickiego. ** Podczas lektury przypomniał mi się film “Siostry magdalenki” i zaczęłam się zastanawiać, co jest w nas, kobietach, w naszej seksualności takiego strasznego, że instytucje kościelne podejmują tak drastyczne kroki, aby pozbyć się wyimaginowanego zagrożenia. I gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Jak to możliwe, żeby ktokolwiek posiadał władzę do uwięzienia niewinnej osoby?

“The Secret Scripture” to lektura poruszająca do głębi. Losy Roseanne wzruszają, a jej postawa ciepłej osoby, pogodzonej ze swoim losem i nie obwiniającej nikogo, może budzić podziw lub zdziwienie, ale na pewno nie pozostawi czytelnika obojętnym. Napisana pięknym językiem historia na tle burzliwych przemian w Irlandii nie pozwala odłożyć książki na półkę. Ja sama czytałam do 2 w nocy i nie mogę przestać myśleć o pięknej kobiecie, której odebrano wszystko, co kochała, a która, mimo tego, nie pogrążyła się w rozpaczy i postanowiła mierzyć wartość swego życia kilkoma dobrymi chwilami, a nie latami nieszczęść. I zwyciężyła.

—–

*Sebastian Barry, The Secret Scripture, Faber and Faber, Londyn 2008, s.86.

** http://www.guardian.co.uk/books/2008/apr/27/fiction.culture

—–

Na marginesie:

Nie mogę w to uwierzyć, po prostu nie mogę, że Booker powędrował do Adigi, a nie do Barry’ego. “Biały tygrys” podobał mi się, ale “The Secret Scripture” to zupenie inna liga. Podczas gdy książka Adigi po prostu się podoba, powieść Adigi wręcz zachwyca i zniewala. Ale może nie powinnam się dziwić, żyjemy przecież w czasach, w których przyznaje się Nobla za dobre chęci.

 

“Nieposłuszeństwo” – Naomi Alderman grudzień 17, 2009

Zaszufladkowany do: Przeczytane — Lilithin @ 14:25

Muszę przyznać, że z “Nieposłuszeństwem” Naomi Alderman, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyłam książkę na bibliotecznej półce i od razu zachwyciła mnie okładka. Lubię wszelkie wijące się linie i motywy roślinne.

Widząc różowiutkie litery tytułu i złote elementy, obawiałam się jednak, że książka będzie jedną z prostych i przyjemnych pozycji chick-lit, których treść zapomina się w sekundę po przeczytaniu ostatniego zdania.  Na obwolucie spotkała mnie miła niespodzianka – okazało się, że akcja książki toczy się w londyńskiej dzielnicy żydowskiej, Hendon, tuż po śmierci ukochanego rabina. Z tego powodu do Hendon wraca jego córka, która przed laty opuściła społeczność w  aurze skandalu. Wzajemne animozje dają jednak o sobie znać i Ronit z całą wyrazistością odczuwa, że nie pasuje do ortodoksyjnego środowiska Hendon.

Każdy rozdział zaczyna się cytatem i krótkim opisem żydowskich tradycji. Narracja jest dwutorowa – z jednej strony mamy bezpośrednią relację Ronit w pierwszej osobie, a z drugiej – trzecioosobową narrację, często przedstawiającą myśli i uczucia Esti, dawnej kochanki Ronit, a obecnie żony szanowanego Dovida. Podobało mi się takie rozbicie narracji, dzięki temu powieść zyskała pewnego urozmaicenia i czytało się ją bardzo szybko. Niewielki wgląd w tradycje żydowskie również był cennym doświadczeniem.

Alderman pisze o duszącej atmosferze religijnej ortodoksyjności. Ronit wybucha przy przypadkowym spotkaniu z Chaim’em, który próbuje ją zachęcić do powrotu do religii:

“Czy kiedykolwiek pomyślałeś o tym, że niektórzy z nas nie chcą, aby ich sprowadzać z powrotem? Że niektórzy z nas nie chcą, aby ich odnajdywać? Niektórzy z nas już byli w tej społeczności i wydała im się ona wąska, ograniczająca i bardziej przypominała więzienie niż bezpieczną przystań. Pomyślałeś kiedykolwiek o tym, że Bóg może się mylić?” *

“Nieposłuszeństwo” porusza nie tylko kwestie religijne. To również książka o miłości, prawie do buntu, poczuciu obowiązku, ciszy uniemożliwiającej komunikację. Porusza uniwersalne problemy i choć bohaterowie są nieco zbyt przewidywalni i jednowymiarowi, to warto poświęcić na nią dwa zimowe wieczory.

—–

*Naomi Alderman, Disobedience, Penguin, Londyn 2006, s. 14, tłum. L.

 

Wrocławskie Promocje Dobrych Książek – relacja grudzień 14, 2009

Zaszufladkowany do: Miejsca/wydarzenia — Lilithin @ 23:52

Tydzień temu odbyły się Wrocławskie Promocje Dobrych Książek. Z moich wstępnych planów udało mi się tylko uczestniczyć w trzech spotkaniach autorskich, w których absolutnym faworytem został Krzysztof Varga. Spotkanie miało miejsce we wrocławskiej Galerii Awangarda w niespodziewanie małej i całkowicie zapełnionej Sali Angelusa. Rozmowę prowadził Cezary Polak, ale Varga swoją osobowością i barwnymi opowieściami zupełnie przyćmił prowadzącego.

Pisarz opowiadał oczywiście o swojej najnowszej książce pt. „Gulasz z turula” i odpowiedzialności merytorycznej, która na nim spoczywała podczas pisania. „Nie można walnąć bzdury” – przyznał Varga. „Gulasz…” został już wydany na Węgrzech i jego recenzje pojawiły się w dwóch ważnych tamtejszych gazetach i w serwisach internetowych, a za nimi posypały się komentarze w stylu: „syn węgierskiego Żyda i polskiej Żydówki.” Jak to bywa jednak na internetowych forach, najpierw była „ostra jazda” na pisarza, a potem już dyskutujący jechali siebie nawzajem. Varga, porównując Budapeszt i Warszawę, stwierdził, że „Budapeszt to czuła miłość, a Warszawa – brutalny seks.” Obrazowe i chwytliwe porównanie. Na szczęście, po okresie czułej miłości, pisarz odczuwa potrzebę brutalnego seksu i zaczyna tęsknić za Warszawą. Bardzo dobrze, bo niesamowicie mnie ciekawi, jaka jest proza Vargi – czy dowcipna, autoironiczna, a momentami dosadna, jak jej twórca? Mam nadzieję, że Varga-pisarz spodoba mi się tak samo jak Varga-gawędziarz.

Byłam również na spotkaniu z Olgą Tokarczuk, która w długich dredach i fuksjowej opasce prezentowała się bardzo ciekawie. Tutaj prowadzący i pisarka grali niemal tak samo ważne role i uważnie słuchali, co każde z nich ma do powiedzenia. Tokarczuk z przejęciem opowiadała o zabijaniu zwierząt przez myśliwych, co stanowi element jej najnowszej powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Nie spodziewałabym się, że Tokarczuk napisze kryminał, ale coś mi mówi, że nie będzie to typowy przedstawiciel gatunku. Książkę już mam na półce, pozostaje tylko znaleźć czas na czytanie.

Same stoiska wystawców nie zrobiły na mnie jakiegoś większego wrażenia. Wolę jednak buszować w dużych księgarniach, gdzie spokojnie mogę poprzeglądać książki, nigdzie się nie spieszyć, nie przepychać się, nie wpychać i gdzie sprzedawca nie patrzy mi na ręce. A ceny też nie były specjalnie kuszące. Owszem, (dosłownie) kilka złotych można było zaoszczędzić, ale ciągłe dopytywanie o ceny też było męczące. Efekt – wyszłam z jedną książką (Tokarczuk, choć w sumie mogłam jednak skusić się na „Gulasz z turula”).

Z miłych akcentów: byłam świadkiem, jak Ryszard Krynicki przy podpisywaniu swoich książek, z łagodnym uśmiechem zapytał jedną panią, czy już czytała jakiś wiersz z tego tomu. Wydało mi się to niezwykle urocze.

Stoisko jednego z wystawców, Muzeum Architektury

Spotkanie z Olgą Tokarczuk, Galeria Awangarda

Niezwykły regał w Galerii Awangarda

Przepraszam za jakość zdjęć, ani moje umiejętności (zdjęcia z lampą błyskową nie wychodzą mi nigdy), ani możliwości aparatu nie pozwoliły na nic więcej

 

“The Sky Inside” – Clare B. Dunkle grudzień 8, 2009

Zaszufladkowany do: Przeczytane — Lilithin @ 16:18
Tags: ,

Czytałam sztandarowe dystopie, takie jak “1984″ Orwell’a czy “Nowy wspaniały świat” Huxley’a. Sugestywne wizje społeczeństwa przyszłości dość silnie oddziaływały na moją wyobraźnię. Nie inaczej było z “The Sky Inside”, choć spodziewałam się mniejszej siły rażenia, biorąc pod uwagę fakt, że jest to książka przeznaczona dla młodszych czytelników.

Głównym bohaterem powieści jest Martin, żyjący z rodziną na przedmieściach, które ze względu na rzekome trujące gazy zostały przykryte kopułą. Mieszkańcy HM1 nigdy nie widzieli nieba, chmur gnanych wiatrem, nie czuli promieni słonecznych na własnej skórze. Ptaki są dla nich niewyobrażalnym pomysłem. Dzieci są modyfikowane genetycznie i powstają na linii produkcyjnej; małżeństwa po wypełnieniu odpowiednich formularzy mogą się ubiegać o nowego członka rodziny. Nie znaczy to jednak, że młodzi mieszkańcy nie mają własnego zdania. Wszczepione geny zaopatrzyły ich w pewien charakterystyczny zestaw cech, który łatwo może obrócić się przeciwko ich pomysłodawcom.

Na czele świata ukazanyego przez Dunkle stoi prezydent sprawujący “demokratyczne” rządy. Prezydent jest tak wspaniały, że nie trzeba przez wiele lat wybierać nowego. Każdego ranka obywatele korzystają z prawa do wyboru i decydują o wszelakich sprawach, np. jakiego koloru powinny być zasłony. Nie trzeba chyba dodawać, że nieobecność przy głosowaniu jest wysoce niewskazana. Innym zadaniem mieszkańców HM1 jest wspieranie gospodarki i stymulowanie ciągłego wzrostu gospodarczego. A jak dokonać tego inaczej, jeśli nie przez zakupy? Mieszkańcy przedmieść, oddający się zakupom i oglądaniu telewizji. Amerykański sen w bardzo krzywym zwierciadle, a jednocześnie bardzo niepokojąca wizja.

Ciekawym elementem jest też obraz szkoły, w której od uczniów absolutnie nie wymaga się  samodzielnego myślenia, a od nauczycieli – jakiejkolwiek inicjatywy. Nauczyciele odczytują lektury z ekranu komputera lub wyznaczają czas na zrobienie konkretnych ćwiczeń. Nic nie pobudza naturalnej ciekawości dzieci, a jeśli chcą się one czegoś dowiedzieć, najlepiej jest nie pytać, a nadstawiać uszu w ukryciu i nadziei, że ktoś przez przypadek powie coś istotnego. Czy to naprawdę fatalistyczna wizja przyszłości?

Zwykło się mówić, że Orwell’a już mieliśmy, a Huxley dopiero przed nami. Po lekturze “The Sky Inside” skłonna jestem stwierdzić, że to raczej wizja konsumpcjonistycznego społeczeństwa stworzona przez Dunkle wydaje się bardziej prawdopodobna. Jedna z najlepszych książek dla młodzieży, jaką czytałam. Fragment można przeczytać tutaj.

 

“Kaitangata Twitch” – Margaret Mahy listopad 24, 2009

Zaszufladkowany do: Przeczytane — Lilithin @ 21:28
Tags:

Pamiętam, że jako dojrzewający podlotek bardzo interesowałam się interpretacją snów. Jeden z moich znajomych miał wielki sennik w skórzanej oprawie, z którego często korzystaliśmy. Czasami, nie mogąc się z nim spotkać, dzwoniłam, aby odczytał znaczenie danego snu. Z wiekim zainteresowanie tym tematem gdzieś umknęło, a teraz rzadko pamiętam, co mi się śniło.

Takiego problemu nie ma Meredith, główna bohaterka niewielkiej powieści nowozelandzkiej autorki, Margaret Mahy, pt. “Kaitangata Twitch”. Meredith doskonale pamięta swoje sny, a żeby tego było mało, często budzi się w miejsach innych niż swoje łóżko na skutek lunatykowania. Jej sny są nieodłącznie związane z wyspą, na której bohaterka mieszka wraz ze swoją rodziną oraz zagrożeniem, które spływa na piękną, dziką przyrodę za sprawą żądnego pieniędzy przedsiębiorcy. Kaitangata jest spowita aurą tajemniczości i obecnością dawnych, maoryskich mieszkańców. Zagadkowe zniknięcie dziewczynki sprzed ponad 50 lat dodatkowo buduje grozę.

Powieść skierowana do młodych czytelników niewątpliwie jest wartościową pozycją. Styl Mahy nie razi zbytnią prostotą, jak to czasami zdarza się autorom książek skierowanych do młodszych nastolatków, a istotne sprawy, jak ekologia i konieczność zachowania naturalnego środowiska, podane są w atrakcyjnej formie otoczonego aurą niesamowitości thrillera. Dzięki temu niejednemu młodemu czytelnikowi mogą się otworzyć oczy na pewne rzeczy. Szkoda tylko, że w Polsce nie planuje się wydania tej książki.

 

 

Wrocławskie Promocje Dobrych Książek listopad 20, 2009

Zaszufladkowany do: Miejsca/wydarzenia — Lilithin @ 19:18

Jeszcze niedawno zazdrościłam mieszkańcom Krakowa Targów Książki, obniżonych cen i spotkań z autorami, a okazało się, że Wrocław wcale nie jest gorszy od stolicy Małopolski i ma swoją własną imprezę – Wrocławskie Promocje Dobrych Książek. W tym roku, w dniach 3-6 grudnia, odbędzie się 18-ta edycja tej imprezy. Stoiska wydawców będą stały w Muzeum Architektury przy ul. Bernardyńskiej 5, a spotkania z pisarzami odbędą się w Galerii AWANGARDA – BWA przy ul. Wita Stwosza 32. Nie muszę chyba wspominać, jak bardzo się cieszę na to wydarzenie. Szczegółowy plan dostępny jest tutaj.

Mój wstępny plan prezentuje się następująco:

4 grudnia

13.45 W cyklu „Lekcja literatury z autorami Zeszytów Literackich”: „Portret Słowackiego”. Prowadzenie Marek Zagańczyk. Galeria BWA Awangarda, Duży Salon Literacki. Zaprasza Fundacja Zeszytów Literackich.

17.30–18.30 Dr Rafał Eysymontt i dr Leszek Ziątkowski, autorzy nowego Przewodnika „Wrocław”, opowiedzą o historii Wrocławia zapisanej w architekturze, sztuce i urbanistyce. Galeria BWA Awangarda, Witryna Lewa. Zaprasza Wydawnictwo Via Nova.

w połowie wykładu niepostrzeżenie się wymknę, żeby od 18.00 do 19.00 być na spotkaniu z Krzysztofem Vargą, autorem książki Gulasz z Turula, która została nominowana do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. Galeria BWA Awangarda, Salon Angelusa.

5 grudnia

12.00-13.00 Spotkanie z Olgą Tokarczuk, premiera książki Prowadź swój pług przez kości umarłych. Galeria BWA Awangarda, Duży Salon Literacki. Zaprasza Wydawnictwo Literackie.

(początkowo chciałam się zjawić na spotkanie z Aldoną Wiktorską-Święcką i Tomaszem Jakubem Sysło, autorami książki Sex i gender. Traktat o rzeczach codziennych, ale nie mogę się rozdwoić)

17.00-18.00 spotkanie z prof. Januszem Deglerem, autorem książki Witkacego portret wielokrotny. Galeria BWA Awangarda, Salon pod Kolumnami. Zaprasza Państwowy Instytut Wydawniczy.

Jeśli się zdecyduję na kupno nowych książek, to będą to te podpisywane przez nastęujących autorów:

13.00 Krzysztof VargaGulasz z turula. Stoisko Wydawnictwa Czarne w Muzeum Architektury.

13.00-14.00 Andrzej FranaszekPoeci czytają Herberta. Stoisko Wydawnictwa a5 w Muzeum Architektury.

6 grudnia

11.00-12.00 Spotkanie z Wojciechem Chądzyńskim, który opowie jak wrocławianin stał się osobistym lekarzem Lenina oraz przybliży równie interesujące wątki ze swojej najnowszej książki Wędrówki po dawnym Wrocławiu, w której prawda historyczna miesza się z legendą. Galeria BWA Awangarda, Salon Angelusa. Zaprasza Wydawnictwo Via Nova.

12.00-13.00 Spotkanie poświęcone twórczości Zbigniewa Herberta z okazji wydania Bajek oraz książki Poeci czytają Herberta – antologii tekstów poetów o Herbercie pod red. Andrzeja Franaszka. Udział wezmą: Ryszard Krynicki, Adam Poprawa, Andrzej Franaszek. Galeria BWA Awangarda, Sala Witryna Lewa. Zaprasza Wydawnictwo a5.

Nie łudzę się, że nie będzie tłumów, które niezwykle mnie irytują, więc plan pewnie jeszcze zmieni się w miarę rozwoju wydarzeń.

 

Ulubiona książka z dzieciństwa – kolejny etap listopad 16, 2009

Zaszufladkowany do: Off topic — Lilithin @ 22:10

Spośród propozycji przedstawionych  przez Wydawnictwo Dwie Siostry można wybrać jedną książkę, która według czytelników powinna zostać wydana ponownie w serii Mistrzowie Ilustracji.

Można głosować na następujące książki:

CZARODZIEJSKI MŁYN Jerzego i Aliny Afanasjewów z ilustracjami Teresy Wilbik

RAZ CZTEREJ MĘDRCY Antoniego Marianowicza z ilustracjami Janusz Stannego

PROSZĘ SŁONIA Ludwika Jerzego Kerna z ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego

APOLEJKA I JEJ OSIOŁEK Marii Kruger z ilustracjami Zdzisława Witwickiego

PCHŁA SZACHRAJKA Jana Brzechwy z ilustracjami Ireny Kuczborskiej

Więcej informacji tutaj

 

“Ostatni wykład” – Randy Pausch, Jeffrey Zaslow listopad 13, 2009

Zaszufladkowany do: Przeczytane — Lilithin @ 23:18

Ostatni-wykladLektura “Ostatniego wykładu” kazała mi się zastanowić nad tym, w jakim stopniu okoliczności powstania danej książki determinują nasze jej postrzeganie i późniejszą ocenę.Randy Pausch był profesorem informatyki w Carnegie Mellon i “Ostatni wykład” jest zapisem jego wystąpienia, w którym to chciał się podzielić ze słuchaczami tym, co uważał w swoim życiu za najważniejsze. Sytuacja była o tyle dramatyczna, że Randy był chory na raka trzustki i jego wykład nabrał bardzo symbolicznego znaczenia.

Pausch szturmem zdobył Amerykę. Jego wykład można było obejrzeć w internecie, magazayn Time umieścił autora na liście najbardziej wpływowych ludzi na świecie, a prezydent  Bush napisał do niego list z wyrazami podziwu. Muszę przyznać, że ani o zarejestrowanym na kamerze video wykładzie, ani o jego książkowym wydaniu nie słyszałam, dopóki ktoś nie stwierdził, że “Ostatni wykład” odmieni moje życie. Obiecanki cacanki…

Jako forma literacka, “Ostatni wykład” wypada dość słabo. Pausch był profesorem informatyki, nie literatury i jest to aż nadto widoczne w kolejnych rozdziałach. Język jest prosty, mało wyrafinowany, ale pewnie dzięki temu trafia do szerszego grona odbiorców. Mogę zrozumieć, że m.in. dzięki temu Randy podbił serca Amerykanów – prosty człowiek zwraca się do swych słuchaczy w sposób zrozumiały, ciepły, bez posługiwania się naukowym żargonem czy skomplikowanymi metaforami. Mogę zrozumieć, ale zachwytu podzielać nie będę. Rady informatyka też nie zatrzęsły podstawami mojej egzystencji i nie zmieniły jej diametralnie. Ani nawet minimalnie. Podążaj za marzeniami, ciężko pracuj, nie narzekaj na swój los, bądź lojalny, odnajdź w sobie dziecko, niszcz mury, które stoją na twojej drodze – do Coelho porównywać nie będę, bo byłoby to dużym nadużyciem, ale trochę mi to przypominało rady na każdy dzień z jakiegoś kalendarza. Nic odkrywczego.

Jednak jako świadectwo umierającego człowieka, “Ostatni wykład” wypada o niebo lepiej. Postawa Pauscha w obliczu nieuchronnego końca jest niemal heroiczna. Ciepłe wspomnienia z domu rodzinnego, pełne dystansu opowieści o sobie i najbliższych, optymizm i wielka chęć życia faktycznie mogą budzić podziw. Mogą pomóc uporać się innym ludziom z podobną diagnozą oraz ich rodzinom.

I tutaj wracamy do początkowego dylematu. Z jednej strony uważam, że to kiepska książka – napisana zbyt prostym językiem i mówiąca o banałach. Z drugiej – zdając sobie sprawę z okoliczności, w jakich powstała – coś nie pozwala na jednoznaczne skreślenie jej. I jeszcze z tylnej okładki spogląda na mnie uśmiechnięty autor z dwójką dzieci na rękach i trzecim na plecach i się zastanawiam: jak, no jak, można nie docenić “Ostatniego wykładu”; biedny człowiek wiedział, że umiera, a był pełen energii i pozytywnych emocji, a ja tak o mam odstawić książkę w kąt i nigdy już o niej nie pomyśleć? Czy jestem złym człowiekiem, pozbawionym serca, pełnym cynizmu? Może i tak. Gdybym chciała poczytać o bohaterskim zmaganiu się ze śmiertelną chorobą, kupiłabym “Chwilę dla Ciebie”. Od książek wymagam czegoś więcej, niż banalnych frazesów. Jakkolwiek by nie próbowano manipulować moimi emocjami odwołując się do dobrego serca, człowieczeństwa i współczucia, kiepska książką po prostu zostanie kiepską książką.

 

“Nocny patrol” – Sergiej Łukjanienko listopad 10, 2009

Zaszufladkowany do: Przeczytane — Lilithin @ 16:07

nocny patrolNa fali ostatniego czytania literatury fantasy, postanowiłam iść za ciosem i w końcu przeczytać książkę, którą od dawna chciałam poznać. Mowa o “Nocnym patrolu” rosyjskiego autora, Sergieja Łukjanienki.

Pozornie, Łukjanienko nie mówi o niczym nowym. Walka dobra ze złem, wykorzystywanie innych do osiągnięcia tak zwanego wyższego celu, miłość, przeznaczenie, wampiry, czarownicy – wydawać by się mogło, że to znane już wszystkim motywy, ale autorowi jakoś udało się uniknąć wtórności.

Umiejscowienie akcji w Moskwie daje całej historii jakiś taki swojski posmak, a zmagania sił Światła i Ciemności, które wciąż depczą sobie po piętach, dbając o równowagę i próbując zasilić swoje szeregi nowymi członkami, śledzi się z wypiekami na twarzy. Główny bohater, Anton Gorodecki, jest chyba największym plusem “Nocnego patrolu”. Nie jest on wszechmocnym herosem ani nieomylnym, kryształowym i idealnym wojownikiem w walce o sprawiedliwość. Anton ma swoje słabości i chwile zwątpienia, a smutki topi w kieliszku:

“Muszę sobie posiedzieć nad kieliszkiem [...]. Dobrze się upić w samotności, zasnąć pod stołem, obudzić się z bólem głowy. Wtedy od razu będzie lżej.”

Bohater dzięki temu staje się po prostu ludzki, bliższy sercu i duszy słowiańskiej. Do mnie to przemawia. Nie lubię nieskazitelnych postaci o nieposzlakowanej opinii (o czym pisałam tutaj), więc po następny tom serii Łukjanienki na pewno sięgnę.