
Eve Ensler zasłynęła „Monologami waginy”, które wprawdze widziałam, ale nie miałam przyjemności zapoznania się z literackim pierwowzorem. W swojej kolejnej książce Ensler pisze o obsesyjnym dążeniu kobiet do zdobycia pięknego ciała, wymarzonej wagi, płaskiego brzucha.
Wystający brzuch autorki staje się punktem wyjściowym do rozmów z kobietami z różnych stref geograficznych na temat piękna i ciała. Jest tu wyznanie Helen Gurley Brown -redaktorki „Cosmopolitana”, nastoletniej Afroamerykanki, Portorykanki, trzydziestopięcioletniej modelki, Isabelli Rosselini, Masajki, Włoszki, Żydówki i Hinduski. Niektóre z nich pomagają Eve zaakceptować swoje ciało, inne mówią o własnych obsesjach z nim związanych. Szokuje historia kobiety, która zwęziła swoją waginę, aby podobać się mężowi. Szokuje to, że ten sposób zadziałał. Między zwierzeniami kobiet znajdują się komentarze Ensler – czasami ironiczne, zabawne, często bardzo osobiste.
„[Żeby być piękną] musiałabym się odsysać, obcinać, oczyszczać, wygładzać, woskować, przykrywać, powiększać, podnosić, przekłuwać, nakłuwać, utrwalać, zeskrobywać, rozjaśniać, zwężać, rozgniatać, spłaszczać, sprasowywać, redukować, głodować i w końcu zniknąć.” *
No dobrze, ale nie wystarczyłoby po prostu regularnie uprawiać jakiś sport? Wadą „Dobrego ciała” jest brak jakiegoś zbalansowanego podejścia do sprawy, stykają się tu dwie zupełnie skrajne postawy. Z jednej strony mamy Tiffany, która prawie wszystkie części ciała ma „zrobione” i obawia się, że jej mąż (chirurg plastyczny, który wykonał wszystkie operacje) jest tak naprawdę zakochany w swoim dziele, a nie w niej. Z drugiej – Masajka kochająca każdy skrawek swojego niemłodego już ciała i podejście w stylu: akceptacja samej siebie bez względu na wszystko. Nie do końca mnie to przekonuje. A gdzie kompromis między tymi dwoma biegunami? Czy akceptacja własnego ciała musi oznaczać pozwalanie sobie na każdą zachciankę kulinarną i niepodejmowanie żadnego wysiłku fizycznego? To, że nie słodzę herbaty i lubię się zmęczyć na basenie stawia mnie na równi z kobietami przedstawionymi przez Ensler? Nienawidzącymi siebie, z głową pełną emocjonalnych problemów i obsesyjnie podążających za ideałem? Co takiego złego jest w zrobieniu tych stu brzuszków dziennie? Zgadzam się, trzeba akceptować siebie, nie można jednak popadać w jakąś obsesję odchudzania, ale też nie powinno przyjmować się kompletnie bezkrytycznej postawy. Bo kiedy w ramach samoakceptacji jakaś pani straci umiar i mając dużą nadwagę, problemy z sercem, nadciśnienie, podwyższony cholesterol i cukier będzie twierdzić, że wszystko jest w porządku, bo ona akceptuje siebie, to ja tego nie kupuję. Ona może akceptuje siebie, ale jej organizm już nie jest w stanie.
Ogólnie jednak „Dobre ciało” czyta się… dobrze. Szkoda tylko, że jest to tak malutka książeczka – zaledwie 110 stron. Możę gdyby więcej kobiet zabrało głos, lektura dostarczyłaby większych emocji, doprowadziłaby do jakichś odkrywczych wniosków. Pozostaje jednak lekkie uczucie niedosytu.
—–
*Eve Ensler, „Dobre ciało”, tłum. M. Walendowska, wyd. WAB, Warszawa, 2007, s. 84.
—–
P.S. Temat przywodzi trochę na myśl piosenkę Marii Peszek pt. “Kobiety pistolety”:







słów dla tej pięknej książki i że przez to w jakiś sensie „Stambuł” straci część swojego uroku, czekałam na odpowiedni nastrój. Czy ów nastrój nadszedł – nie wiem. Jedno jest pewne: lato ma się ku chyłkowi, temperatury coraz niższe i zanim jesień na dobre zadomowi się za oknami wlewająć w serca smutek i poczucie przemijania, dobrze jest napisać kilka słów o wakacyjnej lekturze.
w domu, a także walki z bratem, które jawiły się chłopcu jako osobiste porażki wynikające ze słabości i braku wystarczającej koordynacji ruchowej. Dla Pamuka „rzecz zwana rodziną była grupą ludzi, którzy z pragnienia bycia kochanymi i pragnienia spokoju, relaksu i bezpieczeństwa, zgodzili się uciszyć, każdego dnia na jakiś czas, własne dżiny i demony i zachowywać się tak, jakby byli szczęśliwi.” [1]
ely, Vintage International, 200g, s. 275. (tłum
aczenie na polski moje, dość dowolnie potraktowane)














