Targ książek na jarmarku z okazji Diwali
Jak wygląda czytelnictwo w kraju, w którym jedna czwarta społeczeństwa jest niepiśmienna? Punjab, w którym mieszkam doskonale wpisuje się w średnią krajową ze swoimi 76% ludzi potrafiących czytać i pisać. Dużo gorzej jest w Biharze, gdzie podział między piśmiennymi a niepiśmiennymi to niemal pół na pół. Sytuacja najlepiej przedstawia się w Kerali – ponad 90% ludzi potrafi tam czytać i pisać. W dwóch skrajnie odmiennych stanach jeszcze nie byłam (a do Biharu nawet się nie wybieram), dlatego też swoje obserwacje opieram jedynie na Chandigarh oraz kilku turystycznych miejscowościach w Himachal Pradesh.
Uliczny sprzedawca pirackich książek
W Chandigarh działają dwie większe (bo nie mogę napisać: “duże”, wtedy pewnie część osób wyobraziłaby sobie bojkotowany ostatnio Empik, a są one mniejsze niż najmniejszy z Empików) księgarnie z literaturą w języku angielskim oraz jedna dość spora z literaturą w językach hindi i punjabi. W kilku punktach miasta można dodatkowo znaleźć niemal mikroskopijne księgarnie, a właściwie kioski. Ich głównym towarem są jednak artykuły papiernicze i prasa, więc półki z literaturą nie kuszą wielkim wyborem. Zwłaszcza jeśli po głębszym przyjrzeniu okazuje się, że większość to poradniki… Antykwariatu nigdzie nie widziałam, ale spotkałam się z rozłożonymi na kocu pirackimi książkami. Z daleka niczym nie różnią od tych księgarnianych, ale po otwarciu okładki ukazuje się kiepskiej jakości ksero na (bardzo) szarym papierze. Średnia cena takiego ‘wydania’ to 150 rupii (ok 10 zł) czyli często mniej niż połowa kwoty, jaką trzeba zapłacić za prawdziwą książkę. W mieście działają dwie biblioteki (płatne) oraz Biblioteka Brytyjska.
Indyjskie książki dla młodzieży
Biorąc pod uwagę, że Chandigarh jest stolicą dwóch indyjskich stanów i że mieszka tu milion ludzi, to sytuacja nie wygląda za ciekawie. Ilość księgarni odzwierciedla popyt na książki. W Polsce narzekania na brak zainteresowania literaturą nie mają końca, ale jednak w mieście z 250 tys. mieszkańców działa 5 księgarni oraz kilkanaście miejskich bibliotek. Obawiam się, że gdyby przeprowadzono badania w Indiach, okazałoby się, że śladowy odsetek społeczeństwa przeczytał jakąkolwiek książkę w ubiegłym roku. Znikoma ilość bibliotek oraz fakt, że nie są one darmowe dodatkowo ogranicza możliwość czytania najbiedniejszym.
Szkoła, w której pracuję jest szkołą prywatną, jak większość szkół w Indiach. Edukacja publiczna nie cieszy się wielkim szacunkiem i nikt, kogo stać na pokaźne wpisowe i miesięczne czesne nie posyła swojej pociechy do szkoły publicznej. Nauczyciele oprawadzający potencjalnych klientów (bo tak to trzeba niestety nazwać, edukacja jest tutaj biznesem) z dumą prezentują bibliotekę i czytelnię. W bibliotece jest 6 regałów z książkami. Zdecydowana większość to podręczniki, relatywnie dużo jest wszelkiego rodzaju wydań encyklopedycznych, najmniej książek, które mogłyby sprawić radość dzieciom i wpoić w nie nawyk czytania. Pamiętam, że w mojej szkole działała niewielka biblioteka, ale zawsze mogłam znaleźć coś ciekawego – czy to przygody Pana Samochodzika, czy Siesicką lub Musierowicz. Trudno mi sobie wyobrazić podobną sytuację tutaj. W Indiach dużo bardziej ceni się podążanie w kierunku nauk ścisłych – zawody lekarza czy inżyniera są bardzo cenione, rodzice wywołują presję na dzieciach, aby właśnie w tym kierunku się kształciły. Kierunki humanistyczne i artystyczne to te, na które idą osoby z gorszymi wynikami z egzaminów. Zdaję sobie sprawę, że to bardzo duże uogólnienie i z pewnością nie wszędzie tak jest, ale ubogie zaopatrzenie bibliotecznych półek mówi samo za siebie.
Tybetańska księgarnia w Dharamsala
Nieco inaczej przedstawia się sytuacja w typowo turystycznych miejscach. Turyści chętnie czytają książki o miejscach, które odwiedzają i właściciele kawiarni i hoteli często kuszą nie tylko zachodnimi wypiekami i dobrą kawą, ale również półkami z książkami, które można czytać w wygodnych fotelach. Nawet najmniejsze kawiarenki mają do zaoferowania niewielkie zbiory, wśród których nie może zabraknąć przewodnika Lonely Planet. Owszem, miło jest zjeść ciasto marchewkowe i wypić earl greya bez cukru, ale działania te są skierowane na zagranicznego turystę, który w danym miejscu ma dać zarobić właścicielowi. Brakuje mi jakiegoś szerzej zakrojonego programu mającego na celu promowanie czytelnictwa. Indie jednak chyba najpierw muszą uporać się z jednym z najwyższych (jeśli nie najwyższym) na świecie odsetek analfabetyzmu, a dopiero potem zająć się propagowaniem literatury.
Antykwariat w Shimli