Pamiętam, jak 1,5 roku temu dostałam na urodziny herbatę Indian Chai Masala z życzeniami spełnienia marzenia o Indiach. Z nabożeństwem zalewałam liście wrzątkiem, czekałam przepisowe 5 minut i piłam aromatyczny, nieco korzenny napój nie dodając do niego cukru. Były to wyjątkowe chwile. Po pierwsze, ze względu na wygodę zawsze wolałam ekspresowe torebki herbaty, z którymi nie było tyle pracy. Już sam rytuał zaparzania i oczekiwania miał w sobie coś magicznego. Po drugie, prezent ten bardzo mnie wzruszył, bo o moim słabo sprecyzowanym wtedy planie o przeniesieniu się do Indii wspomniałam koleżance zaledwie raz i to mimochodem. Po trzecie, pijąc chai masalę myślałam o Indiach, wyobrażałam sobie ludzi pijących podobną mieszankę w swoich domach, zastanawiałam się, czy uda mi się tam wyjechać…
I oto jestem, niemal dokładnie od 6 miesięcy w kraju, o którego odwiedzeniu marzyłam bardzo długo. Może to odpowiedni moment na pierwsze podsumowania, początek roku sprzyja tego rodzaju rozliczeniom, ale dzisiaj chciałabym skupić się tylko i wyłącznie na magicznym, indyjskim czaju.
Gdyby jakikolwiek Hindus widział mój sposób zaparzania i picia indian chai masala we Wrocławiu, wyśmiałby mnie bez wątpienia. To, co piłam – zalane wodą i gorzkie, z pewnością z typowo indyjskim czajem nie ma nic wspólnego. Indyjski czaj to mleczny napój, herbatę zalewa się wodą z dodatkiem mleka lub raczej mlekiem z dodatkiem wody i do tego bardzo słodki. Nie do pomyślenia jest picie gorzkiego czaju lub chociaż podanie cukru w osobnych saszetkach, aby każdy wsypał go tyle, ile potrzebuje. Takie wymysły to tylko w typowo turystycznych miastach, gdzie właściciele kawiarni i restauracji zdają sobie sprawę z fanaberii obcokrajowców. Kiedy pierwszego dnia w pracy zaproponowano mi herbatę i poprosiłam o filiżankę bez cukru, spojrzano na mnie nie jakbym pochodziła z innego kraju, ale z innej planety. Lub nawet innej galaktyki.
Czaj w Indiach piją wszyscy i jest to napój dostępny wszędzie – w modnych kawiarniach, w drogich restauracjach, na dworcach, przy drogach, w przejściach między sklepami, w małych wioskach – i o każdej porze – choć wtedy już nie wszędzie. Między straganami na lokalnych targach krążą chai wallas – sprzedawcy czaju, którzy serwują go w przezroczystych szklankach, nosząc ich na raz po 12 w specjalnych metalowych uchwytach z rączką.
Typowy sposób serwowania czaju
W świątecznym wydaniu Outlooka Rishad Saam Mehta pisze o różnych obliczach indyjskiej herbaty – z dodatkiem szafranu i koziego mleka w Leh, z aromatycznym kardamonem i imbirem w Himachal Pradesh lub z nutką cynamonu w Radżastanie. Ja pozostaję wierna tradycyjnemu czajowi masala, do którego musiałam się przyzwyczaić i nauczyć pić, a dzięki któremu udało mi się usłyszeć kilka ciekawych historii. Bo czaju się nie odmawia. Jeśli sprzedawca w danym sklepie jest w dobrym nastroju i chce chwilę pogawędzić, zaproponuje klientowi szklaneczkę. Sącząc czaj, dowiedziałam się od pana, u którego zaopatruję się w ręczniki, że jego brat ma żonę Polkę i mieszkają razem w Anglii. Żona pochodzi z Kielc. Pan był bardzo entuzjastycznie nastawiony i nawet zadzwonił do owego brata i wręczył mi telefon, abym i ja zamieniła z nim kilka słów. Brat zapytał po polsku jak się mam i ile mam lat. Po przejściu na angielski wyjaśnił, że teraz nie ma wyjścia i musi uczyć się polskiego, bo syn porozumiewa się głównie w tym języku i jest jego najlepszym nauczycielem. Następnym razem muszę się dowiedzieć u pana “od ręczników”, jak rodzina zareagowała na małżeństwo z nie-Hinduską. Przypuszczam, że nie było łatwo.
Innym razem przy szklance czaju byłam świadkiem jak pan własnoręcznie wpinał i zszywał kartki papieru czerpanego do notesu ze skórzaną oprawą. Dowiedziałam się, że swojego fachu nauczył się od kuzyna, do którego to należał sklep, w którym siedzieliśmy. Pan również pochwalił się, że syn jest artystą i zajmuje się malarstwem oraz renowacją zabytkowych mebli. W Indiach niemal każda rozmowa zahacza o członków rodziny, bliższej, dalszej czy tej… planowanej.
W McLeod Ganj pewien młodzieniec w sklepie z szalami wyznał mi, że moja twarz wydaje mu się znajoma, że czuje, że znam mnie całe życie i że wyglądam jak ludzie z jego stron (a pochodził z Kaszmiru, więc tylko zaśmiałam się w głos). Teatralnym głosem wykrzyknął, że przecież śnił o mnie, że piękny był to sen o miłości i nagle oto widzi mnie na żywo i że spełnią się teraz jego marzenia o rodzinie. I to wielkiej rodzinie, bo składającej się z męża (jego), żony (mnie) i 22 dzieci (2 drużyn piłkarskich – tak, aby dzieci mogły grać mecze przeciwko sobie). Zaproponowałam mu, aby podzielił te piłkarskie ambicje między przynajmniej 3 żony, bo dla jednej to zadanie niewykonalne, ale wtedy jego miłość musiałaby być podzielona na 3 kobiety, a on chce oddać całe swoje serce tej jednej jedynej, a nie kilku. Uśmiałam się po pachy, ale wśród ogólnej wesołości był też i element mniej zabawny. Krótko po wejściu do sklepu zapytałam o wiszącą na ścianie drewnianą tabliczkę z tekstem po arabsku. Właściciel sklepu zmieszał się, spojrzał na swoje dłonie, na swojego kolegę marzącego o rodzinie, ponownie na dłonie, by w końcu cichym głosem pełnym obawy wyznać, że jest muzułmaninem i że ma nadzieję, że mi to nie przeszkadza. Nie spotkałam się jeszcze z żadnym Sikhiem czy wyznawcą hinduizmu, którzy wstydziliby się swojego wyznania. Ta drobna wymiana zdań niestety potwierdza, że sytuacja muzułmanów w Indiach nie należy do najlepszych. Bardzo to smutne, że żyjemy w czasach, w których ludzie obawiają się braku akceptacji ze względu na wyznawaną religię.
Czaj pomaga rozpocząć rozmowę, przystanąć na chwilę w napiętym dniu. Warto go polubić, dla wymiany kilku zdań z lokalnymi mieszkańcami czy w celu ogrzania zmarzniętych dłoni podczas powrotu do domu albo oczekiwania na spóźniony autobus. Indie są krajem nieprzewidywalnym, nigdy nie wiadomo, czym zaskoczą, ale jedno jest pewne – czaj znajdzie się wszędzie a wraz z nim towarzystwo do krótkiej pogawędki.
Czaj w przydrożnej szopie w Himachal Pradesh
Local green leaf chai – czyli herbata z oregano
















Chai Masala piłam raz w życiu, w indyjskiej restauracji. Koleżanka, z którą tam byłam, a która spędziła w Indiach kilka miesięcy powiedziała, że to napój bardzo zbliżony do oryginalnego, może odrobinę łagodniejszy. Smakował mi, choć muszę przyznać, że jest tak aromatyczny, że nie poradziłam sobie z całą filiżanką. Notka bardzo ciekawa, zarówno jeśli chodzi o sam napar, jak i migawki z życia w Indiach. Dzięki za podzielenie się!
Herbata z cukrem i mleczna – to chyba nie dla mnie. Ale gdybym miała wysłuchiwać takich historii, jak te powyżej, przemogłabym się.
Znakomicie się czyta!
Herbata z mlekiem toż to bawarka. Fuj, mam niemiłe wspomnienia z przedszkola, w którym nas nagminnie raczono bawarką i w ogóle mi nie smakowała. Tak to w dzieciństwie potrafiono obrzydzić pewne smaki na zawsze.
Dziękuję za ciekawy tekst o czaju.
Ah, dziękuję za ten wpis, od razu masala chai stanęła mi przed oczami, a raczej poczułam jej smak w głowie
Ja przez pierwsze kilka dni w Indiach nie mogłam się przekonać i nie bardzo mi pasowało, ale potem przekonałam się do tego smaku i już piłam zawsze i wszędzie
Teraz zdarza mi się robić masala chai w domu, eksperymentując z ilością i rodzajem przypraw. Czasem też wpadam do indyjskiej restauracji chociażby na sam chai. Wtedy, gdy tak sobie siedzę z filiżanką w ręku i sączę ten napój mam wrażenie, że czas zwalnia (tak jak napisałaś: pozwala przystanąć po napiętym dniu), a mnie ogarniają wspomnienia z indyjskich ulic
Mandżuria, miałaś przedsmak Indii
Mnie na początku dziwiło, że nikt nie pije tu herbaty w dużych kubkach, tylko zawsze w małych filiżaneczkach, potem zrozumiałam, ale teraz się przyzwyczaiłam i chętnie nieraz bym wypiła więcej. Pozdrawiam serdecznie!
Agnes, dziękuję
Ja też na początku sądziłam, że nie dla mnie, a teraz proszę bardzo
Matylda_ab, indyjski czaj wprawdzie z mlekiem, ale to nie do końca bawarka
Mleka jest zdecydowanie więcej niż w bawarce i wszystko razem się gotuje.
Nutta, cała przyjemność po mojej stronie
Emilia, a tak z ciekawości kiedy byłaś w Indiach? W celach turystycznych? Masala chai ma w sobie jakiś urok, prawda?
Witaj, w listopadzie bylam u przyjaciolki w Angli, ktora uwielbia ta herbate. pije ja bardzo czesto bo jej przyjaciele z Indii nauczyli ja przygotowywac taki wywar. sprobowalam ale nie dalam rady skonczyc. szkoda. zupelnie mi nie smakowala. nie twierdze, ze nie sporobuje nastepnym razem ale poki co nie jest to moj ulubiony napoj. natomiast jedzenie, ilosc przypraw, smakow – cos wspanialego. eh te Indie:) pozdrawiam
Zapraszam na mój blog http://peelargonia.blogspot.com/
Lilithin, byłam w Indiach 2 lata temu, w lutym i marcu 2010, w celach turystycznych. Do dziś wspomnienia są bardzo żywe, chciałabym tam pojechać jeszcze kiedyś
Oh tak, masala chai ma swój urok
Izabela, witaj
Uwielbiam indyjskie jedzenie, choć po dłuższym okresie z indyjską kuchnią czasami mam ochotę na zwykłe ziemniaki, w których jedyną przyprawą jest sól
Peelargonia, dziękuję za zaproszenie.
Emilia, trzymam kciuki, żeby udało Ci się wrócić
ah, ja tez marzę o Indiach, może kiedyś uda mi się tam dotrzeć, chociaz herbata z mlekiem lekko ostudziła moje marzenia, mam nadzieje, że pije się tam również coś bez mleka…
Kylinn, oczywiście zwykła, czarna herbata też jest dostępna
Trzymam kciuki, aby udało Ci się odwiedzić ten kraj.