Afganistan ma w sobie jakąś magię, która mnie przyciąga. Książki o tym kraju zawsze mnie interesują, jestem ciekawa czegoś więcej niż strzępów informacji z polskich gazet o stacjonujących tam wojskach. Indyjska prasa pisze o Afganistanie częściej i również w innych kontekstach, np. w dzienniku “The Hindu” jakiś czas temu pojawiła się informacja o koncercie Farhada Darya, który miał miejsce w sekretnym miejscu ze względu na możliwe ataki talibów (którzy za swoich rządów zakazali muzyki) i na którym kobiety nie ośmieliły się tańczyć, bo to wciąż jeszcze tabu. To drugie, bardziej ludzkie, zwykłe oblicze Afganistanu mnie interesuje. Ostatnio przeczytałam 3 książki o Afganistanie, którym ukazanie ludzkiego oblicza tego kraju udało się z różnym skutkiem.
“Modlitwa o deszcz” Wojciecha Jagielskiego przemierzyła ze mną wiele kilometrów, rogi książki się pozaginały, okładka się rozdwoiła, a mimo to wiem, że ten niewielki tom z pewnością jeszcze przejedzie 6 tysięcy km z powrotem do Polski. Mój stosunek do książek w Indiach nieco się zmienił – już nie jest tak szaleńczo zaborczy, nie mam problemów z rozstaniem się z przeciętną powieścią, ale “Modlitwa…” to jedna z tych książek, które chce się mieć na półkach.
Wojciech Jagielski odwiedził Afganistan 11 razy w latach 1992-2001. Jego relacje pokazują walkę Afgańczyków z Rosjanami, dokumentują dojście do władzy talibów, opisują walki między różnymi frakcjami i wojny domowe. “Modlitwa…” to kawałek historii Afganistanu, ale nie obrazy wojny i zniszczonych miast stanowią o jej wartości. Jagielskiemu bowiem udało się przeniknąć do afgańskiej duszy i oddać atmosferę życia surowych mieszkańców tego kraju, dla których wolność jest największą wartością. Afgańczycy nie dali się podbić żadnemu narodowi, a wręcz przyczynili się do upadku Związku Radzieckiego. “Zapłacili jednak cenę ta wysoką i tak straszliwą, że nie tylko podważyło to wartość samej wolności, ale sens walki o nią. Ich kraj został doszczętnie zniszczony i splądrowany. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Afgańczycy zostali zdziesiątkowani, a co czwarty ocalały z tej hekatomby ratował życie ucieczką z kraju.”* Jagielskiemu udaje się dotrzeć do dumnych afgańskich wojowników, którzy nie znają innego sposobu na życie niż walka, którym nie pozostało już nic innego.
“Modlitwa…” to pełna przemocy, ale przede wszystkim piękna książka, która przede wszystkim pozwala lepiej zrozumieć jeden z chyba najbardziej niezrozumiałych narodów na świecie. Jagielski otwiera oczy czytelnika i pozwala mu dostrzec ludzkie rysy w wojennych komendantach, których również ogarnia zwątpienie i rezygnacja – uczucia znane chyba każdemu człowiekowi.
Po świetnym Jagielskim przyszła chwila na bardzo poczytnego autora – Khaleda Hosseiniego. Sukces debiutanckiej powieści pt. “Chłopiec z latawcem” zdziwił samego pisarza, który w jednym z wywiadów przyznał się, że nie spodziewał się, ze historia Amira i Hassana zostanie w ogóle opublikowana. Ja sama nie do końca rozumiem fenomen tej powieści. Owszem, czyta się błyskawicznie i trudno się oderwać od losów przyjaźni między bogatym chłopcem a jego służącym i już nie tyle raził mnie prosty język, co skróty i uproszczenia fabularne. Hosseini bierze na warsztat uniwersalne i wielkie tematy – przyjaźń, poświęcenie, wybaczenie, odkupienie, konflikt ojciec-syn – i eksploatuje je do granic możliwości ocierając się dość mocno o banał. Nagła decyzja głównego bohatera o wyjeździe do Afganistanu wydaje mi się mało prawdopodobna z psychologicznego punktu widzenia, niespodziewana pomoc przyjaciela rodziny magicznie rozwiązuje pewien poważny problem (nie mogę powiedzieć więcej nie chcąc zdradzać wydarzeń). Moim zdaniem takie nagłe, magiczne rozwiązania i odmiany to pójście na łatwiznę ze strony autora. Symetryczna powtarzalność pewnych motywów u przedstawicieli dwóch pokoleń tej samej rodziny pewnie miała na celu nadanie powieści dodatkowej głębi i bliżej niejasnego symbolizmu, ale do mnie niestety to nie przemówiło. Niestety, znowu wydawało się zbyt nieprawdopodobne i dość naiwne. W pewnym momencie już byłam w stanie przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń, odrzuciłam go jednak uważając za zbyt ckliwy i szablonowy. Wciąż miałam nadzieję, że Hosseini czymś mnie zaskoczy. Na próżno.
Na szczęście druga powieść Hosseiniego, “Tysiąc wspaniałych słońc”, była lepsza. Również tutaj autor skupił się na 2 bohaterach, tym razem kobietach, ale nadał im głębi psychologicznej i realistycznie przedstawił tło, z którego wywodziły się obie postaci. Problemy nie rozwiązywały się same w magiczny sposób, to Mariam i Lajla musiały wziąć los w swoje ręce i walczyć o przetrwanie. Hosseini płynnie pokazał przejście z postępowego Afganistanu pod rządem komunistów do kompletnej degradacji roli kobiet po przyjściu talibów. “Tysiąc wspaniałych słońc” to też niejako pomnik Kabulu i jego mieszkańców, którym nie udało się uciec z doszczętnie zniszczonego miasta, a których codzienne życie wiązało się z heroiczną walką o przetrwanie. Dzięki wcześniejszej lekturze Jagielskiego miałam nazwiska afgańskich wodzów nie były mi całkiem obce i mogłam umiejscowić powieść w szerszym kontekście.
“Modlitwa o deszcz” to lektura obowiązkowa dla każdego zainteresowanego Afganistanem. “Tysiąc wspaniałych słońc” zainteresuje szersze grono odbiorców – historia jest tu ważnym, ale wciąż tylko tłem, język prostszy oraz mniej faktów, zdrad i zmian frakcji czyni powieść przystępną. “Chłopca z latawcem” można sobie darować.

Tutaj można posłuchać piosenki “Kabul jan”, którą śpiewa Farhad Darya. Utwór ten był pierwszym puszczonym na antenie afgańskiego radia po wypędzeniu talibów.
A ja powoli planuję lekturę “Dear Zari”, o afgańskich kobieta. Świetna recenzja w najnowszym “Archipelagu”.
Polecam artykuł o afgańskich dzieciach, którym udało się dostać do Europy. Zastanawiam się też nad powieścią o tej tematyce, “Hinterland”, ale obawiam się trochę zbyt ckliwej lektury.

*Wojciech Jagielski, Modlitwa o deszcz. Wyd. WAB. Warszawa: 2010, s. 113.