“Butter Chicken in Ludhiana” mogę chyba zaliczyć do największych rozczarowań zeszłego roku. Przeczytałam tę książkę w zeszłym roku, ale jakoś nie mogłam się zebrać do napisania czegokolwiek – tak wielki był mój zawód… Myślałam, że po upływie czasu moje emocje nieco się uspokoją i będę w stanie napisać bardziej wyważoną recenzję. Tak się jednak nie stało, więc proszę się przygotować na sporą dawkę jadu.
Mishra podróżuje po małych indyjskich miastach. Podróżuje i narzeka. Odnoszę wrażenie, że autor od samego początku nastawił się tak, aby pisać i widzieć same negatywy. Mnie osobiście wręcz rozśmieszyły jego narzekania na rozklekotany autobus – panie Mishra, to są Indie i doprawdy nie wiem, kto w swojej naiwności spodziewa się luksusów w lokalnym transporcie. Zagraniczni turyści, których znam, są bardziej odporni na warunki drogowe w Indiach, niż urodzony tu Pankaj Mishra, który chyba wyszedł ze swojego wygodnego domu pełnego służących i klimatyzacji i poczuł się zaskoczny wszechobecnym brudem, chaosem i hałasem. “Zepsuta droga, wałęsające się krowy, otwarty ściek, zrujnowane sklepy, ziemia pełna śmieci, napierający tłum, kurz – to były prawdziwe Indie, biedne, ohydne i zacofane [...]“* Od wyedukowanego pisarza nie spodziewałabym się takich uogólnień. Indie są krajem tak różnorodnym, skomplikowanym, pełnym kontrastów, że definiowanie ich w jednym zdaniu jest rzeczą krzywdzącą, a jednocześnie – niemożliwą.
Mishra krytykuje dziki postęp ekonomiczny – wszechobecne samochody marki Suzuki Maruti, złote łańcuchy na szyjach świeżo upieczonych biznesmenów, przekombinowane domy postawione za niedawno zarobione pieniądze, wyrastające centra handlowe w Bangalore. Trudno autorowi zaakceptować powstawanie nowej klasy średniej, ciężko mu się pogodzić, z faktem, że pieniądze nie należą już tyko i wyłącznie do uprzywilejowanej klasy wyższej. Każdy może zarobić, zbudować dom, urządzić ogromne wesele. Być może nie każdy posiada wysublimowany gust i poczucie smaku, jakby sobie życzył tego Mishra i to wydaje się być największą bolączką pisarza. Książka została wydana w 1995 roku i ciekawe jak sobie teraz Mishra radzi z drastycznie zmienionym ekonomicznym krajobrazem Indii – kiedy po 17 latach centrów handlowych jest jeszcze więcej i klientów w nich nie brakuje, a klasa średnia jest siłą napędową narodu.
Malkontenctwo Mishry na tym jednak się nie kończy. Nie podoba mu się Shimla, stolica stanu Himachal Pradesh, która “z daleka, a zwłaszcza kiedy przyjeżdża się do niej od strony równin, przypomina rozpaczliwie biedne slumsy Ameryki Łacińskiej: odarta, bezładna mieszanina blachy i drewna na stromym zboczu” ** Moim zdaniem Shimla to jedno z najbardziej urokliwych indyjskich miast – z szeroką promenadą, kolonialnym zabudowaniem w pięknej himalajskiej scenerii. Żadne miejsce, które Mishra odwiedził, nie przypadło mu do gustu. Jaipur nie przypominał już egzotycznej fantazji pełnej bajkowej atmosfery, którą zapamiętał z wizyty w tym mieście jako mały chłopiec. Dziwne prawda? Sama nigdy bym nie wpadła na to, że nasze postrzeganie świata może zmienić się z biegiem lat. Udaipurowi z kolei dostaje się za to, że jest miastem głównie turystycznym, które poza sezonem, spieczone radżastańskim słońcem i gorącym wiatrem loo, pustoszeje i życie w nim zamiera. Mishra odwiedził więcej miast, każdemu postawił jakiś zarzut. Zastanawiam się, czy jest jakiekolwiek miejsce w Indiach, które by mu się spodobało…
Postawa Mishry świadczy o zupełnym braku elastyczności i wyrozumiałości, krytykowanie i naśmiewanie się z często kiczowatego gustu nowych bogaczy wydaje mi się raczej nie na miejscu. Być może poprzednie pokolenia nie miały sposobności kształcić się w zakresie architektury i dobierać idealnie współgrających z otoczeniem projektów. Być może wystawne wesele było pierwszym tego rodzaju w rodzinie, gdzie wcześniej rodzice nie byli w stanie zapewnić podstawowych potrzeb swoim dzieciom? Być może klasa średnia z lat 90-tych nie miała jeszcze wystarczającego obycia, aby usatysfakcjonować autora, ale czy to usprawiedliwia pełną wyższości postawę Mishry? Ludzie, o których autor pisze, w jakichś sposób odmienili swój los, ale ich awans społeczny zamiast z gratulacjami spotykał się z wyszydzeniem. Nie podobała mi się ta książka i kiedy dziś w księgarni widzę nazwisko autora, omijam je z grymasem. Nie mówię, że Indie są idealnym krajem pozbawionym problemów – daleka jestem od idealizowania tego kraju, ale też nie lubię przesady w drugą stronę, kiedy mówi się jedynie o negatywach, a do tego często bez żadnego uzasadnienia.
—–
* Mishra, Pankaj. Butter Chicken in Ludhiana. Penguin Books. Kolkata: 1995. s. 93. Tłum. L.
** Tamże, s. 24.
—–
Poniżej kilka migawek z Shimli, Jaipuru i Udaipuru (po kliknięciu zdjęcia się powiększą)












słów dla tej pięknej książki i że przez to w jakiś sensie „Stambuł” straci część swojego uroku, czekałam na odpowiedni nastrój. Czy ów nastrój nadszedł – nie wiem. Jedno jest pewne: lato ma się ku chyłkowi, temperatury coraz niższe i zanim jesień na dobre zadomowi się za oknami wlewająć w serca smutek i poczucie przemijania, dobrze jest napisać kilka słów o wakacyjnej lekturze.
w domu, a także walki z bratem, które jawiły się chłopcu jako osobiste porażki wynikające ze słabości i braku wystarczającej koordynacji ruchowej. Dla Pamuka „rzecz zwana rodziną była grupą ludzi, którzy z pragnienia bycia kochanymi i pragnienia spokoju, relaksu i bezpieczeństwa, zgodzili się uciszyć, każdego dnia na jakiś czas, własne dżiny i demony i zachowywać się tak, jakby byli szczęśliwi.” [1]
ely, Vintage International, 200g, s. 275. (tłum
aczenie na polski moje, dość dowolnie potraktowane)
















