Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„The Worlds of Lois Lowry” – Lois Lowry Marzec 7, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 12:02
Tags: , ,

„The Worlds of Lois Lowry” to zestaw trzech niedługich powieści dla młodzieży osadzonych w nieokreślonej przyszłości, w świecie rządzącym się innymi prawami niż ten, który znamy.

Na trylogię składają się: „The Giver” (jako jedyny wydany w Polsce pt. „Dawca”), „Gathering Blue” i „The Messenger”. Każda z książek przedstawia inną społeczność w dość sugestywny sposób. Pierwszy tom przyprawił mnie o nieprzyjemne dreszcze, kiedy czytałam o świecie, w którym nie ma kolorów i w którym słowa takie jak ‚miłość’ i ‚kochać’ są uważane za tak przestarzałe i nieprecyzyjne, że nikt ich już nie używa. „The Giver” prezentuje wizję społeczeństwa, którego pozbawiono historii, wspomnień, literatury, a wszystko to w imię wyższego dobra – aby ludzie nie znali cierpienia. Przeszłość wraz z całym okrucieństwem wojen i przemocy, ale i wspomnień miłości i ciepła rodzinnego jest znana tylko jednej osobie w społeczności, którą to rolę wkrótce przejmie pewien chłopiec… Tom drugi, „Gathering Blue”, pozornie nie wiąże się w żaden sposób z pierwszym i wydaje się, że jest osadzony w zupełnie innym świecie. Lowry dokonuje ciekawego zabiegu, bo ukazuje świat przyszłości po pewnej katastrofie (wyczuwanej intuicyjnie przez czytelnika), w którym zamiast ogromnego postępu technologicznego nastąpił całkowity regres i ludzie żyją jak przed tysiącami lat. Ostatni tom, „The Messenger”, ukazuje utopijną, jak mogłoby się wydawać, społeczność, do której każdy może dołączyć i gdzie wszyscy sobie pomagają przyczyniając się do ogólnego szczęścia. Jak to jednak bywa z utopiami, nie są one możliwe na dłuższą metę…

Trylogię Lowry czyta się bardzo dobrze, akcja książek wciąga. Niestety, nie na długie godziny. Żaden z tomów nie był chyba dłuższy niż 200 stron, ale historie przedstawione w powieściach sprytnie się przenikały i uzupełniały tworząc zgrabną całość. Przedstawienie trzech różnych wizji życia w postapokaliptycznej przyszłości było miłą odmianą po kilku lekturach skupiających się na owej wizji tylko z punktu widzenia postępu technologiczngo. Książki pozostawiają jednak pewien niedosyt i kilka nieścisłości w fabule, ale myślę, że nastoletni czytelnik będzie nimi zachwycony. Starszemu po prostu się spodobają.

.

 

„The Djinn in the Nightingale’s Eye” – AS Byatt Luty 26, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 13:58
Tags: ,

Słynne “Possession”, nagrodzone w 1990 Bookerem, skutecznie mnie odstraszyło mikroskopijną czcionką i minimalnymi odstępami między linijkami, ale na bibliotecznej półce znalazłam zbiór 5 baśni A.S. Byatt pt. “The Djinn in the Nightingale’s Eye”, wydany również w Polsce kilka lat temu, ale z tego, co widzę, w okrojonej wersji z 3 baśniami.

Przyznam, że na początku byłam trochę zawiedziona. Dwie pierwsze baśnie (“Glass Coffin” i  “Gode’s Story”) wydawały mi się zbyt konwencjonalne i choć napisane pięknym językiem doskonale przenosiły do magicznego świata, nie zachwyciły mnie niczym nowym. Kolejna opowieść, “The Story of the Eldest Princess”, to nie tylko baśń, ale i komentarz na temat samego gatunku, przewrotna zabawa z konwencją. Najstarsza księżniczka opuszcza zamek mając do spełnienia misję ocalenia królestwa. Będąc jednak oczytaną młodą damą, zdaje sobie sprawę, że jako najstarsza z trzech sióstr jest skazana na porażkę. Czuje, że jest ‘uwięziona w opowieści’ i zastanawia się, jak odmienić typowy dla baśni bieg wydarzeń. Kolejna historia, “Dragon’s Breath”, jest najbardziej ponurą w tym zbiorze. Byatt napisała ją w ramach projektu pomocy ofiarom wojny w Sarajewie. Ostatnia i tytułowa baśń należy zdecydowanie do moich ulubionych. Osadzona w czasach współczesnych, koncentruje się na osobie Gillian Perholt, narratologa (istnieje takie słowo w naszym języku?) przybywającego do Turcji na konferencję naukową poświęconą oczywiście baśniom. „The Djinn in the Nightingale’s Eye” to wielopłaszczyznowa historia, w której łączą się przeszłość z teraźniejszością, magia z prozą życia, tradycja europejska z orientalną. Byatt nawiązuje do narracji z „Opowieści kanterberyjskich” i „Baśni z tysiąca i jednej nocy” tworząc jedną, spójną, niezwykle bogatą, zmysłową i uzupełniającą się całość. Znaleźć tu można również komentarz o roli kobiet zarówno w literaturze, jak i w realnym świecie:

For the stories of women’s lives in fiction are the stories of stopped energies.*

It is because I am a woman, I cannot get out of here, I must sit here and wait for my fate, if only I were not a woman I could go out and do something.**

Zdecydowanie polecam. Warto przenieść się choć na chwilę do baśniowego świata stworzonego przez Byatt za pomocą pięknych słów i literackich odniesień. Sama bardzo żałuję, że musiałam książkę oddać do biblioteki, bo chętnie jeszcze bym wróciła do „The Eldest Princess” i tytułowej opowieści.

—–

* Byatt, A.S.:The Djinn in the Nightingale’s Eye. London: Chatto and Windus, 1994, s.121.

** Tamże, s. 248

 

„Niepewne dni” – Philippe Besson Luty 21, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:42

Niedawno Szamanka pytała, czym się kieruję przy wyborze książki. Odparłam, że blogami, tematyką i autorem. W przypadku „Niepewnych dni” była to li jedynie tematyka oraz… atrakcyjna cena. Kiedy na tylnej okładce przeczytałam, że „Niepewne dni” to fikcyjny dziennik siostry Rimbauda opisujący ostatnie pół roku życia poety, książka od razu powędrowała ze mną do kasy.

Nie zachwyciła mnie ta pozycja. Nie wzbudziła żadnych emocji, może poza znudzeniem, bo zdarzyło mi się zasnąć podczas lektury. W gruncie rzeczy, mogę winić tylko siebie. Bo przecież czego mogłam spodziewać się po książce, która „staje się zapisem przedłużającej się agonii, próbą zrozumienia brata, oddania sprawiedliwości jego życiu i dziełom”* ? Przecież nie opisu atmosfery paryskiej bohemy i skandali otaczających poetę wyklętego. W swoim zaślepieniu jednak, widząc nazwisko Rimbaud, zignorowałam ostrzegawcze sygnały i zaczęłam czytać.

Przez całą lekturę irytowała mnie idealnie kryształowa postać siostry poety, oddana bratu, matce, pracowita, moralna, cierpliwa. Bohaterowie bez skazy są tak nudni, że przyprawiają mnie o zgrzytanie zębów. Odniosłam również wrażenie, że sam autor zbyt wiele o Rimbaud nie wiedział. Owszem, pojawiały się jakieś wzmianki o jego wcześniejszym życiu, o jego poezji, młodzieńczych wybrykach, a potem karierą kupca, ale pobieżne to wszystko było, jakby autor robił research na stronach typu sciaga.pl.

Na szczęście książka nie była długa i wiele czasu nie zmarnowałam. Może spodobałaby się komuś, kto łatwiej się wzrusza, kogo chwytają za serce opisy cierpienia kaleki. Ja do takich osób nie należę i zdecydowanie nie była to lektura dla mnie.

—–

*opis z okładki

 

„Mercedes-Benz” – Paweł Huelle Luty 15, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 14:39
Tags: ,

Jakoś tak się zawsze składa, że prawie w ogóle nie czytam książek polskich pisarzy. Zdecydowana większość moich lektur to dzieła autorów z krajów anglojęzycznych. Dlatego też pomyślałam, że losowanie u Buksy będzie idealną okazją do sięgnięcia po zaniedbywanych polskich pisarzy. Jak się wkrótce okazało, było to spotkanie bardzo przyjemne.

Narrator „Mercedesa-Benza” to niewydarzony literat, który uczy się jeździć autem pod czujnym okiem atrakcyjnej instruktorki, panny Ciwle. Wspólne godziny spędzone w samochodzie stają się idealnym pretekstem do snucia opowieści o wszelkiego rodzaju automobilach obecnych w życiu rodziny narratora. Historie te niejako przy okazji pokazują historię Polski dwudziestego wieku wraz z jej wszelkimi przemianami. Choć wszystko jest podane w lekkiej formie pełnej anegdot i dygresji, niektóre elementy są zaskakująco realne i przyprawić raczej o niestrawność, jak np. żyjący z łapówek demoniczny doktor Elefant czy internetowy biznes polegający na pisaniu kazań dla księży pozbawionych boskiej inspiracji.

Sama książka to jeden wielki list-gawęda skierowany/-a do Bohumila Hrabala. Huelle pisze z wielką swadą i urokiem. Dowcipne uwagi, przekomiczne sytuacje przeplatają się z mało optymistycznym wizerunkiem Polski po przemianie. Pisarz wspomina czasy Solidarności:

„[...] tamte piękne chwile, tamte nasze wielkie wakacje, tamten festiwal wolności, tamte nasze szlachetne zachłyśnięcie się wiatrem od morza, po którym przyszło, nie tak znów prędko, nieuniknione bagno polityki, udręka pospolitych rzeczy, poezja afer, epika kłamstw, festiwal nikczemności, słowem normalne życie z kredytem i debetem [...]” *

Huelle rozciąga język jak gumę i kiedy już się wydaje, że zaraz, za moment, ta guma nie wytrzyma napięcia i zdanie rozsypie się na milion kawałków pozbawionych sensu i polotu, pisarz dokonuje takiego manewru, że czytelnik kręci z niedowierzaniem głową i zastanawia się, jak to możliwe, rozciągnąć jedno zdanie na kilka stron zachowując przy tym logikę, ciąg przyczynowo-skutkowy i nie wprowadzić się w ślepy zaułek bez wyjścia? Ja właśnie tak kręcę głową i jeśli sami chcecie się przekonać o wyjątkowej plastyczności języka i lekkim piórze gdańskiego prozaika, gorąco polecam.

—–

* Huelle, Paweł: Mercedes-Benz. Kraków: Znak, 2001, s. 123.

 

„Czarny ogród” – Małgorzata Szejnert Luty 3, 2010

Filed under: Przeczytane,Wyzwania — Lilithin @ 12:39
Tags: ,

~Nominacja do Nike 2008~

Kiedy na wakacjach osoba pochodząca z Mazowsza zapytała mnie, czy u nas na Śląsku często są tąpnięcia i jak to jest z tymi kopalniami – czy rozchodzą się pod ziemią na całe miasto i czy pod moim domem istnieją chodniki i szyby, zawstydziłam się swoją nieznajomością tematu. Próbuję sobie to tłumaczyć tym, że nigdy nie doświadczyłam drgania ścian ani żaden budynek nie rozpękł się na moich oczach, a moje miasto nie jest typowo górniczym. Nie zmienia to jednak faktu, że pochodzę ze Śląska, a kopalnie są wpisane stale w jego krajobraz i dobrze by było coś wiedzieć na ich temat.

Po lekturze „Czarnego ogrodu” wprawdzie nadal nie jestem w stanie odpowiedzieć na wcześniejsze pytania, ale dowiedziałam się wielu innych ciekawych rzeczy. Małgorzata Szejnert dokonała rzeczy niezwykłej – w nieco przerażająco opasłym tomie opowiedziała historię Giszowca i Nikiszowca unikając dłużyzn i nudnego przytaczania faktów historycznych. Rozmawiając z kilkoma rodzinami z tych dzielnic, odtworzyła bieg wydarzeń i przywróciła do życia dawny klimat górniczych kolonii. „Czarny ogród” to coś więcej niż reportaż. To kawał historii Śląska, to kronika kilku rodzin, zbiór anegdot, album fotografii. Przygotowanie merytoryczne autorki wzbudza podziw, a lekkość pióra zasługuje na oklaski. Nie wiem, jak dziennikarka sprawiła, że Badurowie czy Wróblowie otworzyli przed nią podwoje swoich domów i zakamarki pamięci, ale ich wspólna praca zaowocowała jedną z najpiękniejszych książek, jakie czytałam. Trudno jednoznacznie określić, w czym tkwi siła tej niezwykłej prozy. Na wybitność dzieła składa się wiele czynników, ale dla mnie było to ukazanie historii Śląska z perspektywy zwykłych ludzi, takich jak moja rodzina i moi sąsiedzi. Przedstawienie trudnej sytuacji terenu przygranicznego chociażby na przykładzie szkolnej kroniki, w której raz pisano po niemiecku, a raz po polsku, dużo bardziej przemawia do mojej wyobraźni niż bezmyślne klepanie dat powstań śląskich i liczby ofiar, czym to raczono mnie w szkole.

„Czarny ogród” to  książka, do której na pewno niejednokrotnie jeszcze powrócę. Gorąco wszystkim polecam, nie tylko mieszkańcom Śląska. Wszyscy chętnie czytamy o Toskanii, Paryżu, Indiach, Afryce, dlaczego więc nie sięgnąć po coś, co przybliża część naszego własnego kraju?

 

„Dom skorpiona” – Nancy Farmer Styczeń 23, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 13:25
Tags: ,

Czy ktoś jeszcze pamięta owcę Dolly, pierwsze na świecie zwierzę sklonowane przez naukowców? W 1996 roku grupa pracowników szkockiego Instytutu Roslin powołała Dolly na świat. Obecnie zwierzę stanowi wypchany eksponat w Royal Museum of Scotland. Od tamtej pory klonowanie stało się jednym z najbardziej kontrowersyjnych odkryć nauki.

A gdyby tak sklonować człowieka? A gdyby tak być klonem? Jak wyglądałby świat, w którym moglibyśmy tworzyć swoje kopie? Jak klon postrzegałby taki świat? Takie pytania i wiele innych stawia Nancy Farmer w swojej antyutopijnej powieści  „Dom Skorpiona”. Książka jest wprawdzie przeznaczona dla młodszych czytelników, ale to już kolejny przykład (pierwszy tu) na to, że literatura dla młodzieży niekoniecznie wiąże się z banalnymi problemami. Wręcz przeciwnie, ma zdolność poruszania istotniejszych problemów niż niejedna książka dla dorosłych.

Pas lądu między Stanami Zjednoczonymi, a dawnym Meksykiem (obecnie Aztlán) to Opium – miejsce stworzone przez Matteo Alacrána, zwanego El Patrón. El Patrón. Przy uprawie opium pracują nielegalni emigranci próbujący przedostać się z  Aztlánu do Stanów i na odwrót. Zgodnie z umowami międzynarodowymi, El  Patrón wszczepia schwytanym emigrantom chipy, na skutek czego ludzie stają się bezmyślnymi maszynami, tzw. eejits. Pracują, dopóki nie usłyszą, że mogą przestać. Jeśli ktoś nie poleci im napić się wody, umierają z pragnienia. Na posiadłość Alacránów trafia Matt, pozornie zwykły chłopiec. Kiedy jednak okazuje się, że jest on klonem, staje się obiektem drwin i upokorzeń. Nikt nawet nie chce znajdować się w jego pobliżu, jest traktowany gorzej niż jakiekolwiek inne stworzenie w Opium. Matt jednak nie jest zwykłym klonem, a kopią samego El Patrón. Dzięki temu jego status na posiadłości Alacránów nieco się zmienia, ale wcale nie znaczy to, że chłopiec jest tam bezpieczny. Wkrótce okazuje się, do czego tak naprawdę ok. 140-letni El Patrón potrzebuje swoich klonów.

„Dom Skorpiona” trudno odłożyć choć na chwilę. Wydarzenia niesamowicie wciągają, a bohaterowie są bardzo wyraziści. Przemiana Matta, od początkowej miłości do El Patrón, przez niedowierzanie w jego okrucieństwo, aż po uświadomienie sobie konieczności zmian w Opium, ukazana została bardzo naturalnie i wiarygodnie. Wizja świata ukazana przez Farmer przyprawia o ciarki na plecach i każe zastanowić się nad odpowiedzialnością człowieka nad jego eksperymentami i odkryciami. Ciekawie została ukazana też rola wielkich korporacji w tworzeniu polityki. Zarówno Aztlán jak i Stany Zjednoczone godzą się na sytuację w Opium, bo zwalnia to ich z radzenia sobie z problemem emigrantów.

 

„The Water of Possibility” – Hiromi Goto Styczeń 9, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 12:29
Tags: ,

Ostatnimi czasy, w związku ze studiami, zdarzyło mi się czytać dość sporo literatury młodzieżowej.  W większości przypadków nie odczuwałam nawet, że nie jestem docelową grupą czytelniczą danej lektury. Książki były mądre, ciekawe i wciągały niemal od pierwszej strony. Trochę inaczej ma się sprawa z “The Water of Possibility” autorstwa Kanadyjki japońskiego pochodzenia, Hiromi Goto.

Podczas lektury czułam, że niestety jestem już za stara na takie historie. Wydaje mi się, że “The Water of Possibility” to książka dla dzieci poniżej 12 roku życia. Zwierzęce postaci z japońskiego folkloru mówiące ludzkim głosem to zdecydowanie element kojarzący mi się z bajkami czytanymi dzieciom na dobranoc.

Główna bohaterka powieści, Sayuri, po przeprowadzce na wieś znajduje w piwnicy przejście do innego świata, w którym gubi się jej brat. To właśnie tam dziewczynka dojrzewa, uczy się samodzielności i radzenia sobie w trudnych sytuacjach.

” ‘Kimi’ – pomyślała, przyciskając ręce do klatki piersiowej. ‘Kimi! Nie mogę tego dłużej znieść.’ Sayuri trzęsła się, rozpaczliwie próbując zdusić łkanie, bo wiedziała, że gdyby zaczęła płakać, nie mogłaby przestać. [...] Przełknęła ślinę. Pokręciła głową. Żadnego płakania. Musiała znaleźć tykwę. Wrócić do Echo. Znaleźć wodę. Znaleźć drogę powrotną. To były rzeczy, które musiała zrobić.” *

Z egoistycznej i skupionej na sobie dziewczynki, Sayuri zmienia się w małą bohaterkę – odważną i dbającą o przyjaciół. Autorce bardzo dobrze i wiarygodnie udało się ukazać ową przemianę. Gdybym miała dziecko i czytała mu po angielsku, “The Water of Possibility” świetnie nadawałoby się do tego celu. Dla własnej przyjemności wolę jednak nieco inne lektury.

——

* Hiromi Goto, The Water of Possibility, Coteau Books, Niagara Falls 2002, tłum. L.

 

„Grecki skarb” – Irving Stone Styczeń 6, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:12
Tags: ,

Moje spotkania z mistrzem zbeletryzowanych biografii były dwojakiego rodzaju – zachwyciłam się „Pasją życia”, ale urok „Pasji utajonych” pozostał dla mnie… utajony właśnie. „Grecki skarb” czytało mi się bardzo dobrze i stanowił on idealną lekturę na świąteczny czas.

„Grecki skarb” opowiada historię małżeństwa Schliemannów, odkrywców Troi. Stone szczegółowo opisuje wszelkie etapy wykopalisk archeologicznych, od problemów ze zdobyciem na nie pozwolenia, przez wstępne poszukiwania, aż po euforię związaną z odkryciem skarbów i następnie katalogowanie zbiorów, ale powieść nie nuży nawet przez minutę.

Główni bohaterowie za sprawą pióra Stone’a ożyli na moich oczach. Widziałam młodziutką Zofię słuchającą z przejęciem planów ekscentrycznego Henryka, bogacza starszego od niej o 30 lat. Oboje wzbudzali mój podziw – Zofia za nieograniczoną cierpliwość, zrozumienie i łagodność w kontaktach z mężem, ale również za jej chęć do poszerzenia horyzontów i gotowość do nauki, a Henryk za niesamowitą wiarę we własne przekonania i dążenie do wyznaczonego celu, nawet wtedy, kiedy nikt inny nie wierzył w jego realizację.

„Grecki skarb” ze spokojnym sumieniem mogę polecić na długie zimowe wieczory. Kiedy za oknem mróz, opisy greckiego słońca na pewno wprawią w dobry nastrój, a optymistyczna wymowa powieści udowadniająca, że warto mieć marzenia i je realizować, dobra jest w każdej sytuacji.

 

„Hańba” – J.M. Coetzee Grudzień 29, 2009

Filed under: Przeczytane,Wyzwania — Lilithin @ 15:34
Tags: , ,

Po pierwsze przepraszam za brak polskich liter, ale po formacie dysku po prostu ich nie mam. Powoli doprowadze moj system do pelnej uzywalnosci, ale chyba minie jeszcze kilka tygodni. Poki co, kilka slow o „Hanbie”.

Oczekiwania wobec tego poludniowoafrykanskiego byly duze. Istnialy tez pewne obawy, ze dwukrotny zdobywca Bookera (w tym jednego za „Hanbe”) i laureat Nagrody Nobla oraz szeregu innych odznaczen, bedzie tworzyl proze hermetyczna i niezrozumiala. Jak sie okazalo, obawy te byly calkiem nieuzasadnione. Nie wiem jak Coetzee tego dokonal, ale „Hanba” wlasciwie czytala sie sama.

Styl, jakim posluguje sie Coetzee jest niezwykle oszczedny, pozbawiony zbednych ozdobnikow. Nie jezyk jest tu najwazniejszy, ale warstwa fabularna. Historia profesora Davida Luriego, ktory wdaje sie w romans ze swoja studentka oraz pozniejsze wydarzenia rozgrywajace sie na farmie corki wykladowcy nie potrzebuja wielkich slow, barokowych zdan. Prostota stylu jeszcze bardziej wzmaga sile przekazu. Dlatego nie bede pisac, ze jest to ksiazka o wielu wymiarach hanby, o odkupieniu, o milosci, nie bede probowac nikogo przekonac, ze osadzajac akcje powiesc w RPA w erze post-apartheidu, Coetzee ukazje prawdziwe realia i problemy trawiace dawna kolonie. Wszystko to brzmi zbyt banalnie. „Hanbe” trzeba po prostu przeczytac. Doceni sie ja, albo i nie. Ja docenilam, ale pisanie o takiej powiesci przychodzi mi z trudem.

Jeszcze jedno. Wiem, ze niektorzy poczuli wielka niechec do glownego bohatera. Czytalam stwierdzenia, ze nie sposob go polubic. Traktuje kobiety przedmiotowo, jest cyniczny i nieczuly; dba tylko o siebie. Ja nie potepiam Luriego. Miejscami bylo mi go zal, w niektorych sytuacjach rozumialam jego postepowanie, w innych staralam sie je pojac. Nie znienawidzilam go, a kilka jego cynicznych uwag nawet sobie zaznaczylam:

„No to cudownie. Przykro mi, moje dziecko, po prostu nie potrafie sie tym zainteresowac. Twoja dzialalnosc, jej dzialalnosc jest godna podziwu, ale dla mnie dobroczyncy zwierzat sa troche jak jacys chrzescijanie. Wszyscy tacy radosni i pelni dobrych intencji, az po pewnym czasie czlowieka korci, zeby pojsc w swiat i odrobine sobie pogwalcic i popladrowac. Albo kopnac kota.” *

„Czy lubie zwierzeta? Jadam je, wiec widac je lubie, a przynajmniej niektore ich czesci.” **

—–

* J.M. Coetzee, Hanba, tlum. M. Klobukowski, wyd. Znak, Krakow 2009, s. 91-2.

** Tamze, s. 102.

 

„The Secret Scripture” – Sebastian Barry Grudzień 20, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 18:47
Tags:

W szpitalach psychiatrycznych, w obłędzie, istnieje coś osobliwego, co fascynuje pisarzy i nie mniej intryguje czytelników. Stary, przeznaczony do rozbiórki szpital dla obłąkanych z pacjentami, którzy spędzili w nim większość życia i pamiętają jeszcze drugą wojnę światową, szpital z mroczną historią nadużyć, stojący gdzieś na rubieżach Irlandii, przeznaczony do rozbiórki mógłby się wydawać idealnym miejscem akcji dla powieści grozy. Sebastian Barry wychodzi jednak poza stereotypowe skojarzenia z tego typu miejscami, a efektem tego jest niezwykła, porywająca proza.

Roseanne McNulty jest najstarszą rezydentką szpitala w Roscommon, a być może nawet i najstarszą osobą w Irlandii. Powody skierowania jej do placówki są niejasne, dokumentacja gdzieś zagubiła się w zawierusze historii, a konieczne jest reewaluacja stanu pacjentki. Roseanne jednak niechętnie rozmawia z doktorem Grenem o sobie, swoją historię spisuje w ukryciu. Jej wspomnienia stanowią stanowią jeden z dwóch typów narracji w „The Secret Scripture”; dzieje życia kobiety przeplatają się z notatkami lekarza i tym, czego dowiedział się on o pacjentce z innych źródeł. Historie przenikają się, wydarzenia w dziwny sposób wykluczają się nawzajem lub widziane oczyma różnych ludzi, ukazują więcej niż jedną prawdę. Któremu narratorowi możemy ufać? Lekarzowi, który posiada jedynie strzępy zdarzeń, znane z relacji niekoniecznie przychylnych Roseanne świadków; lekarzowi, który sam boryka się z własnymi problemami? Roseanne, która już nawet nie pamięta, kiedy trafiła do szpitala, która sama przyznaje, że to, co pamięta, wcale może nie być realnym, a tylko takim jej się wydawać? Swoją drogą, stawia to czytelnika przed pewnymi pytaniami, każe zastanowić się nad tym, w jakim stopniu nasza pamięć zachowuje pewne wspomnienia, inne przekształca w takie, z którymi łatwiej sobie poradzić, a jeszcze inne zupełnie wypiera. A jeśli pamięć dokonuje takich kuglarskich sztuczek, to jak możemy być pewni, co jest prawdą, a co nie?

Barry pisze pięknym, miejscami nawet poetyckim językiem. Słowa Roseanne wydają się być delikatne i kruche, pełnego godności piękna i niezwykle nasycone emocjami.

„It was in the next street in a derelict cottage [...] that he hanged himself.

Oh, oh, oh, oh, oh, oh, oh, oh, oh.

Do you know the grief of it? I hope not. The grief that does not age, that does not go away with time, like most griefs and human matters. That is the grief that is always there, swinging a little in a derelict house, my father, my father.

I cry out for him.” *

Miłość do ojca i tęsknota za nim w pewien sposób zdeterminowała wybory Roseanne, które, choć z zewnątrz wydawały się nieistotnymi epizodami, doprowadziły do zgubnego finału. Może gdyby Roseanne żyła w innych czasach, w innym kraju, jej życie potoczyłoby się inaczej. Irlandia jest jednak pełnowartościowym bohaterem powieści i jej tragiczne dzieje wpłynęły na losy kobiety. Barry’emu udało się pokazać, jak walka o władzę, niepokoje społeczne i uprzedzenia wpływają na zwykłych, szarych ludzi, którzy okazują się być tylko marionetkami w rękach historii. Ciekawe, ilu ludzi dzieli podobny do Roseanne życiorys, ilu doświadczyło w życiu tak wielkiej niesprawiedliwości i cierpienia. Ilu z nich odeszło w zapomnienie. Autor przyznał, że do napisania „The Secret Scripture” zainspirowała go rodzinna historia o dalekiej ciotce, która również została umieszczona w zakładzie dla psychicznie chorych za jakieś przewinienie źle widziane w oczach rosnącego w siłę w Irlandii Kościoła katolickiego. ** Podczas lektury przypomniał mi się film „Siostry magdalenki” i zaczęłam się zastanawiać, co jest w nas, kobietach, w naszej seksualności takiego strasznego, że instytucje kościelne podejmują tak drastyczne kroki, aby pozbyć się wyimaginowanego zagrożenia. I gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Jak to możliwe, żeby ktokolwiek posiadał władzę do uwięzienia niewinnej osoby?

„The Secret Scripture” to lektura poruszająca do głębi. Losy Roseanne wzruszają, a jej postawa ciepłej osoby, pogodzonej ze swoim losem i nie obwiniającej nikogo, może budzić podziw lub zdziwienie, ale na pewno nie pozostawi czytelnika obojętnym. Napisana pięknym językiem historia na tle burzliwych przemian w Irlandii nie pozwala odłożyć książki na półkę. Ja sama czytałam do 2 w nocy i nie mogę przestać myśleć o pięknej kobiecie, której odebrano wszystko, co kochała, a która, mimo tego, nie pogrążyła się w rozpaczy i postanowiła mierzyć wartość swego życia kilkoma dobrymi chwilami, a nie latami nieszczęść. I zwyciężyła.

—–

*Sebastian Barry, The Secret Scripture, Faber and Faber, Londyn 2008, s.86.

** http://www.guardian.co.uk/books/2008/apr/27/fiction.culture

—–

Na marginesie:

Nie mogę w to uwierzyć, po prostu nie mogę, że Booker powędrował do Adigi, a nie do Barry’ego. „Biały tygrys” podobał mi się, ale „The Secret Scripture” to zupenie inna liga. Podczas gdy książka Adigi po prostu się podoba, powieść Adigi wręcz zachwyca i zniewala. Ale może nie powinnam się dziwić, żyjemy przecież w czasach, w których przyznaje się Nobla za dobre chęci.

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 31 other followers