U podnóży himalajskiej góry Kanchenjunga, trzeciego szczytu na świecie, stoi dom zbudowany przez pewnego Szkota. Dom ten zamieszkuje kształcony w Cambridge indyjski sędzia Jemubhai Patel wraz z kucharzem, którego syn, Biju, wyjechał do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Po śmierci rodziców, w podupadającej posiadłości zjawia się nastoletnia wnuczka sędziego, Sai, która wkrótce zakochuje się w swym nepalskim korepetytorze, Gyanie.
W ten kameralny świat wkracza jednak historia, a Desai opisując stosunkowo niewielu bohaterów po mistrzowsku pokazuje różne oblicza problemów związanych z tożsamością narodową i kulturową. Sędzia Patel, pełen kompleksów i poczucia niższości po studiach w Anglii, za wszelką ceną stara się być “angielski”. Retrospekcje dotyczące jego życia wzbudzają smutek i żal, bo konsekwencje jego nienawiści do Indii i zawiści odczuwanej do Anglii będą ciążyły nad nim już zawsze. Jemubhai tak naprawdę nigdzie nie czuje się u siebie – ani w Anglii, ani w Indiach. Wszędzie jest tym obcym. Odrzucenie własnej kultury skutkuje ciągłym poczuciem wyobcowania zarówno na studiach jak i w swoim własnym kraju.
Tożsamość uwiera też Gyana, który nie do końca wie, jak się zachować w czasie zrywu narodowego Nepalczyków. Czuje, że wymagana jest od niego jakaś działalność, że oczekuje się od niego jako od mężczyzny wzięcia udziału w powstaniu. Mężczyzna daje się wciągnać w wir historii, który z katastrofalnymi skutkami wkracza między życie zwykłych ludzi. Jego znajomość z Sai już nigdy nie będzie taka sama, z delikatnej miłości ich relacja przeradza się we wrogość. Korepetytor nagle zaczyna mieć pretensje do zachodnich zwyczajów dziewczyny (np. obchodzenie Bożego Narodzenia), mimo że wcześniej mu to nie przeszkadzało.
Bardzo ciekawym wątkiem jest też pełne rozczarowań i goryczy życie Biju w Ameryce. Jego ojciec w swej naiwności wierzy, że synowi wiedzie się lepiej w Nowym Jorku niż w Kalimpongu, a fakt, że Biju pracuje w amerykańskiej, a nie indyjskiej restauracji poczytuje jako wielką nobilitację. A nowojorskie restauracje, mimo że w nazwie amerykańskie czy francuskie, tak naprawdę pełne są wyzyskiwanych nielegalnych emigrantów z Pakistanu, Indii, Meksyku, Maroka, Tunezji, Gambii, Madagaskaru, Senegalu… Biju chce zachować indyjskie zwyczaje, widząc w nich zachowanie własnej godności i gwarancję dobrego życia, ale jego rajd z jednej restauracji do drugiej, francuskiej czy indyjskiej, kończy się tak samo – wyzyskiem, życiem wśród zgniłych warzyw i szczurów i ciągłym strachem przed służbami emigracyjnymi. Jego finałowa trasa to jeden z fragmentów (nie tylko tej powieści, ale literatury ogólnie), który wzbudził we mnie największe emocje.
Nie czytałam pozostałych książek nominowanych do Bookera 2006, ale czuję, że “Brzemię rzeczy utraconych” zasłużyło na nagrodę. Desai porusza problemy tożsamości i przynależności miejscami w sposób subtelny, a kiedy trzeba – brutalny. Za każdym razem jednak robi to niezwykle trafnie i przemawiająco. Wieloosobowa narracja daje dodatkowego smaku i urozmaica lekturę. Ja z pewnością sięgnę po jej pierwszą książkę. Jeśli jest choć w połowie tak dobra jak “Brzemię…”, to z pewnością się nie zawiodę.
















