Co czytać, kiedy za oknem 30 stopni, asfalt na ulicach topi się od gorąca, a słońce praży niemiłosiernie? Opisy mroźnych krain skutych lodem? Instrukcję obsługi maszynki do robienia lodu? Czy w ogóle czytać, czy może wejść do lodówki?
Wcale bym się nie zdziwiła, gdybym w owej lodówce spotkała głównego bohatera “Oliwkowego labiryntu”, ekscentrycznego detektywa, stałego bywalca zakładu dla psychicznie chorych, eufemistycznie określanego w książce jako sanatorium. Pomysł ze schowaniem się w lodówce jest na tyle absurdalny, że pewnie wpadłby do głowy tej postaci. W “Oliwkowym labiryncie” lodówki jednak nie ma. Jest za to tajemnicza walizka, którą to niewydarzony detektyw musi dostarczyć w pewne miejsce. Sytuacja jednak gmatwa się niesamowicie i komplikuje, aby już po chwili nie było wiadomo kto, co, z kim i dlaczego. Wyjście z owego labiryntu grozi nagłymi wybuchami śmiechu w najmniej oczekiwanych momentach.
I za to właśnie kocham Mendozę. Humor w jego powieściach odpowiada mi absolutnie, całkowicie i w stu procentach.
“- Nie muszę ci chyba mówić, że jesteś aresztowany jak dwa dodać dwa równa się cztery. Zgodnie z obowiązującymi przepisami powinienem przeczytać ci jakieś tam prawa, ale ponieważ zostawiłem w domu kodeks i notatki, będziesz musiał zadowolić się moją dobrą wolą i garścią pereł ze skarbnicy wiedzy ludowej.
Co rzekłszy, zaczął recytować, że jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, że komu Pan Bóg daje, temu święty Piotr błogosławi i tak dalej [...]” *
Mendoza zawsze już będzie kojarzył mi się z latem jako idealny autor na leniwe wakacyjne godziny. Charakterystyczny, kwiecisty i zdecydowanie rubaszny styl pisarza dodaje smaczku całej lekturze czyniąc ją niesamowitą ucztą, w czym ogromna zasługa świetnego tłumaczenia Marzeny Chrobak. Może humor Mendozy jest nie dla każdego i co delikatniejszy czytelnik może poczuć się zniesmaczony niektórymi żartami, ale jak tu się nie śmiać czytając takiego oto kwiatka:
“-Kim pan jest? [...] I czego pan chce?
-To, czego chcę – odrzekł głos – ma pan między nogami. Mógłbym powiedzieć po prostu ‘walizki,’ lecz z pełną świadomością użyłem tego dwuznacznego określenia, by wtrącić nutkę swobody do naszej rozmowy”. **
Polecam, polecam po stokroć i po tysiąckroć.

Jeszcze dwa cytaty, arbitralnie wybrane jako jedne z najzabawniejszych:
“Wytrwałość, z jaką w czasach, gdy cieszyłem się wolnością, zaglądałem na Ramble oraz sąsiednie arterie, pozwoliła mi zrozumieć, że intruzi mówią po angielsku, wobec czego spróbowałem przypomnieć sobie pośpiesznie to, co z owego języka, zawsze dążąc do poszerzenia mych horyzontów, zdołałem się nauczyć całe lata temu, i na myśl przyszło mi kilka słów, których znaczenia, nawet jeśli kiedykolwiek je znałem, nie pamiętałem od dawna i których sekwencji syntaktycznej, na domiar złego, nie byłem zbyt pewny, lecz które wymówiłem, próbując nadać memu głosowi jak najserdeczniejsze brzmienie:
-Fuck, shit, ass, snot, and milk twice.” ***
Najchętniej przytoczyłabym cały rozdział opisujący spotkanie z ministrem w hotelowym pokoju, ale ograniczę się tylko do fragmentu.
“Pan minister podwinął rękawy koszuli i zobaczyłem, że na przedramieniu ma wytatuowane serce przebite strzałą i okolone lapidarnym napisem: WSZYSTKIE KURWY [...]
-Jeszcze widzę w oddali światełko nadziei. – [Minister] Sięgnął za pazuchę i wydobył flanelowy szkaplerz, który ucałował z przykładnym namaszczeniem. – Ona nas nie opuści w potrzebie. Co panowie na to, byśmy zrobili przerwę na kielicha? [...] Nie mam pojęcia, gdzie są kieliszki. Ale wszystkiemu da się zaradzić przy dobrej woli i krzcie pomysłowości. Przyniosę z łazienki szklankę, którą panowie będą mogli się podzielić, a sam będę pił z butelki.
[...] komisarz Flores zaczął odkręcać drucik. Po krótkiej chwili korek wystrzelił i uderzył w sufit, a z butelki wydostała się żółtawa piana, która spłynęła na dywan.
-W jaaaaajo! – wykrzyknął rozradowany pan minister, [...] który złożył usta w dzióbek, przystawił je do szyjki, wchłonął pół litra, mlasnął i ryknął:
-O kurde, jak w woju! Super, nie? Brakuje nam tylko trzech pieprznych dziewuszek.” ****
—–
* Eduardo Mendoza, „Oliwkowy labirynt”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 219.
** Tamże, s. 160.
*** Tamże, s. 208.
**** Tamże, s. 15-16.

Co czytać, kiedy za oknem 30 stopni, asfalt na ulicach topi się od gorąca, a słońce praży niemiłosiernie? Opisy mroźnych krain skutych lodem? Instrukcję obsługi maszynki do robienia lodu? Czy w ogóle czytać, czy może wejść do lodówki?
Wcale bym się nie zdziwiła, gdybym w owej lodówce spotkała głównego bohatera “Oliwkowego labiryntu”, ekscentrycznego detektywa, stałego bywalca zakładu dla psychicznie chorych, eufemistycznie określanego w książce jako sanatorium. Pomysł ze schowaniem się w lodówce jest na tyle absurdalny, że pewnie wpadłby do głowy tej postaci. W “Oliwkowym labiryncie” lodówki jednak nie ma. Jest za to tajemnicza walizka, którą to niewydarzony detektyw musi dostarczyć w pewne miejsce. Sytuacja jednak gmatwa się niesamowicie i komplikuje, aby już po chwili nie było wiadomo kto, co, z kim i dlaczego. Wyjście z owego labiryntu grozi nagłymi wybuchami śmiechu w najmniej oczekiwanych momentach.
I za to właśnie kocham Mendozę. Humor w jego powieściach odpowiada mi absolutnie, całkowicie i w stu procentach.
“- Nie muszę ci chyba mówić, że jesteś aresztowany jak dwa dodać dwa równa się cztery. Zgodnie z obowiązującymi przepisami powinienem przeczytać ci jakieś tam prawa, ale ponieważ zostawiłem w domu kodeks i notatki, będziesz musiał zadowolić się moją dobrą wolą i garścią pereł ze skarbnicy wiedzy ludowej.
Co rzekłszy, zaczął recytować, że jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, że komu Pan Bóg daje, temu święty Piotr błogosławi i tak dalej [...]” *
Mendoza zawsze już będzie kojarzył mi się z latem jako idealny autor na leniwe wakacyjne godziny. Charakterystyczny, kwiecisty i zdecydowanie rubaszny styl pisarza dodaje smaczku całej lekturze czyniąc ją niesamowitą ucztą, w czym ogromna zasługa świetnego tłumaczenia Marzeny Chrobak. Może humor Mendozy jest nie dla każdego i co delikatniejszy czytelnik może poczuć się zniesmaczony niektórymi żartami, ale jak tu się nie śmiać czytając takiego oto kwiatka:
“-Kim pan jest? [...] I czego pan chce?
-To, czego chcę – odrzekł głos – ma pan między nogami. Mógłbym powiedzieć po prostu ‘walizki,’ lecz z pełną świadomością użyłem tego dwuznacznego określenia, by wtrącić nutkę swobody do naszej rozmowy”. **
Polecam, polecam po stokroć i po tysiąckroć.
Jeszcze dwa cytaty, arbitralnie wybrane jako jedne z najzabawniejszych:
“Wytrwałość, z jaką w czasach, gdy cieszyłem się wolnością, zaglądałem na Ramble oraz sąsiednie arterie, pozwoliła mi zrozumieć, że intruzi mówią po angielsku, wobec czego spróbowałem przypomnieć sobie pośpiesznie to, co z owego języka, zawsze dążąc do poszerzenia mych horyzontów, zdołałem się nauczyć całe lata temu, i na myśl przyszło mi kilka słów, których znaczenia, nawet jeśli kiedykolwiek je znałem, nie pamiętałem od dawna i których sekwencji syntaktycznej, na domiar złego, nie byłem zbyt pewny, lecz które wymówiłem, próbując nadać memu głosowi jak najserdeczniejsze brzmienie:
-Fuck, shit, ass, snot, and milk twice.” ***
Najchętniej przytoczyłabym cały rozdział opisujący spotkanie z ministrem w hotelowym pokoju, ale ograniczę się tylko do fragmentu.
“Pan minister podwinął rękawy koszuli i zobaczyłem, że na przedramieniu ma wytatuowane serce przebite strzałą i okolone lapidarnym napisem: WSZYSTKIE KURWY [...]
-Jeszcze widzę w oddali światełko nadziei. – [Minister] Sięgnął za pazuchę i wydobył flanelowy szkaplerz, który ucałował z przykładnym namaszczeniem. – Ona nas nie opuści w potrzebie. Co panowie na to, byśmy zrobili przerwę na kielicha? [...] Nie mam pojęcia, gdzie są kieliszki. Ale wszystkiemu da się zaradzić przy dobrej woli i krzcie pomysłowości. Przyniosę z łazienki szklankę, którą panowie będą mogli się podzielić, a sam będę pił z butelki.
[...] komisarz Flores zaczął odkręcać drucik. Po krótkiej chwili korek wystrzelił i uderzył w sufit, a z butelki wydostała się żółtawa piana, która spłynęła na dywan.
-W jaaaaajo! – wykrzyknął rozradowany pan minister, [...] który złożył usta w dzióbek, przystawił je do szyjki, wchłonął pół litra, mlasnął i ryknął:
-O kurde, jak w woju! Super, nie? Brakuje nam tylko trzech pieprznych dziewuszek.” ****
—–
* Eduardo Mendoza, „Oliwkowy labirynt”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 219.
** Tamże, s. 160.
*** Tamże, s. 208.
**** Tamże, s. 15-16.