Do tej pory moje przygody ze zbeletryzowanymi biografiami malarzy nie należały do zbyt udanych. Z trzech przeczytanych, tylko jedna, autorstwa Irving’a Stone’a o van Goghu, wzbudziła we mnie cieplejsze emocje. Dlatego też bardzo byłam ciekawa zachwalanego wszędzie „Moulin Rouge” Pierre’a La Mure’a.
Cóż mogę powiedzieć po lekturze? Książkę czytało się świetnie, choć opisowi początkowych lat życia Lautreca nieco brakowało polotu. Miałam wrażenie, że autor chce je jak najszybciej mieć za sobą (aby nie powiedzieć odbębnić), aby móc już w spokoju prowadzić narrację po przybyciu artysty do Paryża. La Mure świetnie oddał więź łączącą Henry’ego z matką i wielkie oczekiwania rodziny wobec młodego hrabiego. Panorama dekadenckiego Paryża i zmian, jakie przechodził na przełomie wieków, kiedy to Montmartre powoli stawał się atrakcją turystyczną, a nie miejscem bytowania bohemy, również zasługuje na uwagę. Co więcej, powolne zatracanie się artysty w alkoholu jako sposobie na uśmierzenie bólu nóg, jak i zagłuszenie czysto emocjonalnych cierpień zostało przedstawione bardzo sugestywnie. Nie sposób było nie polubić Lautreca, nie sposób było nie wzruszyć się nad jego tragicznym losem. Niejeden czytelnik pewnie zapłakał nad słynnym plakacistą i jego dążeniu do miłości. Mamy więc wszelkie składniki dobrej powieści – barwnie odmalowane tło historyczne, ciekawie zbudowane relacje międzyludzkie, interesującego głównego bohatera, poruszającą historię. Gdybym nie czytała wcześniej świetnej biografii Lautreca autorstwa Julii Frey, pewnie na tym skończyłabym swój pean na cześć znajmości ludzkiej natury i twórczości La Mure’a. Trudno jednak jest się przestawić z bardzo dokładnego i wiarygodnego źródła na zbeletryzowaną biografię bez pewnego buntu i niemych okrzyków: „to przecież nie tak było!” Po książce Frey poprzeczka była postawiona bardzo wysoko i czegoś jednak w „Moulin Rouge” mi brakowało, a najbardziej słynnej ironii Lautreca. W powieści główny nacisk jest postawiony na pęd malarza ku miłości, na pragnieniu byciu kochanym i jego stosunkach z kobietami, które w rzeczywistości nie miały miejsca. Zgadzam się, każdy pragnie mieć kogoś przy swoim boku i Lautrec na pewno nie był w tym pragnieniu odosobniony, ale nawet jeśli świetnie napisane, to jest to trochę jednopłaszczyznowe potraktowanie tej postaci.
Jaki z tego wniosek? Jeśli czyta się zarówno zbeletryzowane biografie, jak i te ‘prawdziwe’, to lepiej zacząć od tych pierwszych i później tylko poszerzyć i zweryfikować otrzymane wiadomości. Powieść La Mure’a jest wciąż bardzo dobrą książką, ale dla prawdziwie zainteresowanych życiem Lautreca biografia Frey będzie zdecydowanie lepszym rozwiązaniem.




ę jako wiecznie gotową do poświęceń dla mężczyzny, będącą na jego niemal każde skinienie i w ciszy przyjmującą świadome czy nieświadome upokorzenia z jego strony, to budzi się we mnie bunt.












