Książka „49 idzie pod młotek” spodobała mi się od razu – ciekawa okładka, zachęcający tytuł. Kiedy jeszcze skojarzyłam Pynchona z postmodernizmem, wiedziałam, że muszę przeczytać.
Lubię postmodernistyczne zabawy z czytelnikiem, erudycję, absurdalny humor, nawiązania do innych tekstów kultury. W „49 idzie pod młotek” Pynchon wszystko to zawarł w niemal idealnych proporcjach. Kiedy Edypa Maas dowiaduje się, że jej były kochanek, Pierce Inverarirty, zapisał jej w testamencie cały swój majątek, bardzo dziwne rzeczy zaczynają się dziać w jej życiu. Bohaterka, która „do tej chwili wiecznie miała wrażenia wyobcowania i izolacji, wyraźnie odczuwała brak intensywności świata, niczym przy oglądaniu filmu, kiedy obraz jest leciutko zamazany, a operator nie chce go wyostrzyć”*, nagle znajduje się w wielkiej spirali nieoczekiwanych zbiegów okoliczności i dziwnych znaków, których nie dostrzegała wcześniej. Natrafia na trop niebezpiecznej organizacji Trystero, którego znakiem jest pętla, trójkąt i trapez. Chyba nie trzeba wspominać, że znak ten pojawia się w najmniej spodziewanych miejscach, okolicznościach i znają go przeróżni, często niezwiązani ze sobą ludzie? Między innymi członkowie grupy AI – Anonimowych Inamorati, dla których bycie zakochanym to najgorszy rodzaj nałogu.
„40 idzie pod młotek” to także swego rodzaju powieść szkatułkowa, w której jakobińska sztuka przeplata się i uzupełnia wydarzenia w świecie Edypy. Tragedia kuriera przedstawiała tak różnorodne sposoby zadawania śmierci, że upodobniła się do „pisanej białym wierszem wersji przygód Strusia Pędziwiatra.”** W książce odniesień do kultury popularnej nie brakuje i choć akcja dzieje się w alternatywnym świecie, to Pynchon w pewnym stopniu ukazuje Amerykę lat 60-tych w krzywym zwierciadle. Edypa wszakże nie pracuje, ale za to bierze udział a Balu Pań Domu, by nie bez złośliwości zauważyć, że jego gospodyni dodała za dużo kirszu do fondue. Wygląda jak lekka satyra na amerykańskie rodziny z przedmieść. Jednym z bohaterów powieści jest też szalony psychiatra, doktor Hilarius, który na każdym swoim pacjencie chce testować LSD. Choć teraz może się to wydawać absurdalne, to przecież w latach 60-tych właśnie na ochotnikach odkrywano skutki działania narkotyku (jednym z nich był Ken Kesey, autor „Lotu nad kukułczym gniazdem”).
Książkę czyta się szybko, jest napisana przystępnym językiem, Edypa wzbudza sympatię jako silna kobieca postać, niektóre fragmenty rozbawiają (zbliżenie Edypy i Metzgera), wprawdzie nie do łez, ale zawsze to coś. Błyskotliwa rozrywka na jeden wieczór.
——
* Thomas Pynchon, „49 idzie pod młotek”, tłum. Piotr Siemion, Wydawnictwo Literackie, 2009, s.19.
** Tamże, s.87.

















