Breslau, rok 1919. Nad brzegiem Odry zostają odnalezione ciała czterech mężczyzn w marynarskich czapkach. Sprawę, ku swemu zaskoczeniu ma prowadzić Eberhard Mock, który do tej pory pracował w policji kryminalnej i jego obowiązki właściwie ograniczały się do spisywania prostytutek. Nic dziwnego, że nie spodziewał się nagłego oddelegowania do poczwórnego zabójstwa. Nie musi jednak długo czekać na wyjaśnienie, do zwłok dołączona jest karteczka: “Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Mock przyznaj się do błędu, przyznaj, że uwierzyłeś. Jeśli nie chcesz zobaczyć więcej wyłupanych oczu, przyznaj się do błędu.”
“Widma w mieście Breslau”, wydana jako trzecia powieść z cyklu o Mocku tak naprawdę opisuje najwcześniejsze wydarzenia z życia policjanta i pozwala zrozumieć pewne sugestie i wydarzenia, zaledwie wspomniane w pozostałych tomach, a także uzupełnia obraz samego Mocka. To chyba też najmroczniejsza i najbardziej niepokojąca powieść Krajewskiego o Wrocławiu. Zepsuta arystokracja, seanse spirytystyczne i dziwne dźwięki w mieszkaniu Mocka pokazują ponury obraz miasta, ale od lektury nie sposób się oderwać. Powieść, choć brutalna, fascynuje.
Krajewski powołał do życia niezwykle ciekawe postaci. Mock, któremu bardzo daleko do ideału nieskazitelnego śledczego i którego metody, delikatnie mówiąc, nie do końca zgodne są z prawem, na pewno na długo pozostanie w mojej pamięci. Drugoplanowi bohaterowie również zostali nakreśleni zdecydowaną kreską – rudowłosy Smolorz czy służbista Ilssheimer doskonale uzupełniają fabułę. Jednak dla mnie najważniejszym bohaterem będzie samo miasto. Pisarz powołał do życia dawne Breslau i mimo, że obraz ten daleki jest od sielankowego, to jednak ma w sobie pewien nieodparty urok. Urok minionych lat, które znamy tylko ze starych pocztówek i pożółkłych fotografii, ale którego ślady, z książką w ręce, wciąż można odnaleźć.

































