Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Dobre ciało” – Eve Ensler 26 Maj, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 23:45

eve ensler

Eve Ensler zasłynęła „Monologami waginy”, które wprawdze widziałam, ale nie miałam przyjemności zapoznania się z literackim pierwowzorem. W swojej kolejnej książce Ensler pisze o obsesyjnym dążeniu kobiet do zdobycia pięknego ciała, wymarzonej wagi, płaskiego brzucha.

Wystający brzuch autorki staje się punktem wyjściowym do rozmów z kobietami z różnych stref geograficznych na temat piękna i ciała. Jest tu wyznanie Helen Gurley Brown -redaktorki „Cosmopolitana”, nastoletniej Afroamerykanki, Portorykanki, trzydziestopięcioletniej modelki, Isabelli Rosselini, Masajki, Włoszki, Żydówki i Hinduski. Niektóre z nich pomagają Eve zaakceptować swoje ciało, inne mówią o własnych obsesjach z nim związanych. Szokuje historia kobiety, która zwęziła swoją waginę, aby podobać się mężowi. Szokuje to, że ten sposób zadziałał. Między zwierzeniami kobiet znajdują się komentarze Ensler – czasami ironiczne, zabawne, często bardzo osobiste.

„[Żeby być piękną] musiałabym się odsysać, obcinać, oczyszczać, wygładzać, woskować, przykrywać, powiększać, podnosić, przekłuwać, nakłuwać, utrwalać, zeskrobywać, rozjaśniać, zwężać, rozgniatać, spłaszczać, sprasowywać, redukować, głodować i w końcu zniknąć.” *

No dobrze, ale nie wystarczyłoby po prostu regularnie uprawiać jakiś sport? Wadą „Dobrego ciała” jest brak jakiegoś zbalansowanego podejścia do sprawy, stykają się tu dwie zupełnie skrajne postawy. Z jednej strony mamy Tiffany, która prawie wszystkie części ciała ma „zrobione” i obawia się, że jej mąż (chirurg plastyczny, który wykonał wszystkie operacje) jest tak naprawdę zakochany w swoim dziele, a nie w niej. Z drugiej – Masajka kochająca każdy skrawek swojego niemłodego już ciała i podejście w stylu: akceptacja samej siebie bez względu na wszystko. Nie do końca mnie to przekonuje. A gdzie kompromis między tymi dwoma biegunami? Czy akceptacja własnego ciała musi oznaczać pozwalanie sobie na każdą zachciankę kulinarną i niepodejmowanie żadnego wysiłku fizycznego? To, że nie słodzę herbaty i lubię się zmęczyć na basenie stawia mnie na równi z kobietami przedstawionymi przez Ensler? Nienawidzącymi siebie, z głową pełną emocjonalnych problemów i obsesyjnie podążających za ideałem? Co takiego złego jest w zrobieniu tych stu brzuszków dziennie? Zgadzam się, trzeba akceptować siebie, nie można jednak popadać w jakąś obsesję odchudzania, ale też nie powinno przyjmować się kompletnie bezkrytycznej postawy. Bo kiedy w ramach samoakceptacji jakaś pani straci umiar i mając dużą nadwagę, problemy z sercem, nadciśnienie, podwyższony cholesterol i cukier będzie twierdzić, że wszystko jest w porządku, bo ona akceptuje siebie, to ja tego nie kupuję. Ona może akceptuje siebie, ale jej organizm już nie jest w stanie.

Ogólnie jednak „Dobre ciało” czyta się… dobrze. Szkoda tylko, że jest to tak malutka książeczka – zaledwie 110 stron. Możę gdyby więcej kobiet zabrało głos, lektura dostarczyłaby większych emocji, doprowadziłaby do jakichś odkrywczych wniosków. Pozostaje jednak lekkie uczucie niedosytu.

—–

*Eve Ensler, „Dobre ciało”, tłum. M. Walendowska, wyd. WAB, Warszawa, 2007, s. 84.

—–

P.S. Temat przywodzi trochę na myśl piosenkę Marii Peszek pt. „Kobiety pistolety”:

 

„O pięknie” – Zadie Smith 24 Maj, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 16:04
Tags: , ,

on beauty

W końcu skończyłam czytać „O pięknie” Zadie Smith. Nie wiedzieć czemu, zajęło mi to około trzech tygodni. Kiedy jednak byłam już mniej więcej w połowie, wręcz połknęłam resztę książki, a nawet zaprzyjaźniłam się z rodziną Belsey’ów.

„O pięknie” to trzecia, po „Białych zębach” i „Łowcy autografów”, powieść brytyjskiej pisarki. Książka była nominowana do Nagrody Bookera i otrzymała nagrodę Orange Prize for Fiction. Co ciekawe, w lutym tego roku pisarka zaatakowała samą ideę konkursów literackich* twierdząc, że tak naprawdę ich celem jest umacnianie wizerunku sponsorów, takich jak firmy telekomunikacyjne czy sieć kawiarni. Cóż, dziwne to słowa w ustach pisarki, która przyjęła nagrodę od owej firmy telekominacyjnej (Orange Prize for Fiction) czy od nienazwanej sieci kawiarni za „Białe zęby” (dawniej: Whitbread Book Awards, obecnie: Costa Book Award).

Kontrowersyjna wypowiedź Smith jednak w niczym nie umniejsza wartości „O pięknie”. Powieść rozpoczyna seria maili wysłanych przez Jerome’a do swego ojca, Howarda Belsey’a. Wiadomości napisane swodobnym i nieformalnym stylem cechuje wielkie poczucie humoru z odrobiną ironii. Odnajdujemy w nich pierwsze różnice między rodzinami Belsey’ów i Kipss’ów, u których Jerome przebywa na stażu. Jedną z nich jest kwestia religii: Jerome pisze o pani Kipps: „[Carlene] naprawdę wie, jak się modlić – fajnie jest mieć możliwośc modlić się bez osoby z twojej rodziny, która wchodzi do pokoju i: a) puszcza wiatry, b) krzyczy, c) analizuje fałszywą metafizyczność modlitwy, d) głośno śpiewa, e) śmieje się.” ** Dla głowy rodziny, Howarda, już sam fakt, że syn zdecydował się na staż u jego największego wroga, jest nielada problemem, a dodatkowym ciosem jest wiadomość, że Jerome ma zamiar ożenić się z córką Kipps’a, Victorią. To jednak dopiero początek komplikacji. Po kilku miesiącach Kippsowie wprowadzają się do Wellington, a Monty zaczyna pracę na uniwersytecie Howard’a.

Powieść jest wielowątkowa i niełatwo opisać w kilku zdaniach jej tematykę. Antagonizmy między liberalnym Howard’em i konserwatywnym Monty’m to tylko jeden z wielu problemów poruszanych w „O pięknie”. Inny to poszukiwanie własnej tożsamości, głónie na przykładzie dzieci Belsey’ów. Jerome staje się religijny, Zora naśladuje ojca-intelektualistę, a najmłodszy Levi zaprzyjaźnia się z grupą imigrantów z Haiti, którzy znajduja się w o wiele mniej uprzywilejowanej pozycji życiowej niż on sam. Levi, będący synem białego mężczyzny i czarnoskórej kobiety, chcąc się wtopić wmieszać w towarzystwo, nie przyznaje się do ojca wykładająceogo na uniwersytecie czy do ładnego domu w porządnej dzielnicy.

Zadie Smith stworzyła wielowymiarową powieść poruszającą ważne tematy współczesnego świata: multikulturowość, poszukiwanie własnej tożsamości, uprzedzenia rasowe. Największym atutem „O pięknie” są dla mnie wyraziste postaci. Każdy bohater (nawet były nauczyciel z Haiti zajmujący się sprzedażą podróbek torebek) został opisany w taki sposób, że z łatwością stawał mi przed oczami ilekroć pojawiał się na kartach książki. Widziałam Kiki robiącą porządki, eteryczną Claire, Zorę w kapeluszu, piękną Victorię. Z książkowych bohaterów Smith uczyniła z nich prawdziwych ludzi, których wręcz chciałoby się spotkać na ulicy. Polecam gorąco, lektura i zabawna, i skłaniająca do myślenia.

————————

* Źródło: http://entertainment.timesonline.co.uk/tol/arts_and_entertainment/books/article3342051.ece

** Zadie Smith, „On Beauty”, Penguin Books, 2005, s. 4 (tłum. L.).

 

„Paryskie pasaże” – Krzysztof Rutkowski

086a Rutkowski Paryskie pasa¿e oklejka.indd

Nie bądźmy hipokrytami i przyznajmy, że wygląd i pierwsze wrażenie ważne. Nie mogą przyćmić wnętrza, ale odgrywają pewną rolę w początkowym kształtowaniu opinii o owym wnętrzu. Jakże wyglądałyby „Paryskie pasaże” Krzysztofa Rutkowskiego w małym, kieszonkowym formacie, w miękkiej oprawie z chwiejącymi się wesoło literkami i tandentym obrazkiem Wieży Eiflla? Sięgając po interesującą treść książki trzeba by z niesmakiem odwracać wzrok od zawstydzającego wyglądu okładki. Na szczęście wydawca „Paryskich pasaży” nie stawia czytelników przed takim dylematem. Elegancka, twarda, granatowa oprawa, złote litery i skromna ilustracja pokazują najwyższą klasę. Książka dodatkowo okraszona jest licznymi czarno-białymi ilustracjami (najstarsza pochodzi z 1943 roku, więc widzimy inny Paryż, nie ten typowo turystyczny ze zdjęć z wakacji), które są wklejone w strony, a nie wydrukowane. Na szczęscie wysoki poziom szaty graficznej przekłada się również na wysoki poziom pisarstwa Rutkowskiego.

Nad „Paryskimi pasażami” krąży duch Waltera Benjamina, niemieckiego filozofa, teoretyka kultury, krytyka literackiego i eseisty, którego jedna z książek nosi tytuł… „Pasaże” i opowiada o… XIX-wiecznym Paryżu. Rutkowski cytuje też wypowiedź Benjamina o pasażach zbudowanych w Paryżu, które dla polskiego eseisty stają się nową formą literacką, w której można połączyć historię i teraźniejszość, rzeczywistość i magię.

Pasaże czyta się świetnie. Rutkowski, mieszkający od 23 lat w Paryżu swodobnie porusza się w obszarze historii Francji, literatury i sztuki. Książka pełna jest interesujących faktów historyczno-literackich i wszelakich anegdot. A to o kłótniach Verlaine’a z Rimbaud’em, a to o identyfikacji Baudelaire’a z Edgarem Allanem Poe czy o modelkach, których sposób chodzenia po wybiegu przypomina chód pijanego Baudelaire’a.

Rutkowski jest również bacznym obserwatorem współczesnych mu wydarzeń, jak np. otwarcia Luwru w listopadzie 1993 roku, którego spostrzeżenia często zakończone są zaskakującą puentą:

„I ludek paryski  wałił tłumnie, upojimy młodym winem, chytrawy, z kamerami wideo w łapach, ze złym błyskiem w oku, wmieszany w stada Japończyków i grupki Amerykanów oraz pasażerów przyjeżdżających autokarami ze Wschodu, przewalił się po komnatach, zstąpił do podziemnych butików, zjadł bułę u McDonald’sa i upewnił, że Paryż jest stolicą świata.

Pałac sztuki: wielkiej i takiej sobie, stał się sztuką pałacu, a cztery piramidy sterczą na znak, że imię władcy nie umrze całkiem. Luwr błysnął Luksorem, a Sekwana pachnie snem Senatora.” *

Lektura jest doprawdy wyśmienita. Lekkie pióro Rutkowskiego sprawia, że nie mamy do czynienia z nudnymi wykładami z historii kultury, a z fascynującymi opowieściami o życiu w Paryżu – obecnie i dawniej. Fakty historyczne są podane w bardzo przystępny sposób, więc nie odczuwa się zmęczenia natłokiem informacji. Pojedyncze pasaże nie są długie, więc książka jakby „czyta się sama”. Na pewno jeszcze sięgnę po pozostałe książki Rutkowskiego, a cóż może być większa zachętą niż czytelnik, który po przeczytaniu jednej książki danego autora, sięga po następne?

—–

* Krzysztof Rutkowski, „Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach”, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008.

 

„Skok w dobrą książkę” – Jasper Fforde

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:54
Tags: , , ,

skoks w doba ksiazke

„Skok w dobrą książkę” to drugi tom przygód detektywa literackiego, Thursday Next. Po uratowaniu Jane Eyre i zmianie zakończenia na takie, jakie znamy dziś, Thursday staje się sławna. OpSpece chcą to wykorzystać w celu polepszenia swego wizerunku, więc wysyłają agentkę na różne wywiady, spotkania i rozmowy.

Thursday ma jednak inne problemy – ktoś próbuje ją zabić za pomocą niezwykłych zbiegów okoliczności, a Goliath w spółce z ChronoStrażą eradykuje (ześlizguje w czasie) jej męża, Landena, który od teraz istnieje tylko w jej wspomnieniach. Co więcej, Thurs jest w ciąży i nie wie, czy to dziecko Landena, czy osiłka Milesa. Aby odzyskać męża, musi uwolnić Jack’a Schitt’a z „Kruka”. Ale jak to zrobić bez Portalu Prozy wuja Mycrofta? Jakby tego było mało, Thurs musi stawić się do sądu na własny proces, a z adwokatem rozmawia tylko w przypisach. Na proces przybywa spóźniona i w drzwiach mija się z Józefem K.

Istne szaleństwo, prawda? A to zaledwie czubek góry lodowej. Mogłoby się wydawać, że po „Porwaniu Jane E.” trudno będzie Fforde’owi wymyślić coś nowego, równie zabawnego i zaskakującego. Zadanie to zostało jednak wykonane z istną wirtuozerią i  „Skok w dobrą książkę” to naprawdę… skok w dobrą książkę.

Oprócz świata, w którym żyje Thursday (gdzie m.in. „Kardenio” został odnaleziony, neandertalczycy zostali przwróceni do życia, a w Fort Knox przechowywane są nacenniejsze dzieła literatury), Fforde część akcji umieścił w… świecie fikcji. Jurisfikcja znajduje się w Wielkiej Bibliotece, w której znajdują się wszystkie książki, nawet te nienapisane. Zadaniem tej organizacji jest troska o literaturę – ochrona przed gramasożytami, które zjadają słowa, Bowdlerystami, którzy chcą zlikwodować wszelkie obsceniczne i rubaszne sceny z książkowych kart, a także znajdowanie bezpiecznych przejść między książkami, co jest bardzo niebezpieczne… Ambrose Bierce [1] „zapuścił się – samotnie! – w […] krótkie opowiadanie Poego […]. Szukał tylnego wejścia do poezji Poego. Wiemy, że można przejść z Pana Jakmutam do Czarnego kota przez chwiejny czasownik w trzecim akapicie […]. Nigdy więcej nie usłyszeliśmy o nim. Poszło za nim dwóch kolegów. Jeden się udusił, a drugo, no cóż, biedny Ahab całkiem zwariował. Po powrocie ciągle myślał, że goni go biały wieloryb. Podejrzewamy, że Ambrose został zamurowany z baryłką amontillado albo spłonął żywcem, albo stało mu się coś równie strasznego.” [2]

W powieści aż skrzy się od humoru, nie sposób pozbyć się chichotu czytając niektóre fragmenty.

„– Jesteś kotem z Cheshire, prawda? – zapytałam.

– Byłem kotem z Cheshire – powiedział, spoważniawszy nieco. – Ale przesunęli granice administracyjne i formalnie jestem teraz Kotem z Autonomicznej Gminy Warrington, co już nie brzmi tak samo.” [3]

Oprócz Kota z Cheshire czy też Autonomicznej Gminy Warrington, Thursday spotyka jeszcze inne książkowe postaci, które poza odegraniem swojej roli w powieści, żyją własnymi sprawami i mają swoje zmartwienia. Odyseusz zostaje oskarżony o spowodowanie uszczerbku na zdrowiu cyklopa Polifema, Heathfcliff robi nieoczekiwaną karierę w Hollywood pod pseudonimem Buck Stallion [z ang. ogier, przyp. L.] a panna Havisham z „Wielkich nadziei” prowadząca ciągłe wojny z Królową Kier z „Alicji w Krainie Czarów” zostaje nauczycielką Thursday, czyta „National Geographic”, słucha walkmana Sony, chodzi w adidasach i prowadzi Bugatti z raczej niewielką troską o przepisy drogowe.

W Norland z „Rozważnej i romantycznej”, Marianna prosi Next o drobną przysługę:

„- Proszę, wybacz mi moją impertynencję, ale czy mogłabyś przynieść mi coś, kiedy wpadniesz tu następnym razem? […] Mintolasy. Po prostu uwielbiam mintolasy. Oczywiście wiesz, co to jest? Podobne do dropsów, tylko miętowe. I gdyby nie sprawiło ci to kłopotu, dwie pary nylonowych rajstop i kilka baterii paluszków, na przykład z tuzin […]. Eleonora nienawidzi, kiedy proszę obcych o przysługę, ale przypadkiem wiem, że żywi nieodparty pociąg do nutelli – i jeszcze odrobinę prawdziwej kawy dla mamy.” [4]

Przy „Skoku w dobrą książkę” dobra zabawa jest gwarantowana. Fforde nadal bawi się aluzjami literackimi, udowadniając swoimi niesamowitymi pomysłami nieograniczoną siłę wyobraźni. Mnogość wątków, humor, zwroty akcji i obrazowy język (wystarczy wyobrazić sobie XIX wieczną starą pannę w podartej i wypłowiałej sukni ślubnej prowadzącą w szaleńczym tempie Bugatti lub walczącą na wyprzedaży o zestaw książek niejakiej Daphne Farquitt) stanowią o niewątpliwej wartości tej książki. Doskonała rozrywka dla moli książkowych.

—-

[1] Ambrose Bierce – amerykański dziennikarz i pisarz, zaliczany obecnie do prekursorów literatury grozy, przyp. L.

[2] Jasper Fforde, „Skok w dobrą książkę”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak 2005, s. 195.

[3] Tamże, s. 190.

[4] Tamże, s. 293.

 

„Jazz” – Toni Morrison

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:50
Tags: , , , ,

toni morrison

Toni Morrison to chyba jedna z mniej znanych Noblistek, a na pewno godna większej uwagi. Nagrodę Nobla otrzymała w 1992 roku, jako pierwsza Afro-Amerykanka, a wcześniej jeszcze zdobyła Pulitzera za „Umiłowaną”.

„Umiłowana”, „Jazz” i „Raj” to powieści składające się na trylogię opowiadającą o historii czarnych Amerykanów. Dowiedziałam się o tym jednak trochę za późno i czytanie zaczęłam od środka, czyli od „Jazzu”.

Powieść otwiera pogrzeb młodej Dorcas, zamordowanej przez Joego, swojego starszego kochanka, na który zjawia się zdradzana żona i zakłóca uroczystości próbując pociąć twarz zmarłej nożem. Może brzmi to trochę zbyt tragicznie, a może trochę jak scenariusz kiepskiej telenoweli, ale historia prowadzona zręcznymi rękami Toni Morrison bardzo szybko okazuje się być prozą na światową skalę.

Właściwa akcja toczy się w Harlemie lat dwudziestych ubiegłego wieku, ale nie brakuje też retrospekcji, które przenoszą nas do Stanów Zjednoczonych z dziewiętnastego wieku, pokazując stopniowe zakończenie ery niewolnictwa oraz skutki tych zmian – masowy napływ ludzi do Harlemu, odcinających się od swojej przeszłości. Główni bohaterowie „Jazzu”, Violet, Joe i Dorcas, zostali opuszczeni przez swoje matki i wychowywani przez ciotki, babcie lub adopcyjnych rodziców dręczeni są poczuciem braku przynależności. Jeśli wziąć jeszcze pod uwagę fakt, że w angielskim na określenie ojczyzny istnieją dwa słowa – zarówno ‘fatherland’ jak i ‘motherland’, to brak matek w życiu bohaterów nabiera dodatkowego, symbolicznego znaczenia. Niewolnicy, przywiezieni siłą do Ameryki, zostali brutalnie pozbawieni swoich korzeni i ojczyzny i te wydarzenia i wspomnienia wciąż nękają dalsze pokolenia.

„Jazz” to na pewno nie jest powieść lekka i przyjemna. Trudne tematy, fragmentaryczna narracja, wydarzenia opowiadane z różnych perspektyw i mnogość wątków wymagają uważnego czytania, ale to w końcu proza najwyższego formatu. Teraz nie pozostaje nic innego, jak poznać pozostałe części trylogii.

 

„Buszujący w zbożu” – JD Salinger

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:48
Tags:

catcher

„Jeśli chcesz, bracie, żyć, musisz te komedie odgrywać.” *

Ciekawi mnie, co się stało z Holdenem, jak potoczyły się jego dalsze losy po wyjściu ze szpitala. Czy stał się takim człowiekiem, jakimi zawsze pogardzał? Czy odgrywał w życiu owe komedie i wpasował się w typowe konwenanse życia społecznego? Takie i podobne pytania można snuć w nieskończoność, aby nigdy nie znaleźć na nie odpowiedzi. Holden zawsze pozostanie zbuntowanym, nieco cynicznym i krytycznie patrzącym na otaczającą go rzeczywistość nastolatkiem. J.D. Salinger stworzył postać, która na długo zostaje w pamięci.

„Buszujący w zbożu”, opublikowany ponad 50 lat temu, wzbudził niemałe kontrowersje w purytańskiej Ameryce. Książkę krytykowano z powodu otwartych odniesień do seksu czy momentami wulgarnego języka głównego bohatera. Obawiano się jej złego wpływu na młodzież i przez wiele lat usuwana z list lektur i bibliotek. Jakby tego było mało, w 1980 roku powieść dodatkowo okryła się złą sławą, kiedy jej egzemplarz znaleziono w kieszeni zabójcy Johna Lennona. „Buszujący w zbożu” dziś już aż tak nie szokuje, ale wciąż wzbudza emocje.

Powieść przedstawia kilka dni z życia Holdena Caulfielda, który po kolejnym wydaleniu ze szkoły postanawia zrobić sobie krótkie wakacje w Nowym Jorku przed powrotem do domu rodziców i ich nieuniknionym gniewem. Jest samotny i wyalienowany. Nie godzi się na świat, w którym brak szczerości i autentyczności. Pogardza bratem, który pisze scenariusze w Hollywood widząc w tym zaprzedanie duszy i talentu. Nastolatek odnosi się krytycznie również do swoich kolegów ze szkoły i ogólnie sposobu kształecenia:

„Banda kabotynów, a kształcą cię tam po to, żebyś nabrał tyle mądrości, ile potrzeba na zafundowanie sobie kiedyś cadillaka; musisz udawać, że cię szalenie obchodzi, czy drużyna szkolna wygrała mecz piłki nożnej, czy przegrała; rozmawia się od rana do wieczora wyłącznie o dziewczynach, o wódce i sprawach seksualnych, a cała banda dzieli się na wstrętne małe kliki.” **

Jedyną osobą, wobec której Holden żywi cieplejsze uczucia, jest jego młodsza siostra Phoebe, ucieleśniająca niejako sielankowy stan dzieciństwa wraz z jego spontanicznością, brakiem zakłamania i fałszu, ale która także niejednokrotnie udowodniła, że potrafi myśleć bardziej racjonalnie niż jej starszy brat.

Nie da się ukryć, że Holden poszukuje czegoś w życiu, ale sam nie wie czego, jest zagubiony, zdezorientowany. Choć momentami jego uwagi mogą wydawać się cyniczne i złośliwe, to wrażliwy, myślący nastolatek o niepokornej duszy ma do nich pełne prawo, zwłaszcza, że nawet dziś są one zaskakująco aktualne. Zdecydowanie polecam, może niekoniecznie w tłumaczeniu Skibniewskiej. Coś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że trochę zgrzyta ten przekład.

—–

* J.D. Salinger, „Buszujący w zbożu”, tłum. M. Skibniewska, wyd. Iskry, 1998, s. 107.

** Tamże, s. 158.

 

„O myszach i ludziach” – John Steinbeck

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:46
Tags:

steinbeck

„O myszach i ludziach” Johna Steinbecka to krótka opowieść do przeczytania w jeden wieczór. Napisana zwięzłym, oszczędnym stylem, kryje w sobie niezwykłe pokłady emocji i jestem przekonana, że niejeden czytelnik na końcu uronił łzę i zadawał sobie pytanie: „No ale dlaczego? No dlaczego?”

Dodatkowego smaczku powieści dodaje fakt, że niejako jest ona inspirowana doświadczeniami samego autora. W latach 20-tych Steinbeck, podobnie jak główni bohaterowie „O myszach i ludziach”, pracował jako wędrowny pracownik rolny, a postać Lenniego została oparta na spotkaniu pisarza z umysłowo upośledzonym mężczyzną skłonnym do nagłych wybuchów gniewu.

Jest to książka niesamowicie pesymistyczna i bardzo przygnębiająca. Pierwszym i chyba najbardziej rzucającym się w oczy motywem jest samotność dręcząca niemal wszystkich bohaterów. Mimo, że George ma Lenniego, uczucie wyobcowania go nie opuszcza – wędruje od farmy do farmy, nie ma rodziny, nie ma domu, nigdzie nie należy. Samotne są także inne postaci tej historii – Candy, stary, schorowany pracownik, którego jedynym kompanem jest pies, Crooks, którego alienacja wynika z odmiennego kolory skóry i żona Curly’ego, nieszczęśliwa w małżeństwie, szukająca jakiejś rozrywki poza czterema ścianami domu. Steinbeck ukazuje również smutną prawdę o świecie – przetrwają tylko najsilniejsi, słabi i bezużyteczni nie zasługują na życie, nie są nikomu potrzebni. Jedynym, nikłym światełkiem w tej wszechogarniającej beznadziei jest marzenie Lenniego i George’a o własnej farmie i kawałku ziemi. Jednak nawet ono legło w gruzach udowadniając daremność i niemożność spełnienia amerykańskiego snu.

„O myszach i ludziach” to opowieść niezmiernie smutna, wdziera się w czytelnika i tkwi w nim jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę. Warto.

 

„Stambuł. Wspomnienia i miasto” – Orhan Pamuk

istanbul

Nie było łatwo zdobyć tą książkę. Nie chodzi tylko o fakt, że kiedy chciałam ją przeczytać, polska premiera jeszcze się nie odbyła i musiałam ja zamówić w Empiku w języku angielskim, ale również o samo wytargnięcie jej z empikowskich zakamarków. Znając datę dostarczenia jej do salonu, po kilku godzinach dreptania po mieście i załatwiania spraw wszelakich w niemiłosiernie niewygodnych butach (tak, tak, wiem, że nowych butów nie zakłada się na dłuższe wędróki nie wiedząc, jak się spisują w takich warunkach), nadłożyłam drogi i z obolałymi stopami dotarłam do Empiku. Przemiły pan spędził dobrych kilka minut na poszukiwaniach mojej upragnionej lektury, lecz się okazało, że jeszcze nie ma. Zawiedziona dotarłam do domu tylko po to, aby odebrać maila (pojawił się on w skrzynce ok. 10 minut po wyjściu z Empiku) z informacją, że mogę odebrać swoje zamówienie. Zgrzytając zębami i obklejając stopy plastrami wsiadłam do autobusu. Po wyjściu z niego zaczęło padać przeokropnie i w czasie 4-minutowego spaceru z przystanku do Empiku przemokłam do suchej nitki (parasol nie na wiele się zdał w tej ulewie). Pani w księgarni zdziwiona moją determinacją oznajmiła, że mam 2 tygodnie na odebranie książki i że nie musiałam w tej ulewie przychodzić. Z szaleństwem w oczach i pulsującymi czerwonymi żyłkami wycedziłam przez zęby: „Ale ja ją CHCĘ przeczytać.”

Muszę przyznać, że poświęcenie w pełni się opłaciło. „Stambuł” jest ładnie wydany, na lekko kredowym papierze w kolorze kości słoniowej, okraszony licznymi fotografiami. Zarówno szata graficzna, jak i treść przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Do rzeczy, jednak, do rzeczy!

Do napisania tej recenzji zabierałam się blisko miesiąc. W obawie, że nie znajdę odpowiednio pięknychst1 słów dla tej pięknej książki i że przez to w jakiś sensie „Stambuł” straci część swojego uroku, czekałam na odpowiedni nastrój. Czy ów nastrój nadszedł – nie wiem. Jedno jest pewne: lato ma się ku chyłkowi, temperatury coraz niższe i zanim jesień na dobre zadomowi się za oknami wlewająć w serca smutek i poczucie przemijania, dobrze jest napisać kilka słów o wakacyjnej lekturze.

To moje pierwsze spotkanie z tureckim Noblistą. Przed rozpoczęciem tej książki ostrzegano mnie, abym się nie zniechęciła do Pamuka, jako że nie jest to jego typowa proza i że nie nie jest to lektura, którą czyta się na wdechu od deski do deski. To fakt, „Stambułu” nie sposób przeczytać w jeden wieczór. Prozę tego kalibru trzeba smakować, delektować się nią i dawkować z umiarem, aby przyjemność czytania trwała jak najdłużej.

„Stambuł” to zbiór wspomnień i esejów z elementami autobiografii. Mały Orhan daje się poznać jako wrażliwy, wyobcowany chłopiec, którego ciągle prześladuje myśl o istnieniu innego, drugiego Orhana, który mógłby uchodzić za jego bliźniaka lub sobowtóra. Wyobcowanie dodatkowo potęgują ciągłe kłótnie rodziców i częste nieobecności ojcast3 w domu, a także walki z bratem, które jawiły się chłopcu jako osobiste porażki wynikające ze słabości i braku wystarczającej koordynacji ruchowej. Dla Pamuka „rzecz zwana rodziną była grupą ludzi, którzy z pragnienia bycia kochanymi i pragnienia spokoju, relaksu i bezpieczeństwa, zgodzili się uciszyć, każdego dnia na jakiś czas, własne dżiny i demony i zachowywać się tak, jakby byli szczęśliwi.” [1]

Pamuk uracza też swoich czytelników historią swojej pierwszej i nieszczęśliwej miłości o kasztanowych włosach, która zaczęła się od pozowania do wykonywanych przez niego rysunków. Pisarz wspomina: „Kiedy podczas szkicowania przypatrywałem się konturom jej małych piersi i wyjątkowo białej skórze długiej szyi, cień wstydu przebiegał przez jej twarz.” [2]

Jeden rozdział to zabawny zbiór rad, napisanych przez stambulskich dziennikarzy na przestrzeni 130 lat. Pamuk znalazł takie perełki jak:

„Czerpiąc inspirację z artykułu o odpowiednim sposobie chodzenia po mieście, który pojawił się w znanym paryskim magazynie ‘Matin’, my również powinniśmy jasno wyrazić nasze uczucia do ludzi, którzy jeszcze muszą się nauczyć jak prowadzić się po ulicach Stambułu i powiedzieć im: ‘Nie spaceruj po ulicy z otwartymi ustami.’ [1924]” [3]

„Stambuł” to jednak przede wszystkim opowieść o mieście i doprawdy niezwykły po nim przewodnik. Miasto, w którym europejscy pisarze szukali przede wszystkim orientalnego dreszczyku niczym z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, wygląda zupełnie inaczej w oczach wrośniętego w Stambuł Pamuka. Pisarz oznajmia: „Los Stambułu to mój los. Jestem przywiązany do tego miasta, ponieważ uczyniło mnie ono tym, kim jestem.” [4] To wyraz wielkiej miłości do Stambułu i co najciekawsze, miłość ta nie ma swoich korzeni w dumie z dawnej potęgi i bogactwa Imperium Osmańskiego, ale w szczątkach i ruinach, które po nim pozostały powodując uczucie wielkiej melancholii, opanowującej wszystkich mieszkańców. Ów smutek to hüzün, czyli „[…] wspólne uczucie, atmosfera i kultura dzielona przez miliony. W Stambule pozostałości wspaniałej, dawnej cywilizacji są widoczne wszędzie. Nieważne, jak bardzo źle utrzymane, nieważne, jak zaniedbane lub otoczone ze wszystkich stron przez betonowe okropności – wielkie meczety i inne zabytki miasta, tak samo jak pomniejsze pozostałości po imperium – małe łuki i fontanny […] – powodują ból serca u każdego, kto mieszka między nimi.” [5] Właśnie to mnie urzekło w tej książce najbardziej – opisy bocznych brukowanych uliczek, drewnianych opuszczonych domów, zrujnowanych fontann. Obrazy te, zręcznie nakreślone słowami pisarza i wsparte wrażliwością malarza (którym Pamuk przecież przez kilka lat był), są tak sugestywne, że nie sposób było się oprzeć tej melancholii w czasie czytania i nawet kilka dni po skończeniu lektury.

Podsumowując, jestem absolutnie zauroczona twórczościa Pamuka. I proszę mi wybaczyć ten emocjonalny ton, ale dawno już żadna książka nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia. Na pewno nie jest to moje ostatnie spotkanie z tym pisarzem i wróżę sobie jeszcze długie godziny wspaniałej strawy duchowej z oczami zatopionymi w jego prozie.

——

[1] Orhan Pamuk, “Istanbul”, tłum. Maureen Frest2ely, Vintage International, 200g, s. 275. (tłumst5aczenie na polski moje, dość dowolnie potraktowane)

[2] Tamże, s. 3.

[3] Tamże, s. 141.

[4] Tamże, s.6.

[5] Tamże, s. 101.

 

„Autobiografia Alicji B. Toklas” – Gertruda Stein

autobiografia

Kim była Gertruda Stein? To właśnie ona wymyśliła określenie „stracone pokolenie” w odniesieniu do Hemingwaya i jego rówieśników naznaczonych piętnem pierwszej wojny światowej. Była Amerykanką, ale mieszkała w Paryżu, gdzie stała się wielką entuzjastką kubizmu, wspierała malarzy i pisarzy tworząc coś na kształt artystycznego salonu. Ponadto napisała ponad 30 książek eksperymentując z językiem i formą, rezygnując z interpunkcji i powtarzając jedno zdanie wiele razy usiłując uchwycić kubizm w literaturze.

Jednak modernistyczne eksperymenty Gertrudy Stein odeszły w zapomnienie i dziś czyta się jej najbardziej konwencjonalną książkę, napisaną w ciągu sześciu tygodni, „Autobiografię Alicji B. Toklas”. Tytułowa bohaterka to wieloletnia partnerka Stein, ale przewrotnie, nie jest ona główną postacią. Na pierwszy plan wysuwa się sama Stein i jej pisarstwo oraz cała masa plotek związanych z artystami międzywojennego Paryża. „Autobiografia Alicji B. Toklas” wywołała furorę, samej autorce niewątpliwie przysparzając popularności, ale również powodując niemałe zamieszanie. Hemingway się śmiertelnie obraził. Można go w pewnym sensie zrozumieć, bo chyba mało który pisarz byłby zadowolony słysząc o sobie takie słowa:

„I to jest cały Hemingway. Wygląda na nowoczesnego a trąci zapachem muzeów. Ale co by to była za książka ta o prawdziwym Hemie, książka którą zresztą on sam powinien napisać ale której niestety nigdy nie napisze. Ostatecznie to on sam kiedyś mruknął pod nosem, trzeba pamiętać o karierze o karierze.”*

Cóż, nie wiem, czy owa książka „o prawdziwym Hemie” powstała w końcu czy nie, ale jako zwykły, szary czytelnik muszę przyznać, że zdecydowanie bardziej podobały mi się jego paryskie wspomnienia niż Gertrudy Stein. Wprawdzie „Autobiografia Alicji B. Toklas” obfituje w soczyste plotki i anegdoty, ale jest ich tyle, że nie sposób zapamiętać chociaż połowy. Mnie najbardziej w pamięć zapadło stwierdzenie Picassa, że

„jak się kocha kobietę, to daje jej się pieniądze. A kiedy chce się porzucić kobietę trzeba poczekać aż uzbiera się dla niej wystarczającą ilość pieniędzy.”**

Sam styl i język nie przypadł mi za bardzo do gustu. Brzmi to wszystko, jakby było relacjonowane na wdechu przez bardzo spieszącą się osobę. Dość dowolne stosowanie znaków przestankowych tez robi swoje, a przeskakiwanie z tematu na temat sprawia wrażenie, że może struktura książki jest nie do końca przemyślana. A jeśli taki był cel autorki, to niestety, szczególnie mnie nie zachwycił. Trzeba jednak przyznać, że „Autobiografia Alicji B. Toklas” jest doskonałym źródłem ciekawostek o przedstawicielach awangardy artystycznej Paryża lat dwudziestych i niejako oddaje atmosferę tamtych lat.

——-

*Gertruda Stein, „Autobiografia Alicji B. Toklas”, tłum. Mira Michałowska, wyd. Alfa 1994, s. 268.

** Tamże, s. 44.

 

„Ruchome święto” – Ernest Hemingway

ruchome swiet

Są takie książki, które wręcz połyka się jednym tchem. Nie zawsze są to kryminały, thrillery lub książki sensacyjne, pełne nieoczekiwanych zwrotów akcji i teorii spiskowych. Czasami można się całkowicie zatopić i pozwolić się pochłonąć spokojnej lekturze o powoli płynącej narracji. Właśnie tak pochłonęłam „Ruchome święto” Hemingwaya. Czytałam zachłannie, jakby książka lada moment miała rozsypać się w proch, a to przecież proza, która swoją magię roztacza stopniowo i którą trzeba smakować, delektować się nią. Kiedy więc już chciwie pochłonęłam „Ruchome święto” niczym nieopierzony 16-latek swoją pierwszą butelkę wina, przyjęłam dojrzalsze podejście i za drugim razem rozkoszowałam się niesamowitym bukietem wspomnień pisarza.

„Ruchome święto” to niezwykły zbiór paryskich reminiscencji Hemingwaya, których bohaterami stają się takie postaci jak Francis Scott Fitzgerald, Ford Madox Ford, Ezra Pound czy Gertruda Stein, o której pisarz nie zawsze wypowiada się pochlebnie, ale która mimo to wzbudza sympatię. W „Ruchomym święcie” nie brakuje też księgarni Shakespeare and Company wraz z Sylvią Beach czy historii o powstaniu określenia „stracone pokolenie”.

Spomiędzy anegdot i plotek o przyjaciołach i znajomych, Hemingway daje się poznać jako bardzo zdyscyplinowany pisarz, któremu do tworzenia był potrzebny notatnik, ołówek, stolik w kawiarni i… trochę szczęścia. Okazuje się, precyzyjny, lapidarny styl Noblisty rozwinął się nie tylko dzięki jego dziennikarskim doświadczeniom, ale również poprzez podporządkowanie procesu pisania naczelnej zasadzie stworzenia „prawdziwego zdania” i… oglądanie obrazów Cezanne’a.

Jeśli dodać do tego jeszcze delikatnie nakreśloną atmosferę Paryża lat dwudziestych i łagodne echo miłości do pierwszej żony, Hadley, to mamy doprawdy wyjątkową książkę, którą można się rozkoszować jeszcze na długo po skończeniu lektury.