Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Dobre ciało” – Eve Ensler Maj 26, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 23:45

eve ensler

Eve Ensler zasłynęła „Monologami waginy”, które wprawdze widziałam, ale nie miałam przyjemności zapoznania się z literackim pierwowzorem. W swojej kolejnej książce Ensler pisze o obsesyjnym dążeniu kobiet do zdobycia pięknego ciała, wymarzonej wagi, płaskiego brzucha.

Wystający brzuch autorki staje się punktem wyjściowym do rozmów z kobietami z różnych stref geograficznych na temat piękna i ciała. Jest tu wyznanie Helen Gurley Brown -redaktorki „Cosmopolitana”, nastoletniej Afroamerykanki, Portorykanki, trzydziestopięcioletniej modelki, Isabelli Rosselini, Masajki, Włoszki, Żydówki i Hinduski. Niektóre z nich pomagają Eve zaakceptować swoje ciało, inne mówią o własnych obsesjach z nim związanych. Szokuje historia kobiety, która zwęziła swoją waginę, aby podobać się mężowi. Szokuje to, że ten sposób zadziałał. Między zwierzeniami kobiet znajdują się komentarze Ensler – czasami ironiczne, zabawne, często bardzo osobiste.

„[Żeby być piękną] musiałabym się odsysać, obcinać, oczyszczać, wygładzać, woskować, przykrywać, powiększać, podnosić, przekłuwać, nakłuwać, utrwalać, zeskrobywać, rozjaśniać, zwężać, rozgniatać, spłaszczać, sprasowywać, redukować, głodować i w końcu zniknąć.” *

No dobrze, ale nie wystarczyłoby po prostu regularnie uprawiać jakiś sport? Wadą „Dobrego ciała” jest brak jakiegoś zbalansowanego podejścia do sprawy, stykają się tu dwie zupełnie skrajne postawy. Z jednej strony mamy Tiffany, która prawie wszystkie części ciała ma „zrobione” i obawia się, że jej mąż (chirurg plastyczny, który wykonał wszystkie operacje) jest tak naprawdę zakochany w swoim dziele, a nie w niej. Z drugiej – Masajka kochająca każdy skrawek swojego niemłodego już ciała i podejście w stylu: akceptacja samej siebie bez względu na wszystko. Nie do końca mnie to przekonuje. A gdzie kompromis między tymi dwoma biegunami? Czy akceptacja własnego ciała musi oznaczać pozwalanie sobie na każdą zachciankę kulinarną i niepodejmowanie żadnego wysiłku fizycznego? To, że nie słodzę herbaty i lubię się zmęczyć na basenie stawia mnie na równi z kobietami przedstawionymi przez Ensler? Nienawidzącymi siebie, z głową pełną emocjonalnych problemów i obsesyjnie podążających za ideałem? Co takiego złego jest w zrobieniu tych stu brzuszków dziennie? Zgadzam się, trzeba akceptować siebie, nie można jednak popadać w jakąś obsesję odchudzania, ale też nie powinno przyjmować się kompletnie bezkrytycznej postawy. Bo kiedy w ramach samoakceptacji jakaś pani straci umiar i mając dużą nadwagę, problemy z sercem, nadciśnienie, podwyższony cholesterol i cukier będzie twierdzić, że wszystko jest w porządku, bo ona akceptuje siebie, to ja tego nie kupuję. Ona może akceptuje siebie, ale jej organizm już nie jest w stanie.

Ogólnie jednak „Dobre ciało” czyta się… dobrze. Szkoda tylko, że jest to tak malutka książeczka – zaledwie 110 stron. Możę gdyby więcej kobiet zabrało głos, lektura dostarczyłaby większych emocji, doprowadziłaby do jakichś odkrywczych wniosków. Pozostaje jednak lekkie uczucie niedosytu.

—–

*Eve Ensler, „Dobre ciało”, tłum. M. Walendowska, wyd. WAB, Warszawa, 2007, s. 84.

—–

P.S. Temat przywodzi trochę na myśl piosenkę Marii Peszek pt. „Kobiety pistolety”:

Reklamy
 

„O pięknie” – Zadie Smith Maj 24, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 16:04
Tags: , ,

on beauty

W końcu skończyłam czytać „O pięknie” Zadie Smith. Nie wiedzieć czemu, zajęło mi to około trzech tygodni. Kiedy jednak byłam już mniej więcej w połowie, wręcz połknęłam resztę książki, a nawet zaprzyjaźniłam się z rodziną Belsey’ów.

„O pięknie” to trzecia, po „Białych zębach” i „Łowcy autografów”, powieść brytyjskiej pisarki. Książka była nominowana do Nagrody Bookera i otrzymała nagrodę Orange Prize for Fiction. Co ciekawe, w lutym tego roku pisarka zaatakowała samą ideę konkursów literackich* twierdząc, że tak naprawdę ich celem jest umacnianie wizerunku sponsorów, takich jak firmy telekomunikacyjne czy sieć kawiarni. Cóż, dziwne to słowa w ustach pisarki, która przyjęła nagrodę od owej firmy telekominacyjnej (Orange Prize for Fiction) czy od nienazwanej sieci kawiarni za „Białe zęby” (dawniej: Whitbread Book Awards, obecnie: Costa Book Award).

Kontrowersyjna wypowiedź Smith jednak w niczym nie umniejsza wartości „O pięknie”. Powieść rozpoczyna seria maili wysłanych przez Jerome’a do swego ojca, Howarda Belsey’a. Wiadomości napisane swodobnym i nieformalnym stylem cechuje wielkie poczucie humoru z odrobiną ironii. Odnajdujemy w nich pierwsze różnice między rodzinami Belsey’ów i Kipss’ów, u których Jerome przebywa na stażu. Jedną z nich jest kwestia religii: Jerome pisze o pani Kipps: „[Carlene] naprawdę wie, jak się modlić – fajnie jest mieć możliwośc modlić się bez osoby z twojej rodziny, która wchodzi do pokoju i: a) puszcza wiatry, b) krzyczy, c) analizuje fałszywą metafizyczność modlitwy, d) głośno śpiewa, e) śmieje się.” ** Dla głowy rodziny, Howarda, już sam fakt, że syn zdecydował się na staż u jego największego wroga, jest nielada problemem, a dodatkowym ciosem jest wiadomość, że Jerome ma zamiar ożenić się z córką Kipps’a, Victorią. To jednak dopiero początek komplikacji. Po kilku miesiącach Kippsowie wprowadzają się do Wellington, a Monty zaczyna pracę na uniwersytecie Howard’a.

Powieść jest wielowątkowa i niełatwo opisać w kilku zdaniach jej tematykę. Antagonizmy między liberalnym Howard’em i konserwatywnym Monty’m to tylko jeden z wielu problemów poruszanych w „O pięknie”. Inny to poszukiwanie własnej tożsamości, głónie na przykładzie dzieci Belsey’ów. Jerome staje się religijny, Zora naśladuje ojca-intelektualistę, a najmłodszy Levi zaprzyjaźnia się z grupą imigrantów z Haiti, którzy znajduja się w o wiele mniej uprzywilejowanej pozycji życiowej niż on sam. Levi, będący synem białego mężczyzny i czarnoskórej kobiety, chcąc się wtopić wmieszać w towarzystwo, nie przyznaje się do ojca wykładająceogo na uniwersytecie czy do ładnego domu w porządnej dzielnicy.

Zadie Smith stworzyła wielowymiarową powieść poruszającą ważne tematy współczesnego świata: multikulturowość, poszukiwanie własnej tożsamości, uprzedzenia rasowe. Największym atutem „O pięknie” są dla mnie wyraziste postaci. Każdy bohater (nawet były nauczyciel z Haiti zajmujący się sprzedażą podróbek torebek) został opisany w taki sposób, że z łatwością stawał mi przed oczami ilekroć pojawiał się na kartach książki. Widziałam Kiki robiącą porządki, eteryczną Claire, Zorę w kapeluszu, piękną Victorię. Z książkowych bohaterów Smith uczyniła z nich prawdziwych ludzi, których wręcz chciałoby się spotkać na ulicy. Polecam gorąco, lektura i zabawna, i skłaniająca do myślenia.

————————

* Źródło: http://entertainment.timesonline.co.uk/tol/arts_and_entertainment/books/article3342051.ece

** Zadie Smith, „On Beauty”, Penguin Books, 2005, s. 4 (tłum. L.).

 

„Paryskie pasaże” – Krzysztof Rutkowski

086a Rutkowski Paryskie pasa¿e oklejka.indd

Nie bądźmy hipokrytami i przyznajmy, że wygląd i pierwsze wrażenie ważne. Nie mogą przyćmić wnętrza, ale odgrywają pewną rolę w początkowym kształtowaniu opinii o owym wnętrzu. Jakże wyglądałyby „Paryskie pasaże” Krzysztofa Rutkowskiego w małym, kieszonkowym formacie, w miękkiej oprawie z chwiejącymi się wesoło literkami i tandentym obrazkiem Wieży Eiflla? Sięgając po interesującą treść książki trzeba by z niesmakiem odwracać wzrok od zawstydzającego wyglądu okładki. Na szczęście wydawca „Paryskich pasaży” nie stawia czytelników przed takim dylematem. Elegancka, twarda, granatowa oprawa, złote litery i skromna ilustracja pokazują najwyższą klasę. Książka dodatkowo okraszona jest licznymi czarno-białymi ilustracjami (najstarsza pochodzi z 1943 roku, więc widzimy inny Paryż, nie ten typowo turystyczny ze zdjęć z wakacji), które są wklejone w strony, a nie wydrukowane. Na szczęscie wysoki poziom szaty graficznej przekłada się również na wysoki poziom pisarstwa Rutkowskiego.

Nad „Paryskimi pasażami” krąży duch Waltera Benjamina, niemieckiego filozofa, teoretyka kultury, krytyka literackiego i eseisty, którego jedna z książek nosi tytuł… „Pasaże” i opowiada o… XIX-wiecznym Paryżu. Rutkowski cytuje też wypowiedź Benjamina o pasażach zbudowanych w Paryżu, które dla polskiego eseisty stają się nową formą literacką, w której można połączyć historię i teraźniejszość, rzeczywistość i magię.

Pasaże czyta się świetnie. Rutkowski, mieszkający od 23 lat w Paryżu swodobnie porusza się w obszarze historii Francji, literatury i sztuki. Książka pełna jest interesujących faktów historyczno-literackich i wszelakich anegdot. A to o kłótniach Verlaine’a z Rimbaud’em, a to o identyfikacji Baudelaire’a z Edgarem Allanem Poe czy o modelkach, których sposób chodzenia po wybiegu przypomina chód pijanego Baudelaire’a.

Rutkowski jest również bacznym obserwatorem współczesnych mu wydarzeń, jak np. otwarcia Luwru w listopadzie 1993 roku, którego spostrzeżenia często zakończone są zaskakującą puentą:

„I ludek paryski  wałił tłumnie, upojimy młodym winem, chytrawy, z kamerami wideo w łapach, ze złym błyskiem w oku, wmieszany w stada Japończyków i grupki Amerykanów oraz pasażerów przyjeżdżających autokarami ze Wschodu, przewalił się po komnatach, zstąpił do podziemnych butików, zjadł bułę u McDonald’sa i upewnił, że Paryż jest stolicą świata.

Pałac sztuki: wielkiej i takiej sobie, stał się sztuką pałacu, a cztery piramidy sterczą na znak, że imię władcy nie umrze całkiem. Luwr błysnął Luksorem, a Sekwana pachnie snem Senatora.” *

Lektura jest doprawdy wyśmienita. Lekkie pióro Rutkowskiego sprawia, że nie mamy do czynienia z nudnymi wykładami z historii kultury, a z fascynującymi opowieściami o życiu w Paryżu – obecnie i dawniej. Fakty historyczne są podane w bardzo przystępny sposób, więc nie odczuwa się zmęczenia natłokiem informacji. Pojedyncze pasaże nie są długie, więc książka jakby „czyta się sama”. Na pewno jeszcze sięgnę po pozostałe książki Rutkowskiego, a cóż może być większa zachętą niż czytelnik, który po przeczytaniu jednej książki danego autora, sięga po następne?

—–

* Krzysztof Rutkowski, „Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach”, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008.

 

„Skok w dobrą książkę” – Jasper Fforde

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:54
Tags: , , ,

skoks w doba ksiazke

„Skok w dobrą książkę” to drugi tom przygód detektywa literackiego, Thursday Next. Po uratowaniu Jane Eyre i zmianie zakończenia na takie, jakie znamy dziś, Thursday staje się sławna. OpSpece chcą to wykorzystać w celu polepszenia swego wizerunku, więc wysyłają agentkę na różne wywiady, spotkania i rozmowy.

Thursday ma jednak inne problemy – ktoś próbuje ją zabić za pomocą niezwykłych zbiegów okoliczności, a Goliath w spółce z ChronoStrażą eradykuje (ześlizguje w czasie) jej męża, Landena, który od teraz istnieje tylko w jej wspomnieniach. Co więcej, Thurs jest w ciąży i nie wie, czy to dziecko Landena, czy osiłka Milesa. Aby odzyskać męża, musi uwolnić Jack’a Schitt’a z „Kruka”. Ale jak to zrobić bez Portalu Prozy wuja Mycrofta? Jakby tego było mało, Thurs musi stawić się do sądu na własny proces, a z adwokatem rozmawia tylko w przypisach. Na proces przybywa spóźniona i w drzwiach mija się z Józefem K.

Istne szaleństwo, prawda? A to zaledwie czubek góry lodowej. Mogłoby się wydawać, że po „Porwaniu Jane E.” trudno będzie Fforde’owi wymyślić coś nowego, równie zabawnego i zaskakującego. Zadanie to zostało jednak wykonane z istną wirtuozerią i  „Skok w dobrą książkę” to naprawdę… skok w dobrą książkę.

Oprócz świata, w którym żyje Thursday (gdzie m.in. „Kardenio” został odnaleziony, neandertalczycy zostali przwróceni do życia, a w Fort Knox przechowywane są nacenniejsze dzieła literatury), Fforde część akcji umieścił w… świecie fikcji. Jurisfikcja znajduje się w Wielkiej Bibliotece, w której znajdują się wszystkie książki, nawet te nienapisane. Zadaniem tej organizacji jest troska o literaturę – ochrona przed gramasożytami, które zjadają słowa, Bowdlerystami, którzy chcą zlikwodować wszelkie obsceniczne i rubaszne sceny z książkowych kart, a także znajdowanie bezpiecznych przejść między książkami, co jest bardzo niebezpieczne… Ambrose Bierce [1] „zapuścił się – samotnie! – w […] krótkie opowiadanie Poego […]. Szukał tylnego wejścia do poezji Poego. Wiemy, że można przejść z Pana Jakmutam do Czarnego kota przez chwiejny czasownik w trzecim akapicie […]. Nigdy więcej nie usłyszeliśmy o nim. Poszło za nim dwóch kolegów. Jeden się udusił, a drugo, no cóż, biedny Ahab całkiem zwariował. Po powrocie ciągle myślał, że goni go biały wieloryb. Podejrzewamy, że Ambrose został zamurowany z baryłką amontillado albo spłonął żywcem, albo stało mu się coś równie strasznego.” [2]

W powieści aż skrzy się od humoru, nie sposób pozbyć się chichotu czytając niektóre fragmenty.

„– Jesteś kotem z Cheshire, prawda? – zapytałam.

– Byłem kotem z Cheshire – powiedział, spoważniawszy nieco. – Ale przesunęli granice administracyjne i formalnie jestem teraz Kotem z Autonomicznej Gminy Warrington, co już nie brzmi tak samo.” [3]

Oprócz Kota z Cheshire czy też Autonomicznej Gminy Warrington, Thursday spotyka jeszcze inne książkowe postaci, które poza odegraniem swojej roli w powieści, żyją własnymi sprawami i mają swoje zmartwienia. Odyseusz zostaje oskarżony o spowodowanie uszczerbku na zdrowiu cyklopa Polifema, Heathfcliff robi nieoczekiwaną karierę w Hollywood pod pseudonimem Buck Stallion [z ang. ogier, przyp. L.] a panna Havisham z „Wielkich nadziei” prowadząca ciągłe wojny z Królową Kier z „Alicji w Krainie Czarów” zostaje nauczycielką Thursday, czyta „National Geographic”, słucha walkmana Sony, chodzi w adidasach i prowadzi Bugatti z raczej niewielką troską o przepisy drogowe.

W Norland z „Rozważnej i romantycznej”, Marianna prosi Next o drobną przysługę:

„- Proszę, wybacz mi moją impertynencję, ale czy mogłabyś przynieść mi coś, kiedy wpadniesz tu następnym razem? […] Mintolasy. Po prostu uwielbiam mintolasy. Oczywiście wiesz, co to jest? Podobne do dropsów, tylko miętowe. I gdyby nie sprawiło ci to kłopotu, dwie pary nylonowych rajstop i kilka baterii paluszków, na przykład z tuzin […]. Eleonora nienawidzi, kiedy proszę obcych o przysługę, ale przypadkiem wiem, że żywi nieodparty pociąg do nutelli – i jeszcze odrobinę prawdziwej kawy dla mamy.” [4]

Przy „Skoku w dobrą książkę” dobra zabawa jest gwarantowana. Fforde nadal bawi się aluzjami literackimi, udowadniając swoimi niesamowitymi pomysłami nieograniczoną siłę wyobraźni. Mnogość wątków, humor, zwroty akcji i obrazowy język (wystarczy wyobrazić sobie XIX wieczną starą pannę w podartej i wypłowiałej sukni ślubnej prowadzącą w szaleńczym tempie Bugatti lub walczącą na wyprzedaży o zestaw książek niejakiej Daphne Farquitt) stanowią o niewątpliwej wartości tej książki. Doskonała rozrywka dla moli książkowych.

—-

[1] Ambrose Bierce – amerykański dziennikarz i pisarz, zaliczany obecnie do prekursorów literatury grozy, przyp. L.

[2] Jasper Fforde, „Skok w dobrą książkę”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak 2005, s. 195.

[3] Tamże, s. 190.

[4] Tamże, s. 293.

 

„Jazz” – Toni Morrison

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:50
Tags: , , , ,

toni morrison

Toni Morrison to chyba jedna z mniej znanych Noblistek, a na pewno godna większej uwagi. Nagrodę Nobla otrzymała w 1992 roku, jako pierwsza Afro-Amerykanka, a wcześniej jeszcze zdobyła Pulitzera za „Umiłowaną”.

„Umiłowana”, „Jazz” i „Raj” to powieści składające się na trylogię opowiadającą o historii czarnych Amerykanów. Dowiedziałam się o tym jednak trochę za późno i czytanie zaczęłam od środka, czyli od „Jazzu”.

Powieść otwiera pogrzeb młodej Dorcas, zamordowanej przez Joego, swojego starszego kochanka, na który zjawia się zdradzana żona i zakłóca uroczystości próbując pociąć twarz zmarłej nożem. Może brzmi to trochę zbyt tragicznie, a może trochę jak scenariusz kiepskiej telenoweli, ale historia prowadzona zręcznymi rękami Toni Morrison bardzo szybko okazuje się być prozą na światową skalę.

Właściwa akcja toczy się w Harlemie lat dwudziestych ubiegłego wieku, ale nie brakuje też retrospekcji, które przenoszą nas do Stanów Zjednoczonych z dziewiętnastego wieku, pokazując stopniowe zakończenie ery niewolnictwa oraz skutki tych zmian – masowy napływ ludzi do Harlemu, odcinających się od swojej przeszłości. Główni bohaterowie „Jazzu”, Violet, Joe i Dorcas, zostali opuszczeni przez swoje matki i wychowywani przez ciotki, babcie lub adopcyjnych rodziców dręczeni są poczuciem braku przynależności. Jeśli wziąć jeszcze pod uwagę fakt, że w angielskim na określenie ojczyzny istnieją dwa słowa – zarówno ‘fatherland’ jak i ‘motherland’, to brak matek w życiu bohaterów nabiera dodatkowego, symbolicznego znaczenia. Niewolnicy, przywiezieni siłą do Ameryki, zostali brutalnie pozbawieni swoich korzeni i ojczyzny i te wydarzenia i wspomnienia wciąż nękają dalsze pokolenia.

„Jazz” to na pewno nie jest powieść lekka i przyjemna. Trudne tematy, fragmentaryczna narracja, wydarzenia opowiadane z różnych perspektyw i mnogość wątków wymagają uważnego czytania, ale to w końcu proza najwyższego formatu. Teraz nie pozostaje nic innego, jak poznać pozostałe części trylogii.

 

„Buszujący w zbożu” – JD Salinger

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:48
Tags:

catcher

„Jeśli chcesz, bracie, żyć, musisz te komedie odgrywać.” *

Ciekawi mnie, co się stało z Holdenem, jak potoczyły się jego dalsze losy po wyjściu ze szpitala. Czy stał się takim człowiekiem, jakimi zawsze pogardzał? Czy odgrywał w życiu owe komedie i wpasował się w typowe konwenanse życia społecznego? Takie i podobne pytania można snuć w nieskończoność, aby nigdy nie znaleźć na nie odpowiedzi. Holden zawsze pozostanie zbuntowanym, nieco cynicznym i krytycznie patrzącym na otaczającą go rzeczywistość nastolatkiem. J.D. Salinger stworzył postać, która na długo zostaje w pamięci.

„Buszujący w zbożu”, opublikowany ponad 50 lat temu, wzbudził niemałe kontrowersje w purytańskiej Ameryce. Książkę krytykowano z powodu otwartych odniesień do seksu czy momentami wulgarnego języka głównego bohatera. Obawiano się jej złego wpływu na młodzież i przez wiele lat usuwana z list lektur i bibliotek. Jakby tego było mało, w 1980 roku powieść dodatkowo okryła się złą sławą, kiedy jej egzemplarz znaleziono w kieszeni zabójcy Johna Lennona. „Buszujący w zbożu” dziś już aż tak nie szokuje, ale wciąż wzbudza emocje.

Powieść przedstawia kilka dni z życia Holdena Caulfielda, który po kolejnym wydaleniu ze szkoły postanawia zrobić sobie krótkie wakacje w Nowym Jorku przed powrotem do domu rodziców i ich nieuniknionym gniewem. Jest samotny i wyalienowany. Nie godzi się na świat, w którym brak szczerości i autentyczności. Pogardza bratem, który pisze scenariusze w Hollywood widząc w tym zaprzedanie duszy i talentu. Nastolatek odnosi się krytycznie również do swoich kolegów ze szkoły i ogólnie sposobu kształecenia:

„Banda kabotynów, a kształcą cię tam po to, żebyś nabrał tyle mądrości, ile potrzeba na zafundowanie sobie kiedyś cadillaka; musisz udawać, że cię szalenie obchodzi, czy drużyna szkolna wygrała mecz piłki nożnej, czy przegrała; rozmawia się od rana do wieczora wyłącznie o dziewczynach, o wódce i sprawach seksualnych, a cała banda dzieli się na wstrętne małe kliki.” **

Jedyną osobą, wobec której Holden żywi cieplejsze uczucia, jest jego młodsza siostra Phoebe, ucieleśniająca niejako sielankowy stan dzieciństwa wraz z jego spontanicznością, brakiem zakłamania i fałszu, ale która także niejednokrotnie udowodniła, że potrafi myśleć bardziej racjonalnie niż jej starszy brat.

Nie da się ukryć, że Holden poszukuje czegoś w życiu, ale sam nie wie czego, jest zagubiony, zdezorientowany. Choć momentami jego uwagi mogą wydawać się cyniczne i złośliwe, to wrażliwy, myślący nastolatek o niepokornej duszy ma do nich pełne prawo, zwłaszcza, że nawet dziś są one zaskakująco aktualne. Zdecydowanie polecam, może niekoniecznie w tłumaczeniu Skibniewskiej. Coś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że trochę zgrzyta ten przekład.

—–

* J.D. Salinger, „Buszujący w zbożu”, tłum. M. Skibniewska, wyd. Iskry, 1998, s. 107.

** Tamże, s. 158.

 

„O myszach i ludziach” – John Steinbeck

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:46
Tags:

steinbeck

„O myszach i ludziach” Johna Steinbecka to krótka opowieść do przeczytania w jeden wieczór. Napisana zwięzłym, oszczędnym stylem, kryje w sobie niezwykłe pokłady emocji i jestem przekonana, że niejeden czytelnik na końcu uronił łzę i zadawał sobie pytanie: „No ale dlaczego? No dlaczego?”

Dodatkowego smaczku powieści dodaje fakt, że niejako jest ona inspirowana doświadczeniami samego autora. W latach 20-tych Steinbeck, podobnie jak główni bohaterowie „O myszach i ludziach”, pracował jako wędrowny pracownik rolny, a postać Lenniego została oparta na spotkaniu pisarza z umysłowo upośledzonym mężczyzną skłonnym do nagłych wybuchów gniewu.

Jest to książka niesamowicie pesymistyczna i bardzo przygnębiająca. Pierwszym i chyba najbardziej rzucającym się w oczy motywem jest samotność dręcząca niemal wszystkich bohaterów. Mimo, że George ma Lenniego, uczucie wyobcowania go nie opuszcza – wędruje od farmy do farmy, nie ma rodziny, nie ma domu, nigdzie nie należy. Samotne są także inne postaci tej historii – Candy, stary, schorowany pracownik, którego jedynym kompanem jest pies, Crooks, którego alienacja wynika z odmiennego kolory skóry i żona Curly’ego, nieszczęśliwa w małżeństwie, szukająca jakiejś rozrywki poza czterema ścianami domu. Steinbeck ukazuje również smutną prawdę o świecie – przetrwają tylko najsilniejsi, słabi i bezużyteczni nie zasługują na życie, nie są nikomu potrzebni. Jedynym, nikłym światełkiem w tej wszechogarniającej beznadziei jest marzenie Lenniego i George’a o własnej farmie i kawałku ziemi. Jednak nawet ono legło w gruzach udowadniając daremność i niemożność spełnienia amerykańskiego snu.

„O myszach i ludziach” to opowieść niezmiernie smutna, wdziera się w czytelnika i tkwi w nim jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę. Warto.