Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Malowany pocałunek” – Elizabeth Hickey Maj 23, 2009

Malowany-pocalunek

Gustav Klimt należy chyba, obok van Gogha, do artystów, których sztuka została skomercjalizowana do granic możliwości. Można kupić filiżanki, podkładki pod kubki, pojemniki na długopisy, szafki na klucze, puszki na herbatę, pojemniki na chusteczki, pudełka, skrzynki, świecznki, tace, zegary, wazony, kolczyki, listowniki, wieszaki, segregatory, a nawet misie z reprodukcjami bodaj najsłynniejszego przedstawiciela Wiedeńskiej Secesji. Nic dziwnego więc, że twórcy literatury biorą jego życie na warsztat tworząc historie z Klimtem w roli głównej, licząc na pokaźne zyski ze sprzedaży książek. Pół biedy, kiedy jest to utalentowany pisarz potrafiący zainteresować czytelnika ciekawą fabułą, wyrazistymi postaciami, barwnymi opisami życia artystycznej bohemy poprzeplatanymi z nienachalną analizą obrazów. Co w wypadku, kiedy pisarz nie jest tak utalentowany? Wtedy powstaje „Malowany pocałunek”.

Sam pomysł na opowieść jest dość ciekawy: 21 października 1944 Emilie Floge wraz z siostrzenicą ucieka z hitlerowskiego Wiednia na wieś i snuje swą opowieść przenosząc się aż do dnia swoich dwunastych urodzin w roku 1896, kiedy po raz pierwszy spotkała Klimta na paradzie na cześć cesarza. Retrospekcje kobiety przeplatają się z codziennymi problemami życia w czasie wojny, dodatkowo mamy jeszcze kilka niezależnych szkiców dotyczących samych obrazów Klimta; autorka opisuje, jak mogły powstawać, co malarz mógł robić po skończonej pracy, jak się mógł zwracać do swoich modelek. Tak, pomysł ciekawy, gorzej już z samą realizacją…

Tytuł książki nie oddaje w pełni jej esencji. Moim zdaniem powinno być tak: „Malowany pocałunek, czyli Emilie przez 30 lat zastanawiająca się, czy Gustav ją kocha.” Tak też mogłoby brzmieć jednozdaniowe streszczenie tej powieści. Emilie od samego początku poczuła jakąś fascynację Klimtem. Okłamując ojca, pobiegła zobaczyć malarza przy pracy. Kiedy ojciec oznajmił jej, że Gustav będzie jej nauczycielem rysunku, była przerażona, ale równocześnie zaintrygowana. I tak przez około 100 stron jesteśmy świadkami podobnych wynurzeń. Połowę tego można by znieść z godnością, przy 70 stronie zgrzytałam zębami, przy 80 miałam ochotę walić głową o ścianę, po 90 odłożyłam książkę na tydzień. Później było trochę lepiej, ale tylko trochę.

Oprócz powolnej narracji największą słabością „Malowanego pocałunku” jest mało wiarygodny portret Emilie Floge. Jej rozterki sercowe można jeszcze zrozumieć, kiedy jest młodą dziewczyną, ale nie w wieku trzydziestu czy czterdziestu lat. Emilie jest postacią bezbarwną, całe życie zakochana w człowieku, którego uczuć nigdy nie była pewna, całe życie nie związała się z żadnym innym mężczyzną, a co więcej, uprawiała seks tylko raz czy dwa z Klimtem. To on ją określał, to jemu zawdzięczała swój sukces, to on sprawił, że stała się, kim się stała. Ktoś może mnie posadzić o serce z kamienia, nieczułość i brak zrozumienia dla prawdziwej miłości. Cóż, może tak jest i może nie zauważyłam uroku, jaki „Malowany pocałunek” roztacza przed innymi czytelnikami, ale kiedy pisarz (notabene kobieta) portretuje kobietemilieę jako wiecznie gotową do poświęceń dla mężczyzny, będącą na jego niemal każde skinienie i w ciszy przyjmującą świadome czy nieświadome upokorzenia z jego strony, to budzi się we mnie bunt.

Klimatu artystycznej bohemy nie poczułam w ogóle. No chyba, że chodzi o rozwiązłe życie Klimta i jego związki o różnym stopniu nasilenia z modelkami. W książce można by się spodziewać porządnego opisu budynku Wiedeńskiej Secesji. A jeśli już nie porządnego, to chociaż podrzędnego. Jednak oprócz porównania budynku do greckiej świątyni, a wieńczącej go kopuły do „wielkiego złotego kosza kapusty”, nie znajdziemy tam nic więcej. Obraz Wiednia też był rozczarowaniem. Jedyny fragment oddający jego klimat, to ten na początku książki z opisem cesarskiej parady. Później pojawiają się nazwy ulic, przy których mieściły się pracownie Klimta, ale nic ponad to. Autorce udało się jedynie uchwycić zamiłowanie wiedeńczyków do przesiadywania w kawiarniach i zajadania marcepanowych ciasteczek, ale jakoś mnie to nie usatysfakcjonowało.

Nie wątpię, że w rękach doświadczonego pisarza, historia ta mogłaby zachwycić niejednego czytelnika, nie tylko fana ornamentalnej sztuki Klimta. Niestety akcja toczy się powoli, działania Emilie pewnie przyprawiają o migrenę feministki, a nieliczne i słabe jakościowo odniesienia do innych artystów epoki nie zadowalają osób zainteresowanych sztuką. Nawet jak na zwykłą historię miłosną, za mało się dzieje. Wielka szkoda, bo w losach Gustava Klimta i Emilie Floge na pewno tkwi wielki potencjał.

Widząc Emilie Flöge w sukniach własnego projektu, będących wyrazem
odwagi i niezależności artystycznej kobiet w początkach XX wieku,
trudno uwierzyć w Emilie z kart „Malowanego pocałunku”.

 

2 Responses to “„Malowany pocałunek” – Elizabeth Hickey”

  1. Joanna Says:

    W empik-u jest obecnie seria kalendarzy na rok 2010, między innymi z dziełami van Gogha i Klimta. Ten obraz też jest😉

  2. Lilithin Says:

    Co roku planuję kupić jakiś kalnedarz z reprodukcjami obrazów ulubionych malarzy, ale jakoś nigdy się nie udaje😉 Może w tym będzie inaczej😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s