Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

Paryż śladami Toulouse-Lautreca Sierpień 30, 2009

Filed under: Malarskie i/lub paryskie klimaty,Miejsca/wydarzenia — Lilithin @ 21:12
Tags: ,

Już pół roku minęło od mojej wizyty w Paryżu, przyszedł więc w końcu czas na wspomnienia z tego wyjazdu. A przecież kiedy myśli się „Paryż”, przed oczyma od razu staje słynna wieża, pod którą ulokowali się artyści z kiczowatymi obrazkami, niejako przywodząc na myśl drugie skojarzenie z Paryżem, miastem artystów.

IMG_1510

IMG_1556

„Na pustym terenie Champs-de-Mars powstawało zaczarowane miasto jak z Baśni z tysiąca i jednej nocy […] Rosła wieża Eiffla, z każdym tygodniem stawała się wyższa i smuklejsza. Cała armia roobotników podobna do roju mrówek czepiała się żelaznej, przezroczystej jak koronka konstrukcji, wycelowanej niby strzała w niebiosa. Dziennikarze wpadali na jej widok w ekstazę, gorączkowo szukając najwznioślejszych porównań. Niezmordowanie przypominali czytelnikowi, że była to najwyższa konstrukcja na świecie, wyższa niż Flatiron Building w Nowym Jorku, niż kopuła Świętego Piotra, niż obelisk w Waszyngtonie. Była dwa razy wyższa od piramidy Cheopsa, fundamenty jej sięgały czterdziestu ośmiu stóp w głąb ziemi […]”

Nie sposób też myśleć o malarskim Paryżu bez Montmartre’u, dzielnicy artystycznej bohemy. O malarskiej spuściźnie tego miejsca przypominały okropne, świecące się wieczorami palety, zawieszone między budynkami.

IMG_1735

„Montmartre nie był podobny do reszty Paryża. Chociaż wioska prawnie została przyłączona do miasta w 1860 roku, nie straciła swego odrębnego charakteru. Samo położenie na stromym wzgórzu odróżniało ją od leżacych niżej innych dzielnic, na skalistym stoku niełatwo było budować, a w dodatku znajdowało się tam tylko pięć źródeł świeżej wody […] Odwiedzający Montmartre mieszkańcy innych dzielnic czuli się tam jak na wsi: zbocza, porośnięte trawą i splątanymi krzewami, usiane były wiatrakami, winnicami, ogródkami.

Dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych, na  krótko przedtem, nim Henry został uczniem Bonnata, na Montmartre […] zaczęli przeprowadzać się malarze, poeci i muzycy […] Odosobniona, niezbyt dokładnie nadzorowana przez policję dzielnica, w której przez krótki okres mieszkali głównie robotnicy, znów zaczęła przyciągać ludzi będących na bakier z prawem, zwłaszcza prostytutki […] Wszędzie otwierano nowe bary i tancbudy, które wkrótce zaczeła tłumnie nawiedzać cyganeria. Artyści przeprowadzali się na Montmartre, szukając ucieczki przed nudą i mieszczańską obyczajowością, panującą w innych paryskich dzielnicach. „

Winnica na Montmartrze

IMG_1713

IMG_1719

Na położonym na wzgórzu Montmartrze schodów nie brakuje

IMG_1734

IMG_1902

Sklep z pamiątkami

IMG_1924

Na Montmartrze istniały dwa słynne po dziś dzień wiatraki: jeden należał do Le Moulin de la Galette, a drugi do Le Moulin Rouge.

IMG_1738

„Inny nocny lokal, do którego chętnie chadzali Henry i jego przyjaciele, Le Moulin de la Galette, był autentyczną tancbudą dla gminu […] Tu królowała brutalna wulgarność, a ‚koloryt lokalny’ miał odcień brudu i podszyty był niebezpieczeństwem, co wielu odstraszało. Le Moulin de la Galette zaspokajał niewyszukane potrzeby panien sklepowych i robotników fabrycznych, prostytutek i ich alfonsów, biedaków pracujących na dniówkę i szukających wieczornej rozrywki rzezimieszków […]

Kadryla w Le Moulin de la Galette nie tańczyli, jak gdzie indziej, tancerze zawodowi; tutaj występowali amatorzy – każdy mógł spróbować swych sił – którzy ustawiali się w rzędzie i nierówno fikali nogami. Kiedy przy chahut (figura polegająca na wyrzucaniu nogi wysoko w górę) unosiły się spódnice tancerek, widzowie oglądali nie fantazyjne, koronkowe falbanki, lecz codzienną bieliznę. Najlepsze tancerki szybko jednak zdobywały rozgłos i orszak wielbicieli. Zazwyczaj po krótkim czasie przenosiły się do lokali, gdzie płacono im za występy. Trójka najbardziej znanych tancerzy kadrylowych – La Goulue (Nienażarta), La Mome Fromage (Serowa Dziewczyna) i Valentin le Desosse (Giętki Walenty) – karierę zaczynała właśnie w Le Moulin de la Galette.”

Moulin Rouge stał się jednym z ulubionych lokali Toulouse-Lautreca oraz punktem zwrotnym w jego karierze.

„[…] zdarzeniem niezwykle istotnym dla twórczości Henry’ego miało się okazać otwarcie nowego lokalu. 5 października 1889 roku u stóp Montmartre’u otworzył swe podwoje Moulin Rouge; w holu zawisło kupione przez właścicieli duże płótno Henry’ego  ‚Au Cirque Fernando, l’ecuyere’. Lautrec oczywiście był na inauguracji nocnego klubu, towarzyszył mu kuzyn Gabriele Tapie de Celeyran […]”

IMG_1378

(at_the_cirque_fernando)_1887-8

„Le Moulin Roge stało się centrum nocnego życia na butte, symbolem podniecającej paryskiej ‚dekadencji’. Urządzono go z jaskrawym przepychem, zadbano o spektakularne efekty, na przykład obracające się czerwone skrzydła fałszywego wiatraka, obramowane lampkami, służyły w nocy jako punkt orientacyjny. Dyrektorem lokalu był Charles Zidler, geniusz efektów teatralnych […] Klientela Le Moulin Rouge pochodziła z różnych warstw społecznych, ich mieszaniu sie sprzyjała lokalizacja, jako że klub mieścił się na styku dzielnicy robotniczej i tej części miasta, gdzie mieszkała głównie burżuazja […]

W Moulin Rouge Henry wreszcie znalazł się w swoim żywiole. Nieprzyzwoite wybryki, rażąca sztuczność otoczenia, atmosfera ledwo skrywanej lubieżności, atrakcje dostępne zarówno na scenie, jak i za kulisami, odurzające zapachy tytoniu i pudru ryżowego, wszystko to pobudzało go i bawiło.”

Bardzo chciałam też zobaczyć mieszkanie i pracownię Lautreca, zwłaszcza, że mieszkałam jakieś 15 minut piechotą od rue Caulaincourt 21. Ku mojemu zaskoczeniu, na budynku nie było żadnej tablicy informującej o słynnym mieszkańcu kamienicy.

„Po długich poszukiwaniach znalazł wreszcie pracownię na stałe, przy rue Caulaincourt 27 (dziś 21), na południowo-zachodnim rogu ulicy, powyżej Place de Clichy. Miała także osobne wejście od rue Torlaque 5/7 […] W domu tym mieszkali głównie artyści i modelki, wprowadził się tu także Gauzi. Henry szybko zaprzyjaźnił się ze współlokatorami; i znalazł nowe źródła inspiracji, jednym z nich był protegowany Degasa, Federico Zandomeneghi, zwany Zando, garbaty malarz z Wenecji. Zando był bardzo malowniczą postacią, nosił pelerynę a la muszkieter i krzykliwie bronił swoich teorii sztuki. Malował dużo obrazów o tematyce cyrkowej.”

IMG_1752

Boczne wejście. O Lautrecu ani słowa, na tabliczkach są umieszczone informacje o lekarzach mających swoje gabinety w kaminicy – jeden osteopata oraz dwóch psychologów. Muszę przyznać, że trochę dziwnie się poczułam. Chyba tylko nieliczni wiedzą o dawnym lokatorze mieszkania przy rue Caulaincourt 21. Lub też w Paryżu co krok trzeba by umieszczać takie pamiątkowe tabliczki.

IMG_1751

Również inne mieszkanie artysty, przy rue Torlaque w żaden sposób nie upamiętnia sławnego malarza. Ciekawe czy pracujący tam lekarz ogólny, psychiatra i dermatolog zdaja sobie sprawę, kto byłby ich sąsiadem ponad 100 lat temu.

IMG_1748

Toulouse-Lautrec pobierał nauki w pracowni Bonnata. Kiedy ten jednak został profesorem w Ecole des Beaux Arts, musiał zamknąć swoją pracownię i młody malarz zaczał chodzić do Cormona.

” Pracownia Cormona mieściła się przy rue Constance 10 […] Henry szybko przywykł do nowego nauczyciela. Cormon, młodszy i sympatyczniejszy od poprzedniego mistrza, należał do popularnej i przychylniejszej wobec nowych prądów grupy malarzy, zwanych artystami juste milieu (złotego środka) […]

Jego uczniowie przezywali go ‚Pere la Rotule’ (Tatuś Rzepka Kolanowa), zapewne zarówno dlatego, że był bardzo chudy i kościsty, jak i z powodu jego zainteresowania archeologią i prehistorią. Był przez nich bardzo lubiany. Prostolinijny, bezpretensjonalny, uwielbiał żarty i kawały. Zdobył wiele medali i zaszczytów, ale nie traktował ich zbyt poważnie.”

Rue Constance 10 (proszę wybaczyć krzywe zdjęcie). Porzucony niedbale rower wygląda, jakby zostawił go tam spieszący na zajęcia początkujący malarz.

IMG_1756

Henry, podobnie jak inni artyści, zaopatrywał się w farby i inne przybory niezbędne do pracy w sklepie Juliena Tanguy.

„Koledzy Henry’ego z pracowni szukali własnych dróg. Van Gogh zaprowadził Lautreca do sklepu z farbami Juliena (zwanego przez wszystkich ‚Pere’) Tanguy przy rue Clauzel 14, spory kawałek odrue Caulaincourt. Tam, na zapleczu, regularnie spotykali się popołudniami młodzi malarze […] by wieść dyskusje o sztuce. W tym czasie szczególnie interesowała ich perspektywa stosowana przez drzeworytników japońskich, którą od dziesięciu co najmniej lat stosowali także Degas i inni artyści.”

IMG_1762

IMG_1763

Toulouse-Lautrec znany był ze swego upodobania do alkoholu.

„Wczesnym wieczorem Henry w eskorcie silniejszych i wyższych przyjaciół opuszczał pracownię i kuśtykał krętą rue Lepic, aby odwiedzić gromadzące artystów bary, które wyrosły u stóp butte […] Stawał się koneserem trunków. O zmroku lubił etouffer un perroquet (dosłownie: zadusić papugę – bywalcy knajp na Montmartrze określali tak wychylenie szklaneczki zielonego absyntu, powszechnie zwanego perroguet). Wiedziano już wtedy, że absynt, gorzki likier z trującego piołunu, jest niebezpieczny dla zdrowia, ale prawnie zakazano we Francji jego sprzedaży dopiero w roku 1915.”

Rue Lepic

IMG_1743

IMG_1745

IMG_1754

I pomyśleć, że Toulouse-Lautrec to tylko jedna z setek postaci złączonych nierozerwalnie z Paryżem. Aż chciałoby się wybrać na kolejną wyprawę szlakiem innego artysty. Można czytać o losach jakiejś wybitnej postaci, można oglądać jej dzieła. Ale stać pod jej domem i chodzić tymi samymi ścieżakmi, co ona, to już zupełnie inne doświadczenie. W tak pozornie prozaiczny sposób słynny artysta staje się kimś bliższym, człowiekiem z krwi i kości.

Wszystkie cytaty (oprócz pierwszego, który pochodzi z: Pierre La Mure, „Moulin Rouge , tłum. J. Dmochowska, wyd. Muza SA, Warszawa 2006) zaczerpnęłam z: Julia Frey, „Toulouse-Lautrec. Biografia”, tłum. J. Andrzejewska, wyd. W.A.B., Warszawa 2004.

Inne książki związane z paryską bohemą na czytatniku:

Autobiografia Alicji B. Toklas – Gertruda Stein

Księżyc i miedziak – William Somerset Maugham

Paryż Montmartre. Narodziny sztuki nowoczesnej 1860-1920 – Sylvie Buisson, Christian Parisot

Paryż Montparnasse. Rozkwit sztuki nowoczesnej 1910-1940 -Valerie Bougault

Pasja życia – Irving Stone

Księżyc i miedziak – William Somerset Maugham
Reklamy
 

Brak sił i zbłąkane dusze internetu Sierpień 26, 2009

Filed under: Off topic — Lilithin @ 21:05

Po powrocie z wakacji jakoś nie chce mi się pisać, nie chce mi się czytać. Dorywcza praca, której się podjęłam w tym tygodniu dodatkowo otępia umysł i pozbawia sił. Trudno jakoś zebrać się do czegoś konstruktywnego, a szkoda, bo tyle świetnych książek wręcz dobija się do mnie, np. „The Uses of Enchantment. The Meaning and Importance of Fairy Tales” Bettelheima, „From the Beast to the Blonde. On Fairy Tales and Their Tellers” Warner czy „Dziewczynka w baśniowym lesie” Péju. Kiedy szara rzeczywistość puka do drzwi, baśniowe klimaty odchodzą w zapomnienie.

Póki co zapraszam na przegląd haseł z wyszukiwarki, dzięki którym wchodzono na mojego bloga.

opowiadanie o feelu – odkąd systematycznie w sobotę i niedzielę o 8 rano byłam budzona słowami „a teraz chodź tu do mnie, poczuj się swobodnie” przez sąsiadów, mam głęboką awersję do tego pana i niewykluczone, że rzeczone opowiadanie bym zbojkotowała

jamiroquai w wenecji – co, był tam? Nic dziwnego, piękne miejsce.

porno w xix wieku zdjęcia, chrabiów nałożnice porno – nastąpiła jakaś moda na porno w wydaniu retro?

gra anioła ksiązka do przeczytania – nie spotkałam się jeszcze z książką inną niż do przeczytania.

przeklucie waginy – to już chyba będzie mnie dręczyć zawsze.

ksiazka „szalony psychiatra” – od takich najlepiej z daleka 😉

puszka na herbatę – posiadam takową, sprawdza się doskonale.

literatura amerykańska co warto przeczytac – to i owo.

butelka opleciona wikliną – musi ładnie wyglądać.

władca much william golding rozdzial 1, władca much william golding rozdzial 3 – żeby już konkretne rozdziały wyszukiwać, to ja nie wiem, o co chodzi.

wnętrza paryskich kamienic – kryją zwykłych ludzi. Tak mi się przynajmniej wydaje. Czasami jeszcze jakieś muzeum się znajdzie.

zamówienia z book depository – dochodzą, acz po nieco dłuższym czasie.

kubek gustaw klimt – przyznam, że kiedyś strasznie chciałam mieć zestaw kubków z reprodukcjami jego obrazów, ale w ostatecznym rozrachunku się nie zdecydowałam.

książka z ustami czerwonymi na okładce – ja znam tylko z czerwoną sofą.

mysli władców móch – kwestią dyskusyjną jest tu słowo ‚myśli’.

brytyjscy włatcy much – O tempora, o mores! To istnieje brytyjska wersja tego koszmarku?

„kiedy rekin śpi” – budzą się rybki – demony?

co przeczytać mendozy – co tylko chcesz 🙂 Ja polecam „Niezwykłą podróż Pomponiusza Flatusa” i „Przygodę fryzjera damskiego”. Inne też pewnie polecę, jak przeczytam.

palpitacja serca – czasami jej dostaję.

szansonistka – mam nadzieję, że po kłębku do sznurka ktoś znalazł blog szansonistki 🙂

 

Przerwa wakacyjna Sierpień 14, 2009

Filed under: Off topic — Lilithin @ 22:57

Niniejszym ogłaszam przerwę wakacyjną. Jadę nad morze! Wątpię, żebym cokolwiek przeczytała. Obecnie jestem w trakcie lektury „Czarnego ogrodu”, ale nie jest to książka sensacyjna, której nie sposób odłożyć, więc jeszcze trochę zajmie mi czytanie. Powrót w okolicach 23-24 sierpnia.

 

„Something Rotten” – Jasper Fforde Sierpień 13, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 23:26
Tags: , ,

sth rotten

„Gdyby prawdziwy świat był książką, nigdy nie znalazłby wydawcy. Zbyt długi, szczegółowy aż do punktu, w którym traci się zdolność skupienia uwagi i ostatecznie bez żadnego konkretnego rozwiązania.” *

Który bohater literacki mógłby wypowiedzieć te słowa?

a) Werter

b) Hamlet

c) Antygona

Jeśli Waszym wyborem była odpowiedź b, czyli Hamlet, to gratuluję znakomitej znajomości osobowości książkowych bohaterów. Jasper Fforde, mistrz literackich odniesień i absurdalnych pomysłów powraca w przedostatnim tomie przygód Thursday Next i wprowadza Hamleta do świata rzeczywistego, bo w słynnej sztuce nie dzieje się dobrze. Sam Hamlet też nie jest w najlepszej formie. Postanawia zostać człowiekiem czynu, co nie cieszy Thursday, która sprawuje nad nim opiekę. Thursday ma masę innych problemów – musi odzyskać pracę, schwytać uciekiniera ze świata fikcji, zapobiec końcu świata, przywrócić eradykowanego męża do swojego życia. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze konieczność znalezienia odpowiedniej opieki dla syna, o wdzięcznym imieniu Friday, przemyt duńskich książek do Walii, a to i tak nie koniec.

Tak jak i w poprzednich tomach, Fforde dał popis swej niezwykłej wyobraźni i siły twórczej. Najbardziej przypadł mi do gustu wątek z Hamletem, który uważam za jeden z najzabawniejszych ze wszystkich czterech tomów, które do tej pory przeczytałam. Ogólnie jednak „Something Rotten” nie zachwycił mnie aż tak, jak poprzednie tomy. Pierwszy tom, „Porwanie Jane E.” był jak łyk świeżej wody na pustyni, wprost zachłysnęłam się prozą Fforde’a. Drugi, „Skok w dobrą książkę”, to właściwie był skok na głęboką wodę niesamowitych pomysłów autora i pianie z zachwytu nad dalszą eksploracją pomysłu wchodzenia do książek. Trzecia część, „The Well of Lost Plots”, dziejącą się w całości w świecie fikcji, oczarowała mnie od początku do końca. W czwartej części wracamy do Anglii i niby dalej jest zabawnie, odniesienia do literatury i popkultury wyskakują z każdej strony, ale zachwyt już nie ten. Nie wiem, czy to przez to, że akcja dzieje się w świecie rzeczywistym, czy przez to, że czwarty tom to, jakby na to nie patrzeć, już czwarty tom. Pozostaje za jakiś czas sięgnąć po ostatnią część i przekonać się, czy Fforde jeszcze czymś zaskoczy. W każdym razie, „Something Rotten” to wciąż świetna lektura i godna polecenia, może już nie na szóstkę, ale pięć z minusem.

—–

Jasper Fforde na czytatniku:

Porwanie Jane E.

Skok w dobrą książkę

The Well of Lost Plots

—–

* Jasper Fforde, „Something Rotten”, Hodder and Stoughton, Londyn 2004, s. 75 (tłum. L).

 

„The Bloody Chamber” – Angela Carter Sierpień 10, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 23:32
Tags: , , ,

bloody chamber

Jak już kiedyś wspominałam, opowiadania nie należą do szczególnie lubianego przeze mnie gatunku literackiego (chyba, że natrafię na coś naprawdę dobrego, jak np. Joyce Carol Oates) Bardzo lubię za to baśnie. Kiedy przez przypadek przeczytałam „The Company of Wolves” („Towarzystwo wilków) Angeli Carter, wiedziałam, że mimo krótkiej formy, jej opowiadania przypadną mi do gustu.

Carter podjęła się zadania napisania baśni na nowo, dając głos kobiecym bohaterkom tychże. Tytułowa „The Bloody Chamber” („Krwawa komnata”) to inna wersja Sinobrodego, są też dwie wariacje na temat Pięknej i Bestii, Kot w butach, opowieść oparta na legendach o wampirach oraz trzy odsłony Czerwonego kapturka, z czego jedna czerpie jeszcze z „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla. Kobiety w opowiadaniach to z pewnością nie bezbronne istotki, zdane na pomoc mężczyzn. Przeciwnie, to silne i aktywne heroiny, które podążając za własnymi, często zwierzęcymi instynktami poznają swoją prawdziwe ja. Kobiety biorąc kontrolę nad własną seksualnością przechodzą swego rodzaju akt nowych narodzin.

Język Carter jest niezwykle bogaty, a opisy sugestywne. Czytaniu wciąż towarzyszy dreszcz grozy i poczucie zagrożenia, a niepowtarzalne zakończenia znanych baśni jeszcze te uczucia pogłębiają. Miejsce akcji to często odizolowane od świata miasteczka lub wioski na prowincji z surowymi warunkami do życia. Kontrast między cywilizacją a wrogą i niebezpieczną naturą (lasem) to powtarzający się motyw u Carter, a każde opowiadanie to istna kopalnia znaczeń i symboli.

Czytając „The Bloody Chamber” nie mogłam się nadziwić nad doskonałością formy, baśnie Carter są idealnie wyważone, jedno zdanie mniej lub więcej i efekt nie byłby już ten sam. Intertekstualność, elementy gotyku, baśniowa atmosfera, łamanie konwencji oraz ciemne zakamarki kobiecej seksualności stanowią o niezwykłości tego niewielkiego tomu. Ja jestem zachwycona.

 

„Przygoda fryzjera damskiego” – Eduardo Mendoza Sierpień 3, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:40
Tags: , ,

przygoda_fryzjera_damskiego300

„- I co słychać?

– Nic dobrego – odparłem. – W nocy aresztowali mnie i prawie nie zmrużyłem oka, a poprzedniej nocy też nie spałem.

– Cóż – powiedział czuły i stanowczy głos. – Mam to gdzieś. Jestem prezydentem Barcelony i prowadzę kampanię wyborczą. Wie pan: trzeba śmiać się jak kretyn z przekupkami, inaugurować rozbiórkę i udawać, że się je jakąś ohydną paellę. Dzisiaj mam w planie tę gównianą dzielnicę. Czy jesteśmy na wizji? Tak? Trzeba było mnie uprzedzić.” *

Cóż, prezydent u Mendozy jest przynajmniej szczery. Bumelant i niezbyt bystry kombinator, ale nie udaje, że zależy mu na poprawieniu stopy życiowej mieszkańców Barcelony. Podobnie jest z tytułowym fryzjerem damskim, który nieoczekiwanie staje się detektywem – sam przyznaje, że zawsze był cherlakiem, a śledztwa podejmuje się bynajmniej nie z powinności moralnej.

„Przygoda fryzjera damskiego” to z jednej strony świat mafijnych machlojek i powiązań z polityką przedstawiony w krzywym zwierciadle, z innej – groteskowy kryminał z przezabawnie przerysowanymi elementami gatunku (finałowa scena, w której wszyscy podejrzani znajdują się w jednym pomieszczeniu i następuje rozwikłanie zagadki to istny majsterszczyk), ale przede wszystkim – świetna zabawa.

Muszę przyznać, że pisarstwo Mendozy rozbraja mnie na łopatki. Podśmiechiwałam się co kilka zdań (jak tu się nie śmiać np. na widok nazwy firmy Hiszpański Szachraj?) i nie mogłam się nadziwić niesamowitemu poczuciu humoru autora. Do łez bawią absurdalne dialogi, szalone zwroty akcji i przebieranki głównego bohatera, podczas których padają takie słowa:

„Wybaczcie nieuczonej wiejskiej babie. Ja nie z kimś, ino do kogoś. Bidnemu pomieszało się w głowie, ale co ma wiedzieć, to wie. Pozwólcie zaglądnąć do niego. Niesę mu w galotach Kinderniespodziankę, ale coś mi się widzi, że się rozmygliła w ten gorąc.” **

Trzeba też zwrócić uwagę na doskonałe tłumaczenie Marzeny Chrobak (która to też tłumaczyła Fforde’a), bo gdyby nie ono, książka straciłaby wiele ze swego polotu. Kiedyś usłyszałam, że dobry przekład to taki, o którym się nie myśli, że czytając go, człowiek nie ma najmniejszego poczucia, że książka została napisana w obcym języku. Wprawdzie podczas lektury „Przygody fryzjera damskiego” myślałam o tłumaczeniu, ale tylko o tym, jak Marzenie Chrobak udało się je zrobić w tak doskonały sposób. Może nie powinnam tak wychwalać bez znajomości oryginału, ale jestem zachwycona i nic na to nie poradzę.

Na pewno nie było to moje ostatnie spotkanie z Mendozą. Jego humor doskonale mi odpowiada. Powiem nawet więcej, podczas lektury wręcz polubiłam autora i gdyby w jakimś blogowym łańcuszku pojawiło się pytanie: Z jakim pisarzem chciałabyś się napić wódki? (choć przypuszczam, że takie pytanie nigdy nie padnie), to wybór padłby właśnie na niego. Jeśli rozmyglona Kinderniespodzianka w galotach Was nie zniesmacza, to gorąco polecam.

——–

* Eduardo Mendoza, „Przygoda fryzjera damskiego”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 213.

** Tamże, s. 158.