Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

I jak tu… Maj 27, 2010

Filed under: Miejsca/wydarzenia — Lilithin @ 10:52
Tags:

… nie mieć dobrego humoru mimo złamanej ręki, niemożności pojawienia się na spotkaniu z Kazimierzem Kutzem przez przeciągającą się wizytę u chirurga, konieczności pisania prac zaliczeniowych, zaległych tłumaczeń, braku lokum na wakacje i braku czasu na czytanie, kiedy człowiek przechadza się uliczkami wrocławskiej starówki, świeci słońce, jest pięknie i widzi takie oto kolorowe kamienice:

Tak prezentuje się ulica Malarska. Swoją drogą, bardzo odpowiednia nazwa. Spotkałam się z opiniami, że budynki są zbyt pstrokate, kiczowate, że przypominają kolorowe landrynki. Landrynki lubię i tak odmalowane kamienice absolutnie nie rażą mojego poczucia estetyki, wręcz przeciwnie. A jak Wam się podoba kolorowa ulica Malarska?

 

Stosik Maj 20, 2010

Filed under: Stosiki — Lilithin @ 10:31

Za oknem nieprzerwanie od tygodnia leje deszcz, perspektywa pisania pierwszego rozdziału pracy magisterskiej coraz większym cieniem kładzie się na moim dobrym samopoczuciu, a do tego złamałam rękę. Na takie bolączki najlepszym lekarstwem będzie humor Eduardo Mendozy, który to już skutecznie umilał mi podróż pociągiem i przyprawiał o nagłe wybuchy śmiechu. Po 10 miesiącach w końcu i pozostałe książki hiszpańskiego autora zagościły na mojej półce, co z dumą poniżej prezentuję. Poza tym biografia Gorana z taniej książki, Pilch z jakiejś promocji w ŚK oraz „Każdy dom potrzebuje balkonu” wygrany u Nety.

 

„Nacja” – Terry Pratchett Maj 16, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 20:22

Terry Pratchett ogólnie znany jest i kochany za swoją, jak wieść niesie przezabawną i podszytą ironią, serię o Świecie Dysku. Ja znajomość z tym autorem rozpoczęłam od „Nacji”, która może nie skrzy humorem i nie jest typową pratchettowską powieścią, ale nie znaczy to wcale, że poczułam się zawiedziona. Wręcz przeciwnie.

Akcja „Nacji” toczy się w równoległym do naszego świecie, w XIX wieku. Europę dziesiątkuje wielka zaraza, a inne rejony świata niszczy wielka fala. Na niewielkiej wyspie znajduje się Mau, chłopiec bez duszy, którego rytuał inicjacji został przerwany przez kataklizm oraz Daphne, młoda arystokratka z Anglii. Wkrótce na wyspę zaczynają przybywać nowe osoby chcąc odbudować swoje życie, ale wkrótce muszą się zmierzyć z nowymi zagrożeniami…

Nie ulega wątpliwości, że jest to książka skierowana do młodszego czytelnika, ale która również sprawi niemałą przyjemność dojrzalszym czytelnikom. Jest to powieść, którą spokojnie podsunęłabym własnemu potomstwu, gdyby takowe istniało, bez obaw, że wyskoczy na nie przeerotyzowany wampir czy rozhisteryzowana zakochana w nim panienka. Pratchett w bardzo przystępny sposób porusza tematy wiary w jakąś wyższą siłę, a pytania, jakie Mau sobie zadaje, na pewno stawały przed ludzkością na każdym etapie jej historii. Rozterki chłopca pokazana są w bardzo naturalny sposób, bez zbędnego teoretyzowania i napuszenia. Istotnym i bardzo mądrym wątkiem jest również kolonializm. Stopniowo Daphne uświadamia sobie, że ‚dzicy’ są bardziej ‚cywilizowani’ niż niejeden mieszkaniec jej ojczyzny. Wspaniała, mądra książka.

 

Losowanie Maj 4, 2010

Filed under: Off topic — Lilithin @ 11:53

Dziękuję wszystkim za udział w losowaniu „Obcych” Morta Castle. Oto jak wyglądały przygotowania do tego wielkiego wydarzenia:

1. Powstały karteczki z imionami/ksywami wszystkich chętnych

2. Karteczki zostały wrzucone do koszyka

3. Wylosowana została jedna osoba… Skarletko, gratuluję 🙂 Proszę o kontakt mailowy i adres, na który mam wysłać książkę (lilithin@gazeta.pl)

A ja wracam do lektury „Lavondyss”, drugiego tomu z cykly „Mythago Wood”. Miłego tygodnia!

 

„Obcy” – Mort Castle + losowanie Maj 1, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 13:35

Rzadko zdarza mi się czytywać horrory. Owszem, znam kilka książek Stephena Kinga i Mastertona, ale zapoznałam się z nimi dobrych kilka lat temu i żadną specjalistką w tej dziedzinie nie jestem. Słysząc jednak horror, czy to w formie lektury, czy filmu, mam pewne oczekiwania. A właściwie jedno oczekiwanie – że będę się bać.

Podczas lektury „Obcych” wprawdzie się nie bałam, ale nie znaczy to, że nie odczuwałam atmosfery pewnej grozy. Michael i Beth wydają się być idealnym, kochającym się małżeństwem. Mają dwie córeczki, mieszkają w domu na przedmieściach. Dla nich amerykański sen się ziścił. Michael nie jest jednak tym wspaniałym mężem, na jakiego się kreuje. Tak naprawdę jest żądnym krwi Obcym czekającym tylko na nadejście Czasu Obcych, kiedy to będzie mógł przestać udawać i zabijać bez żadnych ograniczeń. Beth powoli zaczyna sobie układać elementy układanki w całość i  zaczyna rozumieć, że Michael nie jest tym, za kogo się podaje. Mort Castle zręcznie buduje napięcie towarzyszące stopniowo rodzącej się świadomości, a czytelnik z niecierpliwością przewraca kolejne kartki czekając na finałową rozgrywkę.

Nie twierdzę, że jest to książka mojego życia, która otworzyła mi oczy na pewne sprawy. Stanowi jednak całkiem niezłą rozrywkę i idealnie umilała mi podróż pociągiem. Wylosowałam ją na blogu Zacisze wyśnione i teraz sama proponuję majówkowe losowanie. Jeśli ktoś ma ochotę, proszę wpisywać się w komentarzach do 4.05 do godz. 10.00. Losowanie prawdopodobnie w tym samym dniu.