Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

Łańcuszek – odsłona druga Lipiec 30, 2010

Filed under: Off topic — Lilithin @ 10:10

Zaproszona przez Buksy, spieszę odpowiedzieć na dodatkowe pytania z wakacyjnego łańcuszka.

Czy masz jakąś książkę lub autora do których wracasz w okresie wakacyjnym?

Trudno nazwać to powrotem, gdyż dopiero drugie lato mija odkąd poznałam tego autora, a jest to oczywiście Mendoza! I chyba zostanie on już dla mnie wakacyjnym pisarzem.

Egzemplarze jakiej książki rozrzuciłabyś najchętniej w letnich pociągach i samolotach, tak by przeczytało ją jak najwięcej wakacjowiczów?

No i to nie będę oryginalna. Byłaby to z pewnością „Przygoda fryzjera damskiego”. Albo może jednak coś Fforde’a? Bo Mendoza przecież znany wszem i wobec, a Fforde już mniej. Tak. Jednak byłoby to „Porwanie Jane E.” Zabawne, sprawnie napisane, bosko przetłumaczone, pełne literackich aluzji. Wielka szkoda, że Znak wydał tylko 2 tomy.

Tym razem i ja dodam swoje 3 grosze i zadam dodatkowe pytania, o!

Czy czytasz ostanią stronę lub ostatni rozdział przez rozpoczęciem właściwej lektury? Czy kiedykolwiek zepsuło Ci to przyjemność czytania?

Jak często czytasz książki więcej niż jeden raz i jaką książkę udało Ci się przeczytać największą ilość razy?

Tym razem zaproszę kogoś do odpowiedzi, a będą to autorki nowych blogów, które ostatnio odkryłam: thebook (poczekmay na powrót z Woodstocku), dabarai, tuszemposzybie, malenstwo.

 

Stosik Lipiec 28, 2010

Filed under: Stosiki — Lilithin @ 22:03

Stosik wprawdzie nie do końca mój, bo album ze zdjęciami Kapuścińskiego i „Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya” to prezenty, ale cieszą tak samo, a nawet bardziej, niż książki, które już na półce zostaną. Na samej górze Atwood potrzebna do pracy magisterskiej, prezent, Huelle poznany dzięki Buksy, od dawna pożądana przeze mnie „Piąta strona świata” oraz „Rzeczy pierwsze” . Na zdjęciu zabrakło „Końca świata w Breslau” Marka Krajewskiego, którym ostatnio się zaczytuję.

 

Niezbędnik Lipiec 20, 2010

Filed under: Off topic — Lilithin @ 20:47

Widoczny poniżej obrazek to sytuacja idealna – zakładki indeksujące, większe karteczki samoprzylepne na notatki, zaostrzony ołówek i temperówka, na wszelki wypadek. Staram się mieć przy sobie zawsze karteczki, które pomogą mi zaznaczyć interesujący fragment w tekście, ale nie zawsze się to udaje. Wtedy na ratunek spieszą mi paragony. Wkładam je między kartki albo notuję na nich numer strony, na której znalazłam coś ciekawego. Przy niektórych lekturach powstaje cały system zaznaczania, różnym kategoriom przypisane są różne kolory zakładek. Aż żal, że „Śmierć w Breslau” to egzemplarz biblioteczny. A jak Wy sobie radzicie?

 

„Każdy dom potrzebuje balkonu” – Rina Frank Lipiec 17, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 14:45

Historie rodzinne mogą mieć swój urok. Mogą magicznie wciągnąć czytelnika w dzieje dwóch czy trzech pokoleń. Mogą trwale zostawić ślad w pamięci. Mogą wzruszać, bawić i zadziwiać. Mogą też nieco nużyć i nie wzbudzać żadnych emocji i zniknąć w otchłani niepamięci w kilka dni po skończeniu lektury.

„Każdy dom potrzebuje balkonu” plasuje się gdzieś pomiędzy. Powieść nie wzbudziła we mnie wielkich emocji, nie poruszyła mnie w żaden sposób, ale po prawie dwóch tygodniach pamiętam ją jeszcze całkiem dobrze. Rzecz dzieje się w Hajfie, krótko po powstaniu Izraela. Za pośrednictwem narracji pierwszoosobowej, z perspektywy piękniejszej córki, śledzimy losy pochodzącej z Rumunii niezbyt zamożnej rodziny. W tle wielokulturowe miasto i rozedrgane powietrze. Narracja pierwszoosobowa jest przeplatana trzecioosobową, przedstawiającą dalsze losy dorosłej już Frankówny. Miłość do przystojnego Hiszpana, przeprowadzka do jego kraju, problemy z zasymilowaniem się w nowym miejscu, z dala od rodziny i bliskich – wszystko to przypomina historię o Kopciuszku lub też scenariusz na ckliwy film.

Lata dzieciństwa w Hajfie mogły zostać przez pisarkę przedstawione bardziej szczegółowo, można było rozwinąć i pogłębić wątek powstającego państwa żydowskiego. Późniejsze losy bohaterki nie wniosły niczego świeżego, nowego. Nie pogłębiły mojej perspektywy na problemy młodych mężatek czy na cokolwiek innego. Czytało się miło, ale co z tego?

Książkę otrzymałam od Nety (Neto, co się z Tobą dzieje?), za co dziękuję. Teraz w ramach arbitralnej decyzji idzie dalej, do Esencji. Może u niej wzbudzi większe emocje.

 

„Sekret hiszpańskiej pensjonarki” – Eduardo Mendoza Lipiec 11, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 18:03
Tags:

Czasami przewidywalność jest dobra. Czego można się spodziewać po książkach Mendozy? Doskonałego humoru, absurdalnych sytuacji, karkołomnego śledztwa detektywa ze szpitala dla obłąkanych, soczystego języka i świetnego tłumaczenia w wykonaniu Marzeny Chrobak. „Sekret hiszpańskiej pensjonarki” spełnia wszystkie te oczekiwania, choć pozostawia pewien niedosyt w  kwestii długości opowiadanej historii. Zaledwie 154 strony to zdecydowanie za mało!

Wytrawny detektyw, amator pepsi coli, tym razem podejmuje się wyjaśnienia tajemniczego zniknięcia uczennicy szkoły z internatem prowadzonej przez zakonnice. Podobne wydarzenie miało już miejsce w przeszłości i bohater nie spocznie, póki nie rozwikła zagadki. Nawet wbrew postanowieniom komisarza Floresa.

„-Posłuchaj, synu – odrzekł wówczas komisarz, ze słodyczą, która wprawiła mnie w największą konsternację, ponieważ nigdy nie używał w stosunku do mnie słowa ‚synu’, nie poprzedzając go przedrostkiem ‚skurwy’, a niekiedy też przydawką ‚cholerny’ – najlepiej będzie jeśli wstrzymamy bieg tej sprawy”. *

Towarzyszą mu przezabawne perypetie i, jakżeby inaczej, piękna kobieta.

Zabawa przednia, lektura świetna. Z lekkim przymrużeniem oka poznajemy machlojki barcelońskich dygnitarzy i rządzącą wszystkim korupcję. Bo czasami jedynym lekarstwem na bolączki współczesnego świata jest śmiech. Mnie taka terapia jak najbardziej odpowiada. Żeby jednak nie przesadzić, na jakiś czas odpuszczę sobie kolejną dawkę mendozowego lekarstwa.

—–

*  Eduardo Mendoza, „Sekret hiszpańskiej pensjonarki”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 46.

 

Wakacyjny łańcuszek Lipiec 8, 2010

Filed under: Off topic — Lilithin @ 16:48

Mania czytania zaprosiła mnie do wzięcia udziału w łańcuszku.

1. Do jakiego kraju, miasta, miejsca chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą? Jaka to była książka? A może już w takim miejscu byłaś? W takim razie jak wypadła konfrontacja?

U mnie to działa inaczej. Jeśli fascynuje mnie jakieś miejsce, to szukam książek na jego temat 🙂 I tak np. dużo czytałam o Paryżu, zanim zawitałam w stolicy Francji. Bardzo chętnie odwiedziłabym jeszcze raz Wenecję, tym razem z „Miastem spadających aniołów” pod pachą. Marzą mi się też Indie, i literackie, i podróżnicze.

2. Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania latem? Czy jest to ręcznik rozłożony na pięknej plaży, a może leżaczek na balkonie, a może jeszcze jakieś inne?

Ręcznik na zalanej słońcem plaży jak najbardziej 🙂 Lubię też siedzieć na ławce nad Odrą. Ogólnie wszędzie tam, gdzie jest woda.

3. Poleć mi jedną książkę do przeczytania w wakacje.

Najpierw myślałam, że będzie to coś Mendozy, aby się rozerwać nieco w upalny czas, ale po przeczytaniu „Wicked” dochodzę do wniosku, że jest to jeszcze lepsza lektura na wakacje. Zupełnia inna niż powieści hiszpańskiego pisarza, ale jedną rzecz można porównać: długość. Mendoza to właściwie przygoda na jeden dzień, a Maguire napisała już dłuższą powieść (choć i tak mogłaby być jeszcze dłuższa), w której można się zatopić bez pamięci.

Dziękuję za zaproszenie 🙂 Jeśli ktokolwiek ma ochotę odpowiedzieć na te pytania, zapraszam. Sama nie będę wybierać konkretnych osób.

 

„Wicked” – Gregory Maguire Lipiec 5, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:58

„‚Pomyśl tylko, ile mamy starych bajek, które zaczynają się od słów ‚Pewnego razu w środku puszczy żyła sobie stara czarownica’ albo ‚ Pewnego dnia diabeł wyszedł na spacer i spotkał dziecko’ […] Biedacy nie potrzebują opowieści wyjaśniających, skąd się bierze zło. Ono zawsze było. Nigdy się nie dowiadujemy, jak to się stało, że czarownica zrobiła się zła ani czy był to dla niej właściwy wybór – bo czy istnieje właściwy wybór? A jeśli tak, to czy nadal jest diabłem? Tak naprawdę jest to kwestia definicji”. *

Nie sposób nie zgodzić się z tymi słowami. We wszelkich baśniach, legendach i mitach zło po prostu jest, nie poznajemy jego genezy, stanowi ono pewien uniwersalny koncept, którego się nie kwestionuje. Klasyczne baśnie, wywodzące się z tradycji oralnej, zostały podporządkowane ideologiom. Na dworze Ludwika XIV historie przedstawione w baśniach sprzyjały interesom arystokracji i pokazywały zasady i wartości panujące na dworze, a sławni bracia Grimm zebrali wersje znanych nam opowieści od klasy średniej, która już wprowadziła do nich swój mieszczański światopogląd. Zmiana nadeszła wraz z nadejściem XIX wieku i dziełami George’a MacDonalda, Oscara Wilde’a i Franka Lymana Bauma, którzy głównymi bohaterami swych opowieści uczynili zwykłych ludzi z niższych klas. Podczas gdy klasyczne wersje doczekały się już nowych wersji w duchu postmodernistycznej zabawy konwencją (warto wspomnieć chociaż „The Bloody Chamber” Angeli Carter czy baśnie Coovera i Barthelema), tak jeszcze nie spotkałam się z nowymi perspektywami na stosunkowo świeże baśnie XIX-wieczne. Dlatego też z wielką radością przeczytałam powieść Maguire’a nawiązującą do „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” Bauma.

Maguire pokazuje jak zielonoskóa Elfaba stała się Złą Czarownicą z Zachodu. Lecz czy naprawdę jej działania były złe? Czym właściwie jest zło? Tak naprawdę jest to kwestia definicji, a Maguire ich jednoznacznie nie podaje zostawiając czytelnika z kłębowiskiem myśli. „Wicked” to również bildungsroman, przedstawiająca dojrzewanie Elfaby, jej stopniowe kształtowanie się poglądów, które przechodzi w fanatyzm. Jej siła charakteru oraz wierność ideałom równości i prawa wyboru wzbudzały podziw. Bo w końcu „czy tylko w młodości stać nas na stawianie sobie poważnych pytań?” **Ile razy mając naście lat zastanawiamy się nad sensem życia, nad tym, czego od niego oczekujemy i jak spełnić swoje marzenia, po to tylko, by w kilka lat później zapomnieć o tych sprawach na rzecz nowej lodówki czy zmiany samochodu? Chyba warto czasami zadać sobie te wciąż istotne pytania, nawet za cenę chwilowego cynizmu i zgorzknienia, które ogarnia Elfabę, np. kiedy mówi swemu kochankowi: „Właśnie dlatego nie powinieneś się zakochiwać, to cię oślepia. Miłość to niegodziwa dystrakcja” *** lub kiedy w rozmowie o wiarę w życie pozagrobowe odpowiada: „Tylko tego nam potrzeba […]. Kolejnego padołu łez”. *****

Maguire stworzył nie tylko prawdziwą bohaterkę o silnej osobowości, ale również bardzo plastycznie odmalował  świat Krainy Oz przedstawiając wszelkie antagonizmy między poszczególnymi regionami. Czytając książkę zapomina się, że Kraina Oz nie istnieje naprawdę. Również atmosfera terroru i strachu wprowadzona przez totalitarną władzę jest opisana dość sugestywnie. Jednym słowem – świetna książka. Mądra i wciągająca. A do tego świetnie dopracowana graficznie. Czcionka jest idealna, odstępny między linijkami w sam raz, a do tego nie trzeba na siłę jej zaginać, bo rozkłada się w ręce idealnie, a marginesy są odpowiedniej szerokości. Mała czarownica w prawym rogu każdej strony jest drobnym detalem, ale cieszy oko. Wydawnictwo Initium zadbało o wszystko. Teraz nie pozostaje nic innego, jak czekać na kontynuację, „The Son of a Witch.”

—–

* Gregory Maguire: Wicked. Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu. Tłum. Monika Wyrwas-Wiśniewska. Kraków: Initium, 2010, s. 270.

** Tamże, s. 423.

*** Tamże, s. 231.

**** Tamże, s. 310.