Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

Wyniki losowania Październik 28, 2010

Filed under: Off topic — Lilithin @ 22:16

Z małym poślizgiem czasowym, ale już są wyniki losowania. Tym razem bez dowodów zdjęciowych, musicie to wybaczyć, ale po świętowaniu Halloween sił brak. Książkę otrzyma Milvanna. Gratuluję 🙂 Proszę o podanie danych do wysyłki na lilithin@gazeta.pl. We wtorek wyślę 🙂

Reklamy
 

„Król z żelaza” – Maurice Druon + LOSOWANIE Październik 25, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 13:04
Tags:

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Otwarte i przekażę ją chętnej osobie. Na zgłoszenia czekam do czwartku, losowanie tego samego dnia w godzinach wieczornych 🙂

Książka z pewnością spodoba się miłośnikom powieści historycznych lub chociażby osobom zainteresowanym historią Francji. Ja, niestety, nie należę ani do jednych, ani do drugich. Obiektywnie trzeba przyznać, że autor zna się na rzeczy i posiada dużą wiedzę na temat, o którym pisze. Akcja płynie wartko i czyta się szybko. Jest też kilka cennych uwag o roli króla, który to musi wyrzec się własnego szczęścia i całkowicie poświęcić się swym poddanym i dobru państwa.

„Król z żelaza” przypomniał mi jednak, dlaczego przed kilku laty, wbrew początkowym postanowieniom, zrezygnowałam ze zdawania historii na egzaminie maturalnym. Wszelkie intrygi, próby zaszkodzenia jednym, wspieranie innych, zmiany frakcji i przyjaciół, wyrachowanie – najzwyczajniej w świecie mnie nudziły. Książka opisuje jednak tylko maleńki wycinek historii, więc przebrnęłam przez nią w miarę bezboleśnie.

Podsumowując, dobra pozycja dla osób zainteresowanych historią. Jeśli ktoś nie czytuje powieści historycznych, a chciałby się przekonać do tego typu literatury, „Król z żelaza” może nie być najlepszym wyborem.

 

„Brak wiadomości od Gurba” – Eduardo Mendoza Październik 18, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 18:04
Tags: ,

Na czym polega prawdziwa przyjaźń? Między innymi na tym, że kiedy nadchodzi taka sytuacja, jedna strona nie zawaha się powiedzieć dosadnie tej drugiej, jeśli coś jej się nie spodoba i nikt się nie obrazi, przyjaźń przetrwa i nadejdą jeszcze dni, w których dwóch przyjaciół będzie się wspólnie zaśmiewać do łez.

Mam nadzieję, że z książkami Mendozy łączy mnie właśnie taka przyjaźń. Przeczytałam „Brak wiadomości od Gurba” i bardzo chciałabym napisać, że świetna, że boska, że lepsza niż wszystko inne albo, że chociaż utrzymuje poziom o detektywie lumpie. Mendozę uwielbiam niemal bałwochwalczo, ale tym razem było tylko poprawnie. Owszem, przeczytałam zmagania kosmity na hiszpańskiej ziemi błyskawicznie. Ale czytałam szybko, bo i forma specyficzna (dziennik pokładowy), i książka krótka. Owszem, zaśmiałam się kilka razy.  Ale śmiech był wymuszony raczej i taki jakby z dowcipów opowiadanych przez nielubianego wujka na urodzinach babci. Owszem, całkiem mi się podobało. Ale całkiem w wypadku Mendozy to za mało. Oczekiwania mam zdecydowanie większe i poprzeczka stoi wysoko. Tymczasem „Brak wiadomości od Gurba” to najsłabsza książka Mendozy, jaką czytałam.

Nie mam jednak za złe Mendozie tej książki. Prawdziwa przyjaźń nie zerwie się pod jednym li rozczarowaniem i będę czekać na kolejne pozycje autora.

 

„Szerokie morze Sargassowe” – Jean Rhys Październik 10, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 11:52
Tags:

Morze Sargassowe rozciąga się od wysp Bahama, przez Bermudy, sięgając niemal do Azorów. Ponoć jest jednym z najbardziej przejrzystych akwenów na świecie. Powieść Jean Rhys bynajmniej nie zainteresowała mnie ze względu na umiejscowienie akcji w tym, a nie innym obszarze geograficznym, a ze względu na tematykę. „Szerokie Morze Sargassowe” to swego rodzaju prequel do „Dziwnych losów Jane Eyre”, którą to książkę darzę nabożnym uwielbieniem.

Główną bohaterką „Szerokiego Morza Sargassowego” jest Bertha Mason, pierwsza żona Rochestera, a właściwie Antoinette Cosway (to Rochester uparł się, aby nazywać ją Berthą). Szalona kobieta trzymana na strychu ponurego domostwa z powieści wiktoriańskiej dostała prawa głosu, Rhys dała możliwość tej zmarginalizowanej postaci opowiedzenia swojej historii. I trzeba przyznać, że zrobiła to po mistrzowsku. Brytyjska pisarka świetnie przedstawiła napięcia na tle rasowym na Karaibach tuż po zniesieniu niewolnictwa, którego tym razem padają ofiarą biali kolonizatorzy i ich potomkowie.

„To była piosenka o białym karaluchu. To ja. Tak właśnie nazywają nas wszystkich, choć byliśmy tu jeszcze zanim ich własny lud w Afryce sprzedał ich handlarzom niewolników. Słyszałam jak jakaś Angielka nazwała nas białymi czarnuchami. Często się zastanawiam, kim jestem i gdzie jest moja ojczyzna, i gdzie należę, i dlaczego w ogóle się urodziłam.” *

Problem tożsamości jest bardzo ważny w powieści. Antoinette, będąc Kreolką, nie czuje się ani pełnoprawnym członkiem białej społeczności, ani częścią świeżo wyzwolonych niewolników. Ten brak jednoznacznych korzeni, brak stabilności rzutuje na jej dostatecznie już rozchwiany stan emocjonalny.

Opisy bujnej roślinności Karaibów, niezwykle żywych kolorów i odurzających zapachów sprawiły, że czułam się niemal jakbym tam była, a Rochestera przyprawiały o ból głowy i frustrację – wszystko to było zbyt silne, zbyt intensywne, niemożliwe do zracjonalizowania i do opanowania. Jego pozycja białego, bogatego Anglika nic nie znaczyła wśród czarnej służby. Nie mógł tam egzekwować swojej władzy, nie mógł nic zdziałać. Nie mogąc znieść własnej niemocy w obliczu kolonizowanego kraju, odciął się od wszystkiego, co mu się z nim kojarzyło, włączając w to własną żonę. Pozbawił Antoinette wszystkiego – przyjaciół, korzeni, tożsamości, prawa głosu.

Przed lekturą żywiłam pewne obawy odnośnie powieści. Co, jeśli nie sprosta swej wielkiej poprzedniczce? Co, jeśli obraz Rochestera będzie zupełnie inny od tego, który sama sobie stworzyłam na podstawie lektury Bronte? Obawy te zostały szybko rozwiane. „Szerokie Morze Sargassowe” broni się samo w sobie, jako pełnoprawna powieść o tematyce wciąż aktualnej, a nie jedynie jako narracja prowadzona przez mało ważną postać z klasyki literatury. Rhys stworzyła nie nowatorskie uzupełnienie „Dziwnych losów Jane Eyre”, a całkiem nową historię, o której wartości świadczą nie nawiązania literackie, a poruszana w niej tematyka tożsamości i kolonializmu.

—–

*Jean Rhys, Wide Sargasso Sea. London: Bloomsbury, 1992. S. 132. Tłum. L.

 

A propos Nobla…

Filed under: Off topic — Lilithin @ 11:03

… to naszła mnie jedna tylko refleksja, może i trywialna i przyziemna, ale co poradzić. Chyba już prędko nie ujrzymy promocji 50% taniej lub pakietów na książki Llosy w Znaku.

 

„Instytut” – Jakub Żulczyk Październik 2, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 17:34
Tags:

W sytuacji, kiedy człowiek w końcu z pełną mocą uświadamia sobie, że jego małżeństwo to fikcja i że nie kocha swojego męża, a jedynym ogniwem łączącym dwoje ludzi mieszkającyh pod wspólnym dachem jest córka, otrzymanie w spadku po babci dużego mieszkania w Krakowie wydaje się darem niebios.

Kiedy Agnieszka dowiaduje się o zapisanym na nią mieszkaniu, z wielkim bólem żegna się z córką obiecując, że będą razem mieszkać kiedy ta zrobi remont i pozałatwia wszelkie formalności. Kobieta nie przeczuwa żadnego niebezpieczeństwa – dość namolny kupiec nie wydaje jej się podejrzany, a widniejący na domofonie napis ‚instytut’ ledwie ją ciekawi. Do czasu. Któregoś dnia Agnieszka wraz ze swoimi współlokatorami zostaje zamknięta w mieszkaniu. Cała kamienica wydaje się opustoszała, telefony nie działają, internet został odcięty.

„Instytut” ma kilka mocnych cech. Po pierwsze, trzyma w napięciu i wzbudza strach, a to chyba podstawowe warunki, jakie powinien spełniać horror. Cała siła tkwi w świadomości, że taka sytuacja jest możliwa i bardzo łatwa do wyobrażenia. Trudniej zobrazować sobie biegające po ulicach zombie atakujące ludzi niż grupę ludzi uwięzioną w mieszkaniu. Łatwiej wczuć się w sytuację bohaterów i zastanawiać się, co my byśmy zrobili w podobnej sytuacji. Po drugie, Żulczyk stworzył dość interesujące tło obyczajowe, które poznajemy stopniowo ze wspomnieć gównej bohaterki, Agnieszki. Młodość spędzona w oparach wódki, papierosów i narkotyków, przypadkowa ciąża z tzw. porządnym chłopakiem i depresja wynikająca z wszystkich powyższych czynników. Agnieszka nie jest świetą męczennicą, matką Polką. Pewnego dnia buntuje się przeciw iluzji, w której żyje i opuszcza rodzinę. Nie znaczy to wcale, że nie kocha córki. Wręcz przeciwnie. Kolejnym mocnym pnktem jest konstrukcja bohaterów. Charakterystyka Agnieszki jest dość pogłębiona, ale jej przyjaciele i współlokatorzy to właściwie pewne modele, a nie prawdziwe osoby. Jest osiłkowaty kibic, jest weganka o lewicowych poglądach, jest dziewczyna interesująca się wróżbami i magią. Świetne są fragmenty, w których dowiadujemy się, kim są Oni dla każdego z  mieszkańców Instytutu. Jednak wszystkie te postaci są ledwie zarysowane i nie wychodzą poza ramy stereotypów, na których zostały zbudowane. Moim zdaniem to plus. Wszyscy niejako koncentrują się wokół Agnieszki, to ona jest głównym bohaterem, z jej perspektywy widzimy wydarzenia, pozostałe osoby nie są tak istotne. Gdyby pogłębić osobowość każdej postaci, powieść rozrosłaby się do gargantuicznych rozmiarów, a napięcie pewnie by na tym  znacznie ucierpiało.

„Instytut” nie jest jednak pozbawiony jakichkolwiek wad. Rozumiem, że śledzimy wydarzenia wraz z przerażoną Agnieszką i rozumiem, że Agnieszka nie jest wykładowcą starożytnej greki na uniwersytecie. Rozumiem też, że czasami trzeba użyć przekleństwa dla wzmocnienia efektu, rozumiem, że przerażony człowiek nie myśli o budowaniu pięknych zdań, ale wszystko ma swoje granice i w moim odczuciu trochę za dużo tego było. Potoczny język to jednak drobiazg. Tym, co najardziej kuleje w „Instytucie” jest zakończenie. Niestety, jęk zawodu wydarł się z mojej piersi przy ostatnich scenach. Na pytanie ‚dlaczego?’ nie powinno odpowiadać się ‚bo tak’. Chyba zabrakło pomysłu na jakieś ciekawsze rozwiązanie całej intrygi. Ogólnie jednak czytało się bardzo dobrze. Polecam.