Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Całkiem Bliski Wschód” – Stanisław Guliński Czerwiec 25, 2011

Kraje Bliskiego Wschodu fascynują mnie i z chęcią sięgam po książki rozgrywające się w tamtejszych rejonach. Kiedy zobaczyłam „Całkiem Bliski Wschód”, zbiór reportaży polskiego arabisty i turkologa, nie zastanawiałam się ani chwili i od razu powędrowałam z książką do kasy. Miałam nadzieję na profesjonalne podejście do tematu i poszerzenie swojej niezbyt szerokiej wiedzy.

Reportaże czytałam uważnie i powoli. Każdy reportaż dotyczył innego kraju i też nigdy nie zagłębiałam się w więcej niż jeden tekst dziennie, aby opisywane wydarzenia i zwyczaje nie zlały się w jedną ogólną masę. Próżne moje wysiłki. Mimo, że początkowo robiłam notatki, dziś już i tak prawie nic nie pamiętam. W reportażu o Turcji pisanie o rzezi Ormian wydaje się tematem nazbyt oczywistym. W tekście o Egipcie niespełna 200-letni budynek staje się pretekstem do snucia opowieści o historii Egiptu z porażającą ilością dat, nazwisk i wydarzeń. Trudno było mi się w tym wszystkim odnaleźć. Nie mogłam w żaden sposób wgryźć się w tekst nie byłam w stanie wyobrazić sobie opisywanych miejsc, czy z zainteresowaniem śledzić każdy akapit.

Nie twierdzę, że to zły zbiór, ale laikom w temacie zdecydowanie go nie polecam. Teksty, choć różnorodne (raz skupiają się na historii, raz na zwykłym życiu, by potem opisywać przypadkowe, ale pouczające spotkania z miejscowymi), wydawały mi się lepszym materiałem na dygresje w wykładach o Bliskim Wschodzie niż na materiał do opublikowania. Z drugiej strony, czytając świetne reportaże Geraldine Brooks, też niewiele wiedziałam o islamie, ale polot autorki nawet na sekundę nie pozowolił na znużenie lekturą…

Reklamy
 

„Monsunowe wesele” – reż. Mira Nair Czerwiec 13, 2011

Filed under: Indie,Obejrzane — Lilithin @ 12:22
Tags:

Postanowiłam nie pisać o filmach na blogu. Od każdej reguły jest jednak wyjątek i dziś nim jest znana produkcja Miry Nair sprzed 10 lat pt. „Monsunowe wesele”, którą obejrzałam dziś drugi raz, ale na pewno jeszcze do niego wrócę.

Fabuła obraca się wokół tradycyjnego ślubu w jednej z delhijskich rodzin. Lalit organizuje dla swojej córki Aditi wielkie wesele, na które zjechać ma się rodzina z całego świata. Aditi nie zna swojego małżonka, na jej wyraźnie życzenie rodzice zadbali o aranżowane małżeństwo. Dziewczyna chce zapomnieć o romansie ze swoim żonatym szefem. I choć tytułowe wesele jest głównym wątkiem, mnogość i trafność wątków pobocznych jest uderzająca.

W filmie w niezwykle delikatny sposób ukazane są bolączki społeczeństwa indyjskiego. Lalit ma problemy finansowe, ale aby wyprawić porządne wesele zaciąga pożyczki słysząc komentarze kolegów, którzy cieszą się, że nie mają córki i problemy z tak wielkimi wydatkami ich ominą. Lalit nie dorobił się wielkich pieniędzy, nie wyemigrował do Stanów czy Australii, całe życie spędził w Indiach poświęcając się swojej rodzinie. W filmie pokazane są również zmagania młodszego brata Aditi, Varuna, który nie znajduje akceptacji w oczach ojca chcąc zostać kucharzem. Także jego zainteresowanie muzyką i tańcem powoduje pewien konflikt na linii ojciec-syn, Lalit wymaga od niego bardziej ‚męskich’ zajęć. „Monsunowe wesele” porusza również problem Hindusów wyjeżdżających do innych krajów w celach edukacyjnych czy zawodowych. Kuzyn Aditi, Rahul, przyjechał na ślub z Melbourne i niewiele wie o indyjskich zwyczajach, nie potrafi tańczyć w rytm indysjskiej muzyki, co spotyka się z komentarzem: „You’re such a bloody foreigner”. Jest też aboslutnie magiczny wątek rodzącego się uczucia między organizatorem przyjęcia, Dubey a służącą rodziny, Alice. Cała akcja wtedy zwalnia, kolory wydają się bardziej nasycone a atmosfera nabiera bajkowości. Nie sposób nie wspomnieć o traumatycznych wspomnieniach kuzynki Aditi, które znajdują upust dopiero po wielu latach, kiedy w niebezpieczeństwie znajduje się inna osoba z rodziny…

Wszystko to opowiedziane jest jakby mimochodem, bardzo naturalnie i dyskretnie. Oglądając film miałam wrażenie, że oglądam pamiątkę z prawdziwego wesela. Sceny wspólnego śpiewu w domu przy stole czy podczas ozdabiania rąk mendhi należą do moich ulubionych. Płynie z nich wielka radość i pozytywna energia oraz wiara w to, że jednak z rodziną nie tylko wychodzi się dobrze na zdjęciach. Muzyka momentami tradycyjna, a chwilami z domieszką elektronicznych rytmów idealnie dopełniała obrazu Indii pełnych kontrastów, a zdjęcia z ulic Delhi dodały jeszcze autentyczności.

Wspaniały film. Porusza poważne tematy w naturalny, nienapuszony sposób i niesie ogromną dawkę pozytywnych emocji. Jeśli oddaje prawdziwą atmosferę Indii, to już się zakochałam w tym kraju.

 

„Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” – Marzena Filipczak Czerwiec 11, 2011

Filed under: Podróże na kanapie z książką w łapie,Przeczytane — Lilithin @ 20:40

Niestety, zachwytów nie będzie. W książce podobała mi się kolorowa okładka radosnego autobusu/ciężarówki (?). Z pozostałymi elementami, czyli z treścią i stylem, które są przecież o niebo ważniejsze od takich szczegółów jak szata graficzna, było już znacznie gorzej.

Marzena Filipczak, dziennikarka Gazety Wyborczej i Metra, samotnie wybrała się w podróż po Azji. Pół roku spędziła jeżdżąc po Indiach, Tajlandii, Wietnamie, Malezji i Kambodży. Książka dzieli się na dwie części – pierwsza z nich to wrażenia z podróży, pisane w formie blogu, a druga zawiera rady dotyczące transportu, pieniędzy, dokumentów, ubioru itp.

Pierwsza część napisana językiem nieformalnym, momentami kolokwialnym. Rozumiem, że książka powstała na podstawie blogowych wpisów, które nie muszą być napisane językiem literackim, ale przed publikacją można było trochę popracować nad stylem. W pewnych sytuacjach nieformalny język się broni, tutaj niestety nie. Odniosłam wrażenie, że jeszcze bardziej podkreślał to, co najbardziej mi się w tym dziwnym przewodniku nie podobało – stosunek autorki do otaczającego ją świata. Filipczak lekko gardzi i wyśmiewa białych turystów korzystających z wakacji organizowanych przez biura podróży. W końcu ona, wielka podróżniczka, wybrała się sama na pół roku do Azji, nie spała w luksusowych hotelach i jeździła lokalnymi autobusami i pociągami. Najwidoczniej to daje jej prawo do poczucia wyższości. Biali turyści chcący stać się częścią danego kraju też nie spotkali się z jej sympatią – „dziś w Rikszeszu są wszyscy biali wariaci, którzy chcą zostać Hindusami. Najpopularniejsza książka w miejscowych księgarniach nosi tytuł ‚Am I a Hindu?’ Chyba jeszcze nie, więc żeby się nim stać, biali zamykają się w aśramach, by pod okiem guru ćwiczyć jogę, medytować, pościć, modlić się”.* Wariaci, czy nie, pewnie zdawali sobie sprawę, w przeciwieństwie do autorki przewodnika, że nie chcą stać się Hindusami, a hindusami, czyli wyznawcami hinduzimu. Hindus (pisany wielką literą) to mieszkaniec Indii, można też go określać mianem Indusa. Autorka nie wie też, że przymiotnik hinduski stosuje się jedynie w odniesieniu do religii, a mówiąc o narodowości powinno używać się indyjski. Wiele u niej hinduskich rodzin, hinduskich prostytutek, hinduskich pań, jest nawet naród hinduski, o którym autorka pisze: „I proszę pamiętać, że tego narodu jest miliard” .** Takie błędy może i nie rażą tak bardzo na blogach, pisząc w pośpiechu nie zawsze myśli się o niuansach językowych, ale wydawanie swojej pisaniny w formie książki wymaga już pewnej dbałości. Dziwię się, że nikt z wydawnictwa nie zauważył tego błędu.

Opisy miejsc, w których autorka była i wydarzeń, w których brała udział, nie zapadły mi w pamięć, a wręcz jawiły się jako bardzo ogólne i mało głębokie. Ani razu nie poczułam, że chciałabym być tam, gdzie ona. Nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę Filipczak wcale nie chciała poznać indyjskiej, wietnamskiej czy tajskiej kultury. Nie starała się zrozumieć pewnych zjawisk, dowiedzieć się czegoś więcej. O Wietnamie pisze tak: „Pełno tu plakatów, które reklamują nie wiem co, ale wygląda jakby zachęcały: ‚Cały naród buduje swoją stolicę’. ” *** Może warto by było jednak zapytać jakiegoś Wietnamczyka, co to za plakaty? Może podróż zyskałaby wtedy jeszcze na wartości poznawczej. Czytając różnorakie recenzje spotkałam się z opiniami, że książka nasycona jest poczuciem humoru. Nie wiem, które fragmenty o tym świadczyły, ale zamiast humoru znalazłam jedynie brak wiedzy i ignorancję. Miałam ochotę rzucić książką o ścianę kiedy przeczytałam: „Wymyśliłam, że pojadę […] do miasteczka Mathura, […] w którym urodził się Kryszna. Ten od Hare Kryszna, więc wyobraźcie sobie, jakie śpiewy odbywają się tam całymi dniami i ile plastikowych klejnocików, papierowych ubranek i kolorowych zwierzątek można kupić do domowych kapliczek”. **** Uproszczenia i schematy wyniesione z Polski w żaden sposób się nie zmieniły pod wpływem pobytu w Azji. Tak naprawdę jest to największy minus książki Filipczak. Sama podróż i korzystanie z lokalnych środków transportu nie świadczy o wielkości podróżnika. Podróżować, to poznawać. Filipczak „jedzie sobie”, ale w żaden sposób nie próbuje zrozumieć kultury, w której się znalazła ani przybliżyć jej czytelnikowi. Twierdzi, że spotkała wielu wspaniałych ludzi, którzy jej pomogli, ale właściwie o nikim nie pisze. Zabrakło rozmów, zwykłego międzyludzkiego kontaktu. A kraj przecież tworzą ludzie, a nie zdezelowane autobusy czy karaluchy w łazience.

„Jadę sobie” trudno tak naprawdę nazwać przewodnikiem. To właściwie dziennik z podróży pisany dość niestarannie i z którego niemal na co drugiej stronie widać poczucie wyższości autorki (przynajmniej ja tak to odczuwam). Biali turyści na zorganizowanych wycieczkach – źle, bo nie poznają kraju, biali turyści chcący się (nieco na siłę) zasymilować – źle, bo śmieszni. Chyba jedynie autorka zasługuje na podziw, skoro wszelkie inne formy poznawania kraju traktuje z lekką pogardą. Dla mnie niestety sam fakt wyjazdu na własną rękę to za mało. Owszem, odważny krok, ale bardzo wątpię, aby Filipczak poznała odwiedzane kraje dużo lepiej niż ludzie na zorganizowanych wycieczkach. Nie podobało mi się i na pewno nie poleciłabym tej książki nikomu wybierającemu się do Azji.

—–

* Filipczak, Marzena.  Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet. Warszawa: Poradnia K, 2009. S. 164.

** s. 159.

*** s. 122.

**** s. 159-60.

 

Stosik Czerwiec 1, 2011

Filed under: Stosiki — Lilithin @ 18:22

Poniżej stosik, który w ciągu miesiąca powinien zostać przeczytany. Przynajmniej takie są plany. Na jego podstawie chyba nietrudno domyślić się, dokąd się wybieram za kilka tygodni…

W swej zachłanności czytam 4 książki – „The Satanic Verses” Rushdiego, „Całkiem bliski Wschód” – dość rozczarowujący zbiór reportaży, „Jadę sobie” (o której to lekturze na razie oszczędzę komentarzy) i „The Namesake” Jhumpy Lahiri, który na razie wysuwa się na prowadzenie zostawiając konkurencję w lekkim zapomnieniu. Po raz pierwszy zdarzyło mi się zacząć kilka książek i chyba nie do końca jest to dla mnie sposób na czytanie. Podczas gdy reportaże można jeszcze czytać stopniowo, jeden dziennie, to już co zrobić z powieścią? Odłożyłam Rushdiego, pochłonęła mnie Lahiri i chyba będę musiała zacząć „The Satanic Verses” od nowa, bo wiele wydarzeń już się rozmyło. Czytacie kilka książek na raz? Jeśli tak, to jak – jak poniesie Was czytelnicza inspiracja czy według jakiegoś systemu, np jednego dnia książka A, drugiego B, potem powrót do A?