Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” – Marzena Filipczak Czerwiec 11, 2011

Filed under: Podróże na kanapie z książką w łapie,Przeczytane — Lilithin @ 20:40

Niestety, zachwytów nie będzie. W książce podobała mi się kolorowa okładka radosnego autobusu/ciężarówki (?). Z pozostałymi elementami, czyli z treścią i stylem, które są przecież o niebo ważniejsze od takich szczegółów jak szata graficzna, było już znacznie gorzej.

Marzena Filipczak, dziennikarka Gazety Wyborczej i Metra, samotnie wybrała się w podróż po Azji. Pół roku spędziła jeżdżąc po Indiach, Tajlandii, Wietnamie, Malezji i Kambodży. Książka dzieli się na dwie części – pierwsza z nich to wrażenia z podróży, pisane w formie blogu, a druga zawiera rady dotyczące transportu, pieniędzy, dokumentów, ubioru itp.

Pierwsza część napisana językiem nieformalnym, momentami kolokwialnym. Rozumiem, że książka powstała na podstawie blogowych wpisów, które nie muszą być napisane językiem literackim, ale przed publikacją można było trochę popracować nad stylem. W pewnych sytuacjach nieformalny język się broni, tutaj niestety nie. Odniosłam wrażenie, że jeszcze bardziej podkreślał to, co najbardziej mi się w tym dziwnym przewodniku nie podobało – stosunek autorki do otaczającego ją świata. Filipczak lekko gardzi i wyśmiewa białych turystów korzystających z wakacji organizowanych przez biura podróży. W końcu ona, wielka podróżniczka, wybrała się sama na pół roku do Azji, nie spała w luksusowych hotelach i jeździła lokalnymi autobusami i pociągami. Najwidoczniej to daje jej prawo do poczucia wyższości. Biali turyści chcący stać się częścią danego kraju też nie spotkali się z jej sympatią – „dziś w Rikszeszu są wszyscy biali wariaci, którzy chcą zostać Hindusami. Najpopularniejsza książka w miejscowych księgarniach nosi tytuł ‚Am I a Hindu?’ Chyba jeszcze nie, więc żeby się nim stać, biali zamykają się w aśramach, by pod okiem guru ćwiczyć jogę, medytować, pościć, modlić się”.* Wariaci, czy nie, pewnie zdawali sobie sprawę, w przeciwieństwie do autorki przewodnika, że nie chcą stać się Hindusami, a hindusami, czyli wyznawcami hinduzimu. Hindus (pisany wielką literą) to mieszkaniec Indii, można też go określać mianem Indusa. Autorka nie wie też, że przymiotnik hinduski stosuje się jedynie w odniesieniu do religii, a mówiąc o narodowości powinno używać się indyjski. Wiele u niej hinduskich rodzin, hinduskich prostytutek, hinduskich pań, jest nawet naród hinduski, o którym autorka pisze: „I proszę pamiętać, że tego narodu jest miliard” .** Takie błędy może i nie rażą tak bardzo na blogach, pisząc w pośpiechu nie zawsze myśli się o niuansach językowych, ale wydawanie swojej pisaniny w formie książki wymaga już pewnej dbałości. Dziwię się, że nikt z wydawnictwa nie zauważył tego błędu.

Opisy miejsc, w których autorka była i wydarzeń, w których brała udział, nie zapadły mi w pamięć, a wręcz jawiły się jako bardzo ogólne i mało głębokie. Ani razu nie poczułam, że chciałabym być tam, gdzie ona. Nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę Filipczak wcale nie chciała poznać indyjskiej, wietnamskiej czy tajskiej kultury. Nie starała się zrozumieć pewnych zjawisk, dowiedzieć się czegoś więcej. O Wietnamie pisze tak: „Pełno tu plakatów, które reklamują nie wiem co, ale wygląda jakby zachęcały: ‚Cały naród buduje swoją stolicę’. ” *** Może warto by było jednak zapytać jakiegoś Wietnamczyka, co to za plakaty? Może podróż zyskałaby wtedy jeszcze na wartości poznawczej. Czytając różnorakie recenzje spotkałam się z opiniami, że książka nasycona jest poczuciem humoru. Nie wiem, które fragmenty o tym świadczyły, ale zamiast humoru znalazłam jedynie brak wiedzy i ignorancję. Miałam ochotę rzucić książką o ścianę kiedy przeczytałam: „Wymyśliłam, że pojadę […] do miasteczka Mathura, […] w którym urodził się Kryszna. Ten od Hare Kryszna, więc wyobraźcie sobie, jakie śpiewy odbywają się tam całymi dniami i ile plastikowych klejnocików, papierowych ubranek i kolorowych zwierzątek można kupić do domowych kapliczek”. **** Uproszczenia i schematy wyniesione z Polski w żaden sposób się nie zmieniły pod wpływem pobytu w Azji. Tak naprawdę jest to największy minus książki Filipczak. Sama podróż i korzystanie z lokalnych środków transportu nie świadczy o wielkości podróżnika. Podróżować, to poznawać. Filipczak „jedzie sobie”, ale w żaden sposób nie próbuje zrozumieć kultury, w której się znalazła ani przybliżyć jej czytelnikowi. Twierdzi, że spotkała wielu wspaniałych ludzi, którzy jej pomogli, ale właściwie o nikim nie pisze. Zabrakło rozmów, zwykłego międzyludzkiego kontaktu. A kraj przecież tworzą ludzie, a nie zdezelowane autobusy czy karaluchy w łazience.

„Jadę sobie” trudno tak naprawdę nazwać przewodnikiem. To właściwie dziennik z podróży pisany dość niestarannie i z którego niemal na co drugiej stronie widać poczucie wyższości autorki (przynajmniej ja tak to odczuwam). Biali turyści na zorganizowanych wycieczkach – źle, bo nie poznają kraju, biali turyści chcący się (nieco na siłę) zasymilować – źle, bo śmieszni. Chyba jedynie autorka zasługuje na podziw, skoro wszelkie inne formy poznawania kraju traktuje z lekką pogardą. Dla mnie niestety sam fakt wyjazdu na własną rękę to za mało. Owszem, odważny krok, ale bardzo wątpię, aby Filipczak poznała odwiedzane kraje dużo lepiej niż ludzie na zorganizowanych wycieczkach. Nie podobało mi się i na pewno nie poleciłabym tej książki nikomu wybierającemu się do Azji.

—–

* Filipczak, Marzena.  Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet. Warszawa: Poradnia K, 2009. S. 164.

** s. 159.

*** s. 122.

**** s. 159-60.

 

10 Responses to “„Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” – Marzena Filipczak”

  1. kalio Says:

    uuu, ale napisałaś:)
    Trudno nie zgodzić się z Twoimi argumentami, ja jednak nie przepadam za reportażami i książkami podróżniczymi. Nawet nie korci mnie, żeby sprawdzać na własnej skórze.
    Ale Twój tekst czytało się świetnie:)

  2. kultur-alnie Says:

    Czytałam i też się nieco rozczarowałam, choć mniej niż Ty:)
    Książka faktycznie przewodnikiem nie jest, ale dla mnie to zaleta. Fajnie, że autorka pisze o tym, że nie wszystko jest ciekawe i nawet w podróży zdarzają się nudne momenty.
    Jednak spodziewałam się fascynującej lektury, bo taki wydawał mi się podjęty temat, a książkę uważam za dobrą.
    Pozdrawiam:)

  3. kultur-alnie Says:

    A poczucia humoru autorki też nie odczułam.

  4. Lilithin Says:

    Kalio, dziękuję🙂 czasami negatywne opinie czyta się lepiej niż te wszystkie zachwyty😉 Miałam jeszcze więcej fragmentów świadczących o mało otwartym podjeściu Filipczak, ale już i tak dość długi tekst mi wyszedł. Jeśli miałabyś kiedyś spróbować literatury tego typu, to cieszę się, że skutecznie Cię przestrzegłam przed tą pozycją.

    Kultur-alnie, moje rozczarowanie wręcz nie zna granic😉 No i dobrze wiedzieć, że też nie odczułaś poczucia humoru, chociaż książkę oceniasz lepiej.

  5. lilybeth Says:

    Ja jej słuchałam w formie audiobooka, więc kolokwializmy mnie nie raziły – słuchało się jak czyjegoś opowiadania o podróży. Wydaje mi się, że książka jest nie przewodnikiem, ale poradnikiem. Stad chyba raczej nacisk na to, jak sobie radzić na dworcach, a nie na kulturę. Aczkolwiek z tymi Hindusami/hindusami to fakt. Jeśli nawet Autorka tego nie wiedziała (co dziwne), to od wyłapywania takich błędów jest wydawnictwo. Niestety pracę wydawnictw znam od podszewki i wiele uważa porządną redakcje językową i korektę za mało ważny szczegół, niestety.

  6. nutta Says:

    Można powiedzieć „Jadę sobie, bo jestem bardzo mądra”;) Tylko „mały człowiek” lekceważy innych.

  7. Lilithin Says:

    Lilybeth, błąd Hindus/hindus, hinduski/indyjski jest wręcz porażający. Wydawnictwo zwróciło uwagę na szatę graficzną, ale jak widać, nie pomyślano o korekcie.

    Nutta, dokładnie.

  8. Chihiro Says:

    O rany, że też ktoś taką książkę wydał! Masz absolutnie rację, na blogu takie notki aż tak nie rażą – choć ja lubię, gdy piszący stara się o precyzję języka – ale w druku nieścisłości i niechlujstwo rażą bardzo. Takiego stosunku do innych nie znoszę, na pewno bym się wściekła czytając tę książkę. Po Twojej recenzji na pewno po nią nie sięgnę. Kolorowa okładka i parę nazw azjatyckich krajów to za mało, by mnie skusić. Wolę rzetelniejsze pozycje, a przede wszystkim pisane z szacunkiem dla innej kultury.

  9. Lilithin Says:

    Chihiro, miałam momenty, że chciałam jej dalej nie czytać w ramach buntu przeciw podejściu autorki. No niestety, przez pół roku się ono nie zmieniło. Tym bardziej się zawiodłam, że czytałam dość pozytywne recenzje…

  10. paweł Says:

    własnie takie ksiązki maja wartość; ja nie zgadzam się z zadnym krytycznym zdaniem wypowiedzianym o tej wspanialej autorskiej sksiążce; a podrózujacymi stadnie przez biura podrózy – owszem, gardzę i ich wysmiewam – sa nieporadni i nieodkrywczy- powinni siedziec w kapciach przed telenowelą;
    sam podrózuję by myself i jestem wtrakcie pisania swojego przewodnika; skrótowo – przepraszam


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s