Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

Rushdie, Jaipur i demokracja Styczeń 28, 2012

Filed under: Indie — Lilithin @ 09:47

Najnowsze wydanie magazynu Outlook

Swego czasu zastanawiałam się, czy nie wybrać się na Jaipur Literary Festival. Wiązałoby się to z wzięciem kilku dni urlopu, na co niestety nie mogłam sobie pozwolić i bardzo żałowałam, że festiwal nie odbywa się tydzień później, kiedy to od czwartku do poniedziałku mam wolne.

Postanowiłam śledzić przebieg festiwalu w internecie i gazetach. Program był dość ciekawy, więc liczyłam na interesujące relacje… Wszystkie spotkania i dyskusje odeszły jednak w cień, a blask reflektorów i cenne kolumny w gazetach skupiły się na Salmanie Rushdiem. W „Times of India” pojawiła się jedynie krótka notka ze spotkania z Oprah Winfrey oraz wywiad z Benem Okri, w którym jedno pytanie dotyczyło Rushdiego.

W tygodniu, w którym z wielkim hukiem obchodzi się Dzień Republiki (26 stycznia), wydarzenia w Jaipurze zaprzeczają wartościom równości, wolności i braterstwa. 19 stycznia pojawiły się pierwsze informacje o możliwym zamachu na Rushdiego, gdyby ten pojawił się na festiwalu. Lokalne władze właściwie zrzuciły cała odpowiedzialność na organizatorów festiwalu: „Organizatorzy sami powinni poczynić kroki aby nie doszło do sytuacji, w której porządek i prawo zostałyby złamane. Rząd ma nadzieję, że nie dojdzie do takiego incydentu.” *

Oliwy do ognia dolali 4 pisarze: Hari Kunzru, Amitava Kumar, Jeet Thayil oraz Ruchir Joshi, którzy w ramach wsparcia dla Rushdiego odczytali fragmenty zabronionych w Indiach „Szatańskich wersetów” (przy okazji polecam tekst Kunzru dla brytyjskiego Guardiana, w którym mówi on o wydarzeniach w Jaipurze). Wywołało to kolejną burzę i literaci zmuszeni byli w pośpiechu opuścić Indie, aby uniknąć aresztowania. Kilka pozwów trafiło do sądu przeciwko 4 autorom oraz organizatorom festiwalu… W międzyczasie na festiwalu powstała petycja adresowana do rządu indyjskiego apelująca o zniesienie zakazu „Szatańskich wersetów”.

Rushdie miał wystąpić i mówić o „Dzieciach północy” na sesji video. Również to nie spotkało się z przychylnym spojrzeniem władz. Policjant, który chce zachować anonimowość wyznał dziennikowi „The Times of India”: „Powiedzieliśmy organizatorom, aby zapewnili nas na piśmie, że Rushdie nie powie niczego oszczerczego, prowokacyjnego lub nielegalnego.” ** Swoją drogą zastanawiam się, jak można powiedzieć coś nielegalnego? W państwach demokratycznych, do których Indie z dumą się zaliczają, panuje wolność słowa, nie ma list tematów legalnych i niezgodnych z prawem. A przynjamniej nie powinno być… Komisarz policji, Bhagwani Lal Soni, dodał, że „tylko dlatego, że (Rushdie) siedzi daleko, nie znaczy, że może on mówić, co tylko chce” ** oraz pogroził, że również przeciwko niemu, nie tylko organizatorom festiwalu i właścicielowi Diggi Palace, gdzie miała odbywać się transmisja, zostanie wszczęte postępowanie.

Przed planowaną transmisją, przed Diggi Palace znalazła się grupa protestujących. Organizatorzy festiwalu, wśród nich m.in. William Dalrymple, zostali wezwani do komisarza policji i zostali postawieni przed wyborem – odwołać transmisję i trzymać się zasad wolności ryzykując zamieszki czy zrezygnować z rozmowy z Rushdiem jednocześnie rezygnując z podstawowych wartości, którym służyć miał festiwal, ale nie doprowadzić do rozlewu krwi? Od podjęcia tej decyzi uchronił ich właścicel Diggi Palace, o czym Dalrymple pisze dla Guardiana. Transmisję odwołano.

Satyryczny obrazek o rzekomym zamachu na Rushdiego, źródło: http://www.thehindu.com/opinion/cartoon/article2826443.ece

Rushdie odwiedził Indie już kilka razy po publikacji „Szatańskich wersetów” i obrót sprawy w Jaipurze był zaskoczeniem dla wszystkich. Najbardziej rozczarowujące jest podejście lokalnych władz, które pozwoliły się zaszantażować mało znanej islamskiej grupie. Nadchodzą wybory w stanie Uttar Pradesh, gdzie muzułmanie stanowią 20% elektoratu, więc nie byłoby w interesie polityków denerwować swoich wyborców… Jak to ujęto w „The Times of India” zaledwie 3 dni temu – „politycy […] poddali się siłom nietolerancji. Jak możemy nazywać siebie demokracją, skoro kilku fanatykom pozwolono trzymać cały naród jako zakładników?” ***

Pamiętam, jak krótko po przyjeździe do Indii, ojciec mojej znajomej z dumą i wielkim uśmiechem, który sprawił, że jego bujny wąs niemal dotykał oczu, oznajmił, że Indie są największą demokracją na świecie i że gdyby w USA mieszkało tyle ludzi, to panowałby tam chaos, żaden rząd nie poradziłby sobie z taka populacją. Powstrzymałam wtedy szyderczy śmiech i pytanie, czy Indie są przykładem porządku i równości, z milionami ludzi mieszkającymi w slumsach i wykonującymi prace za mniejsze niż głodowe pensje. Powstrzymałam się od zapytania, gdzie jest równość w kraju, w którym panuje podział kastowy i gdzie byle Hindus nie poniży się do tego stopnia, aby posprzątać własną łazienkę, a zawoła kogoś z najniższej kasty do tego zadania. Był to jednak początek mojej przygody z Indiami i nie chciałam nikogo urazić. Gdybym dzisiaj spotkała tego pana, z chęcią bym z nim podyskutowała.

Słyszeć o takich wydarzeniach mieszkając w Europie, gdzie „Szatańskie wersety” można bez problemu kupić i czytać do woli, a być w kraju, w którym politykom bardziej zależy na wynikach wyborów niż na wolności słowa i innym wartościom będących fundamentem demokracji, to dwie różne sprawy. Czytałam o kontrowersjach związanych z pisarzem siedząc wygodnie w Polsce i patrząc na „Szatańskie wersety” na półce. Dziwiłam się, jak można być tak nietolerancyjnym i zaślepionym nienawiścią, aby nakazać palenie egzemplarzy powieści i zabicie jej autora. Oczywiście, nie pochwalam tego w najmniejszym stopniu, ale Chomeini wydał fatwę na Rushdiego, bo czuł, że obraża ona islam. Jakkolwiek niedorzeczne wydaje się takie rozumowanie, to w oczach radykalnych muzułmanów imam bronił wiary. Chciał pisarza martwego nie dla własnej korzyści, a dla korzyści religii i oczyszczenia islamu od oszczerczych, w jego oczach, słów Rushdiego. Tymczasem indyjskie wydarzenia nie miały na celu obrony jakichkolwiek zasad. Bo nie chodziło przecież o ochronę wrażliwych uczuć religijnych protestujących muzułmanów. Władze w strachu przed przegraniem wyborów, w obawie przed straceniem władzy, a nie w obronie jakichkolwiek wartości mniejszości muzułmańskiej, uciszyły cenionego literata. Nie wiem, dokąd zmierza indyjska demokracja i chyba nie chcę się przekonać.

—–

*wypowiedź Ashoka Gehlota, szefa rządu Radżastanu,”The Times of India”, 19.01.2012. Tłum. własne.

** „The Times of India”, 24.01.2012. Tłum. własne.

*** „The Times of India”, 25.01.2012. Tłum. własne.

Reklamy
 

Magical Chai Masala Styczeń 16, 2012

Filed under: Indie — Lilithin @ 16:28

Pamiętam, jak 1,5 roku temu dostałam na urodziny herbatę Indian Chai Masala z życzeniami spełnienia marzenia o Indiach. Z nabożeństwem zalewałam liście wrzątkiem, czekałam przepisowe 5 minut i piłam aromatyczny, nieco korzenny napój nie dodając do niego cukru. Były to wyjątkowe chwile. Po pierwsze, ze względu na wygodę zawsze wolałam ekspresowe torebki herbaty, z którymi nie było tyle pracy. Już sam rytuał zaparzania i oczekiwania miał w sobie coś magicznego. Po drugie, prezent ten bardzo mnie wzruszył, bo o moim słabo sprecyzowanym wtedy planie o przeniesieniu się do Indii wspomniałam koleżance zaledwie raz i to mimochodem. Po trzecie, pijąc chai masalę myślałam o Indiach, wyobrażałam sobie ludzi pijących podobną mieszankę w swoich domach, zastanawiałam się, czy uda mi się tam wyjechać…

I oto jestem, niemal dokładnie od 6 miesięcy w kraju, o którego odwiedzeniu marzyłam bardzo długo. Może to odpowiedni moment na pierwsze podsumowania, początek roku sprzyja tego rodzaju rozliczeniom, ale dzisiaj chciałabym skupić się tylko i wyłącznie na magicznym, indyjskim czaju.

Gdyby jakikolwiek Hindus widział mój sposób zaparzania i picia indian chai masala we Wrocławiu, wyśmiałby mnie bez wątpienia. To, co piłam – zalane wodą i gorzkie, z pewnością z typowo indyjskim czajem nie ma nic wspólnego. Indyjski czaj to mleczny napój, herbatę zalewa się wodą z dodatkiem mleka lub raczej mlekiem z dodatkiem wody i do tego bardzo słodki. Nie do pomyślenia jest picie gorzkiego czaju lub chociaż podanie cukru w osobnych saszetkach, aby każdy wsypał go tyle, ile potrzebuje. Takie wymysły to tylko w typowo turystycznych miastach, gdzie właściciele kawiarni i restauracji zdają sobie sprawę z fanaberii obcokrajowców. Kiedy pierwszego dnia w pracy zaproponowano mi herbatę i poprosiłam o filiżankę bez cukru, spojrzano na mnie nie jakbym pochodziła z innego kraju, ale z innej planety. Lub nawet innej galaktyki.

Czaj w Indiach piją wszyscy i jest to napój dostępny wszędzie – w modnych kawiarniach, w drogich restauracjach, na dworcach, przy drogach, w przejściach między sklepami, w małych wioskach – i o każdej porze – choć wtedy już nie wszędzie. Między straganami na lokalnych targach krążą chai wallas – sprzedawcy czaju, którzy serwują go w przezroczystych szklankach, nosząc ich na raz po 12 w specjalnych metalowych uchwytach z rączką.

Typowy sposób serwowania czaju

W świątecznym wydaniu Outlooka Rishad Saam Mehta pisze o różnych obliczach indyjskiej herbaty – z dodatkiem szafranu i koziego mleka w Leh, z aromatycznym kardamonem i imbirem w Himachal Pradesh lub z nutką cynamonu w Radżastanie. Ja pozostaję wierna tradycyjnemu czajowi masala, do którego musiałam się przyzwyczaić i nauczyć pić, a dzięki któremu udało mi się usłyszeć kilka ciekawych historii. Bo czaju się nie odmawia. Jeśli sprzedawca w danym sklepie jest w dobrym nastroju i chce chwilę pogawędzić, zaproponuje klientowi szklaneczkę. Sącząc czaj, dowiedziałam się od pana, u którego zaopatruję się w ręczniki, że jego brat ma żonę Polkę i mieszkają razem w Anglii. Żona pochodzi z Kielc. Pan był bardzo entuzjastycznie nastawiony i nawet zadzwonił do owego brata i wręczył mi telefon, abym i ja zamieniła z nim kilka słów. Brat zapytał po polsku jak się mam i ile mam lat. Po przejściu na angielski wyjaśnił, że teraz nie ma wyjścia i musi uczyć się polskiego, bo syn porozumiewa się głównie w tym języku i jest jego najlepszym nauczycielem. Następnym razem muszę się dowiedzieć u pana „od ręczników”, jak rodzina zareagowała na małżeństwo z nie-Hinduską. Przypuszczam, że nie było łatwo.

Ekspresowy czaj w kawiarni

Innym razem przy szklance czaju byłam świadkiem jak pan własnoręcznie wpinał i zszywał kartki papieru czerpanego do notesu ze skórzaną oprawą. Dowiedziałam się, że swojego fachu nauczył się od kuzyna, do którego to należał sklep, w którym siedzieliśmy. Pan również pochwalił się, że syn jest artystą i zajmuje się malarstwem oraz renowacją zabytkowych mebli. W Indiach niemal każda rozmowa zahacza o członków rodziny, bliższej, dalszej czy tej… planowanej.

W McLeod Ganj pewien młodzieniec w sklepie z szalami wyznał mi, że moja twarz wydaje mu się znajoma, że czuje, że znam mnie całe życie i że wyglądam jak ludzie z jego stron (a pochodził z Kaszmiru, więc tylko zaśmiałam się w głos). Teatralnym głosem wykrzyknął, że przecież śnił o mnie, że piękny był to sen o miłości i nagle oto widzi mnie na żywo i że spełnią się teraz jego marzenia o rodzinie. I to wielkiej rodzinie, bo składającej się z męża (jego), żony (mnie) i 22 dzieci (2 drużyn piłkarskich – tak, aby dzieci mogły grać mecze przeciwko sobie). Zaproponowałam mu, aby podzielił te piłkarskie ambicje między przynajmniej 3 żony, bo dla jednej to zadanie niewykonalne, ale wtedy jego miłość musiałaby być podzielona na 3 kobiety, a on chce oddać całe swoje serce tej jednej jedynej, a nie kilku. Uśmiałam się po pachy, ale wśród ogólnej wesołości był też i element mniej zabawny. Krótko po wejściu do sklepu zapytałam o wiszącą na ścianie drewnianą tabliczkę z tekstem po arabsku. Właściciel sklepu zmieszał się, spojrzał na swoje dłonie, na swojego kolegę marzącego o rodzinie, ponownie na dłonie, by w końcu cichym głosem pełnym obawy wyznać, że jest muzułmaninem i że ma nadzieję, że mi to nie przeszkadza. Nie spotkałam się jeszcze z żadnym Sikhiem czy wyznawcą hinduizmu, którzy wstydziliby się swojego wyznania. Ta drobna wymiana zdań  niestety potwierdza, że sytuacja muzułmanów w Indiach nie należy do najlepszych. Bardzo to smutne, że żyjemy w czasach, w których ludzie obawiają się braku akceptacji ze względu na wyznawaną religię.

Czaj pomaga rozpocząć rozmowę, przystanąć na chwilę w napiętym dniu. Warto go polubić, dla wymiany kilku zdań z lokalnymi mieszkańcami czy w celu ogrzania zmarzniętych dłoni podczas powrotu do domu albo oczekiwania na spóźniony autobus. Indie są krajem nieprzewidywalnym, nigdy nie wiadomo, czym zaskoczą, ale jedno jest pewne – czaj znajdzie się wszędzie a wraz z nim towarzystwo do krótkiej pogawędki.

Czaj w przydrożnej szopie w Himachal Pradesh

Local green leaf chai – czyli herbata z oregano