Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

Być kobietą w Indiach, część 1. Maj 12, 2012

Filed under: Indie,Przeczytane — Lilithin @ 14:08
Tags: , ,

Kiedy zobaczyłam „May You Be the Mother of a Hundred Sons” w księgarni w Shimli, zabłyszczały mi się oczy. Podróż nie w głąb Indii, a w świat indyjskich kobiet, bardzo mnie zainteresowała. Spojrzałam na datę wydanie: rok 1990 i odłożyłam z rezygnacją. Cóż może mi 22-letni zbiór reportaży powiedzieć o obecnej sytuacji w Indiach? Jak się później okazało dzięki lekturze i Chihiro, która ją gorąco polecała, zaskakująco wiele.

Elisabeth Bumiller, dziennikarka The Washington Post, przyjechała do Indii wraz z mężem, którego do tego kraju jako zagranicznego korespondenta wysłał The New York Times. Początkowo niechętna pomysłowi, zaczęła pracę nad książką o kobietach w Indiach. Przez 3,5 roku jeździła po Indiach i spotykała się z kobietami. Bumiller chodziła na spotkanie wiejskich akuszerek, rozmawiała o aranżowanych małżeństwach z wykształconymi kobietami, badała sprawę spalenia panny młodej, która nie przyniosła wystarczająco dużego posagu, a także przypadek sati (rytuał spalenia wdowy na stosie pogrzebowym ze zwołami męża). Dziennikarka porusza szerokie spektrum tematów rozmawiając z bollywoodzkimi aktorkami, intelektualistkami z Kalkuty, porównuje życie gospodyni domowej z życiem kobiety robiącej karierę, a także pisze o aborcjach żeńskich płodów i zabójstwach dziewczynek i moralnie dwuznacznym programie planowania rodziny.

Już same tematy poruszane przez Bumiller są fascynujące, a sposób, w jaki dziennikarka je opisała zasługuje na najwyższą pochwałę. Nie znajdzie się w „May You Be a Mother of a Hundred Sons” oceniania, wywyższania się, moralizowania. Autorka z pokorą i szacunkiem podchodzi do opisywanych spraw. Przy okazji opisywania straszliwie niehigienicznych (oczywiście z naszej „zachodniej” perspektywy) warunków, w jakich indyjskie kobiety w wioskach rodzą dzieci, Bumiller zastanawia się, czy jako osoba z zewnątrz powinna potępiać system zdrowotny za brak podstawowych udogodnień i lekarstw czy chwalić, że jakikolwiek system został stworzony na rozległych terenach wiejskich. Dziennikarka nie wstydzi się również przyznać do tego, że jej początkowe założenia okazały się być błędne, jak w przypadku sati. Kiedy zaledwie po 7 miesiącach po ślubie mąż Roop Kanwar zmarł, ta postanowiła popełnić sati z własnej nieprzymuszonej woli. Tak przynajmniej twierdzili świadkowie, którym Bumiller początkowo wierzyła. Po niedługim czasie musiała jednak zweryfikować swoje przypuszczenia cytując jeden z magazynów indyjskich: „Jeśli kobieta nie ma prawa zdecydować czy chce wyjść za mąż, kiedy i za kogo, jak długo chce podejmować edukację i czy chce podjąć daną pracę lub nie, to jak to możliwe, że nagle otrzymuje prawdo do zdecydowania o tak istotnej kwestii czy chce umrzeć?” * Sprawa Roop Kanwar długo nie chciała mi wyjść z głowy… Zapytałam mojego znajomego pochodzącego z Radżastanu (gdzie sati miało miejsce), co o tym sądzi – czy dziewczyna sama poddała się rytuałowi spalenia, czy też ktoś ją zmusił. Ten spojrzał na mnie jakbym się urwała z księżyca i zapytał, czy ja bym zrobiła coś takiego. Tym razem ja się zdziwiłam i odparłam, że oczywiście, że nie, w mojej kulturze nie ma takiej tradycji. Znajomy z pełnym przekonaniem stwierdził, że jest to absolutnie niemożliwe, aby jakakolwiek dziewczyna, zwłaszcza tak młoda jak Roop Kanwar (19 lat) i dobrze, jak na tamte czasy wykształcona (szkoła średnia), zdobyła się na taki krok…

Modlitwa w hinduskiej świątyni

Sikhijki w Złotej Świątyni w Amritsarze

O sati, na szczęście, już nie słyszałam podczas pobytu w Indiach, ale wszelkie inne tematy, które poruszała Bumiller 20 lat temu (!) wracały do mnie za pośrednictwem prasy. I tak np już mnie nie szokowało tak bardzo jej śledztwo w sprawie podpalenia świeżo upieczonej panny młodej – czytałam o takich przypadkach więcej razy niż mogę zliczyć. Relacje z tego rodzaju morderstw właściwie nie mają wielkiego znaczenia w gazetach – żadna informacja tego typu nigdy nie została umieszczona na pierwszej stronie, a oszczędny styl dziennikarza ograniczał się do zaledwie 2-3 krótkich akapitów. W pobliskiej wiosce, Fatehgarh Sahib, mąż został skazany na dożywocie za uduszenie żony. Kobieta krótko po ślubie skarżyła się swoim rodzicom, że mąż jej grozi. Ci jednak kazali jej do niego wrócić, a kiedy po kilku dniach poszli odwiedzić córkę, znaleźli ją duszoną przez męża. Było już za późno.

Podobnie miała się sprawa z aborcjami żeńskich płodów i planowaniem rodziny. Mogłoby się wydawać, że w XXI wieku nowoczesne Indie powinny wyzbyć się kultu syna. Tytułowe błogosławieństwo „Obyś była matką setki synów” ma się jednak wciąż dobrze. Nie dalej jak pół roku temu znajoma nauczycielka urodziła bliźniaki, dziewczynki. Komentarze w szkole wręcz mnie zszokowały: „Och nie, biedna N. I co ona teraz zrobi? Jedną córkę już ma i teraz jeszcze bliźniaki?” Należy podkreślić, że nie była to opinia odosobniona i wygłaszana była przez osobę wykształconą, mieszkającą w dość dużym mieście, a nie zabobonną starowinkę w odludnej indyjskiej wiosce. Dlaczego tak się dzieje? Pomijając kwestie finansowe związane z posiadaniem córek (posag, ślub, wesele), dziewczynki ceni się mniej, bo są one w rodzinie tylko tymczasowo – po wyjściu za mąż należą już do rodziny męża. W biedniejszych rodzinach nie ma sensu kształcić czy chociaż odpowiednio karmić córek, bo są one „cudzym ogrodem” (o świetnej książce Dipiki Rai „Someone Else’s Garden” w  następnym wpisie). Poza tym w hinduizmie to syn podkłada ogień pod stos pogrzebowy. Co również podkreśla Bumiller, męski potomek ma ogromne znaczenie w rodzinach, w których ojciec prowadzi jakąkolwiek firmę – komuś trzeba przekazać rodzinny biznes, a skoro córka po wyjściu za mąż już nie należy do rodziny, to jedyna nadzieja pokładana jest w synu.

Kobieta sprzedająca ofiary do hinduskiej świątyni

Mieszkanka Himachal Pradesh

W Indiach zabronione jest podawanie rodzicom przez lekarza informacji, jakiej płci jest dziecko ze względu na dużą ilość aborcji żeńskich płodów. Oczywiście zasada ta jest omijana i zawsze można znaleźć lekarza, który odpowie na pytania rodziców, a w razie czego dokona zabiegu przyczyniając się tym samym do powiększenia wypaczonego już stosunku płci (dane za 2011: 940 kobiet przypada na 1000 mężczyzn). Bumiller w poczekalni u lekarza spotkała matkę 2 córek, która otwarcie przyznała, że jeśli kolejne dziecko to dziewczynka, podda się aborcji. Assumpta D’Sylva wyznała: „Nasze społeczeństwo wpędza cię w poczucie winy, jeśli nie masz syna. Kiedy wychodzę na przyjęcia ludzie pytają ile mam dzieci, a na moją odpowiedź, że dwie dziewczynki mówią: O, jaka szkoda. Żadnego chłopca. To sprawia, że czuję się źle […] Wiem, że nie robimy dobrze [decydując się na aborcję], ale tak musi być. Ludzie patrzą na ciebie z góry, jeśli masz 2 lub 3 córki” ** D’Sylva finansowo mogłaby sobie pozwolić na kolejną dziewczynkę. Presja społeczeństwa okazała się jednak silniejsza. Paradoksalnie, kobieta nawet nie była hinduską, a katoliczką, więc w jej przypadku religijne znaczenie męskiego potomka zupełnie nie istniało.

Sprawy, o których pisała Bumiller ponad 20 lat temu okazują się wciąż aktualnymi problemami. To tylko pokazuje, jak skomplikowana jest sytuacja kobiet w Indiach i jak trudno ją zmienić. Nie wiem, czy 20 lat to dużo. W porównaniu z 1990, z pewnością obecnie zdecydowanie dużo więcej kobiet pracuje podnosząc tym samym swoją niezależność. Niestety, nawet wśród uprzywilejowanych warstw  rządzą skostniałe uprzedzenia płciowe. Aby zmienić takie stan rzeczy nie wystarczy wprowadzić nieefektywnego prawa, należy podjąć działania mające na celu zmienienie sposobu myślenia. Jednym z przykładów takich akcji jest inicjatywa w Ganganagar w Radżastanie, gdzie podczasu ślubnej ceremonii w gurdwarze, sikhijskiej świątyni, 21 par złożyło przysięgę przeciw wyborze płci dziecka, przy której składaniu było obecnych więcej niż 1000 ludzi. Być może z europejskiej perspektywy wydaje się to mało efektywne, ale religia w Indiach ma jednak większe znaczenie, a dodatkowo był to pierwszy raz, kiedy sprawa wyboru płci została poruszona publicznie. Panchayat, czyli lokalne władze wioski, również włączyły się w działania i wysyła listy gratulacyjne rodzinom, w których urodziły się dziewczynki. Wcześniej otrzymywano je jedynie przy narodzinach synów. Zmiana jest możliwa, ale należy jej szukać u podstaw, a nie w odgórnych martwych przepisach. Oby takich inicjatyw było jak najwięcej, a książka Bumiller to pozycja obowiązkowa dla każdej osoby zainteresowanej sytuacją kobiet w Azji.

—–

* Bumiller Elisabeth. MayYou Be the Mother of a Hundred Sons. Penguin Books. New Delhi: 1991. S. 74. Tłum. L.

** Tamże, s. 116.

Kobiety nad Sukhna Lake w Chandigarh, fot. Chihiro

Kobiety w Rock Garden, Chandigarh, fot. Chihiro

 

11 Responses to “Być kobietą w Indiach, część 1.”

  1. joly_fh Says:

    Kolejna ciekawa książka, o której piszesz, ale chyba nie wydana w Polsce. Być kobietą w Indiach…nie do pozazdroszczenia.

  2. asiaya Says:

    Mi też się podobała! Bardzo ciekawe były m.in. spostrzeżenia, co można nazwać feministycznymi poglądami w USA, a Indiach, Np. była za możliwością przerywania ciąży w USA, ale selektywne aborcje w Indiach uważała za coś anty-kobiecego, anty-feministycznego. Tak, jak napisałaś, jest gotowa przeorganizować poglądy, jest otwarta, jednocześnie zachowując swoje pryncypia.

    • Lilithin Says:

      Nie wiem dlaczego, ale zupełnie umknął mi Twój komentarz. Tak, Indie pokazują, że nie wszystko można mierzyć miarą przywiezioną ze Stanów czy Europy.

  3. AClodz Says:

    Do czego doprowadza polityka selektywnych aborcji można zobaczyć obecnie w Chinach. Jest kilka milionów kawalerów. Co bogatsi „kupują” sobie żony z Wietnamu i Korei. Nauka wietnamskiego stała się ostatnio bardzo modna. Ciekawe dlaczego, prawda?
    Myślę, że 22-letnie reportaże, to jeszcze nie najgorzej. Technika idzie do przodu szybko, ale obyczajowość, niekoniecznie.

    • Lilithin Says:

      Witaj🙂 Selektywna aborcja – właśnie brakowało mi jakiegoś zgrabnego określenia na tę praktykę. Nie wiem, jak sobie radzą z problemem braku potencjalnych żon w Indiach, bo przecież przy stosunku płci 940-1000 nie każdy może mieć żonę. Ciekawe, kiedy i skąd zaczną „kupować”…

      • Chihiro Says:

        Litihin, dawno mnie nie było, ale wracam🙂 Świetna recenzja i wielka moja radość, że książka tak Ci się spodobała.
        Co do żon, to już Indusi sprowadzają je sobie, albo porywają dziewczyny ze wsi, albo zwożą je z Nepalu – problem human trafficking niestety nie obejmuje tylko zwabiania panien do domów publicznych (choć to też olbrzymi problem w Indiach).

  4. Judith Says:

    Kultura, obyczaje pisanie i niepisane sa w wielu krajach po prostu „swiete” i nie zmiena sie one tak szybko…
    Serdecznosci
    Judith

  5. Lilithin Says:

    Chihiro, witaj z powrotem! Książka była świetna, ja wciąż się zastanawiam, które będę w stanie zabrać do Polski, ale Bumiller jedzie ze mną choćbym miała ją sobie przykleić do pleców😉
    Ciekawe swoją drogą, jak się spisuje taka żona porwana z wioski… Moja koleżanka pracowała w NGO w Kalkucie i zajmowała się właśnie handem ludźmi, zaraz do niej napiszę i się dowiem więcej.

  6. […] Bumiller napisała świetną książkę i poruszyła wiele tematów, to jednak poza jednym lub może dwoma […]


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s