Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Wiatr z północy” – Susan Abulhawa Sierpień 31, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 02:12
Tags: ,

Pierwszego dnia, po przeczytaniu około 50 stron „Wiatru z północy” śniło mi się, że przechadzam się między figowcami i drzewami z oliwkami rosnącymi w palestyńskiej wiosce Ein Hod z 1941 roku. Nigdy nie śniła mi się książka, a sam fakt, że „Wiatr z północy” gdzieś się zagnieździł w mojej podświadomości po tak małej ilości przeczytanych stron, ma w sobie coś niezwykłego.

Powieść opowiada losy rodziny Abulheja, wygnanej przez izraelskich żołnierzy w 1948 roku z Ein Hod, które przez 800 lat było zamieszkiwane przez Palestyńczyków. Czterdzieści pokoleń, którym odebrano historię. Yehya, najstarszy żyjący członek rodziny Abulheja, łudził się, że pewnego dnia wróci do domu. Ziemia i uprawa oliwek była dla niego wszystkim. Kolejne pokolenie, do którego należy oszalała z rozpaczy matka głównej bohaterki, dobrze pamięta Palestynę. Następne, urodzone tuż przed Nakbą lub już w obozach dla uchodźców, nigdy nie wróci do domów swoich rodziców. Co z kolejnymi pokoleniami, z dziećmi, które rodzą się teraz?

Obóz uchodźców to dość często słyszane słowa w mediach. Jak wygląda życie w takim miejscu, dowiedziałam się z książki Abulhawy. Widząc nadzieję bohaterów powieści na powrót do domów, mogłam tylko gorzko zapłakać. Obóz, to jedyny dom, jaki znają kolejne pokolenia wygnanych Palestyńczyków, tam się rodzą, biorą śluby, umierają. Coś, co miało być tylko przejściowym etapem, stało się codziennością. Dla Palestyńczyków rok 1948 rozciągnął się w czasie i trwa do dziś. Horror wojny, koszmar wykorzenienia, wieczny strach, rozpacz po śmierci najbliższych. Nie wiem, ile razy przy lekturze płakałam, ale z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że to najbardziej poruszająca książka, jaką przeczytałam. Momentami przerywałam lekturę, żeby się uspokoić; kiedy indziej w myślach wołałam do Amal i jej rodziny: uciekajcie z Bejrutu! uciekajcie, pozabijają was tam! Krótko po lekturze nie byłam w stanie rozmawiać z koleżanką, jej problemy, moje problemy, nasze standardowe tematy wydały mi się nieadekwatne i najzwyczajniej w świecie głupie w porównaniu z wydarzeniami z powieści.

Uważam, że każdy powinien przeczytać „Wiatr z północy” (niech was nie zwiedzie mało oryginalna i wręcz zniechęcająca okładka polskiego wydania), zwłaszcza, że odnoszę wrażenie, że o Żydach nie wypada mówić źle, przecież tyle wycierpieli w trakcie drugiej wojny światowej. Nawet chętnie bym widziała ten tytuł w spisie lektur. Ciekawe, co piszą o konflikcie palestyńsko-izraelskim w polskich podręcznikach… Na polskiej wikipedii czytam o niezadowolonych Arabach, którzy rozpętali spiralę przemocy, Stanisław Guliński w swoich przerażająco słabych tekstach pisze tak: „Był 2005, właśnie mijał rok od podjęcia przez Izrael budowy bariery, która odgradza tereny objęte żydowskim osadnictwem od niebezpieczeństwa arabskiego terroru” (s.146). Cóż, pozostaje mi się cynicznie stwierdzić, że to może Arabowie powinni byli pierwsi stawiać mury, kiedy na tereny Palestyny zaczęła napływać ludność żydowska. Arabski terror oczywiście istnieje i stanowi zagrożenie, ale czy nie ma racji Robert Fisk, brytyjski korespondent na Bliskim Wschodzie, który w rozmowie o wojnie i roli mediów stwierdza, że powinno się być obiektywnie po stronie tych, którzy cierpią, którzy są  okupowani i wobec których stosuje się represje? Zawsze istnieją dwie strony medalu, ale to przecież Palestyna zniknęła z mapy i przymykanie na to oczu dlatego, że Żydzi byli ofiarą Holocaustu, wydaje mi się odgradzaniem się od prawdy.

Gdzieś czytałam, że swoją powieścią Abulhawa zrobiła dla Palestyny to, co Hosseini dla Afganistanu. To prawda – autorka dała głos prześladowanemu narodowi, pisząc przy tym świetną, wciągającą opowieść. Uważam jednak, że warsztatowo jej proza jest dużo lepsza, miejscami pełna okrucieństwa, kiedy indziej – niemal liryczna. „Wiatr z północy” spełnia wszystkie moje oczekiwania wobec literatury.

Reklamy
 

„Kamień cierpliwości” – Atiq Rahimi Sierpień 29, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:58
Tags: ,

„Kamień cierpliwości” wyszedł spod pióra afgańskiego uchodźcy osiadłego we Francji, Atiqa Rahimiego.  W 2008 książka zdobyła Nagrodę Goncourtów.

Fabułę można streścić w jednym zdani. Kobieta, której imienia nie poznajemy, opiekuje się swoim sparaliżowanym mężem: zmienia mu kroplówkę, zakrapia oczy, odmawia modlitwy, które, według mułły, uzdrowią jej męża. Atmosfera jest kameralna, żeby nie powiedzieć: klaustrofobiczna. Kobieta, widząc nieruchomość męża, brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony, staje się coraz śmielsza w swej frustracji i bezsilności. Po raz pierwszy otwiera się przed swoim mężem i opowiada mu rzeczy, których nie ważyłaby się powiedzieć w innych okolicznościach. Nie jest wtedy pokorną i strachliwą afgańską żoną, nabiera odwagi i swoistego okrucieństwa.

Siła „Kamienia cierpliwości” nie tkwi w samej opowieści. Prawdziwe historie przedstawiła Zarghuna Kargar, tragiczne losy afgańskich kobiet opowiedział Khaled Hosseini. To, jak Rahimi buduje pełną napięcia atmosferę krótkimi, urywanymi zdaniami, jest istną wirtuozerią pióra. Nie ma tu ani jednego zbędnego słowa, ani jednego niepotrzebnego gestu. W pozornej prostocie przekazu kryje się niesamowita intensywność. Rozumiem, że niektórzy czytelnicy reagują płaczem na historie przedstawione przez Hosseiniego czy Kargar. W całej swej prawdziwości, autorom tym nie można odmówić pewnej dawki sentymentalizmu. Po przeczytaniu „Kamienia cierpliwości” pozostaje tylko wpatrywanie się w przestrzeń w niemym szoku.

 

„First Among Sequels” – Jasper Fforde Sierpień 25, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 23:44
Tags: , ,

– Hmm – powiedziałam, kiedy stanęliśmy przy wejściu do Booktastic! i wpatrywaliśmy się w regały mocno wypełnione płytami CD, DVD, grami i urządzeniami komputerowymi i specjalistycznymi magazynami. Jestem , że kiedy ostatnio tu byłam, widziałam książkę. Przepraszam?

Sprzedawca się zatrzymał i patrzył na nas nieco pustym wzrokiem.

– Czy są może jakieś książki?

– Jakieś co?

– Książki, no wiesz, mniej więcej takiej wielkości i pełne słów ułożonych w określonym porządku, aby dać efekt realności?

– Chodzi o DVD?

– Nie, mam na myśli książki. Są trochę staromodne.

– Ach tak! Mówisz o kasetach video.

– Nie, mówię o książkach.

– W takim razie musisz porozmawiać z kierownikiem.

(Jasper Fforde. First Among Sequels. Hodder and Stoughton. London: 2007. S.262, tłum. L.)

„First Among Sequels” to już piąty tom przygód Thursday Next. Świat Fforde’a, gdzie detektywi literaccy ratują Jane Eyre z rąk niegodziwca, a przenoszenie się ze świata realnego do świata fikcji nie stanowi dla Thursday większego problemu, w którym bohaterowie książek żyją też własnym życiem i czasami wybierają się na urlop, zachwyca mnie nieprzerwanie od kilku lat. Piąta część należy zdecydowanie do najbardziej pesymistycznych.

Minęło 14 lat od wydarzeń z „Something Rotten” i spektakularna działalność Thursday, jak i wszystkich OpSpeców, zostaje zawieszona i bohaterka zakłada firmę sprzedającą dywany. Podłogowy biznes jest tylko przykrywką, a wypady Thursday do Książkowego Świata są nieoficjalną częścią jej zawodowej aktywności. Anglia boryka się z nadwyżką głupoty, rząd nieudolnie próbuje się jej pozbyć, a w świcie fikcji ogromnym problemem jest spadek czytelnictwa. Pewne książki zawsze będą czytane, ale mniej znane klasyki i inne tytuły leżą odłogiem na półkach, w wyniku czego istnieje poważna obawa, że postaci z mniej znanych tytułów zaczną przemieszczać się do tych, które jeszcze ludzie czytają.

Thursday musi wyszkolić i ocenić nowe rekrutki, które okazują się być fikcyjnymi wersjami jej samej. Na podstawie jej widowiskowego uratowania Jane Eyre powstało kilka książek ociekających przemocą i seksem tworzących fałszywy obraz dzielnej agentki, w pierwszym tomie Thursday bije się z Jane Eyre o Rochestera, pani Fairfax okazuje się być zabójcą ninja, a Berthę porywają kosmici. Nic dziwnego więc, że w jednej z części powołano do Thursday w płóciennych spodniach, z dzierganą torebką przewieszoną przez ramię, która oddaje się medytacji i żyje w zgodzie z naturą i własnym ja. Szkolić tak różne dwie kadetki nie jest łatwo, zwłaszcza kiedy jedna z nich nie uznaje autorytetów.

Jednym z nowych pomysłów Fforde’a jest przegląd książek, które to, zupełnie jak auta, zużywają się proporcjonalnie do tego, ile razy zostały przeczytane. Każda książka kwalifikuje się do naprawy co 30 lat lub jeśli została przeczytana milion razy. „Władca pierścieni” jest w warsztacie niemal cały czas, ze względu na dużą popularność. Prawdziwe niebezpieczeństwo stanowi jednak nadwyżka głupoty. Społeczeństwu już nie wystarczają ogłupiające programy na realiy TV o wiele mówiących tytułach: Najzabawniejsze wypadki piłą mechaniczną, Samarytańska zamiana wątroby, Sprzedaj swoją babcię, Komu wyłączymy maszynę podtrzymującą przy życiu? Rząd postanowił poświęcić klasyki literatury angielskiej, aby pozbyć się problemu. Czy Thursday uda się uratować literacki świat?

„First Among Sequels” nadal bawi niezwykłymi pomysłami autora i dowcipnymi odwołaniami do literatury, stanowi świetną satyrę na świat politycznych gierek i układów, ale momentami, zmierza z czysto literackiej  fikcji ku opisowi naszej rzeczywistości. Kiedy rozmawiałam z koleżanką o idiotycznych programach z powieści, usłyszałam, że i teraz powstają programy, w których kobiety walczą między sobą o… pakiet operacji plastycznych. Tego typu rozrywka nigdy mnie nie interesowała, ale  też się nie spodziewałam, że idea reality show zabrnęła tak daleko. Księgarnie póki co jednak nie znikają, więc jakaś nadzieja jeszcze istnieje. A mnie cieszy bardzo, że powstały jeszcze 2 kolejne tomy przygód Thursday.

Jasper Fforde na czytatniku:

Porwanie Jane E.

Skok w dobrą książkę

The Well of Lost Plots

Something Rotten

 

„Londonistan” – Gautam Malkani Sierpień 20, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 00:12
Tags: , ,

Kiedy mieszkałam w Anglii, ostrzegano mnie przed zachodzeniem po zmroku w dwie dzielnice miasta, zamieszkiwane przez ciapatych. Ciapaty to negatywne określenie na mieszkańca Pakistanu, Indii czy Bangladeszu. Nie wiem dokładnie, na czym miało polegać owe niebezpieczeństwo, ale za pośrednictwem „Londonistanu” dostałam się na desi przedmieścia Londynu. Tłumacz od słowa desi utworzył polski przymiotki deszycki, który znaczy to samo, co ciapty, ale bez pejoratywnego zabarwienia. Deszycki i deszyta jednak bardzo mocno kojarzą mi się z szyickim i szyitą i jakoś nie przypadł mi gustu.

Okazuje się, że na desi przedmieściach biała kobieta raczej nie ma się czego bać. Hardjit, Ravi i Amit, grupka twardzieli wyznających sikhizm lub hinduizm oraz kujonowaty Jas, który do nich niespodziewanie dołączył, zdecydowanie preferowali desi dziewczyny, byle nie muzułmanki. Zajęciem zarobkowym czterech kumpli jest ściąganie simlocków z kradzionych telefonów, a w wolnych chwilach interesuje ich szybka jazda samochodami, przechwalanie się łóżkowymi zdobyczami i głośno wyrażana pogarda dla białych i zasymilowanych desi, których nazywają kokosiakami (brązowy na zewnątrz, biały w środku). Kiedy poznają Sanjaya, ich życie nabiera kolorów, a popisywanie się markowymi ciuchami i bywaniem w ekskluzywnych lokalach staje się dodatkowym hobby. Twardziele nie znoszą swoich rodziców, wyśmiewają towarzysko-religijne spotkania, na które znajome ich matek podjeżdżają luksusowymi samochodami, a sami robią dokładnie to samo, aby zrobić wrażenie na dziewczynach. Buntują się przeciwko rodzicom, między sobą narzekają, ale jak na dobrych synów rodem z indyjskiego filmu przystało, grzecznie kupują mamie podpaski i rzewnie płaczą, kiedy w rodzinnym domu wybucha awantura.

W gruncie rzeczy fabułę „Londonistanu” można streścić w maksymalnie 6 zdaniach. A fabuła ta, mocno przerysowana, czasami wręcz karykaturalna, czerpie garściami z Bollywoodu i indyjskich oper mydlanych oraz hollywoodzkich hitów. Wszystkie motywy wyśmiewane przez Jasa przewrotnie są wykorzystywane w książce. Jest zakazana miłość, konflikt między przyjaciółmi, rodzinne dramaty związane z małżeństwem z miłości, zapalony nauczyciel – idealista, kiczowate rozwiązanie akcji na szpitalnej sali, w trakcie którego Jas sam czuje się, jakby brał udział w bollywoodzkiej awanturze. Opis książki na tylnej okładce dał mi złudne wrażenie poważnej lektury o problemach tożsamościowych, konfliktach rasowych i wciąż żywych animozjach na linii Indie-Pakistan. Tymczasem otrzymałam opis bollywoodzkiego filmu z zaskakującym i nieco przekombinowanym zakończeniem, pod powierzchnią którego tak naprawdę nie kryje się zbyt wiele.

Bollywoodzkie filmy do krótkich nie należą i w myśl tej zasady „Londonistan” to tom o objętości ponad 400 stron. W pewnym momencie czułam już przesyt. Malkani nie pisze językiem literackim; podobno chwalono go za niezwykły słuch literacki, ale mnie potoczna mowa nasycona przekleństwami po prostu męczyła. Tak jak nie rozumiałam zachwytów nad Masłowską, tak i trudno zachwycić mi się stylem Malkaniego, choć trzeba przyznać, że bez specyficznego młodzieżowego bełkotu, szalona karuzela pełna filmowych odniesień zdecydowanie nie ruszyłaby z miejsca. Słowa Suketu Mehty o indyjskim przemyśle filmowym, doskonale opisują powieść Malkaniego:

„Podczas gdy kina wszystkich innych państw padły na kolana przed Hollywood, Indie przyjęły je na sposób indyjski: powitały je życzliwie, połknęły w całości, a następnie zwróciły. To, co trafiło do środka, zostało zmiksowane ze wszystkim, co istniało wcześniej i wyszedł z tego potwór z dziesięcioma głowami”.*

Do pewnego stopnia podobał mi się pomysł Malkaniego na stworzenie takiego potwora książkowego, bawiła mnie gra autora z czytelnikiem, ale spodziewałam się po tej książce dużo więcej. A przecież wiadomo, że w Bollywoodzie na poważną refleksję nie ma co liczyć.

—–

* Mehta, Suketu. Bombaj. Maximum City. Tłum. Marta Bregiel-Benedyk. Wydawnictwo Namas. Poznań: 2011. S. 413.

 

Indyjski Dzień Niepodległości Sierpień 15, 2012

Filed under: Indie — Lilithin @ 17:44
Tags: ,

Orkiestra i pochód z okazji Dnia Niepodległości w Agrze

Właściwie już od wczorajszego wieczora strona główna facebook’a zalewa mnie zdjęciami indyjskiej flagi i/lub Gandhiego z życzeniami radosnego Dnia Niepodległości. 15 sierpnia całe Indie świętują. Rok temu byłam zaskoczona duchem patriotyzmu i radosnymi obchodami w szkole, mając wciąż w pamięci nudne i ponure obchody szkolnych akademii z lat młodzieńczych. Mimo, że indyjska niepodległość wiązała się z masowymi przesiedleniami ludzkości i zamieszkami, w wyniku których życiu straciło wiele tysięcy ludzi, atmosfera panowała raczej radosna.

Patriotyzm w dzieci wpajany jest od najmłodszych lat. W szkole codziennie są apele, na których oprócz inspirujących cytatów i okazjonalnego programu artystycznego, stałym punktem programu jest odśpiewanie hymnu narodowego Indii. Dzieci, zwłaszcza te najmłodsze, zawsze śpiewały z dużym zaangażowaniem i zapałem, a końcowe „jaya he” było absolutnie punktem kulminacyjnym i nie miało absolutnie nic wspólnego z uroczystymi wersjami hymnu, które można znaleźć na youtubie.

Mali Hindusi uczą się patriotycznych piosenek maszerując między ławkami w salach lekcyjnych, a starsi z dumą wstają z kinowych foteli, kiedy przed seansem na ekranie pojawia się reklama indyjskiej armii z hymnem w tle. Mój znajomy w Agrze był oburzony, że będący na ulicach Hindusi nie stanęli na baczność, kiedy w mieście rozbrzmiały dźwięki „Jana Gana Mana”  Odnoszę jednak wrażenie, że to patriotyzm pozbawiony głębszej refleksji i zdecydowanie bezkrytyczny. O tym, że Indie nie są rajem na ziemi raczej nie wypada mówić w towarzystwie, a już na pewno nie wypada tego robić obcokrajowcowi. Zachowam więc dyplomatyczne milczenie i oddam się poczuciu coraz silniejszej tęsknoty za życiem w Indiach.

Pan z trąbką (?) widząc zainteresowanie i błysk fleszy postanowił jeszcze zatańczyć

Szkolne obchody – część dzieci ubrana w kolory flagi indyjskiej

Program artystyczny