Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Zaopiekuj się moją mamą” – Shin Kyung-Sook Wrzesień 30, 2012

Filed under: Przeczytane,Wyzwania — Lilithin @ 18:18
Tags:

Osiedlowa biblioteka pozytywnie mnie zaskakuje swoim księgozbiorem bogatym w nowości, wśród których wyczaiłam nagrodzoną Man Asian Literary Prize powieść koreańskiej pisarki „Zaopiekuj się moją mamą”.

Książkę te ze spokojnym sumieniem mogę polecić każdemu, nawet osobie, która kompletnie nie interesuje się kulturą koreańską. Choć historia osadzona jest głównie w Seulu, nie ma to większego znaczenia. Nie tło kulturalno-obyczajowe  jest najważniejsze, a relacje między matką a resztą rodziny, przez co powieść nabiera uniwersalnego wymiaru i chwyci czytelnika za serce chyba pod każdą szerokością geograficzną.

Powieść toczy się wokół poszukiwań zaginionej matki, która wybrała się do Seulu w odwiedziny do swoich dzieci. Przyjechała tam wraz z mężem, który zawsze chodził szybciej niż żona i całe życia lekceważył jej prośby o wolniejsze tempo. W tłumie ludzi na stacji metra nie obejrzał się ani razu, wsiadł do wagonu, a kobieta została na peronie, skąd rozpoczęły się jej poszukiwania.

Shin Kyung-Sook podzieliła książkę na kilka części i zastosowała ciekawy zabieg bezpośredniego zwracania się do bohaterów poszczególnych części (dwóch córek, syna i męża zaginionej), np. „Dla ciebie mama była zawsze mamą. Nigdy nie przyszło Ci do głowy, że ona kiedyś też stawiała pierwsze kroki, że najpierw miała trzy lata, potem dwadzieścia trzy. Mama była mamą. Urodziła się mamą.” Po zaginięciu mamy, okazuje się, że nikt jej tak naprawdę nie znał. Nikt z rodziny nie wiedział, co robi w wolnym czasie, córka pisarka nie zdawała sobie sprawy, że mama niepotrafiąca czytać, poprosiła pewną kobietę o przeczytanie książek córki. Kiedy mama chciała porozmawiać przez telefon z którymś z dzieci, te niecierpliwiły się i czym prędzej kończyły rozmowę, by wrócić do swoich spraw. To tylko nieliczne przykłady, a inne niemal wyciskały łzy z oczu.

„Zaopiekuj się moją mamą” to książka, wobec której osoby nawet o najtwardszych sercach nie przejdą obojętnie i być może zaczną inaczej patrzeć na istnienie osoby tak pozornie oczywistej i branej za pewnik jak mama. Shin Kyung-Sook za pośrednictwem prostych środków stworzyła uniwersalną opowieść o rodzicielskiej miłości i poświęceniu.

 

„Powiedział mi wróżbita” – Tiziano Terzani Wrzesień 22, 2012

Nie bardzo wierzę w przepowiednie, horoskopy, wróżby. W Indiach wprawdzie astrolog postawił mi horoskop, mam go do dziś (w hindi!), ale traktuję jako tylko jako pamiątkę, a nie objawione prawdy. Będąc sceptycznie do tego nastawioną osobą, nigdy bym nie zaczęła szukać kontaktu z wróżbitami, nie chodziłabym do nich po rady, jeśli miałoby mnie to irytować, nudzić lub jeśli miałabym do tego podchodzić z zaczepnym nastawieniem: a cóż nowego ten wróżbita może mi powiedzieć. Dlatego bardzo mnie dziwi to, co zrobił Tiziano Terzani. A mianowicie uwierzył w jedną przepowiednię, która głosiła, że jeśli w 1993 roku wsiądzie na pokład samolotu, zginie. Postanowił więc przez rok podróżować wyłącznie drogą lądową (ewentualnie morską), a w odwiedzanych krajach udawał się do wszelakich astrologów, wróżbitów, czarodziejów. Nie wiem po co chodzić do tego rodzaju osób, jeśli jest się z góry nastawionym negatywnie, tym bardziej mnie dziwi potrzeba napisania na ten temat książki…

Poza naprawdę nielicznymi wyjątkami, Terzani wyszydza słowa wróżbitów  i metody przepowiadania przyszłości. Jednocześnie jednak wierzy, że dolegliwości, na które skarżą się bywalcy jego tajlandzkiego domu, zwanego Żółwim Pałacem, związane są z zaburzeniem harmonii i udaje się do świątyni przebłagać duchy, a następnie zaprasza 9 mnichów do domu, którzy odśpiewują hymny i wszelkie kłopoty ustają. Brak konsekwencji w poglądach autora jest porażający.

Być może przymknęłabym oko na wybiórcze traktowanie wróżb, ale Terzani tak demonizuje postęp i modernizację Azji, nazywając go koniem trojańskim, że ciężko było mi go znieść. Autor namolnie podkreślał dychotomię materialistyczny, pusty Zachód vs Wschód, jedyna oaza duchowości i wartości, który zatraca własną tożsamość chcąc stać się drugim Zachodem. W swoich spotkaniach poszukuje aury tajemnicy i magii, która towarzyszyła podróżnikom z początku XX wieku i jest zawiedziony, kiedy jej nie znajduje. Swoim podejściem Terzani tak naprawdę pokazuje, jak stereotypowe wyobrażenia i oczekiwania ma wobec Azji. Z jego tekstów wynika, że turystyka jest złem, postęp jest złem, a autor najchętniej widywałby kobiety i mężczyzn ubranych w tradycyjne, ludowe stroje i mieszkających w domach krytych słomą. Terzani krytykuje nawet budowę domów z trwalszych materiałów niż te, z których korzystali dziadkowie napotkanych ludzi. Ludzie, którzy cierpieli biedę przez pokolenia i chcą się z niej wyrwać ciężką pracą zarobkową, są obiektem pogardy i lekceważenia. Najbardziej obrywa się Chińczykom, „misjonarzom praktyczności i materializmu”. Wszystkich Terzani wrzuca do jednego worka i w typowej dla siebie sztuce uogólnień, stwierdza, że opanowali oni glob z wrodzoną sobie pragmatyczną chęcią dorobienia się. Singapurczycy to dla niego irytujące „społeczeństwo sklepikarzy, którym się powiodło i którzy mogli sobie pozwolić na wszystko z wyjątkiem myślenia”…

Bardzo mnie zaskoczyło, z jaką pewnością Terzani podaje swoje wnioski jako jedyną istniejącą prawdę, a łatwość, z jaką osądza ludzi  wręcz zszokowała. A ocenia nie tylko przypadkowo napotkane jednostki, ale całe narody! Doprawdy dziwne jest takie podejście u kogoś, kto ma się za reportera. Fakt, że pióro ma sprawne, ale w gruncie rzeczy, poza ciągłą krytyką, niewiele do powiedzenia. Z jego podróży przez Laos, Tajlandię, Malezję, Singapur, Indonezję, Kambodżę, Wietnam i Mongolię wynika tyle, że wróżbici najczęściej prawią banały, a Azja swym pędem do nowoczesności popełnia zbiorowe samobójstwo. Zaciekawiły mnie teksty o Malezji i Singapurze, ale Terzani ledwie rozpoczął ciekawe wątki, by kontynuować dwoje biadolenie na demoniczną nowoczesność. Autor ubolewał nawet nad tym, że nawigacja morska coraz bardziej polega na komputerach, a nie umiejętnościach załogi. Złośliwie mogłabym zapytać, dlaczego nie żałuje, że średniowieczny zawód iluminatora odszedł w zapomnienie. Być może, gdyby jego książki powstały w kilku kopiach i utrzymanie się z pisania byłoby niemożliwe, Terzani sam stałby się tak przez samego siebie pogardzanym sklepikarzem. Dla mnie to jedno z największych rozczarowań czytelniczych.

 

Nie tylko o miłości Wrzesień 10, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:07
Tags:

Nie jestem wielbicielką historii miłosnych, za wyjątkiem klasyki angielskiej, nigdy nie śledziłam miłosnych uniesień bohaterów. A jednak ostatnio sięgnęłam po dwie opowieści o miłości, zupełnie inne od tych, do których jestem przyzwyczajona jako czytelnik.

Pierwsza z nich to „Tłumaczka” sudańskiej pisarki Leili Abouleli. Tytułowa tłumaczka to Sammar, młoda wdowa, której mąż zginął w nieszczęśliwym wypadku w Aberdeen, pracuje na uniwersytecie przekładając na angielski arabskie teksty dla szkockiego wykładowcy. Nawiązuje się miedzy nimi nić porozumienia, ale Leila jest głęboko wierzącą muzułmanką, a zainteresowanie Rae islamem jest czysto akademickie. Czy da się pogodzić tak duże różnice światopoglądowe?

Ta kameralna powieść zdumiewa subtelnością. Życie Sammar, pozbawione ciepła i kolorów z rodzinnego Sudanu, stopniowo się odmienia i Aboulela pokazuje zmiany delikatnie i dość wiarygodnie. „Tłumaczka” to nie żaden tani romans, ani pełna anegdot opowieść o przełamywaniu różnic kulturowych i zabawnych gafach popełnianych przez bohaterów. Miłość jest obecna, ale pisarce również udało się przedstawić tęsknotę za ojczyzną i poczucie niejakiej nieprzystawalności do europejskich warunków. Zakończenie przynosi małe rozczarowanie, ale warto przymknąć na nie oko w obliczu pięknej prozy Abouleli.

Jeśli emocje w „Tłumaczce” są raczej trzymane na wodzy, tak w „Miłości i jej następstwach” główny bohater, uchodźca z ogarniętej wojną Erytrei mieszkający w Arabii Saudyjskiej, przeżywa ich całą paletę – od euforii, poprzez radosne oczekiwanie do apatycznych chwil zwątpienia.

Mogłoby się wydawać, że miłość nie jest możliwa w kraju, w którym kobiety chodzą szczelnie przykryte pod burką i nie odzywają się do mężczyzn spoza swojej rodziny, a obiad dla męskich gości zostawiają w korytarzu, aby nie uniknąć spotkania z płcią przeciwną. A jednak życie Nasera odmienia się, kiedy tajemnicza dziewczyna rzuca mu pod stopy zwinięty w kulkę miłosny list. To uczucie, oparte przez długi czas jedynie na słowach dodaje kochankom odwagi i sił na przezwyciężenie wszelkich przeciwności…

Podobnie jak Aboulela, tak i Addonia pisze o poczuciu wykluczenia, jakie odczuwa główny bohater. Naser jest muzułmaninem, ale zupełnie obce są mu surowe praktyki panujące w Dżiddzie i jedyna słuszna interpretacja Koranu dokonana przez imama. „Miłość i jej następstwa” to także świetny portret państwa, w którym niemal każde działanie obywateli jest kontrolowana przez policję religijną. Miłość w wydaniu Abouleli i Addonii nie ma nic wspólnego z chick-lit, a oprócz romansu, w książkach poruszane są jeszcze inne tematy, co chyba najbardziej podobało mi się podczas lektury.