Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Powiedział mi wróżbita” – Tiziano Terzani Wrzesień 22, 2012

Nie bardzo wierzę w przepowiednie, horoskopy, wróżby. W Indiach wprawdzie astrolog postawił mi horoskop, mam go do dziś (w hindi!), ale traktuję jako tylko jako pamiątkę, a nie objawione prawdy. Będąc sceptycznie do tego nastawioną osobą, nigdy bym nie zaczęła szukać kontaktu z wróżbitami, nie chodziłabym do nich po rady, jeśli miałoby mnie to irytować, nudzić lub jeśli miałabym do tego podchodzić z zaczepnym nastawieniem: a cóż nowego ten wróżbita może mi powiedzieć. Dlatego bardzo mnie dziwi to, co zrobił Tiziano Terzani. A mianowicie uwierzył w jedną przepowiednię, która głosiła, że jeśli w 1993 roku wsiądzie na pokład samolotu, zginie. Postanowił więc przez rok podróżować wyłącznie drogą lądową (ewentualnie morską), a w odwiedzanych krajach udawał się do wszelakich astrologów, wróżbitów, czarodziejów. Nie wiem po co chodzić do tego rodzaju osób, jeśli jest się z góry nastawionym negatywnie, tym bardziej mnie dziwi potrzeba napisania na ten temat książki…

Poza naprawdę nielicznymi wyjątkami, Terzani wyszydza słowa wróżbitów  i metody przepowiadania przyszłości. Jednocześnie jednak wierzy, że dolegliwości, na które skarżą się bywalcy jego tajlandzkiego domu, zwanego Żółwim Pałacem, związane są z zaburzeniem harmonii i udaje się do świątyni przebłagać duchy, a następnie zaprasza 9 mnichów do domu, którzy odśpiewują hymny i wszelkie kłopoty ustają. Brak konsekwencji w poglądach autora jest porażający.

Być może przymknęłabym oko na wybiórcze traktowanie wróżb, ale Terzani tak demonizuje postęp i modernizację Azji, nazywając go koniem trojańskim, że ciężko było mi go znieść. Autor namolnie podkreślał dychotomię materialistyczny, pusty Zachód vs Wschód, jedyna oaza duchowości i wartości, który zatraca własną tożsamość chcąc stać się drugim Zachodem. W swoich spotkaniach poszukuje aury tajemnicy i magii, która towarzyszyła podróżnikom z początku XX wieku i jest zawiedziony, kiedy jej nie znajduje. Swoim podejściem Terzani tak naprawdę pokazuje, jak stereotypowe wyobrażenia i oczekiwania ma wobec Azji. Z jego tekstów wynika, że turystyka jest złem, postęp jest złem, a autor najchętniej widywałby kobiety i mężczyzn ubranych w tradycyjne, ludowe stroje i mieszkających w domach krytych słomą. Terzani krytykuje nawet budowę domów z trwalszych materiałów niż te, z których korzystali dziadkowie napotkanych ludzi. Ludzie, którzy cierpieli biedę przez pokolenia i chcą się z niej wyrwać ciężką pracą zarobkową, są obiektem pogardy i lekceważenia. Najbardziej obrywa się Chińczykom, „misjonarzom praktyczności i materializmu”. Wszystkich Terzani wrzuca do jednego worka i w typowej dla siebie sztuce uogólnień, stwierdza, że opanowali oni glob z wrodzoną sobie pragmatyczną chęcią dorobienia się. Singapurczycy to dla niego irytujące „społeczeństwo sklepikarzy, którym się powiodło i którzy mogli sobie pozwolić na wszystko z wyjątkiem myślenia”…

Bardzo mnie zaskoczyło, z jaką pewnością Terzani podaje swoje wnioski jako jedyną istniejącą prawdę, a łatwość, z jaką osądza ludzi  wręcz zszokowała. A ocenia nie tylko przypadkowo napotkane jednostki, ale całe narody! Doprawdy dziwne jest takie podejście u kogoś, kto ma się za reportera. Fakt, że pióro ma sprawne, ale w gruncie rzeczy, poza ciągłą krytyką, niewiele do powiedzenia. Z jego podróży przez Laos, Tajlandię, Malezję, Singapur, Indonezję, Kambodżę, Wietnam i Mongolię wynika tyle, że wróżbici najczęściej prawią banały, a Azja swym pędem do nowoczesności popełnia zbiorowe samobójstwo. Zaciekawiły mnie teksty o Malezji i Singapurze, ale Terzani ledwie rozpoczął ciekawe wątki, by kontynuować dwoje biadolenie na demoniczną nowoczesność. Autor ubolewał nawet nad tym, że nawigacja morska coraz bardziej polega na komputerach, a nie umiejętnościach załogi. Złośliwie mogłabym zapytać, dlaczego nie żałuje, że średniowieczny zawód iluminatora odszedł w zapomnienie. Być może, gdyby jego książki powstały w kilku kopiach i utrzymanie się z pisania byłoby niemożliwe, Terzani sam stałby się tak przez samego siebie pogardzanym sklepikarzem. Dla mnie to jedno z największych rozczarowań czytelniczych.

Reklamy
 

„Butter Chicken in Ludhiana” – Pankaj Mishra Maj 10, 2012

„Butter Chicken in Ludhiana” mogę chyba zaliczyć do największych rozczarowań zeszłego roku. Przeczytałam tę książkę w zeszłym roku, ale jakoś nie mogłam się zebrać do napisania czegokolwiek – tak wielki był mój zawód… Myślałam, że po upływie czasu moje emocje nieco się uspokoją i będę w stanie napisać bardziej wyważoną recenzję. Tak się jednak nie stało, więc proszę się przygotować na sporą dawkę jadu.

Mishra podróżuje po małych indyjskich miastach. Podróżuje i narzeka. Odnoszę wrażenie, że autor od samego początku nastawił się tak, aby pisać i widzieć same negatywy. Mnie osobiście wręcz rozśmieszyły jego narzekania na rozklekotany autobus – panie Mishra, to są Indie i doprawdy nie wiem, kto w swojej naiwności spodziewa się luksusów w lokalnym transporcie. Zagraniczni turyści, których znam, są bardziej odporni na warunki drogowe w Indiach, niż urodzony tu Pankaj Mishra, który chyba wyszedł ze swojego wygodnego domu pełnego służących i klimatyzacji i poczuł się zaskoczny wszechobecnym brudem, chaosem i hałasem. „Zepsuta droga, wałęsające się krowy, otwarty ściek, zrujnowane sklepy, ziemia pełna śmieci, napierający tłum, kurz – to były prawdziwe Indie, biedne, ohydne i zacofane […]”* Od wyedukowanego pisarza nie spodziewałabym się takich uogólnień. Indie są krajem tak różnorodnym, skomplikowanym, pełnym kontrastów, że definiowanie ich w jednym zdaniu jest rzeczą krzywdzącą, a jednocześnie – niemożliwą.

Mishra krytykuje dziki postęp ekonomiczny – wszechobecne samochody marki Suzuki Maruti, złote łańcuchy na szyjach świeżo upieczonych biznesmenów, przekombinowane domy postawione za niedawno zarobione pieniądze, wyrastające centra handlowe w Bangalore. Trudno autorowi zaakceptować powstawanie nowej klasy średniej, ciężko mu się pogodzić, z faktem, że pieniądze nie należą już tyko i wyłącznie do uprzywilejowanej klasy wyższej. Każdy może zarobić, zbudować dom, urządzić ogromne wesele. Być może nie każdy posiada wysublimowany gust i poczucie smaku, jakby sobie życzył tego Mishra i to wydaje się być największą bolączką pisarza. Książka została wydana w 1995 roku i ciekawe jak sobie teraz Mishra radzi z drastycznie zmienionym ekonomicznym krajobrazem Indii – kiedy po 17 latach centrów handlowych jest jeszcze więcej i klientów w nich nie brakuje, a klasa średnia jest siłą napędową narodu.

Malkontenctwo Mishry na tym jednak się nie kończy. Nie podoba mu się Shimla, stolica stanu Himachal Pradesh, która „z daleka, a zwłaszcza kiedy przyjeżdża się do niej od strony równin, przypomina rozpaczliwie biedne slumsy Ameryki Łacińskiej: odarta, bezładna mieszanina blachy i drewna na stromym zboczu” ** Moim zdaniem Shimla to jedno z najbardziej urokliwych indyjskich miast – z szeroką promenadą, kolonialnym zabudowaniem w pięknej himalajskiej scenerii. Żadne miejsce, które Mishra odwiedził, nie przypadło mu do gustu. Jaipur nie przypominał już egzotycznej fantazji pełnej bajkowej atmosfery, którą zapamiętał z wizyty w tym mieście jako mały chłopiec. Dziwne prawda? Sama nigdy bym nie wpadła na to, że nasze postrzeganie świata może zmienić się z biegiem lat. Udaipurowi z kolei dostaje się za to, że jest miastem głównie turystycznym, które poza sezonem, spieczone radżastańskim słońcem i gorącym wiatrem loo, pustoszeje i życie w nim zamiera. Mishra odwiedził więcej miast, każdemu postawił jakiś zarzut. Zastanawiam się, czy jest jakiekolwiek miejsce w Indiach, które by mu się spodobało…

Postawa Mishry świadczy o zupełnym braku elastyczności i wyrozumiałości, krytykowanie i naśmiewanie się z często kiczowatego gustu nowych bogaczy wydaje mi się raczej nie na miejscu. Być może poprzednie pokolenia nie miały sposobności kształcić się w zakresie architektury i dobierać idealnie współgrających z otoczeniem projektów. Być może wystawne wesele było pierwszym tego rodzaju w rodzinie, gdzie wcześniej rodzice nie byli w stanie zapewnić podstawowych potrzeb swoim dzieciom? Być może klasa średnia z lat 90-tych nie miała jeszcze wystarczającego obycia, aby usatysfakcjonować autora, ale czy to usprawiedliwia pełną wyższości postawę Mishry? Ludzie, o których autor pisze, w jakichś sposób odmienili swój los, ale ich awans społeczny zamiast z gratulacjami spotykał się z wyszydzeniem. Nie podobała mi się ta książka i kiedy dziś w księgarni widzę nazwisko autora, omijam je z grymasem. Nie mówię, że Indie są idealnym krajem pozbawionym problemów – daleka jestem od idealizowania tego kraju, ale też nie lubię przesady w drugą stronę, kiedy mówi się jedynie o negatywach, a do tego często bez żadnego uzasadnienia.

—–

* Mishra, Pankaj. Butter Chicken in Ludhiana. Penguin Books. Kolkata: 1995. s. 93. Tłum. L.

** Tamże, s. 24.

—–

Poniżej kilka migawek z Shimli, Jaipuru i Udaipuru (po kliknięciu zdjęcia się powiększą)

Shimla

Shimla

Jaipur

Jaipur

Jaipur

Udaipur

Udaipur

 

„Całkiem Bliski Wschód” – Stanisław Guliński Czerwiec 25, 2011

Kraje Bliskiego Wschodu fascynują mnie i z chęcią sięgam po książki rozgrywające się w tamtejszych rejonach. Kiedy zobaczyłam „Całkiem Bliski Wschód”, zbiór reportaży polskiego arabisty i turkologa, nie zastanawiałam się ani chwili i od razu powędrowałam z książką do kasy. Miałam nadzieję na profesjonalne podejście do tematu i poszerzenie swojej niezbyt szerokiej wiedzy.

Reportaże czytałam uważnie i powoli. Każdy reportaż dotyczył innego kraju i też nigdy nie zagłębiałam się w więcej niż jeden tekst dziennie, aby opisywane wydarzenia i zwyczaje nie zlały się w jedną ogólną masę. Próżne moje wysiłki. Mimo, że początkowo robiłam notatki, dziś już i tak prawie nic nie pamiętam. W reportażu o Turcji pisanie o rzezi Ormian wydaje się tematem nazbyt oczywistym. W tekście o Egipcie niespełna 200-letni budynek staje się pretekstem do snucia opowieści o historii Egiptu z porażającą ilością dat, nazwisk i wydarzeń. Trudno było mi się w tym wszystkim odnaleźć. Nie mogłam w żaden sposób wgryźć się w tekst nie byłam w stanie wyobrazić sobie opisywanych miejsc, czy z zainteresowaniem śledzić każdy akapit.

Nie twierdzę, że to zły zbiór, ale laikom w temacie zdecydowanie go nie polecam. Teksty, choć różnorodne (raz skupiają się na historii, raz na zwykłym życiu, by potem opisywać przypadkowe, ale pouczające spotkania z miejscowymi), wydawały mi się lepszym materiałem na dygresje w wykładach o Bliskim Wschodzie niż na materiał do opublikowania. Z drugiej strony, czytając świetne reportaże Geraldine Brooks, też niewiele wiedziałam o islamie, ale polot autorki nawet na sekundę nie pozowolił na znużenie lekturą…

 

„Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet” – Marzena Filipczak Czerwiec 11, 2011

Filed under: Podróże na kanapie z książką w łapie,Przeczytane — Lilithin @ 20:40

Niestety, zachwytów nie będzie. W książce podobała mi się kolorowa okładka radosnego autobusu/ciężarówki (?). Z pozostałymi elementami, czyli z treścią i stylem, które są przecież o niebo ważniejsze od takich szczegółów jak szata graficzna, było już znacznie gorzej.

Marzena Filipczak, dziennikarka Gazety Wyborczej i Metra, samotnie wybrała się w podróż po Azji. Pół roku spędziła jeżdżąc po Indiach, Tajlandii, Wietnamie, Malezji i Kambodży. Książka dzieli się na dwie części – pierwsza z nich to wrażenia z podróży, pisane w formie blogu, a druga zawiera rady dotyczące transportu, pieniędzy, dokumentów, ubioru itp.

Pierwsza część napisana językiem nieformalnym, momentami kolokwialnym. Rozumiem, że książka powstała na podstawie blogowych wpisów, które nie muszą być napisane językiem literackim, ale przed publikacją można było trochę popracować nad stylem. W pewnych sytuacjach nieformalny język się broni, tutaj niestety nie. Odniosłam wrażenie, że jeszcze bardziej podkreślał to, co najbardziej mi się w tym dziwnym przewodniku nie podobało – stosunek autorki do otaczającego ją świata. Filipczak lekko gardzi i wyśmiewa białych turystów korzystających z wakacji organizowanych przez biura podróży. W końcu ona, wielka podróżniczka, wybrała się sama na pół roku do Azji, nie spała w luksusowych hotelach i jeździła lokalnymi autobusami i pociągami. Najwidoczniej to daje jej prawo do poczucia wyższości. Biali turyści chcący stać się częścią danego kraju też nie spotkali się z jej sympatią – „dziś w Rikszeszu są wszyscy biali wariaci, którzy chcą zostać Hindusami. Najpopularniejsza książka w miejscowych księgarniach nosi tytuł ‚Am I a Hindu?’ Chyba jeszcze nie, więc żeby się nim stać, biali zamykają się w aśramach, by pod okiem guru ćwiczyć jogę, medytować, pościć, modlić się”.* Wariaci, czy nie, pewnie zdawali sobie sprawę, w przeciwieństwie do autorki przewodnika, że nie chcą stać się Hindusami, a hindusami, czyli wyznawcami hinduzimu. Hindus (pisany wielką literą) to mieszkaniec Indii, można też go określać mianem Indusa. Autorka nie wie też, że przymiotnik hinduski stosuje się jedynie w odniesieniu do religii, a mówiąc o narodowości powinno używać się indyjski. Wiele u niej hinduskich rodzin, hinduskich prostytutek, hinduskich pań, jest nawet naród hinduski, o którym autorka pisze: „I proszę pamiętać, że tego narodu jest miliard” .** Takie błędy może i nie rażą tak bardzo na blogach, pisząc w pośpiechu nie zawsze myśli się o niuansach językowych, ale wydawanie swojej pisaniny w formie książki wymaga już pewnej dbałości. Dziwię się, że nikt z wydawnictwa nie zauważył tego błędu.

Opisy miejsc, w których autorka była i wydarzeń, w których brała udział, nie zapadły mi w pamięć, a wręcz jawiły się jako bardzo ogólne i mało głębokie. Ani razu nie poczułam, że chciałabym być tam, gdzie ona. Nie mogłam też oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę Filipczak wcale nie chciała poznać indyjskiej, wietnamskiej czy tajskiej kultury. Nie starała się zrozumieć pewnych zjawisk, dowiedzieć się czegoś więcej. O Wietnamie pisze tak: „Pełno tu plakatów, które reklamują nie wiem co, ale wygląda jakby zachęcały: ‚Cały naród buduje swoją stolicę’. ” *** Może warto by było jednak zapytać jakiegoś Wietnamczyka, co to za plakaty? Może podróż zyskałaby wtedy jeszcze na wartości poznawczej. Czytając różnorakie recenzje spotkałam się z opiniami, że książka nasycona jest poczuciem humoru. Nie wiem, które fragmenty o tym świadczyły, ale zamiast humoru znalazłam jedynie brak wiedzy i ignorancję. Miałam ochotę rzucić książką o ścianę kiedy przeczytałam: „Wymyśliłam, że pojadę […] do miasteczka Mathura, […] w którym urodził się Kryszna. Ten od Hare Kryszna, więc wyobraźcie sobie, jakie śpiewy odbywają się tam całymi dniami i ile plastikowych klejnocików, papierowych ubranek i kolorowych zwierzątek można kupić do domowych kapliczek”. **** Uproszczenia i schematy wyniesione z Polski w żaden sposób się nie zmieniły pod wpływem pobytu w Azji. Tak naprawdę jest to największy minus książki Filipczak. Sama podróż i korzystanie z lokalnych środków transportu nie świadczy o wielkości podróżnika. Podróżować, to poznawać. Filipczak „jedzie sobie”, ale w żaden sposób nie próbuje zrozumieć kultury, w której się znalazła ani przybliżyć jej czytelnikowi. Twierdzi, że spotkała wielu wspaniałych ludzi, którzy jej pomogli, ale właściwie o nikim nie pisze. Zabrakło rozmów, zwykłego międzyludzkiego kontaktu. A kraj przecież tworzą ludzie, a nie zdezelowane autobusy czy karaluchy w łazience.

„Jadę sobie” trudno tak naprawdę nazwać przewodnikiem. To właściwie dziennik z podróży pisany dość niestarannie i z którego niemal na co drugiej stronie widać poczucie wyższości autorki (przynajmniej ja tak to odczuwam). Biali turyści na zorganizowanych wycieczkach – źle, bo nie poznają kraju, biali turyści chcący się (nieco na siłę) zasymilować – źle, bo śmieszni. Chyba jedynie autorka zasługuje na podziw, skoro wszelkie inne formy poznawania kraju traktuje z lekką pogardą. Dla mnie niestety sam fakt wyjazdu na własną rękę to za mało. Owszem, odważny krok, ale bardzo wątpię, aby Filipczak poznała odwiedzane kraje dużo lepiej niż ludzie na zorganizowanych wycieczkach. Nie podobało mi się i na pewno nie poleciłabym tej książki nikomu wybierającemu się do Azji.

—–

* Filipczak, Marzena.  Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet. Warszawa: Poradnia K, 2009. S. 164.

** s. 159.

*** s. 122.

**** s. 159-60.

 

„180 000 kilometrów przygody” – Tony Halik Październik 11, 2009

Filed under: Podróże na kanapie z książką w łapie,Przeczytane — Lilithin @ 16:56

halik

Seria „Poznaj świat” wydawnictwa Bernardinum to istny majsterszczyk nie tylko dla podróżników, ale również dla bibliofilów. Piękne wydania na kredowym papierze, z mapami podróży autorów oraz liczne fotografie zachęcają do czytania.

„180 000 kilometrów przygody” to relacja z podróży Tony’ego Halika oraz jego żony, Pierrette, po Ameryce Południowej i Środkowej. Autor nie trzyma się chronologii zdarzeń, nie jest to dziennik wyprawy pisany dzień po dniu. Z jednej strony to dobrze, uniknięto niepotrzebnych dłużyzn i opisu mało znaczących faktów, ale z drugiej – jednak wolę jakąś stałą oś fabularną. Po niektórych rozdziałach aż chciało się przeczytać, co było dalej. Niestety, często przygody Halika kończyły się zdecydowanie za szybko. Przydałoby się chociaż podzielić poszczególne epizody na kraje, w których się odbywały. Niemniej jednak, książkę czyta się przyjemnie i bardzo szybko. W niektóre wydarzenia wręcz trudno uwierzyć, np.:

„Pewnego dnia intuicja kazała mi zawrócić w pół drogi do naszego obozu. Dobiegając na miejsce, ujrzałem scenę, która zmroziła mi krew w żyłach. O parę metrów od mojego synka bawiącego się beztrosko na trawie, czaił się jaguar. Nie miałem ani sekundy do namysłu i nie mogłem chybić…” *

Oczywiście, Halik ocalił syna. Bardzo podobały mi się też wplecione gdzie niegdzie legendy i wierzenia ludzi, których poznał Tony. Książkę można przeczytać, ale niekoniecznie jest to pozycja, którą chciałabym mieć na półce.

—-

* Tony Halik, „180 000 kilometrów przygody”, wyd. Bernardinum 2006, s. 228.

 

„Paryskie pasaże” – Krzysztof Rutkowski Maj 24, 2009

086a Rutkowski Paryskie pasa¿e oklejka.indd

Nie bądźmy hipokrytami i przyznajmy, że wygląd i pierwsze wrażenie ważne. Nie mogą przyćmić wnętrza, ale odgrywają pewną rolę w początkowym kształtowaniu opinii o owym wnętrzu. Jakże wyglądałyby „Paryskie pasaże” Krzysztofa Rutkowskiego w małym, kieszonkowym formacie, w miękkiej oprawie z chwiejącymi się wesoło literkami i tandentym obrazkiem Wieży Eiflla? Sięgając po interesującą treść książki trzeba by z niesmakiem odwracać wzrok od zawstydzającego wyglądu okładki. Na szczęście wydawca „Paryskich pasaży” nie stawia czytelników przed takim dylematem. Elegancka, twarda, granatowa oprawa, złote litery i skromna ilustracja pokazują najwyższą klasę. Książka dodatkowo okraszona jest licznymi czarno-białymi ilustracjami (najstarsza pochodzi z 1943 roku, więc widzimy inny Paryż, nie ten typowo turystyczny ze zdjęć z wakacji), które są wklejone w strony, a nie wydrukowane. Na szczęscie wysoki poziom szaty graficznej przekłada się również na wysoki poziom pisarstwa Rutkowskiego.

Nad „Paryskimi pasażami” krąży duch Waltera Benjamina, niemieckiego filozofa, teoretyka kultury, krytyka literackiego i eseisty, którego jedna z książek nosi tytuł… „Pasaże” i opowiada o… XIX-wiecznym Paryżu. Rutkowski cytuje też wypowiedź Benjamina o pasażach zbudowanych w Paryżu, które dla polskiego eseisty stają się nową formą literacką, w której można połączyć historię i teraźniejszość, rzeczywistość i magię.

Pasaże czyta się świetnie. Rutkowski, mieszkający od 23 lat w Paryżu swodobnie porusza się w obszarze historii Francji, literatury i sztuki. Książka pełna jest interesujących faktów historyczno-literackich i wszelakich anegdot. A to o kłótniach Verlaine’a z Rimbaud’em, a to o identyfikacji Baudelaire’a z Edgarem Allanem Poe czy o modelkach, których sposób chodzenia po wybiegu przypomina chód pijanego Baudelaire’a.

Rutkowski jest również bacznym obserwatorem współczesnych mu wydarzeń, jak np. otwarcia Luwru w listopadzie 1993 roku, którego spostrzeżenia często zakończone są zaskakującą puentą:

„I ludek paryski  wałił tłumnie, upojimy młodym winem, chytrawy, z kamerami wideo w łapach, ze złym błyskiem w oku, wmieszany w stada Japończyków i grupki Amerykanów oraz pasażerów przyjeżdżających autokarami ze Wschodu, przewalił się po komnatach, zstąpił do podziemnych butików, zjadł bułę u McDonald’sa i upewnił, że Paryż jest stolicą świata.

Pałac sztuki: wielkiej i takiej sobie, stał się sztuką pałacu, a cztery piramidy sterczą na znak, że imię władcy nie umrze całkiem. Luwr błysnął Luksorem, a Sekwana pachnie snem Senatora.” *

Lektura jest doprawdy wyśmienita. Lekkie pióro Rutkowskiego sprawia, że nie mamy do czynienia z nudnymi wykładami z historii kultury, a z fascynującymi opowieściami o życiu w Paryżu – obecnie i dawniej. Fakty historyczne są podane w bardzo przystępny sposób, więc nie odczuwa się zmęczenia natłokiem informacji. Pojedyncze pasaże nie są długie, więc książka jakby „czyta się sama”. Na pewno jeszcze sięgnę po pozostałe książki Rutkowskiego, a cóż może być większa zachętą niż czytelnik, który po przeczytaniu jednej książki danego autora, sięga po następne?

—–

* Krzysztof Rutkowski, „Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach”, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008.

 

„Stambuł. Wspomnienia i miasto” – Orhan Pamuk

istanbul

Nie było łatwo zdobyć tą książkę. Nie chodzi tylko o fakt, że kiedy chciałam ją przeczytać, polska premiera jeszcze się nie odbyła i musiałam ja zamówić w Empiku w języku angielskim, ale również o samo wytargnięcie jej z empikowskich zakamarków. Znając datę dostarczenia jej do salonu, po kilku godzinach dreptania po mieście i załatwiania spraw wszelakich w niemiłosiernie niewygodnych butach (tak, tak, wiem, że nowych butów nie zakłada się na dłuższe wędróki nie wiedząc, jak się spisują w takich warunkach), nadłożyłam drogi i z obolałymi stopami dotarłam do Empiku. Przemiły pan spędził dobrych kilka minut na poszukiwaniach mojej upragnionej lektury, lecz się okazało, że jeszcze nie ma. Zawiedziona dotarłam do domu tylko po to, aby odebrać maila (pojawił się on w skrzynce ok. 10 minut po wyjściu z Empiku) z informacją, że mogę odebrać swoje zamówienie. Zgrzytając zębami i obklejając stopy plastrami wsiadłam do autobusu. Po wyjściu z niego zaczęło padać przeokropnie i w czasie 4-minutowego spaceru z przystanku do Empiku przemokłam do suchej nitki (parasol nie na wiele się zdał w tej ulewie). Pani w księgarni zdziwiona moją determinacją oznajmiła, że mam 2 tygodnie na odebranie książki i że nie musiałam w tej ulewie przychodzić. Z szaleństwem w oczach i pulsującymi czerwonymi żyłkami wycedziłam przez zęby: „Ale ja ją CHCĘ przeczytać.”

Muszę przyznać, że poświęcenie w pełni się opłaciło. „Stambuł” jest ładnie wydany, na lekko kredowym papierze w kolorze kości słoniowej, okraszony licznymi fotografiami. Zarówno szata graficzna, jak i treść przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Do rzeczy, jednak, do rzeczy!

Do napisania tej recenzji zabierałam się blisko miesiąc. W obawie, że nie znajdę odpowiednio pięknychst1 słów dla tej pięknej książki i że przez to w jakiś sensie „Stambuł” straci część swojego uroku, czekałam na odpowiedni nastrój. Czy ów nastrój nadszedł – nie wiem. Jedno jest pewne: lato ma się ku chyłkowi, temperatury coraz niższe i zanim jesień na dobre zadomowi się za oknami wlewająć w serca smutek i poczucie przemijania, dobrze jest napisać kilka słów o wakacyjnej lekturze.

To moje pierwsze spotkanie z tureckim Noblistą. Przed rozpoczęciem tej książki ostrzegano mnie, abym się nie zniechęciła do Pamuka, jako że nie jest to jego typowa proza i że nie nie jest to lektura, którą czyta się na wdechu od deski do deski. To fakt, „Stambułu” nie sposób przeczytać w jeden wieczór. Prozę tego kalibru trzeba smakować, delektować się nią i dawkować z umiarem, aby przyjemność czytania trwała jak najdłużej.

„Stambuł” to zbiór wspomnień i esejów z elementami autobiografii. Mały Orhan daje się poznać jako wrażliwy, wyobcowany chłopiec, którego ciągle prześladuje myśl o istnieniu innego, drugiego Orhana, który mógłby uchodzić za jego bliźniaka lub sobowtóra. Wyobcowanie dodatkowo potęgują ciągłe kłótnie rodziców i częste nieobecności ojcast3 w domu, a także walki z bratem, które jawiły się chłopcu jako osobiste porażki wynikające ze słabości i braku wystarczającej koordynacji ruchowej. Dla Pamuka „rzecz zwana rodziną była grupą ludzi, którzy z pragnienia bycia kochanymi i pragnienia spokoju, relaksu i bezpieczeństwa, zgodzili się uciszyć, każdego dnia na jakiś czas, własne dżiny i demony i zachowywać się tak, jakby byli szczęśliwi.” [1]

Pamuk uracza też swoich czytelników historią swojej pierwszej i nieszczęśliwej miłości o kasztanowych włosach, która zaczęła się od pozowania do wykonywanych przez niego rysunków. Pisarz wspomina: „Kiedy podczas szkicowania przypatrywałem się konturom jej małych piersi i wyjątkowo białej skórze długiej szyi, cień wstydu przebiegał przez jej twarz.” [2]

Jeden rozdział to zabawny zbiór rad, napisanych przez stambulskich dziennikarzy na przestrzeni 130 lat. Pamuk znalazł takie perełki jak:

„Czerpiąc inspirację z artykułu o odpowiednim sposobie chodzenia po mieście, który pojawił się w znanym paryskim magazynie ‘Matin’, my również powinniśmy jasno wyrazić nasze uczucia do ludzi, którzy jeszcze muszą się nauczyć jak prowadzić się po ulicach Stambułu i powiedzieć im: ‘Nie spaceruj po ulicy z otwartymi ustami.’ [1924]” [3]

„Stambuł” to jednak przede wszystkim opowieść o mieście i doprawdy niezwykły po nim przewodnik. Miasto, w którym europejscy pisarze szukali przede wszystkim orientalnego dreszczyku niczym z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, wygląda zupełnie inaczej w oczach wrośniętego w Stambuł Pamuka. Pisarz oznajmia: „Los Stambułu to mój los. Jestem przywiązany do tego miasta, ponieważ uczyniło mnie ono tym, kim jestem.” [4] To wyraz wielkiej miłości do Stambułu i co najciekawsze, miłość ta nie ma swoich korzeni w dumie z dawnej potęgi i bogactwa Imperium Osmańskiego, ale w szczątkach i ruinach, które po nim pozostały powodując uczucie wielkiej melancholii, opanowującej wszystkich mieszkańców. Ów smutek to hüzün, czyli „[…] wspólne uczucie, atmosfera i kultura dzielona przez miliony. W Stambule pozostałości wspaniałej, dawnej cywilizacji są widoczne wszędzie. Nieważne, jak bardzo źle utrzymane, nieważne, jak zaniedbane lub otoczone ze wszystkich stron przez betonowe okropności – wielkie meczety i inne zabytki miasta, tak samo jak pomniejsze pozostałości po imperium – małe łuki i fontanny […] – powodują ból serca u każdego, kto mieszka między nimi.” [5] Właśnie to mnie urzekło w tej książce najbardziej – opisy bocznych brukowanych uliczek, drewnianych opuszczonych domów, zrujnowanych fontann. Obrazy te, zręcznie nakreślone słowami pisarza i wsparte wrażliwością malarza (którym Pamuk przecież przez kilka lat był), są tak sugestywne, że nie sposób było się oprzeć tej melancholii w czasie czytania i nawet kilka dni po skończeniu lektury.

Podsumowując, jestem absolutnie zauroczona twórczościa Pamuka. I proszę mi wybaczyć ten emocjonalny ton, ale dawno już żadna książka nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia. Na pewno nie jest to moje ostatnie spotkanie z tym pisarzem i wróżę sobie jeszcze długie godziny wspaniałej strawy duchowej z oczami zatopionymi w jego prozie.

——

[1] Orhan Pamuk, “Istanbul”, tłum. Maureen Frest2ely, Vintage International, 200g, s. 275. (tłumst5aczenie na polski moje, dość dowolnie potraktowane)

[2] Tamże, s. 3.

[3] Tamże, s. 141.

[4] Tamże, s.6.

[5] Tamże, s. 101.