Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

Odkładam Rushdiego na półkę Lipiec 4, 2011

Filed under: Porzucone — Lilithin @ 12:01

„Szatańskie wersety” chciałam przeczytać, kiedy na pierwszym roku studiów (czyli 5 lat temu) usłyszałam, że Chomeini wydał fatwę nakazującą zabić Rushdiego za obraźliwe dla muzułmanów  fragmenty. Sensacyjna otoczka wokół powieści dodawała jej jakiegoś złowrogiego uroku.

Kiedy w końcu książkę udało mi się zdobyć, przeleżała kilka dobrych lat na półce. W końcu, kilka tygodni temu nadszedł czas na „Szatańskie wersety”. Równolegle z nimi czytałam 3 inne książki i kiedy wróciłam do Rushdiego, niezbyt dobrze już pamiętałam to, co czytałam na początku. Zamiast zacząć od początku brnęłam dalej, nieco po omacku pamiętając jak przez mgłę imię jakiegoś bohatera, ale nie mogąc już przywołać wydarzeń, w których on wcześniej uczestniczył.

W pracy, gdzie książka tęsknie na mnie spoglądała, czule głaskałam pozłacany tytuł czekając na moment, kiedy będę mogła zasiąść do lektury, ale kiedy już to następowało, po 10 stronach traciłam zapał i zżymałam się na siebie, że nic nie pamiętam jednocześnie nie chcąc wracać do początku po przeczytaniu 3/4 powieści.

Dziś jednak mówię dość. W obecnej chwili nie mam najmniejszej chęci zaczynać „Szatańskich wersetów” od nowa, a brnąć dalej i czytać tylko po to, żeby powieść dokończyć mija się z celem. Wiem, że w ten sposób nic z lektury nie wyniosę, kiedy imiona, miejsca i wydarzenia mieszają się i zlewają w bliżej nieokreśloną całość, a cały sens gdzieś się zatraca. Żegnam się więc z Rushdiem z obietnicą powrotu za jakiś czas.

Reklamy
 

„Pasje utajone” – Irving Stone Wrzesień 1, 2009

Filed under: Porzucone — Lilithin @ 20:39
Tags:

pasje utajone Nie spodziewałam się, że dodam na blogu nową kategorię o książkach porzuconych, odrzuconych, czytelniczych zawodach i niewypałach. Mam tylko nadzieję, że nie pojawi się w niej wiele tytułów, a najlepiej by było, gdyby ten był ostatnim.

Skuszona świetną lekturą „Pasji życia” Irvinga Stone’a, długo się nie zastanawiałam nad zabraniem z bibliotecznej półki dwóch tomów „Pasji utajonych” o życiu Zugmunta Freuda. Każdy z nich liczył ok. 600 stron, co niewątpliwie świadczy o sporej dawce zaufania i wielkich nadziejach pokładanych w nazwisku Stone’a. No cóż. W sprawach życiowych raczej twardo stąpam po ziemi, mogę w takim razie być naiwna w doborze lektur.

Po przeczytaniu 100 stron, zastanawiałam się, czy ciągnąć to dalej. Pociągnęłam. Po następnych 100 stronach, nadal nie byłam pewna, czy właśnie na taką książkę chcę poświęcić swój czas. Teraz, po łącznej ilości 235 stron wiem, że to nie to, choć gdzieś tam tkwi we mnie wątpliwość – a może się jeszcze rozkręci? I tu powstaje pytanie – ile trzeba dać książce na owo ‚rozkręcenie się’? Czy połowa wystarczy? A może tylko pierwszy tom tak kuleje, a drugi jest już fascynującą historią?

Trzeba przyznać autorowi, że merytorycznie doskonale się przygotował. Panorama Wiednia, stan wiedzy ówczesnej medycyny, obraz uniwersyteckich realiów – wszystko to zostało przygotowane z jak najwyższą dokładnością. Niestety, owa najwyższa dokładność skutkuje po prostu nudą. Rozumiem, że Stone chciał ukazać upór, pracowitość i wytrwałość Freuda, ale po 100 stronach już miałam ochotę krzyknąć: I get it! Niestety, ale nie znajduję nic fascynującego lub chociaż wartego uwagi w kolejnych etapach uniwersyteckiej i lekarskiej kariery twórcy psychoanalizy. Kiedy został pierwszym sekundariuszem, kiedy drugim, a kiedy prymariuszem, kiedy pojechał do szpitala na wieś, kiedy zaczął pracować nad docenturą, ile czasu spędził na oddziale chirurgii, ile na neurologicznym itd, itd… Informacje te są przeplatane wiadomościami o ciągłych problemach finansowych i wielkiej miłości do Marty. Nuży mnie to! Owszem, czyta się szybko, ale mam wrażenie jakby Stone zapisał sobie w punktach każdy etap kariery Freuda i postanowił żadnego nie pominąć. Młody Freud też mnie jakoś nie przekonuje. Zbyt krzyształowy, zbyt pracowity, pozbawiony jakiejkolwiek słabości.

Być może Stone lepiej sobie radzi ze zbeletryzowanymi biografiami artystów. Być może bohema to wdzięczniejszy temat. Póki co, nie planuję się o tym przekonać i kolejną jego książkę, „Bezmiar słąwy”, oddam bez żalu do biblioteki nie przeczytawszy ani jednej strony. Może kiedyś jeszcze po nią wrócę. A Freuda lepiej poznać z innych źródeł. Lub jego dzieł, które pewnie okażą się ciekawsze niż przedstawione tydzień po tygodniu koleje losy w drodze do sukcesu i uznania. Nie wydaje mi się, żeby „Pasje utajone” wniosły cokolwiek do mojego życia ani aby były w stanie nieco rozszerzyć moje horyzonty z zakresu wiedzy o psychoanalizie lub chociaż stanowi ły miłe czytadło. Nie ma co marnować czasu, więc daruję sobie dalszą lekturę.