Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Broniłam ofiar. Pamiętnik z Iranu” – Shirin Ebadi Październik 6, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:05
Tags: , , ,

Akurat, kiedy byłam świeżo po lekturze „Broniłam ofiar”, w radio usłyszałam wiadomość o irańskich delegatach, którzy wybrali się do Nowego Jorku, jeśli mnie pamięć nie myli, na radę ONZ. I o zgrozo, poszli na zakupy! Można by pomyśleć, że przez oszalałych żądzą kupowania Irańczyków sklepy wręcz opustoszały. Prezenter radiowy na koniec kwaśno skomentował, że Irańczycy, którzy z założenia (!) powinni gardzić Ameryką, jakoś nie gardzą zaopatrzeniem amerykańskich sklepów. Rzeczywiście, skandal wszechczasów. Ledwo wierzyłam własnym uszom, że słyszę takie bzdury i umacnianie stereotypów w ogólnopolskiej rozgłośni (i niestety jedynej, jaką odbiera mój nadajnik).

Przeczytanie książki laureatki pokojowej Nagrody Nobla być może ustrzegłoby  prowadzącego audycję przed bezsensownym uogólnianiem. Shirin Ebadi pisze jasno i logicznie, jej wspomneinia mają przede wszystkim wartość poznawczą, niekoniecznie literacką. Nie jest to jednak zarzut. Ebadi odebrała wykształcenie prawnicze, przed wybuchem rewolucji islamskiej była sędzią, a kiedy zabroniono jej wykonywania tego zawodu, otworzyła własną praktykę adwokacką, więc uporządkowana logika opowiadania jest w pełni zrozumiała.

Ebadi pisze o swojej młodości, studiach, o wielkiej radości, która towarzyszyła odejściu od władzy marionetkowego szacha i nadziei, jaką wzbudziła rewolucja. Pełne optymizmu podniecenie, którego pełno było na ulicach, wkrótce zmieniło się  w strach i życie pełne represji. W trudnej sytuacji znaleźli się nie tylko intelektualiści, ale przede wszystkim kobiety. Ebadi nie może zrozumieć, jak można było wprowadzić do XX-wiecznego Iranu prawa rodem z VII wieku. Kiedy próbuje polemizować z duchownymi, przytaczając słowa ksiąg, z których ci się uczyli, nie zyskuje sobie popularności. Ebadi jest jednak wielką patriotką i nie chce wyjechać z Iranu, choć wyjeżdża wiele jej znajomych. Czuje się odpowiedzialna za dalsze losy kraju, zastanawia się, co się z nim stanie, jeśli wszyscy wyjadą. Ta godna podziwu postawa i bronienie pozornie beznadziejnych spraw, za które nie zabrałby się nikt inny przyniosły Ebadi sławę, a w 2003 roku pokojową Nagrodę Nobla.  Ebadi w ramach swojej działalności nie tyle próbuje znieść surowe prawo szariatu, ale dowieść, że w ramach islamu możliwa jest inna interpretacja słów Koranu, umożliwiająca życie zgodne i z zasadami religijnymi, i z prawami człowieka.

Na koniec kilka słów odnośnie polskiego tłumaczenia tytułu: „Iran Awakening. A Memoir of Revolution and Hope” . Gdybym nie wiedziała, kim jest autora, zdecydowanie nie sięgnęłabym po książkę o takim tytule. Kojarzy mi się z gonieniem za tanią sensacją. Przynajmniej okładka nie przedstawia tajemniczej piękności o mocno umalowanych oczach w hidżabie.

Reklamy
 

„Zaopiekuj się moją mamą” – Shin Kyung-Sook Wrzesień 30, 2012

Filed under: Przeczytane,Wyzwania — Lilithin @ 18:18
Tags:

Osiedlowa biblioteka pozytywnie mnie zaskakuje swoim księgozbiorem bogatym w nowości, wśród których wyczaiłam nagrodzoną Man Asian Literary Prize powieść koreańskiej pisarki „Zaopiekuj się moją mamą”.

Książkę te ze spokojnym sumieniem mogę polecić każdemu, nawet osobie, która kompletnie nie interesuje się kulturą koreańską. Choć historia osadzona jest głównie w Seulu, nie ma to większego znaczenia. Nie tło kulturalno-obyczajowe  jest najważniejsze, a relacje między matką a resztą rodziny, przez co powieść nabiera uniwersalnego wymiaru i chwyci czytelnika za serce chyba pod każdą szerokością geograficzną.

Powieść toczy się wokół poszukiwań zaginionej matki, która wybrała się do Seulu w odwiedziny do swoich dzieci. Przyjechała tam wraz z mężem, który zawsze chodził szybciej niż żona i całe życia lekceważył jej prośby o wolniejsze tempo. W tłumie ludzi na stacji metra nie obejrzał się ani razu, wsiadł do wagonu, a kobieta została na peronie, skąd rozpoczęły się jej poszukiwania.

Shin Kyung-Sook podzieliła książkę na kilka części i zastosowała ciekawy zabieg bezpośredniego zwracania się do bohaterów poszczególnych części (dwóch córek, syna i męża zaginionej), np. „Dla ciebie mama była zawsze mamą. Nigdy nie przyszło Ci do głowy, że ona kiedyś też stawiała pierwsze kroki, że najpierw miała trzy lata, potem dwadzieścia trzy. Mama była mamą. Urodziła się mamą.” Po zaginięciu mamy, okazuje się, że nikt jej tak naprawdę nie znał. Nikt z rodziny nie wiedział, co robi w wolnym czasie, córka pisarka nie zdawała sobie sprawy, że mama niepotrafiąca czytać, poprosiła pewną kobietę o przeczytanie książek córki. Kiedy mama chciała porozmawiać przez telefon z którymś z dzieci, te niecierpliwiły się i czym prędzej kończyły rozmowę, by wrócić do swoich spraw. To tylko nieliczne przykłady, a inne niemal wyciskały łzy z oczu.

„Zaopiekuj się moją mamą” to książka, wobec której osoby nawet o najtwardszych sercach nie przejdą obojętnie i być może zaczną inaczej patrzeć na istnienie osoby tak pozornie oczywistej i branej za pewnik jak mama. Shin Kyung-Sook za pośrednictwem prostych środków stworzyła uniwersalną opowieść o rodzicielskiej miłości i poświęceniu.

 

„Powiedział mi wróżbita” – Tiziano Terzani Wrzesień 22, 2012

Nie bardzo wierzę w przepowiednie, horoskopy, wróżby. W Indiach wprawdzie astrolog postawił mi horoskop, mam go do dziś (w hindi!), ale traktuję jako tylko jako pamiątkę, a nie objawione prawdy. Będąc sceptycznie do tego nastawioną osobą, nigdy bym nie zaczęła szukać kontaktu z wróżbitami, nie chodziłabym do nich po rady, jeśli miałoby mnie to irytować, nudzić lub jeśli miałabym do tego podchodzić z zaczepnym nastawieniem: a cóż nowego ten wróżbita może mi powiedzieć. Dlatego bardzo mnie dziwi to, co zrobił Tiziano Terzani. A mianowicie uwierzył w jedną przepowiednię, która głosiła, że jeśli w 1993 roku wsiądzie na pokład samolotu, zginie. Postanowił więc przez rok podróżować wyłącznie drogą lądową (ewentualnie morską), a w odwiedzanych krajach udawał się do wszelakich astrologów, wróżbitów, czarodziejów. Nie wiem po co chodzić do tego rodzaju osób, jeśli jest się z góry nastawionym negatywnie, tym bardziej mnie dziwi potrzeba napisania na ten temat książki…

Poza naprawdę nielicznymi wyjątkami, Terzani wyszydza słowa wróżbitów  i metody przepowiadania przyszłości. Jednocześnie jednak wierzy, że dolegliwości, na które skarżą się bywalcy jego tajlandzkiego domu, zwanego Żółwim Pałacem, związane są z zaburzeniem harmonii i udaje się do świątyni przebłagać duchy, a następnie zaprasza 9 mnichów do domu, którzy odśpiewują hymny i wszelkie kłopoty ustają. Brak konsekwencji w poglądach autora jest porażający.

Być może przymknęłabym oko na wybiórcze traktowanie wróżb, ale Terzani tak demonizuje postęp i modernizację Azji, nazywając go koniem trojańskim, że ciężko było mi go znieść. Autor namolnie podkreślał dychotomię materialistyczny, pusty Zachód vs Wschód, jedyna oaza duchowości i wartości, który zatraca własną tożsamość chcąc stać się drugim Zachodem. W swoich spotkaniach poszukuje aury tajemnicy i magii, która towarzyszyła podróżnikom z początku XX wieku i jest zawiedziony, kiedy jej nie znajduje. Swoim podejściem Terzani tak naprawdę pokazuje, jak stereotypowe wyobrażenia i oczekiwania ma wobec Azji. Z jego tekstów wynika, że turystyka jest złem, postęp jest złem, a autor najchętniej widywałby kobiety i mężczyzn ubranych w tradycyjne, ludowe stroje i mieszkających w domach krytych słomą. Terzani krytykuje nawet budowę domów z trwalszych materiałów niż te, z których korzystali dziadkowie napotkanych ludzi. Ludzie, którzy cierpieli biedę przez pokolenia i chcą się z niej wyrwać ciężką pracą zarobkową, są obiektem pogardy i lekceważenia. Najbardziej obrywa się Chińczykom, „misjonarzom praktyczności i materializmu”. Wszystkich Terzani wrzuca do jednego worka i w typowej dla siebie sztuce uogólnień, stwierdza, że opanowali oni glob z wrodzoną sobie pragmatyczną chęcią dorobienia się. Singapurczycy to dla niego irytujące „społeczeństwo sklepikarzy, którym się powiodło i którzy mogli sobie pozwolić na wszystko z wyjątkiem myślenia”…

Bardzo mnie zaskoczyło, z jaką pewnością Terzani podaje swoje wnioski jako jedyną istniejącą prawdę, a łatwość, z jaką osądza ludzi  wręcz zszokowała. A ocenia nie tylko przypadkowo napotkane jednostki, ale całe narody! Doprawdy dziwne jest takie podejście u kogoś, kto ma się za reportera. Fakt, że pióro ma sprawne, ale w gruncie rzeczy, poza ciągłą krytyką, niewiele do powiedzenia. Z jego podróży przez Laos, Tajlandię, Malezję, Singapur, Indonezję, Kambodżę, Wietnam i Mongolię wynika tyle, że wróżbici najczęściej prawią banały, a Azja swym pędem do nowoczesności popełnia zbiorowe samobójstwo. Zaciekawiły mnie teksty o Malezji i Singapurze, ale Terzani ledwie rozpoczął ciekawe wątki, by kontynuować dwoje biadolenie na demoniczną nowoczesność. Autor ubolewał nawet nad tym, że nawigacja morska coraz bardziej polega na komputerach, a nie umiejętnościach załogi. Złośliwie mogłabym zapytać, dlaczego nie żałuje, że średniowieczny zawód iluminatora odszedł w zapomnienie. Być może, gdyby jego książki powstały w kilku kopiach i utrzymanie się z pisania byłoby niemożliwe, Terzani sam stałby się tak przez samego siebie pogardzanym sklepikarzem. Dla mnie to jedno z największych rozczarowań czytelniczych.

 

Nie tylko o miłości Wrzesień 10, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:07
Tags:

Nie jestem wielbicielką historii miłosnych, za wyjątkiem klasyki angielskiej, nigdy nie śledziłam miłosnych uniesień bohaterów. A jednak ostatnio sięgnęłam po dwie opowieści o miłości, zupełnie inne od tych, do których jestem przyzwyczajona jako czytelnik.

Pierwsza z nich to „Tłumaczka” sudańskiej pisarki Leili Abouleli. Tytułowa tłumaczka to Sammar, młoda wdowa, której mąż zginął w nieszczęśliwym wypadku w Aberdeen, pracuje na uniwersytecie przekładając na angielski arabskie teksty dla szkockiego wykładowcy. Nawiązuje się miedzy nimi nić porozumienia, ale Leila jest głęboko wierzącą muzułmanką, a zainteresowanie Rae islamem jest czysto akademickie. Czy da się pogodzić tak duże różnice światopoglądowe?

Ta kameralna powieść zdumiewa subtelnością. Życie Sammar, pozbawione ciepła i kolorów z rodzinnego Sudanu, stopniowo się odmienia i Aboulela pokazuje zmiany delikatnie i dość wiarygodnie. „Tłumaczka” to nie żaden tani romans, ani pełna anegdot opowieść o przełamywaniu różnic kulturowych i zabawnych gafach popełnianych przez bohaterów. Miłość jest obecna, ale pisarce również udało się przedstawić tęsknotę za ojczyzną i poczucie niejakiej nieprzystawalności do europejskich warunków. Zakończenie przynosi małe rozczarowanie, ale warto przymknąć na nie oko w obliczu pięknej prozy Abouleli.

Jeśli emocje w „Tłumaczce” są raczej trzymane na wodzy, tak w „Miłości i jej następstwach” główny bohater, uchodźca z ogarniętej wojną Erytrei mieszkający w Arabii Saudyjskiej, przeżywa ich całą paletę – od euforii, poprzez radosne oczekiwanie do apatycznych chwil zwątpienia.

Mogłoby się wydawać, że miłość nie jest możliwa w kraju, w którym kobiety chodzą szczelnie przykryte pod burką i nie odzywają się do mężczyzn spoza swojej rodziny, a obiad dla męskich gości zostawiają w korytarzu, aby nie uniknąć spotkania z płcią przeciwną. A jednak życie Nasera odmienia się, kiedy tajemnicza dziewczyna rzuca mu pod stopy zwinięty w kulkę miłosny list. To uczucie, oparte przez długi czas jedynie na słowach dodaje kochankom odwagi i sił na przezwyciężenie wszelkich przeciwności…

Podobnie jak Aboulela, tak i Addonia pisze o poczuciu wykluczenia, jakie odczuwa główny bohater. Naser jest muzułmaninem, ale zupełnie obce są mu surowe praktyki panujące w Dżiddzie i jedyna słuszna interpretacja Koranu dokonana przez imama. „Miłość i jej następstwa” to także świetny portret państwa, w którym niemal każde działanie obywateli jest kontrolowana przez policję religijną. Miłość w wydaniu Abouleli i Addonii nie ma nic wspólnego z chick-lit, a oprócz romansu, w książkach poruszane są jeszcze inne tematy, co chyba najbardziej podobało mi się podczas lektury.

 

„Wiatr z północy” – Susan Abulhawa Sierpień 31, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 02:12
Tags: ,

Pierwszego dnia, po przeczytaniu około 50 stron „Wiatru z północy” śniło mi się, że przechadzam się między figowcami i drzewami z oliwkami rosnącymi w palestyńskiej wiosce Ein Hod z 1941 roku. Nigdy nie śniła mi się książka, a sam fakt, że „Wiatr z północy” gdzieś się zagnieździł w mojej podświadomości po tak małej ilości przeczytanych stron, ma w sobie coś niezwykłego.

Powieść opowiada losy rodziny Abulheja, wygnanej przez izraelskich żołnierzy w 1948 roku z Ein Hod, które przez 800 lat było zamieszkiwane przez Palestyńczyków. Czterdzieści pokoleń, którym odebrano historię. Yehya, najstarszy żyjący członek rodziny Abulheja, łudził się, że pewnego dnia wróci do domu. Ziemia i uprawa oliwek była dla niego wszystkim. Kolejne pokolenie, do którego należy oszalała z rozpaczy matka głównej bohaterki, dobrze pamięta Palestynę. Następne, urodzone tuż przed Nakbą lub już w obozach dla uchodźców, nigdy nie wróci do domów swoich rodziców. Co z kolejnymi pokoleniami, z dziećmi, które rodzą się teraz?

Obóz uchodźców to dość często słyszane słowa w mediach. Jak wygląda życie w takim miejscu, dowiedziałam się z książki Abulhawy. Widząc nadzieję bohaterów powieści na powrót do domów, mogłam tylko gorzko zapłakać. Obóz, to jedyny dom, jaki znają kolejne pokolenia wygnanych Palestyńczyków, tam się rodzą, biorą śluby, umierają. Coś, co miało być tylko przejściowym etapem, stało się codziennością. Dla Palestyńczyków rok 1948 rozciągnął się w czasie i trwa do dziś. Horror wojny, koszmar wykorzenienia, wieczny strach, rozpacz po śmierci najbliższych. Nie wiem, ile razy przy lekturze płakałam, ale z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że to najbardziej poruszająca książka, jaką przeczytałam. Momentami przerywałam lekturę, żeby się uspokoić; kiedy indziej w myślach wołałam do Amal i jej rodziny: uciekajcie z Bejrutu! uciekajcie, pozabijają was tam! Krótko po lekturze nie byłam w stanie rozmawiać z koleżanką, jej problemy, moje problemy, nasze standardowe tematy wydały mi się nieadekwatne i najzwyczajniej w świecie głupie w porównaniu z wydarzeniami z powieści.

Uważam, że każdy powinien przeczytać „Wiatr z północy” (niech was nie zwiedzie mało oryginalna i wręcz zniechęcająca okładka polskiego wydania), zwłaszcza, że odnoszę wrażenie, że o Żydach nie wypada mówić źle, przecież tyle wycierpieli w trakcie drugiej wojny światowej. Nawet chętnie bym widziała ten tytuł w spisie lektur. Ciekawe, co piszą o konflikcie palestyńsko-izraelskim w polskich podręcznikach… Na polskiej wikipedii czytam o niezadowolonych Arabach, którzy rozpętali spiralę przemocy, Stanisław Guliński w swoich przerażająco słabych tekstach pisze tak: „Był 2005, właśnie mijał rok od podjęcia przez Izrael budowy bariery, która odgradza tereny objęte żydowskim osadnictwem od niebezpieczeństwa arabskiego terroru” (s.146). Cóż, pozostaje mi się cynicznie stwierdzić, że to może Arabowie powinni byli pierwsi stawiać mury, kiedy na tereny Palestyny zaczęła napływać ludność żydowska. Arabski terror oczywiście istnieje i stanowi zagrożenie, ale czy nie ma racji Robert Fisk, brytyjski korespondent na Bliskim Wschodzie, który w rozmowie o wojnie i roli mediów stwierdza, że powinno się być obiektywnie po stronie tych, którzy cierpią, którzy są  okupowani i wobec których stosuje się represje? Zawsze istnieją dwie strony medalu, ale to przecież Palestyna zniknęła z mapy i przymykanie na to oczu dlatego, że Żydzi byli ofiarą Holocaustu, wydaje mi się odgradzaniem się od prawdy.

Gdzieś czytałam, że swoją powieścią Abulhawa zrobiła dla Palestyny to, co Hosseini dla Afganistanu. To prawda – autorka dała głos prześladowanemu narodowi, pisząc przy tym świetną, wciągającą opowieść. Uważam jednak, że warsztatowo jej proza jest dużo lepsza, miejscami pełna okrucieństwa, kiedy indziej – niemal liryczna. „Wiatr z północy” spełnia wszystkie moje oczekiwania wobec literatury.

 

„Kamień cierpliwości” – Atiq Rahimi Sierpień 29, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:58
Tags: ,

„Kamień cierpliwości” wyszedł spod pióra afgańskiego uchodźcy osiadłego we Francji, Atiqa Rahimiego.  W 2008 książka zdobyła Nagrodę Goncourtów.

Fabułę można streścić w jednym zdani. Kobieta, której imienia nie poznajemy, opiekuje się swoim sparaliżowanym mężem: zmienia mu kroplówkę, zakrapia oczy, odmawia modlitwy, które, według mułły, uzdrowią jej męża. Atmosfera jest kameralna, żeby nie powiedzieć: klaustrofobiczna. Kobieta, widząc nieruchomość męża, brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony, staje się coraz śmielsza w swej frustracji i bezsilności. Po raz pierwszy otwiera się przed swoim mężem i opowiada mu rzeczy, których nie ważyłaby się powiedzieć w innych okolicznościach. Nie jest wtedy pokorną i strachliwą afgańską żoną, nabiera odwagi i swoistego okrucieństwa.

Siła „Kamienia cierpliwości” nie tkwi w samej opowieści. Prawdziwe historie przedstawiła Zarghuna Kargar, tragiczne losy afgańskich kobiet opowiedział Khaled Hosseini. To, jak Rahimi buduje pełną napięcia atmosferę krótkimi, urywanymi zdaniami, jest istną wirtuozerią pióra. Nie ma tu ani jednego zbędnego słowa, ani jednego niepotrzebnego gestu. W pozornej prostocie przekazu kryje się niesamowita intensywność. Rozumiem, że niektórzy czytelnicy reagują płaczem na historie przedstawione przez Hosseiniego czy Kargar. W całej swej prawdziwości, autorom tym nie można odmówić pewnej dawki sentymentalizmu. Po przeczytaniu „Kamienia cierpliwości” pozostaje tylko wpatrywanie się w przestrzeń w niemym szoku.

 

„First Among Sequels” – Jasper Fforde Sierpień 25, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 23:44
Tags: , ,

– Hmm – powiedziałam, kiedy stanęliśmy przy wejściu do Booktastic! i wpatrywaliśmy się w regały mocno wypełnione płytami CD, DVD, grami i urządzeniami komputerowymi i specjalistycznymi magazynami. Jestem , że kiedy ostatnio tu byłam, widziałam książkę. Przepraszam?

Sprzedawca się zatrzymał i patrzył na nas nieco pustym wzrokiem.

– Czy są może jakieś książki?

– Jakieś co?

– Książki, no wiesz, mniej więcej takiej wielkości i pełne słów ułożonych w określonym porządku, aby dać efekt realności?

– Chodzi o DVD?

– Nie, mam na myśli książki. Są trochę staromodne.

– Ach tak! Mówisz o kasetach video.

– Nie, mówię o książkach.

– W takim razie musisz porozmawiać z kierownikiem.

(Jasper Fforde. First Among Sequels. Hodder and Stoughton. London: 2007. S.262, tłum. L.)

„First Among Sequels” to już piąty tom przygód Thursday Next. Świat Fforde’a, gdzie detektywi literaccy ratują Jane Eyre z rąk niegodziwca, a przenoszenie się ze świata realnego do świata fikcji nie stanowi dla Thursday większego problemu, w którym bohaterowie książek żyją też własnym życiem i czasami wybierają się na urlop, zachwyca mnie nieprzerwanie od kilku lat. Piąta część należy zdecydowanie do najbardziej pesymistycznych.

Minęło 14 lat od wydarzeń z „Something Rotten” i spektakularna działalność Thursday, jak i wszystkich OpSpeców, zostaje zawieszona i bohaterka zakłada firmę sprzedającą dywany. Podłogowy biznes jest tylko przykrywką, a wypady Thursday do Książkowego Świata są nieoficjalną częścią jej zawodowej aktywności. Anglia boryka się z nadwyżką głupoty, rząd nieudolnie próbuje się jej pozbyć, a w świcie fikcji ogromnym problemem jest spadek czytelnictwa. Pewne książki zawsze będą czytane, ale mniej znane klasyki i inne tytuły leżą odłogiem na półkach, w wyniku czego istnieje poważna obawa, że postaci z mniej znanych tytułów zaczną przemieszczać się do tych, które jeszcze ludzie czytają.

Thursday musi wyszkolić i ocenić nowe rekrutki, które okazują się być fikcyjnymi wersjami jej samej. Na podstawie jej widowiskowego uratowania Jane Eyre powstało kilka książek ociekających przemocą i seksem tworzących fałszywy obraz dzielnej agentki, w pierwszym tomie Thursday bije się z Jane Eyre o Rochestera, pani Fairfax okazuje się być zabójcą ninja, a Berthę porywają kosmici. Nic dziwnego więc, że w jednej z części powołano do Thursday w płóciennych spodniach, z dzierganą torebką przewieszoną przez ramię, która oddaje się medytacji i żyje w zgodzie z naturą i własnym ja. Szkolić tak różne dwie kadetki nie jest łatwo, zwłaszcza kiedy jedna z nich nie uznaje autorytetów.

Jednym z nowych pomysłów Fforde’a jest przegląd książek, które to, zupełnie jak auta, zużywają się proporcjonalnie do tego, ile razy zostały przeczytane. Każda książka kwalifikuje się do naprawy co 30 lat lub jeśli została przeczytana milion razy. „Władca pierścieni” jest w warsztacie niemal cały czas, ze względu na dużą popularność. Prawdziwe niebezpieczeństwo stanowi jednak nadwyżka głupoty. Społeczeństwu już nie wystarczają ogłupiające programy na realiy TV o wiele mówiących tytułach: Najzabawniejsze wypadki piłą mechaniczną, Samarytańska zamiana wątroby, Sprzedaj swoją babcię, Komu wyłączymy maszynę podtrzymującą przy życiu? Rząd postanowił poświęcić klasyki literatury angielskiej, aby pozbyć się problemu. Czy Thursday uda się uratować literacki świat?

„First Among Sequels” nadal bawi niezwykłymi pomysłami autora i dowcipnymi odwołaniami do literatury, stanowi świetną satyrę na świat politycznych gierek i układów, ale momentami, zmierza z czysto literackiej  fikcji ku opisowi naszej rzeczywistości. Kiedy rozmawiałam z koleżanką o idiotycznych programach z powieści, usłyszałam, że i teraz powstają programy, w których kobiety walczą między sobą o… pakiet operacji plastycznych. Tego typu rozrywka nigdy mnie nie interesowała, ale  też się nie spodziewałam, że idea reality show zabrnęła tak daleko. Księgarnie póki co jednak nie znikają, więc jakaś nadzieja jeszcze istnieje. A mnie cieszy bardzo, że powstały jeszcze 2 kolejne tomy przygód Thursday.

Jasper Fforde na czytatniku:

Porwanie Jane E.

Skok w dobrą książkę

The Well of Lost Plots

Something Rotten