Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„First Among Sequels” – Jasper Fforde Sierpień 25, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 23:44
Tags: , ,

– Hmm – powiedziałam, kiedy stanęliśmy przy wejściu do Booktastic! i wpatrywaliśmy się w regały mocno wypełnione płytami CD, DVD, grami i urządzeniami komputerowymi i specjalistycznymi magazynami. Jestem , że kiedy ostatnio tu byłam, widziałam książkę. Przepraszam?

Sprzedawca się zatrzymał i patrzył na nas nieco pustym wzrokiem.

– Czy są może jakieś książki?

– Jakieś co?

– Książki, no wiesz, mniej więcej takiej wielkości i pełne słów ułożonych w określonym porządku, aby dać efekt realności?

– Chodzi o DVD?

– Nie, mam na myśli książki. Są trochę staromodne.

– Ach tak! Mówisz o kasetach video.

– Nie, mówię o książkach.

– W takim razie musisz porozmawiać z kierownikiem.

(Jasper Fforde. First Among Sequels. Hodder and Stoughton. London: 2007. S.262, tłum. L.)

„First Among Sequels” to już piąty tom przygód Thursday Next. Świat Fforde’a, gdzie detektywi literaccy ratują Jane Eyre z rąk niegodziwca, a przenoszenie się ze świata realnego do świata fikcji nie stanowi dla Thursday większego problemu, w którym bohaterowie książek żyją też własnym życiem i czasami wybierają się na urlop, zachwyca mnie nieprzerwanie od kilku lat. Piąta część należy zdecydowanie do najbardziej pesymistycznych.

Minęło 14 lat od wydarzeń z „Something Rotten” i spektakularna działalność Thursday, jak i wszystkich OpSpeców, zostaje zawieszona i bohaterka zakłada firmę sprzedającą dywany. Podłogowy biznes jest tylko przykrywką, a wypady Thursday do Książkowego Świata są nieoficjalną częścią jej zawodowej aktywności. Anglia boryka się z nadwyżką głupoty, rząd nieudolnie próbuje się jej pozbyć, a w świcie fikcji ogromnym problemem jest spadek czytelnictwa. Pewne książki zawsze będą czytane, ale mniej znane klasyki i inne tytuły leżą odłogiem na półkach, w wyniku czego istnieje poważna obawa, że postaci z mniej znanych tytułów zaczną przemieszczać się do tych, które jeszcze ludzie czytają.

Thursday musi wyszkolić i ocenić nowe rekrutki, które okazują się być fikcyjnymi wersjami jej samej. Na podstawie jej widowiskowego uratowania Jane Eyre powstało kilka książek ociekających przemocą i seksem tworzących fałszywy obraz dzielnej agentki, w pierwszym tomie Thursday bije się z Jane Eyre o Rochestera, pani Fairfax okazuje się być zabójcą ninja, a Berthę porywają kosmici. Nic dziwnego więc, że w jednej z części powołano do Thursday w płóciennych spodniach, z dzierganą torebką przewieszoną przez ramię, która oddaje się medytacji i żyje w zgodzie z naturą i własnym ja. Szkolić tak różne dwie kadetki nie jest łatwo, zwłaszcza kiedy jedna z nich nie uznaje autorytetów.

Jednym z nowych pomysłów Fforde’a jest przegląd książek, które to, zupełnie jak auta, zużywają się proporcjonalnie do tego, ile razy zostały przeczytane. Każda książka kwalifikuje się do naprawy co 30 lat lub jeśli została przeczytana milion razy. „Władca pierścieni” jest w warsztacie niemal cały czas, ze względu na dużą popularność. Prawdziwe niebezpieczeństwo stanowi jednak nadwyżka głupoty. Społeczeństwu już nie wystarczają ogłupiające programy na realiy TV o wiele mówiących tytułach: Najzabawniejsze wypadki piłą mechaniczną, Samarytańska zamiana wątroby, Sprzedaj swoją babcię, Komu wyłączymy maszynę podtrzymującą przy życiu? Rząd postanowił poświęcić klasyki literatury angielskiej, aby pozbyć się problemu. Czy Thursday uda się uratować literacki świat?

„First Among Sequels” nadal bawi niezwykłymi pomysłami autora i dowcipnymi odwołaniami do literatury, stanowi świetną satyrę na świat politycznych gierek i układów, ale momentami, zmierza z czysto literackiej  fikcji ku opisowi naszej rzeczywistości. Kiedy rozmawiałam z koleżanką o idiotycznych programach z powieści, usłyszałam, że i teraz powstają programy, w których kobiety walczą między sobą o… pakiet operacji plastycznych. Tego typu rozrywka nigdy mnie nie interesowała, ale  też się nie spodziewałam, że idea reality show zabrnęła tak daleko. Księgarnie póki co jednak nie znikają, więc jakaś nadzieja jeszcze istnieje. A mnie cieszy bardzo, że powstały jeszcze 2 kolejne tomy przygód Thursday.

Jasper Fforde na czytatniku:

Porwanie Jane E.

Skok w dobrą książkę

The Well of Lost Plots

Something Rotten

 

„Oliwkowy labirynt” – Eduardo Mendoza Czerwiec 26, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 13:11
Tags: , ,

Co czytać, kiedy za oknem 30 stopni, asfalt na ulicach topi się od gorąca, a słońce praży niemiłosiernie? Opisy mroźnych krain skutych lodem? Instrukcję obsługi maszynki do robienia lodu? Czy w ogóle czytać, czy może wejść do lodówki?

Wcale bym się nie zdziwiła, gdybym w owej lodówce spotkała głównego bohatera „Oliwkowego labiryntu”, ekscentrycznego detektywa, stałego bywalca zakładu dla psychicznie chorych, eufemistycznie określanego w książce jako sanatorium. Pomysł ze schowaniem się w lodówce jest na tyle absurdalny, że pewnie wpadłby do głowy tej postaci. W „Oliwkowym labiryncie” lodówki jednak nie ma. Jest za to tajemnicza walizka, którą to niewydarzony detektyw musi dostarczyć w pewne miejsce. Sytuacja jednak gmatwa się niesamowicie i komplikuje, aby już po chwili nie było wiadomo kto, co, z kim i dlaczego. Wyjście z owego labiryntu grozi nagłymi wybuchami śmiechu w najmniej oczekiwanych momentach.

I za to właśnie kocham Mendozę. Humor w jego powieściach odpowiada mi absolutnie, całkowicie i w stu procentach.

„- Nie muszę ci chyba mówić, że jesteś aresztowany jak dwa dodać dwa równa się cztery. Zgodnie z obowiązującymi przepisami powinienem przeczytać ci jakieś tam prawa, ale ponieważ zostawiłem w domu kodeks i notatki, będziesz musiał zadowolić się moją dobrą wolą i garścią pereł ze skarbnicy wiedzy ludowej.

Co rzekłszy, zaczął recytować, że jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, że komu Pan Bóg daje, temu święty Piotr błogosławi i tak dalej […]” *

Mendoza zawsze już będzie kojarzył mi się z latem jako idealny autor na leniwe wakacyjne godziny. Charakterystyczny, kwiecisty i zdecydowanie rubaszny styl pisarza dodaje smaczku całej lekturze czyniąc ją niesamowitą ucztą, w czym ogromna zasługa świetnego tłumaczenia Marzeny Chrobak. Może humor Mendozy jest nie dla każdego i co delikatniejszy czytelnik może poczuć się zniesmaczony niektórymi żartami, ale jak tu się nie śmiać czytając takiego oto kwiatka:

„-Kim pan jest? […] I czego pan chce?

-To, czego chcę – odrzekł głos – ma pan między nogami. Mógłbym powiedzieć po prostu ‚walizki,’ lecz z pełną świadomością użyłem tego dwuznacznego określenia, by wtrącić nutkę swobody do naszej rozmowy”. **

Polecam, polecam po stokroć i po tysiąckroć.


Jeszcze dwa cytaty, arbitralnie wybrane jako jedne z najzabawniejszych:

„Wytrwałość, z jaką w czasach, gdy cieszyłem się wolnością, zaglądałem na Ramble oraz sąsiednie arterie, pozwoliła mi zrozumieć, że intruzi mówią po angielsku, wobec czego spróbowałem przypomnieć sobie pośpiesznie to, co z owego języka, zawsze dążąc do poszerzenia mych horyzontów, zdołałem się nauczyć całe lata temu, i na myśl przyszło mi kilka słów, których znaczenia, nawet jeśli kiedykolwiek je znałem, nie pamiętałem od dawna i których sekwencji syntaktycznej, na domiar złego, nie byłem zbyt pewny, lecz które wymówiłem, próbując nadać memu głosowi jak najserdeczniejsze brzmienie:

-Fuck, shit, ass, snot, and milk twice.” ***

Najchętniej przytoczyłabym cały rozdział opisujący spotkanie z ministrem w hotelowym pokoju, ale ograniczę się tylko do fragmentu.

„Pan minister podwinął rękawy koszuli i zobaczyłem, że na przedramieniu ma wytatuowane serce przebite strzałą i okolone lapidarnym napisem: WSZYSTKIE KURWY […]

-Jeszcze widzę w oddali światełko nadziei. – [Minister] Sięgnął za pazuchę i wydobył flanelowy szkaplerz, który ucałował z przykładnym namaszczeniem. – Ona nas nie opuści w potrzebie. Co panowie na to, byśmy zrobili przerwę na kielicha? […] Nie mam pojęcia, gdzie są kieliszki. Ale wszystkiemu da się zaradzić przy dobrej woli i krzcie pomysłowości. Przyniosę z łazienki szklankę, którą panowie będą mogli się podzielić, a sam będę pił z butelki.

[…] komisarz Flores zaczął odkręcać drucik. Po krótkiej chwili korek wystrzelił i uderzył w sufit, a z butelki wydostała się żółtawa piana, która spłynęła na dywan.

-W jaaaaajo! – wykrzyknął rozradowany pan minister, […] który złożył usta w dzióbek, przystawił je do szyjki, wchłonął pół litra, mlasnął i ryknął:

-O kurde, jak w woju! Super, nie? Brakuje nam tylko trzech pieprznych dziewuszek.” ****

—–

* Eduardo Mendoza, „Oliwkowy labirynt”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 219.

** Tamże, s. 160.

*** Tamże, s. 208.

**** Tamże, s. 15-16.

https://czytatnik.files.wordpress.com/2010/06/oliwkowy_labirynt_swiat_3329841.jpgCo czytać, kiedy za oknem 30 stopni, asfalt na ulicach topi się od gorąca, a słońce praży niemiłosiernie? Opisy mroźnych krain skutych lodem? Instrukcję obsługi maszynki do robienia lodu? Czy w ogóle czytać, czy może wejść do lodówki?

Wcale bym się nie zdziwiła, gdybym w owej lodówce spotkała głównego bohatera „Oliwkowego labiryntu”, ekscentrycznego detektywa, stałego bywalca zakładu dla psychicznie chorych, eufemistycznie określanego w książce jako sanatorium. Pomysł ze schowaniem się w lodówce jest na tyle absurdalny, że pewnie wpadłby do głowy tej postaci. W „Oliwkowym labiryncie” lodówki jednak nie ma. Jest za to tajemnicza walizka, którą to niewydarzony detektyw musi dostarczyć w pewne miejsce. Sytuacja jednak gmatwa się niesamowicie i komplikuje, aby już po chwili nie było wiadomo kto, co, z kim i dlaczego. Wyjście z owego labiryntu grozi nagłymi wybuchami śmiechu w najmniej oczekiwanych momentach.

I za to właśnie kocham Mendozę. Humor w jego powieściach odpowiada mi absolutnie, całkowicie i w stu procentach.

„- Nie muszę ci chyba mówić, że jesteś aresztowany jak dwa dodać dwa równa się cztery. Zgodnie z obowiązującymi przepisami powinienem przeczytać ci jakieś tam prawa, ale ponieważ zostawiłem w domu kodeks i notatki, będziesz musiał zadowolić się moją dobrą wolą i garścią pereł ze skarbnicy wiedzy ludowej.

Co rzekłszy, zaczął recytować, że jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, że komu Pan Bóg daje, temu święty Piotr błogosławi i tak dalej […]” *

Mendoza zawsze już będzie kojarzył mi się z latem jako idealny autor na leniwe wakacyjne godziny. Charakterystyczny, kwiecisty i zdecydowanie rubaszny styl pisarza dodaje smaczku całej lekturze czyniąc ją niesamowitą ucztą, w czym ogromna zasługa świetnego tłumaczenia Marzeny Chrobak. Może humor Mendozy jest nie dla każdego i co delikatniejszy czytelnik może poczuć się zniesmaczony niektórymi żartami, ale jak tu się nie śmiać czytając takiego oto kwiatka:

„-Kim pan jest? […] I czego pan chce?

-To, czego chcę – odrzekł głos – ma pan między nogami. Mógłbym powiedzieć po prostu ‚walizki,’ lecz z pełną świadomością użyłem tego dwuznacznego określenia, by wtrącić nutkę swobody do naszej rozmowy”. **

Polecam, polecam po stokroć i po tysiąckroć.

https://czytatnik.files.wordpress.com/2010/06/zawijas1.gifJeszcze dwa cytaty, arbitralnie wybrane jako jedne z najzabawniejszych:

„Wytrwałość, z jaką w czasach, gdy cieszyłem się wolnością, zaglądałem na Ramble oraz sąsiednie arterie, pozwoliła mi zrozumieć, że intruzi mówią po angielsku, wobec czego spróbowałem przypomnieć sobie pośpiesznie to, co z owego języka, zawsze dążąc do poszerzenia mych horyzontów, zdołałem się nauczyć całe lata temu, i na myśl przyszło mi kilka słów, których znaczenia, nawet jeśli kiedykolwiek je znałem, nie pamiętałem od dawna i których sekwencji syntaktycznej, na domiar złego, nie byłem zbyt pewny, lecz które wymówiłem, próbując nadać memu głosowi jak najserdeczniejsze brzmienie:

-Fuck, shit, ass, snot, and milk twice.” ***

Najchętniej przytoczyłabym cały rozdział opisujący spotkanie z ministrem w hotelowym pokoju, ale ograniczę się tylko do fragmentu.

„Pan minister podwinął rękawy koszuli i zobaczyłem, że na przedramieniu ma wytatuowane serce przebite strzałą i okolone lapidarnym napisem: WSZYSTKIE KURWY […]

-Jeszcze widzę w oddali światełko nadziei. – [Minister] Sięgnął za pazuchę i wydobył flanelowy szkaplerz, który ucałował z przykładnym namaszczeniem. – Ona nas nie opuści w potrzebie. Co panowie na to, byśmy zrobili przerwę na kielicha? […] Nie mam pojęcia, gdzie są kieliszki. Ale wszystkiemu da się zaradzić przy dobrej woli i krzcie pomysłowości. Przyniosę z łazienki szklankę, którą panowie będą mogli się podzielić, a sam będę pił z butelki.

[…] komisarz Flores zaczął odkręcać drucik. Po krótkiej chwili korek wystrzelił i uderzył w sufit, a z butelki wydostała się żółtawa piana, która spłynęła na dywan.

-W jaaaaajo! – wykrzyknął rozradowany pan minister, […] który złożył usta w dzióbek, przystawił je do szyjki, wchłonął pół litra, mlasnął i ryknął:

-O kurde, jak w woju! Super, nie? Brakuje nam tylko trzech pieprznych dziewuszek.” ****

—–

* Eduardo Mendoza, „Oliwkowy labirynt”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 219.

** Tamże, s. 160.

*** Tamże, s. 208.

**** Tamże, s. 15-16.

 

„Something Rotten” – Jasper Fforde Sierpień 13, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 23:26
Tags: , ,

sth rotten

„Gdyby prawdziwy świat był książką, nigdy nie znalazłby wydawcy. Zbyt długi, szczegółowy aż do punktu, w którym traci się zdolność skupienia uwagi i ostatecznie bez żadnego konkretnego rozwiązania.” *

Który bohater literacki mógłby wypowiedzieć te słowa?

a) Werter

b) Hamlet

c) Antygona

Jeśli Waszym wyborem była odpowiedź b, czyli Hamlet, to gratuluję znakomitej znajomości osobowości książkowych bohaterów. Jasper Fforde, mistrz literackich odniesień i absurdalnych pomysłów powraca w przedostatnim tomie przygód Thursday Next i wprowadza Hamleta do świata rzeczywistego, bo w słynnej sztuce nie dzieje się dobrze. Sam Hamlet też nie jest w najlepszej formie. Postanawia zostać człowiekiem czynu, co nie cieszy Thursday, która sprawuje nad nim opiekę. Thursday ma masę innych problemów – musi odzyskać pracę, schwytać uciekiniera ze świata fikcji, zapobiec końcu świata, przywrócić eradykowanego męża do swojego życia. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze konieczność znalezienia odpowiedniej opieki dla syna, o wdzięcznym imieniu Friday, przemyt duńskich książek do Walii, a to i tak nie koniec.

Tak jak i w poprzednich tomach, Fforde dał popis swej niezwykłej wyobraźni i siły twórczej. Najbardziej przypadł mi do gustu wątek z Hamletem, który uważam za jeden z najzabawniejszych ze wszystkich czterech tomów, które do tej pory przeczytałam. Ogólnie jednak „Something Rotten” nie zachwycił mnie aż tak, jak poprzednie tomy. Pierwszy tom, „Porwanie Jane E.” był jak łyk świeżej wody na pustyni, wprost zachłysnęłam się prozą Fforde’a. Drugi, „Skok w dobrą książkę”, to właściwie był skok na głęboką wodę niesamowitych pomysłów autora i pianie z zachwytu nad dalszą eksploracją pomysłu wchodzenia do książek. Trzecia część, „The Well of Lost Plots”, dziejącą się w całości w świecie fikcji, oczarowała mnie od początku do końca. W czwartej części wracamy do Anglii i niby dalej jest zabawnie, odniesienia do literatury i popkultury wyskakują z każdej strony, ale zachwyt już nie ten. Nie wiem, czy to przez to, że akcja dzieje się w świecie rzeczywistym, czy przez to, że czwarty tom to, jakby na to nie patrzeć, już czwarty tom. Pozostaje za jakiś czas sięgnąć po ostatnią część i przekonać się, czy Fforde jeszcze czymś zaskoczy. W każdym razie, „Something Rotten” to wciąż świetna lektura i godna polecenia, może już nie na szóstkę, ale pięć z minusem.

—–

Jasper Fforde na czytatniku:

Porwanie Jane E.

Skok w dobrą książkę

The Well of Lost Plots

—–

* Jasper Fforde, „Something Rotten”, Hodder and Stoughton, Londyn 2004, s. 75 (tłum. L).

 

„Przygoda fryzjera damskiego” – Eduardo Mendoza Sierpień 3, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:40
Tags: , ,

przygoda_fryzjera_damskiego300

„- I co słychać?

– Nic dobrego – odparłem. – W nocy aresztowali mnie i prawie nie zmrużyłem oka, a poprzedniej nocy też nie spałem.

– Cóż – powiedział czuły i stanowczy głos. – Mam to gdzieś. Jestem prezydentem Barcelony i prowadzę kampanię wyborczą. Wie pan: trzeba śmiać się jak kretyn z przekupkami, inaugurować rozbiórkę i udawać, że się je jakąś ohydną paellę. Dzisiaj mam w planie tę gównianą dzielnicę. Czy jesteśmy na wizji? Tak? Trzeba było mnie uprzedzić.” *

Cóż, prezydent u Mendozy jest przynajmniej szczery. Bumelant i niezbyt bystry kombinator, ale nie udaje, że zależy mu na poprawieniu stopy życiowej mieszkańców Barcelony. Podobnie jest z tytułowym fryzjerem damskim, który nieoczekiwanie staje się detektywem – sam przyznaje, że zawsze był cherlakiem, a śledztwa podejmuje się bynajmniej nie z powinności moralnej.

„Przygoda fryzjera damskiego” to z jednej strony świat mafijnych machlojek i powiązań z polityką przedstawiony w krzywym zwierciadle, z innej – groteskowy kryminał z przezabawnie przerysowanymi elementami gatunku (finałowa scena, w której wszyscy podejrzani znajdują się w jednym pomieszczeniu i następuje rozwikłanie zagadki to istny majsterszczyk), ale przede wszystkim – świetna zabawa.

Muszę przyznać, że pisarstwo Mendozy rozbraja mnie na łopatki. Podśmiechiwałam się co kilka zdań (jak tu się nie śmiać np. na widok nazwy firmy Hiszpański Szachraj?) i nie mogłam się nadziwić niesamowitemu poczuciu humoru autora. Do łez bawią absurdalne dialogi, szalone zwroty akcji i przebieranki głównego bohatera, podczas których padają takie słowa:

„Wybaczcie nieuczonej wiejskiej babie. Ja nie z kimś, ino do kogoś. Bidnemu pomieszało się w głowie, ale co ma wiedzieć, to wie. Pozwólcie zaglądnąć do niego. Niesę mu w galotach Kinderniespodziankę, ale coś mi się widzi, że się rozmygliła w ten gorąc.” **

Trzeba też zwrócić uwagę na doskonałe tłumaczenie Marzeny Chrobak (która to też tłumaczyła Fforde’a), bo gdyby nie ono, książka straciłaby wiele ze swego polotu. Kiedyś usłyszałam, że dobry przekład to taki, o którym się nie myśli, że czytając go, człowiek nie ma najmniejszego poczucia, że książka została napisana w obcym języku. Wprawdzie podczas lektury „Przygody fryzjera damskiego” myślałam o tłumaczeniu, ale tylko o tym, jak Marzenie Chrobak udało się je zrobić w tak doskonały sposób. Może nie powinnam tak wychwalać bez znajomości oryginału, ale jestem zachwycona i nic na to nie poradzę.

Na pewno nie było to moje ostatnie spotkanie z Mendozą. Jego humor doskonale mi odpowiada. Powiem nawet więcej, podczas lektury wręcz polubiłam autora i gdyby w jakimś blogowym łańcuszku pojawiło się pytanie: Z jakim pisarzem chciałabyś się napić wódki? (choć przypuszczam, że takie pytanie nigdy nie padnie), to wybór padłby właśnie na niego. Jeśli rozmyglona Kinderniespodzianka w galotach Was nie zniesmacza, to gorąco polecam.

——–

* Eduardo Mendoza, „Przygoda fryzjera damskiego”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 213.

** Tamże, s. 158.

 

„The Well of Lost Plots” – Jasper Fforde Maj 24, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:24
Tags: , , ,

well of lost plots

„Studnia Zagubionych Wątków to miejsce, gdzie łączymy wyobraźnię pisarza z bohaterami i wątkami tak, aby miało to sens w umyśle czytelnika. Jakby nie było, czytanie jest prawdopodobnie bardziej twórczym i fantazyjnym procesem niż pisanie; kiedy czytelnik stwarza w swojej głowie jakieś uczucie lub wyobraża sobie kolory na niebie podczas zachodu słońca albo zapach ciepłego, letniego wiatru na twarzy, powinien siebie chwalić tak samo jak pisarza, a być może nawet bardziej.” [1]

Piękny ukłon w stronę czytelnika, prawda? Do tej pory jakoś nie postrzegałam swojego przebiegania wzorkiem literek jako czynności bardziej twórczej niż samo pisanie. U Jasper’a Fforde’a wszystko jest jednak możliwe. W trzecim tomie przygód Thursday Next, „The Well of Lost Plots”, akcja nie toczy się w świecie rzeczywistym, lecz w Jurysfikcji. Thursday w ramach Programu Wymiany Postaci literackich znajduje się w powieści „Caversham Heights”, ukrywając się przed zagrażającą jej Goliath Corporation. W międzyczasie panna Havisham, która była „trochę jak surowy rodzic, twój najgorszy nauczyciel i świeżo mianowany dyktator z Ameryki Północnej w jednym” [2] stara się przygotować Thurs do egzaminu na pełnoprawnego pracownika Jurysfikcji.

W porównaniu z poprzednimi tomami, „The Well of Lost Plots” jest zaskakująco spokojna. Goliath wprawdzie został w Anglii, więc życie Thurs nie jest bezpośrednio zagrożone, ale jej pamięć o eradykowanym mężu, Landenie, już nie przedstawia się tak różowo. Wprawdzie giną agenci Jurysfikcji, Thurs dokarmia Minotaura i ucieka przed gramasożytami, ale tak naprawdę w największym niebezpieczeństwie są wspomnienia Thursday.

Jasper Fforde ponownie bawi się z czytelnikiem wodząc go za nos i nawiązując do innych dzieł literackich czy nawet dziecięcych rymowanek. Jak się nie śmiać, czytając, że Humpty Dumpty strajkuje domagając się takich sam praw jak postacie literackie, a bohaterowie „Wichrowych Wzgórz” muszą uczestniczyć w spotkaniach Radzenia Sobie z Gniewem. Co więcej, antagonizmy z „Wichrowych Wzgórz” są tak silne, że „grupa zwolenników Cath próbowała porwać Madame Bovary […], aby zmusić Radę do zrezygnowania z Heathcliffa” [3]. Kiedy podczas spotkania Jurysfikcji wychodzi na jaw, że ukradziono znaki przestankowe z ostatniego rozdziału „Ulissesa”, Fforde puszcza do nas oko, bo w końcu nikt tego nie zauważył, jako że większość czytelników nie dochodzi tak daleko. Poza tym, „czytelnicy postrzegają brak interpunkcji nie jako błąd na miarę kataklizmu, ale oznakę wielkiego geniuszu” [4]. W książka aż roi się od podobnych ironicznych i groteskowych przykładów. Zabawna, erudycyjna i intertekstualna proza Fforde’a bawi, zadziwia i budzi podziw. Można tylko żałować, że nie jest dostępna szerszemu gronu czytelników.

——

[1] Jasper Fforde, „The Well of Lost Plots”, Hodder, Londyn 2003, s. 50 (tłum. L.)

[2] Tamże, s. 67.

[3] Tamże, s. 131.

[4] Tamże, s. 109.

 

„Rzeźnia numer pięć” – Kurt Vonnegut

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:18
Tags: , , ,

rzeznia

Do książek zwanych kultowymi lub postrzeganych jako najważniejsze dokonania literatury podchodzę z pewnym lękiem. A co, jeśli mi się nie spodoba? Co, jeśli po przeczytaniu pomyślę: „No dobra, ale o co tyle hałasu?” Czy będzie to oznaczać, że nie zrozumiałam wyjątkowości książki, która na zawsze wpisała się do annałów literatury? A może po tak wysoko postawionej poprzeczce zawód będzie tym większy? Powoli jednak się uczę, aby nie zadawać sobie jakichś głupawych pytań, tylko po prostu czytać, a zastanawiać się potem.

„Rzeźnia numer pięć” to książka, w której aż skrzy się od zabawnych momentów, a mimo to jakoś człowiekowi nie za bardzo do śmiechu. Vonnegut opowiada o wojnie posługując się groteskowymi przerysowaniami, ironią czy elementami science-fiction, mieszając fikcję z autentycznymi wydarzeniami. Wojna to nie czas wielkich przygód, przykładów męstwa, odwagi i brawury. Główny bohater, Billy Pilgrim, w żaden sposób nie przypomina stereotypowego żołnierza. Jest słaby, pasywny, pozbawiony woli walki czy woli przetrwania. Wojną rządzi chaos, angielscy oficerowie więzieni przez Niemców, przez pomyłkę dostają 500 zamiast 50 paczek żywnościowych miesięcznie, a w wolnych chwilach wystawiają „Kopciuszka”.

Centralnym wydarzeniem powieści jest bombardowanie Drezna, które Vonnegut przeżył jako jeniec wojenny. Sam autor pojawia się w pierwszym rozdziale opowiadając o tym, jak postanowił napisać tę antywojenna książkę, mimo, że wojny są jak lodowce – będą zawsze i nie sposób ich powstrzymać. Vonnegut jednak nie czyni siebie głównym bohaterem, oglądamy świat oczyma Billy’ego, którego podróże w czasie i przeświadczenie, że wszystko już się zdarzyło i że czas zatacza koła powodując, że wszystkie wydarzenia wciąż i wciąż się powtarzają, pozbawiają książkę chronologii. Billy krąży w czasie i przestrzeni, nigdy nie wie, w którym momencie swojego życia się znajdzie. Akapity są krótkie, zdawkowe, miejscami chaotyczne. Z jednej strony tak niekonwencjonalna struktura pokazuje, jak trudno opisać wojnę i że nie ma jakiegoś jednego, odpowiedniego sposobu na przedstawienie ogromu cierpienia i bezsensu wojny. Z drugiej – to także zabawa z czytelnikiem, udowadniająca, że tradycyjna forma powieści jest reliktem przeszłości. Absurdalna fabuła pozbawiona chronologii oraz fragmentaryczny i miejscami potoczny język są w stanie przekazać pewne prawdy i zmusić czytelnika do rozmyślań nie mniej (a może nawet bardziej) niż tradycyjne formy powieściowe.

„Rzeźnię numer pięć” czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać, a przy tym porusza ważne kwestie w niekonwencjonalny sposób. Czy można chcieć czegoś więcej? Jeśli jeszcze dodam, że po przeczytaniu Vonneguta moje obawy przed kanonem literackim XX wieku wyraźnie zmalały, to chyba dostałam więcej, niż mogłam się spodziewać.

 

„Porwanie Jane E.” – Jasper Fforde

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 00:14
Tags: , , , ,

porwanie jane e.

„W dwadzieścia sekund od porwania Jane pierwsza czytelniczka zauważyła z niepokojem, że coś dziwnego dzieje się w okoliczy strony sto siódmej jej luksusowego, oprawnego w skórę wydania. Trzydzieści minut później wszystkie linie telefoniczne w Bibliotece Muzeum Anglii były zajęte. Dwie godziny później telefony wydziałów DL-u [Detektywów Literackich – przyp. L] w całym kraju były oblężone przez zatroskanych czytelników. Cztery godziny później przewodniczący Federacji Sióstr Bronte spotkał się z premierem. Przed kolacją osobisty sekretarz premiera wezwał szefa OpSpeców.” [1]

Tak świat zareagował na porwanie Jane Eyre przez najniegodziwszego z niegodziwych, Acherona Hadesa. Na ratunek ukochanej heroinie rusza Thursday Next, Detyktyw Literacki. Po nieudanej próbie schwytania Acherona Thursday jest bardzo zdeterminowana, zwłaszcza, że złoczyńca ukradł rękopis „Martina Chuzzlewita” Dickensa oraz porwał jej wujka wynalazcę i ciotkę. Oprócz nadprzyrodzonych zdolności przestępcy sprawę dodatkowo utrudnia powszechne przekonanie, że DL-owcy powinni tylko siedzieć za biurkiem, szef, który najbardziej obawia się, że przez działania Thursday budżet zostanie przekroczony i będzie musiał się grubo tłumaczyć, Jack Schitt z korporacji Goliath oraz… dziury w czasoprzestrzeni. Thursday jest weteranką trwającej już od 132 lat wojny krymskiej i nic nie stanie na jej drodze. Poza tym łączą ją wyjątkowe stosunki z Rochesterem…

Fforde osadził akcję w aleternatynym świecie. I niewątpliwie fascynującym. Jest rok 1985, nic nie zapowiada końca konfliktu między Republiką Anglii a Rosją. Postaci w tajemniczy sposób przenoszą się ze świata fikcji do realnego, a Detektywi Literaccy „ścigają fałszerzy, pokątnych handlarzy i zbyt swodobne interpretacje dramatyczne” [2], a także „piracke kopie Doktora Faustusa ze szczęśliwym zakończeniem” [3]. To świat, w którym do drzwi nie pukają świadkowie Jehowy, a baconiści usiłujący przekonać ludzi, że sztuki, których autorstwo przypisuje się Szekspirowi, wyszły spod pióra Francisa Bacona. W telewizji można obejrzeć relację z zamieszek między surrealistami a impresjonitami i usłyszeć wypowiedź renesansisty:

„Ludzie mówią, że tylko my, renesansiści, robimy zamieszanie, ale widziałem tu dziś chłopaków od baroku, refaelitów, romantyków i manierystów. To masowy pokaz jedności artystów klasycznych przeciwko tym niepoważnym dupkom chroniącym się za bezpiecznym słowem postęp”. [4]

Ludzie tak kochają poezję, że zmieniają swoje nazwiska na nazwiska ulubionych poetów, w efekcie czego „w londyńskiej książce telefonicznej figurowało około czterech tysięcy Miltonów, dwa tysiące Williamów Blake’ów, tysiąc lub coś koło tego Samuelów Coleridge’ów, pięciuset Percy Shelleyów, tyluż Wordsworthów i Keatsów oraz garstka Drydenów” [5]

Ale to nie wszystko! Oprócz tych bardziej oczywistych aluzji literackich, są też bardziej subtelne – dodo Thursday nazywa się Pickwick, ciało zamordowanego fikcjonariusza odnajduje się w pubie Kruk przy Morgue Road, a rafaelici otaczają pub N’est pas une pipe. I jak tu nie pokochać takiej książki!

Bawiłam się przednio czytając „Porwanie Jane E.”. Fforde stworzył wspaniały, zaskajująco bogaty świat pełen aluzji i dwuznaczności, których odkrywanie jest nie lada przyjemnością dla każdego miłośnika literatury. Autor dał niezwykły popis siły swojej wyobraźni. Nie sposób opisać wszystkich jego pomysłów z „Porwania Jane E.”, a przecież jest ich jeszcze więcej – „Porwanie…” to pierwszy z pięciu tomów przygód Thursday Next. Wielka szkoda, że w Polsce ukazały się tylko dwa z nich. Dla władających językiem angielskim nie stanowi to jednak żadnego problemu, zawsze można przeczytać w oryginale. Jestem Ffordem absolutnie zauroczona i aż się boję, co będzie w kolejnych tomach, bo podobno im dalej, tym zabawniej i ciekawiej. Polecam gorąco! Humor, zagadka kryminalna, odrobina podróży w czasie i przestrzeni i zabawa anglosaskim dorobkiem kulturalnym daje mieszankę iście wybuchową, której nigdy nie ma się dosyć.

——-

[1] Jasper Fforde, „Porwanie Jane E.”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak 2005, s. 294.

[2] Tamże, s. 136.

[3] Tamże, s. 137.

[4] Tamże, s. 123.

[5] Tamże, s. 109.