Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Kamień cierpliwości” – Atiq Rahimi Sierpień 29, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:58
Tags: ,

„Kamień cierpliwości” wyszedł spod pióra afgańskiego uchodźcy osiadłego we Francji, Atiqa Rahimiego.  W 2008 książka zdobyła Nagrodę Goncourtów.

Fabułę można streścić w jednym zdani. Kobieta, której imienia nie poznajemy, opiekuje się swoim sparaliżowanym mężem: zmienia mu kroplówkę, zakrapia oczy, odmawia modlitwy, które, według mułły, uzdrowią jej męża. Atmosfera jest kameralna, żeby nie powiedzieć: klaustrofobiczna. Kobieta, widząc nieruchomość męża, brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony, staje się coraz śmielsza w swej frustracji i bezsilności. Po raz pierwszy otwiera się przed swoim mężem i opowiada mu rzeczy, których nie ważyłaby się powiedzieć w innych okolicznościach. Nie jest wtedy pokorną i strachliwą afgańską żoną, nabiera odwagi i swoistego okrucieństwa.

Siła „Kamienia cierpliwości” nie tkwi w samej opowieści. Prawdziwe historie przedstawiła Zarghuna Kargar, tragiczne losy afgańskich kobiet opowiedział Khaled Hosseini. To, jak Rahimi buduje pełną napięcia atmosferę krótkimi, urywanymi zdaniami, jest istną wirtuozerią pióra. Nie ma tu ani jednego zbędnego słowa, ani jednego niepotrzebnego gestu. W pozornej prostocie przekazu kryje się niesamowita intensywność. Rozumiem, że niektórzy czytelnicy reagują płaczem na historie przedstawione przez Hosseiniego czy Kargar. W całej swej prawdziwości, autorom tym nie można odmówić pewnej dawki sentymentalizmu. Po przeczytaniu „Kamienia cierpliwości” pozostaje tylko wpatrywanie się w przestrzeń w niemym szoku.

Reklamy
 

Skrywane historie kobiet Afganistanu Maj 29, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 12:42
Tags: , ,

„Dear Zari. Hidden stories from women of Afghanistan” Zarghuny Kargar to wyjątkowa lektura. Kargar jest z pochodzenia Afganką, która przez kilka lat pracowła w BBC w Londynie tworząc program Afghan Women’s Hour, gdzie afgańskie kobiety opowiadały o swoim życiu, trudnościach i problemach, a często i o tematach tabu. Do programu zapraszano ekspertów z różnych dziedzin i dyskutowano o istotnych kwestiach w wyznaniach poszczególnych kobiet. Kiedy program po pewnym czasie zdjęto z anteny, Kargar postanowiła spisać niektóre z usłyszanych historii, także te, które wydawały się zbyt kontrowersyjne dla afgańskiej społeczności.

Podobno nie da się zmierzyć cierpienia, niesprawiedliwością byłoby twierdzić, że ktoś cierpi więcej niż kto inny z takich czy innych względów. A jednak wydaje mi się, że w targanym wojnami Afganistanie kobiety muszą znosić nieporównanie więcej niż chociażby właśnie w Indiach. W Afganistanie cierpienie stało się chlebem powszednim, czymś tak normalnym jak śnieg w zimie. Trudno mi powiedzieć, która z historii poruszyła mnie najbardziej, bo każda z nich zasługuje na uwagę. Obojętnie czy opowiada o pozornie oklepanym motywie niemożliwej do spełnienia miłości, o nieznanej szerzej w Europie praktyce wychowywani dziewczynek jak chłopców, co prowadzi do strasznych tożsamościowych problemów czy o zwyczaju pokazywania chusteczki z dziewiczą krwią po nocy poślubnej, co jest wciąż wielkim tabu  Afganistanie. Afgański lekarz zaproszony do programu przyznał w rozmowie telefonicznej, że nie zawsze występuje krwawienie, ale jednocześnie odmówił występu na antenie – straciłby wtedy nie tylko powszechny szacunek, ale i pacjentów…

Co jednak mnie najbardziej zszokowało, to nie tyle skomplikowane i tragiczne losy kobiet w Afganistanie, a zachowanie afgańskiej społeczności w Londynie. Kargar niejednokrotnie wspominała, że niektóre z przytaczanych historii spotykały się z szyderczymi komentarzami jej kolegów. Sama autorka wspomina, że choć jej rodzina należała do uprzywilejowanej, dobrze wykształconej grupy o otwartym umyśle, to jednak presja wydania na świat męskiego potomka była bardzo silna. Wprawdzie nie powinno mnie to dziwić – kiedy siostra mojego afgańskiego znajomego, należąca do drugiego pokolenia emigrantów i mieszkająca w jednym z krajów skandynawskich, urodziła 3 dziecko, zapytałam z ciekawości, bo w końcu nieczęsto zdarzają się tak liczne rodziny, czy planowała tak liczne potomstwo. Znajomy, student medycyny odparł, że nie, ale najpierw urodziła 2 córki, a chciała też syna. Pozostaje pytanie, czy to ona w rzeczywistości pragnęła chłopca, czy zakorzeniona w niej tradycja i społeczne oczekiwania podpowiadały taki krok.

Kargar opowiada również swoją własną historię, która pozornie różni się od losów kobiet przedstawionych w książce, ale również pokazuje, jak surowe są zasady i wartości reprezentowane przez Afgańczyków, obojętnie czy mieszkają oni w swoim kraju, czy od wielu lat w Anglii. Bo oto Kargar postanowiła się wyzwolić z aranżowanego i nieszczęśliwego małżeństwa i wziąć rozwód. Wśród rodziny i znajomych spotyka się z potępieniem – krzywda jej się przecież nie działa, mąż nie bił, nie zdradzał. Afgańskie, podobnie jak i indyjskie kobiety powinny poddać się losowi, zaakceptować wybór rodziców i trwać w związku małżeńskim – kwestia szczęścia nie ma tu nic do rzeczy. Tak trzeba i już, nawet kiedy, jak w przypadku jednej z bohaterek, mąż okazuje się homoseksualistą i szantażuje żonę odebraniem jej dzieci, jeśli nie zgodzi się żyć jak służąca wraz z nim i jego kochankiem. Ale to kolejny temat tabu.

„Dear Zari” nie jest jednak wolne od wad. Spodziewałam się, że Kargar w całości odda głos kobietom. Tymczasem, poza kilkoma wyjątkami, zazwyczaj to Kargar opowiada usłyszaną historię i co gorsza, komentuje. Gdyby jej komentarze coś wnosiły do danej sytuacji, naświetliły problem z jakiejkolwiek innej perspektywy – psychologicznej, historycznej, religijnej, kulturowej, wtedy książka zyskałaby wiele. Niestety, dziennikarka ogranicza się do wyrazów wdzięczności, że mieszka w Londynie i cieszy się wolnością oraz do opisów łez, które rzewnie się lały, kiedy słuchała historii Afganek. Brakowało mi jakiegoś profesjonalnego komentarza, analizy, refleksji. Odniosłam wrażenie, że wypowiedzi Kargar miały tylko na celu zwiększenie ilości stron. Być może lepiej by było w 100% oddać głos kobiecym historiom, a ich odwagę docenić milczeniem.

Jeśli „Dear Zari” zostanie wydana po polsku, myślę, że odniesie sukces. Każdy, komu podobało się „Tysiąc wspaniałych słońc” Hosseini’ego, powinien sięgnąć po ten zbiór. Język jest podobnie prosty, a wiele historii było bardziej wzruszających niż losy Lajly i Miriam. Przede wszystkim jednak książka nie jest fikcją literacką i opowiada o prawdziwych zdarzeniach i rzeczywistych problemach kobiet w Afganistanie.

 

Afganistan x 3 Luty 6, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 22:22
Tags: , , ,

Afganistan ma w sobie jakąś magię, która mnie przyciąga. Książki o tym kraju zawsze mnie interesują, jestem ciekawa czegoś więcej niż strzępów informacji z polskich gazet o stacjonujących tam wojskach. Indyjska prasa pisze o Afganistanie częściej i również w innych kontekstach, np. w dzienniku „The Hindu” jakiś czas temu pojawiła się informacja o koncercie Farhada Darya, który miał miejsce w sekretnym miejscu ze względu na możliwe ataki talibów (którzy za swoich rządów zakazali muzyki) i na którym kobiety nie ośmieliły się tańczyć, bo to wciąż jeszcze tabu. To drugie, bardziej ludzkie, zwykłe oblicze Afganistanu mnie interesuje. Ostatnio przeczytałam 3 książki o Afganistanie, którym ukazanie ludzkiego oblicza tego kraju udało się z różnym skutkiem.

„Modlitwa o deszcz” Wojciecha Jagielskiego przemierzyła ze mną wiele kilometrów, rogi książki się pozaginały, okładka się rozdwoiła, a mimo to wiem, że ten niewielki tom z pewnością jeszcze przejedzie 6 tysięcy km z powrotem do Polski. Mój stosunek do książek w Indiach nieco się zmienił – już nie jest tak szaleńczo zaborczy, nie mam problemów z rozstaniem się z przeciętną powieścią, ale „Modlitwa…” to jedna z tych książek, które chce się mieć na półkach.

Wojciech Jagielski odwiedził Afganistan 11 razy w latach 1992-2001. Jego relacje pokazują walkę Afgańczyków z Rosjanami, dokumentują dojście do władzy talibów, opisują walki między różnymi frakcjami i wojny domowe. „Modlitwa…” to kawałek historii Afganistanu, ale nie obrazy wojny i zniszczonych miast stanowią o jej wartości. Jagielskiemu bowiem udało się przeniknąć do afgańskiej duszy i oddać atmosferę życia surowych mieszkańców tego kraju, dla których wolność jest największą wartością. Afgańczycy nie dali się podbić żadnemu narodowi, a wręcz przyczynili się do upadku Związku Radzieckiego. „Zapłacili jednak cenę ta wysoką i tak straszliwą, że nie tylko podważyło to wartość samej wolności, ale sens walki o nią. Ich kraj został doszczętnie zniszczony i splądrowany. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Afgańczycy zostali zdziesiątkowani, a co czwarty ocalały z tej hekatomby ratował życie ucieczką z kraju.”* Jagielskiemu udaje się dotrzeć do dumnych afgańskich wojowników, którzy nie znają innego sposobu na życie niż walka, którym nie pozostało już nic innego.

„Modlitwa…” to pełna przemocy, ale przede wszystkim piękna książka, która przede wszystkim pozwala lepiej zrozumieć jeden z chyba najbardziej niezrozumiałych narodów na świecie. Jagielski otwiera oczy czytelnika i pozwala mu dostrzec ludzkie rysy w wojennych komendantach, których również ogarnia zwątpienie i rezygnacja – uczucia znane chyba każdemu człowiekowi.

Po świetnym Jagielskim przyszła chwila na bardzo poczytnego autora – Khaleda Hosseiniego. Sukces debiutanckiej powieści pt. „Chłopiec z latawcem” zdziwił samego pisarza, który w jednym z wywiadów przyznał się, że nie spodziewał się, ze historia Amira i Hassana zostanie w ogóle opublikowana. Ja sama nie do końca rozumiem fenomen tej powieści. Owszem, czyta się błyskawicznie i trudno się oderwać od losów przyjaźni między bogatym chłopcem a jego służącym i już nie tyle raził mnie prosty język, co skróty i uproszczenia fabularne. Hosseini bierze na warsztat uniwersalne i wielkie tematy – przyjaźń, poświęcenie, wybaczenie, odkupienie, konflikt ojciec-syn – i eksploatuje je do granic możliwości ocierając się dość mocno o banał. Nagła decyzja głównego bohatera o wyjeździe do Afganistanu wydaje mi się mało prawdopodobna z psychologicznego punktu widzenia, niespodziewana pomoc przyjaciela rodziny magicznie rozwiązuje pewien poważny problem (nie mogę powiedzieć więcej nie chcąc zdradzać wydarzeń). Moim zdaniem takie nagłe, magiczne rozwiązania i odmiany to pójście na łatwiznę ze strony autora. Symetryczna powtarzalność pewnych motywów u przedstawicieli dwóch pokoleń tej samej rodziny pewnie miała na celu nadanie powieści dodatkowej głębi i bliżej niejasnego symbolizmu, ale do mnie niestety to nie przemówiło. Niestety, znowu wydawało się zbyt nieprawdopodobne i dość naiwne. W pewnym momencie już byłam w stanie przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń, odrzuciłam go jednak uważając za zbyt ckliwy i szablonowy. Wciąż miałam nadzieję, że Hosseini czymś mnie zaskoczy. Na próżno.

Na szczęście druga powieść Hosseiniego, „Tysiąc wspaniałych słońc”, była lepsza. Również tutaj autor skupił się na 2 bohaterach, tym razem kobietach, ale nadał im głębi psychologicznej i realistycznie przedstawił tło, z którego wywodziły się obie postaci. Problemy nie rozwiązywały się same w magiczny sposób, to Mariam i Lajla musiały wziąć los w swoje ręce i walczyć o przetrwanie. Hosseini płynnie pokazał przejście z postępowego Afganistanu pod rządem komunistów do kompletnej degradacji roli kobiet po przyjściu talibów. „Tysiąc wspaniałych słońc” to też niejako pomnik Kabulu i jego mieszkańców, którym nie udało się uciec z doszczętnie zniszczonego miasta, a których codzienne życie wiązało się z heroiczną walką o przetrwanie. Dzięki wcześniejszej lekturze Jagielskiego miałam nazwiska afgańskich wodzów nie były mi całkiem obce i mogłam umiejscowić powieść w szerszym kontekście.

„Modlitwa o deszcz” to lektura obowiązkowa dla każdego zainteresowanego Afganistanem. „Tysiąc wspaniałych słońc” zainteresuje szersze grono odbiorców – historia jest tu ważnym, ale wciąż tylko tłem, język prostszy oraz mniej faktów, zdrad i zmian frakcji czyni powieść przystępną. „Chłopca z latawcem” można sobie darować.

Tutaj można posłuchać piosenki „Kabul jan”, którą śpiewa Farhad Darya. Utwór ten był pierwszym puszczonym na antenie afgańskiego radia po wypędzeniu talibów.

A ja powoli planuję lekturę „Dear Zari”, o afgańskich kobieta. Świetna recenzja w najnowszym „Archipelagu”.

Polecam artykuł o afgańskich dzieciach, którym udało się dostać do Europy. Zastanawiam się też nad powieścią o tej tematyce, „Hinterland”, ale obawiam się trochę zbyt ckliwej lektury.

*Wojciech Jagielski, Modlitwa o deszcz. Wyd. WAB. Warszawa: 2010, s. 113.



 

„Friszta. Opowieść kabulska” – Petra Procházková Kwiecień 19, 2011

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:24
Tags: ,

Afganistan. Kiedy słyszę, że ten kraj jest miejscem akcji jakiejś książki lub że autor stamtąd pochodzi, mam ochotę odłożyć pozostałe lektury na dalszy czas i pogrążyć się w tej zupełnie nieznanej, innej niż europejska, kulturze. Afganistan, naznaczony wojnami, powinien szerzej zagościć na literackiej mapie świata.

Życie codzienne w tym odległym kraju poznajemy oczami Hery,  wykształconej Rosjanki, która poznała w Moskwie Nadira, dumnego Persa, jak często sama o nim mówi. Zakochana wyruszyła z narzeczonym do jego ojczyzny. Poznaje tam rodzinę męża, której częścią chce się stać, częścią „tej rodzinnej mafii, w której wzajemne oszczerstwa były na porządku dziennym, ale jak przyszło co do czego, wujowie i kuzyni, zgrzytając zębami, dzielili się zarobkami z krewniakami, choćby ich w życiu na oczy nie widzieli.”* Towarzyszymy jej w codzinnych czynnościach, w zwykłych sprawach.

Procházková, czeska dziennikarka, pisze prostym językiem, bez zbędnych ozdobników. Prozaiczne wydarzenia każdego dnia pozwalają poznać zwyczaje afgańskiej rodziny bez oceniania czy krytyki ze strony autorki. I choć możemy zgrzytać zębami na fragmenty, kiedy dla Herry agresja Nazira jest oznaką jego wielkiej miłości lub kiedy rodzina przyzwala zięciowi na znęcanie się (bo to już nawet nie ‚zwykła’ przemoc domowa) nad Frisztą, to Procházková nie potępia, nie zionie nienawiścią ani europejskim poczuciem wyższości. Ona jedynie opisuje i na dodatek w taki sposób, że trudno się od książki oderwać.

Jeśli coś jest we „Friszcie” ośmieszane i pośrednio krytykowane, to zachodnie podejście do Afganistanu. Kiedy sędziwy członek klanu Nazira dowiaduje się o wkroczeniu żołnierzy z misji pokojowej (samo sformułowanie jest dla mnie oksymoronem), ze smutkiem stwierdza: „Czyli będziemy ich tu mieć na zawsze”.** Czy na zawsze – pokaże to jeszcze czas, ale wkroczenie obcych wojsk wiążę się z narzucaniem zachodnich norm i zwyczajów. Ministerialni urzędnicy w tradycyjnych agfańskich strojach nie są mile widziani, bo przecież „Afgańczyk w powłóczystej piżamie nie mógł się prezentować godnie podczas rozmów z ubranym podług najnowszej mody Amerykaninem czy Europejczykiem”.*** Fragment ten, nieco wyrwany z kontekstu, ma oczywiście charakter ironiczny, a nawet nieco zjadliwy. Brak próby zrozumienia innej kultury oczywiście pojawia się również w programie pomocy dla kobiet. Heidi, Amerykanka, liczy na spektakularne zmiany nie zdając sobie sprawy, że nie da się zmienić mentalności ludzi w ciągu kilku dni. Dla Heidi ich zwyczaje są „debilne i przedpotopowe” i w swej ignorancji kobieta sądzi, że Afganki z dnia na dzień zrzucą burki, które nawiasem mówiąc są nie tyle symbolem religijności, co ochroną przed niepożądanymi komentarzami ze strony obcych mężczyzn, zostawią rodzinę i pójdą do szkoły i do pracy. Herra w kłótni z Heidi wybucha: „Nie licz na to, że będę ci pomagała zmieniać te debilne przedpotopowe tradycje. A wiesz czemu? Bo one tego w ogóle nie chcą”.**** Pomoc udzielana na siłę nie jest pomocą, a narzucenie obcych wzorców innej kulturze budzi etyczne wątpliwości. Możemy się zżymać na warunki i pozycję, na którą godzą się afgańskie kobiety obecne na kartach powieści, możemy nie chcieć nigdy być w ich skórze, ale nie możemy zmuszać ich do przyjęcia naszego stylu życia.

„Friszta” była fascynującą lekturą, uczącą tolerancji i otwierającą oczy na wiele spraw. Czasami nieco dziwiła mnie Herra, jakby nie było Rosjanka z dyplomem z prawa, która absolutnie niczego nie kwestionowała i przyjęła afgańską kulturę w całej jej rozciągłości bez słowa skargi czy zdziwienia, ale dzięki temu Procházková stworzyła przebogaty obraz afgańskiej rodziny, zamiast popadania w schemat typu: niewinna kobieta z cywilizowanej Europy zakochuje się w złym muzułmaninie i walczy o przetrwanie. Wspaniała lektura.

—–

* Petra Procházková, Friszta. Opowieść kabulska. Tłum. Jan Stachowski. Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2008. s. 290.

** Tamże, s. 23.

*** Tamże, s. 148.

**** Tamże, s. 189.