Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Ostatni mieszkaniec” – Aravind Adiga Maj 2, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 08:44
Tags: , ,

ImageW Indiach mieszka się w tzw societies. To coś na kształt polskiego osiedla, ale nie do końca. Na polskim osiedlu można wyjść z domu, przejść się do sklepu, po drodze zobaczyć dzieci pędzące do szkoły, za rogiem wysłać list, a w drodze powrotnej przejść przez osiedlowy park czy przycupnąć na skwerku. W Indiach societies/osiedla są zazwyczaj mniejsze – to kilka domów mieszkalnych ogrodzonych płotem, przy którym stoi strażnik, który wpisuje do pożółkłego zeszytu gości przychodzących do mieszkańców. Jedyne, co można znaleźć na takim osiedlu to budkę, do której można oddać ubrania do prasowania. W najnowszej powieści Aravinda Adigi bohaterami są właśnie mieszańcy typowego indyjskiego osiedla.

Vishram Society zamieszkują dobrzy ludzie, którzy zawsze sobie pomagają, zaopiekują się dzieckiem sąsiada, zaproszą na kolację, na której wspólnie będą narzekać na kiepski stan budynku, konieczność ciągłych napraw i przerwy w dostawie wody. Mieszkańcy to przedstawiciele niższej klasy średniej, rodziny z dziećmi, emeryci. Jest muzułmanin, są wyznawcy hinduizmu, jest chrześcijanka z zapędami komunistycznymi. Vishram Society to Indie w pigułce. W ten pozornie poukładny i harmonijny świat wkracza szalenie ambitny deweloper, Darmen Shah. W Bombaju liczy się każdy skrawek ziemi i pozornie mało atrakcyjne Vishram Society sąsiadujące ze slumsami w Vakoli i krajowym lotniskiem, stają się strategicznym punktem w planach budowy luksusowych apartamentów. Shah proponuje mieszkańcom pokaźną sumę w zamian za wyprowadzenie się. Początkowo niewiele osób się zgadza, ale stopniowo każdy zmienia zdanie. Na końcu zostaje ostatni mieszkaniec, emerytowany nauczyciel, Masterji, na którego nie działają przekupstwa, groźby, perswazje sąsiadów ani błagania syna.

Adiga świetnie ukazał życie w mieście, w którym niezwykle gwałtowny rozwój pożera jego mieszkańców. Przeludniony Bombaj, do którego wciąż napływają ludzie z innych indyjskich stanów to z jednej strony miasto, gdzie powstają najbardziej luksusowe apartamentowce, a z drugiej miasto pełne rozpadu, zgnilizny, gdzie budynki zapadają się po obfitym monsunie. Bombaj u Adigi to miasto pełne korupcji, gdzie jednostka potrzebująca pomocy właściwie nie ma szans – nie ma się do kogo zwrócić, bo przecież wszyscy siedzą w kieszeni bogatych deweloperów. Adiga świetnie też sportretował mieszkańców Vishramu wraz z ich przywarami i małostkowością. Siła, z jaką indyjskie społeczeństwo chce się piąć w górę ekonomicznej drabiny przeraża. Oprócz Masterji, każdy widzi w propozycji Shaha wielką szansę – nowe meble kuchenne stają się oznaką statusu i sukcesu, wyprowadzka z podniszczonego Vishram ma przywrócić utraconą młodość i stracone marzenia. Wystarczy trochę pieniędzy i nagle wszyscy pragną opuścić swoje domy nawet za straszliwą cen, jaką przyjdzie im zapłacić. Można uciec przed podgniłym budynkiem, ale zgnilizny moralnej już trudniej się pozbyć.

Nie znajdzie się u Adigi pięknych metafor ani wysublimowanego języka. Widać dziennikarskie zacięcie autora – trafne spostrzeżenia na temat współczesnych Indii, ponura diagnoza stanu społeczeństwa i stopniowe budowanie napięcia. Do jakich kroków jesteśmy w stanie się posunąć, aby zdobyć to, czego pragniemy? Czy pojedynczy człowiek ma jakiekolwiek szanse w zetknięciu się ze sprzeciwiającą mu się większością? „Ostatni mieszkaniec” zdecydowanie przypadł mi do gustu, a teraz zastanawiam się, czy Adiga pokusi się kiedyś o jakiś zbiór reportaży. Coś czuję, że byłoby jeszcze lepiej.

 

„Biały tygrys” – Aravind Adiga Lipiec 27, 2009

Filed under: Przeczytane,Wyzwania — Lilithin @ 14:42
Tags: , ,

adiga_bialytygrys

Co przeciętny zjadacz chleba wie o Indiach? Pierwsze skojarzenie, jakie ten kraj przywodzi na myśl to chyba cukierkowe bollywoodzkie produkcje i popularny ostatnio, już nie taki osłodzony, „Slumdog Millionaire”. Bardziej oczytani lub nieco orientujący się w literaturze skojarzą Indie z kilkoma pisarzami o nich piszących – z Salmanem Rushdie, Kiran Desai czy Arundhati Roy. Teraz do tej listy trzeba jeszcze dodać Aravinda Adigę, który za „Białego tygrysa” otrzymał nagrodę Bookera.

Książka składa się z serii listów, które Balram Halwai kieruje do premiera Chin, mającego niebawem odwiedzić Bangalur. Wiedząc, że celem wizyty chińskiego polityka jest m.in. spotkanie z indyjskimi przedsiębiorcami i rozmowy o tym, jak udało im się odnieść sukces oraz zdając sobie sprawę, że będzie to zafałszowany obraz indyjskiej rzeczywistości, Balram postanawia napisać, jak tak naprawdę wygląda przedsiębiorczość posługując się przykładem własnego życia. Nie jest to sielankowa historia, opiewająca wartość edukacji, dążenie malutkimi kroczkami do celu czy uczciwość. Owszem, Balram przeszedł drogę od pucybuta do milionera, ale Indian dream to nie to samo, co American dream i czasami droga do sukcesu prowadzi (dosłownie) po trupach.

Indie poznajemy oczyma służącego, dla którego kraj dzieli się już tylko na dwie kasty – Wielkie Brzuchy i Małe Brzuchy, który to podział doskonale pokazuje kraj rządzony kontrastami i paradoksami. Z jednej strony mamy bogatych wyzyskiwaczy, a z drugiej – rodzinę, która nie może pozwolić sobie na posłanie synów do szkoły, bo trzeba wydać córki za mąż, co jest bardzo kosztownym przedsięwzięciem. Kierowca śpi w małej celi pełnej karaluchów, podczas gdy jego pan żyje w luksusowym apartamencie. Indie to kraj, w którym każdy każdego przekupuje, każdy nadużywa swoich praw (np. nauczyciel , który kradnie pieniądze na jedzenie dla uczniów albo sprzedaje ich mundurki we wschodniej wiosce) i co najdziwniejsze – absolutnie nikogo to nie dziwi i każdy przyjmuje ten stan rzeczy jako naturalny. Ciekawe są też spostrzeżenia na temat służalczości, której w końcu wyzbył się Balram (ale jakim kosztem – chciałoby się zapytać).

Obraz Indii przedstawiony przez Adigę może się nie podobać, może szokować, można zarzucić, że sam autor nie jest zbyt reprezentatywnym przedstawicielem swojego narodu (wyjechał do Australii i USA), można twierdzić, że narrator nie jest wiarygodny, ale jedno jest pewne – nie można przejść wobec tej książki obojętnie. Warto przeczytać.