Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

Palestyna na ekranie Listopad 18, 2012

Filed under: Obejrzane — Lilithin @ 20:31
Tags: ,

Od kilku dni śledzę to, co dzieje się w Gazie i nie mam słów na opisanie wściekłości, przerażenia i bezsilności, jaką odczuwam. Przywódcy europejscy jednoczą się z Izraelem i jego prawem do obrony. Ciekawe co z prawem do obrony Palestyńczyków? Na całym świecie odbywają się akcje wyrażające poparcie dla Palestyny, a tutaj można podpisać wniosek skierowany do ONZ o utworzenie państwa palestyńskiego.

Tymczasem chciałam napisać kilka słów o dwóch filmach z konfliktem izraelsko-palestyńskim w tle, które obejrzałam jakiś czas temu.

„Lemon Tree” zaczyna się delikatną, wpadającą w ucho piosenką i piękną sceną, w której bohaterka, Salma, robi przetwory z soczystych cytryn zebranych w przydomowym sadzie, który należał do jej rodziny od 50 lat. Wkrótce okazuje się, że do domu obok wprowadza się izraelski Minister Obrony, a sad nagle staje się miejscem, w którym terroryści czyhają na życie polityka. Sad ma zostać ścięty, a Salma nie chcąc się pogodzić z taką niesprawiedliwością, udaje się do prawnika i sprawa trafia do Sądu Najwyższego Izraela. Nietrudno domyślić się finału tej beznadziejnej walki.

W pewnym momencie Salma opowiada izraelskiemu żołnierzowi, że w dzieciństwie jeździła ze swoim ojcem sprzedawać cytryny do Izraela. W ciągu kilkudziesięciu lat sytuacja jednak się zmieniła, a Salma teraz nawet nie może podlać drzewek cytrynowych, bo izraelski rząd odgrodził ją od sadu, obok którego zbudowano budkę strażniczą ze strzegącym bezpieczeństwa żołnierzem z karabinem. Najbardziej ludzka wydaje się żona ministra, Mira, która nie do końca godzi się z tym, jak jej państwo traktuje Salmę. Kobieta jednak jest uwięziona w swojej roli żony izraelskiego polityka, a agenci ochrony skutecznie kontrolują jej każdy ruch. Kobiety nie mogą ze sobą porozmawiać, poznać się, mimo, że mieszkają w niemal przylegających do siebie budynkach. Salma też jest uwięziona w roli wdowy, której nie dana jest druga miłość, zwłaszcza z młodszym mężczyzną. Osobną grupę stanowią izraelscy żołnierze i ochroniarze, którzy tylko wypełniają rozkazy z góry i przyznają przy tym, że nie ich rolą jest myślenie.

„Lemon Tree” pokazuje, że w tym konflikcie nie ma wygranych. Odgradzanie się murami i ścinanie drzew skutkuje przeraźliwą samotnością. Piękne zdjęcia i miejscami liryczne przedstawienie przywiązania do ziemi są dodatkowymi atutami filmu.

W zupełnie innym duchu nakręcony jest „Paradise Now”, historia dwóch przyjaciół, którzy zostają zamachowcami samobójcami. Film przesiąknięty jest atmosferą rozpaczy, jakiej jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć.

„Paradise Now” uczłowiecza obraz zamachowca, pokazuje go z ludzkiej strony, z rozterkami, dylematami i pełnego wątpliwości. Dużo łatwiej wyobrazić sobie terrorystów jako nieokrzesanych radykałów, a trudniej poszukać motywów ich działania. Desperacja i zupełna bezsilność, nieustające poniżenie, niemożność swobodnego poruszania się to tylko niektóre z powodów, jakie padają w filmie. „Paradise Now” stawia też niezwykle istotne pytanie: w jaki sposób Palestyna ma walczyć z okupacją izraelską. Scena zaciętej kłótni między Suhą, której ojciec zginął w samobójczym zamachu, a Khaledem to jeden z najlepszych momentów w filmie. Zamachy terrorystyczne jedynie dają pretekst do dalszych ataków ze strony Izraela. Ale czy bez nich sytuacja uległaby jakiejkolwiek zmianie?   Jak walczyć z jedną z największych potęg militarnych świata samemu nie mając zorganizowanej armii? Co zrobić, kiedy okupanci przedstawiają siebie jako ofiary, a niemal cały świat staje po ich stronie? „Paradise Now” stawia dziesiątki pytań, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi jednocześnie pokazując, że terroryzm to nie zawsze wynik ślepej nienawiści, tylko efekt rozpaczy i wręcz niewyobrażalnej desperacji.

Świetny film z niesztampową i nieprzewidywalną fabułą. Nie tak liryczny jak „Lemon Tree”, ale emocji w nim zdecydowanie nie brakuje. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że to filmowy odpowiednik „Wiatru z północy”, który podobnie jak książka, może otworzyć oczy i zupełnie zmienić perspektywę odbiorcy.

Reklamy
 

„Wiatr z północy” – Susan Abulhawa Sierpień 31, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 02:12
Tags: ,

Pierwszego dnia, po przeczytaniu około 50 stron „Wiatru z północy” śniło mi się, że przechadzam się między figowcami i drzewami z oliwkami rosnącymi w palestyńskiej wiosce Ein Hod z 1941 roku. Nigdy nie śniła mi się książka, a sam fakt, że „Wiatr z północy” gdzieś się zagnieździł w mojej podświadomości po tak małej ilości przeczytanych stron, ma w sobie coś niezwykłego.

Powieść opowiada losy rodziny Abulheja, wygnanej przez izraelskich żołnierzy w 1948 roku z Ein Hod, które przez 800 lat było zamieszkiwane przez Palestyńczyków. Czterdzieści pokoleń, którym odebrano historię. Yehya, najstarszy żyjący członek rodziny Abulheja, łudził się, że pewnego dnia wróci do domu. Ziemia i uprawa oliwek była dla niego wszystkim. Kolejne pokolenie, do którego należy oszalała z rozpaczy matka głównej bohaterki, dobrze pamięta Palestynę. Następne, urodzone tuż przed Nakbą lub już w obozach dla uchodźców, nigdy nie wróci do domów swoich rodziców. Co z kolejnymi pokoleniami, z dziećmi, które rodzą się teraz?

Obóz uchodźców to dość często słyszane słowa w mediach. Jak wygląda życie w takim miejscu, dowiedziałam się z książki Abulhawy. Widząc nadzieję bohaterów powieści na powrót do domów, mogłam tylko gorzko zapłakać. Obóz, to jedyny dom, jaki znają kolejne pokolenia wygnanych Palestyńczyków, tam się rodzą, biorą śluby, umierają. Coś, co miało być tylko przejściowym etapem, stało się codziennością. Dla Palestyńczyków rok 1948 rozciągnął się w czasie i trwa do dziś. Horror wojny, koszmar wykorzenienia, wieczny strach, rozpacz po śmierci najbliższych. Nie wiem, ile razy przy lekturze płakałam, ale z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że to najbardziej poruszająca książka, jaką przeczytałam. Momentami przerywałam lekturę, żeby się uspokoić; kiedy indziej w myślach wołałam do Amal i jej rodziny: uciekajcie z Bejrutu! uciekajcie, pozabijają was tam! Krótko po lekturze nie byłam w stanie rozmawiać z koleżanką, jej problemy, moje problemy, nasze standardowe tematy wydały mi się nieadekwatne i najzwyczajniej w świecie głupie w porównaniu z wydarzeniami z powieści.

Uważam, że każdy powinien przeczytać „Wiatr z północy” (niech was nie zwiedzie mało oryginalna i wręcz zniechęcająca okładka polskiego wydania), zwłaszcza, że odnoszę wrażenie, że o Żydach nie wypada mówić źle, przecież tyle wycierpieli w trakcie drugiej wojny światowej. Nawet chętnie bym widziała ten tytuł w spisie lektur. Ciekawe, co piszą o konflikcie palestyńsko-izraelskim w polskich podręcznikach… Na polskiej wikipedii czytam o niezadowolonych Arabach, którzy rozpętali spiralę przemocy, Stanisław Guliński w swoich przerażająco słabych tekstach pisze tak: „Był 2005, właśnie mijał rok od podjęcia przez Izrael budowy bariery, która odgradza tereny objęte żydowskim osadnictwem od niebezpieczeństwa arabskiego terroru” (s.146). Cóż, pozostaje mi się cynicznie stwierdzić, że to może Arabowie powinni byli pierwsi stawiać mury, kiedy na tereny Palestyny zaczęła napływać ludność żydowska. Arabski terror oczywiście istnieje i stanowi zagrożenie, ale czy nie ma racji Robert Fisk, brytyjski korespondent na Bliskim Wschodzie, który w rozmowie o wojnie i roli mediów stwierdza, że powinno się być obiektywnie po stronie tych, którzy cierpią, którzy są  okupowani i wobec których stosuje się represje? Zawsze istnieją dwie strony medalu, ale to przecież Palestyna zniknęła z mapy i przymykanie na to oczu dlatego, że Żydzi byli ofiarą Holocaustu, wydaje mi się odgradzaniem się od prawdy.

Gdzieś czytałam, że swoją powieścią Abulhawa zrobiła dla Palestyny to, co Hosseini dla Afganistanu. To prawda – autorka dała głos prześladowanemu narodowi, pisząc przy tym świetną, wciągającą opowieść. Uważam jednak, że warsztatowo jej proza jest dużo lepsza, miejscami pełna okrucieństwa, kiedy indziej – niemal liryczna. „Wiatr z północy” spełnia wszystkie moje oczekiwania wobec literatury.