Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Brzemię rzeczy utraconych” – Kiran Desai Maj 14, 2011

Filed under: Indie,Przeczytane — Lilithin @ 21:10
Tags: , ,

U podnóży himalajskiej góry Kanchenjunga,  trzeciego szczytu na świecie, stoi dom zbudowany przez pewnego Szkota. Dom ten zamieszkuje kształcony w Cambridge indyjski sędzia Jemubhai Patel wraz z kucharzem, którego syn, Biju, wyjechał do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Po śmierci rodziców, w podupadającej posiadłości zjawia się nastoletnia wnuczka sędziego, Sai, która wkrótce zakochuje się w swym nepalskim korepetytorze, Gyanie.

W ten kameralny świat wkracza jednak historia, a Desai opisując stosunkowo niewielu bohaterów po mistrzowsku pokazuje różne oblicza problemów związanych z tożsamością narodową i kulturową. Sędzia Patel, pełen kompleksów i poczucia niższości po studiach w Anglii, za wszelką ceną stara się być „angielski”. Retrospekcje dotyczące jego życia wzbudzają smutek i żal, bo konsekwencje jego nienawiści do Indii i zawiści odczuwanej do Anglii będą ciążyły nad nim już zawsze. Jemubhai tak naprawdę nigdzie nie czuje się u siebie – ani w Anglii, ani w Indiach. Wszędzie jest  tym obcym. Odrzucenie własnej kultury skutkuje ciągłym poczuciem wyobcowania zarówno na studiach jak i w swoim własnym kraju.

Tożsamość uwiera też Gyana, który nie do końca wie, jak się zachować w czasie zrywu narodowego Nepalczyków. Czuje, że wymagana jest od niego jakaś działalność, że oczekuje się od niego jako od mężczyzny wzięcia udziału w powstaniu. Mężczyzna daje się wciągnać w wir historii, który z katastrofalnymi skutkami wkracza między życie zwykłych ludzi. Jego znajomość z Sai już nigdy nie będzie taka sama, z delikatnej miłości ich relacja przeradza się we wrogość. Korepetytor nagle zaczyna mieć pretensje do zachodnich zwyczajów dziewczyny (np. obchodzenie Bożego Narodzenia), mimo że wcześniej mu to nie przeszkadzało.

Bardzo ciekawym wątkiem jest też pełne rozczarowań i goryczy życie Biju w Ameryce. Jego ojciec w swej naiwności wierzy, że synowi wiedzie się lepiej w Nowym Jorku niż w Kalimpongu, a fakt, że Biju pracuje w amerykańskiej, a nie indyjskiej restauracji poczytuje jako wielką nobilitację. A nowojorskie restauracje, mimo że w nazwie amerykańskie czy francuskie, tak naprawdę pełne są wyzyskiwanych nielegalnych emigrantów  z Pakistanu, Indii, Meksyku, Maroka, Tunezji, Gambii, Madagaskaru, Senegalu… Biju chce zachować indyjskie zwyczaje, widząc w nich zachowanie własnej godności i gwarancję dobrego życia, ale jego rajd z jednej restauracji do drugiej, francuskiej czy indyjskiej, kończy się tak samo – wyzyskiem, życiem wśród zgniłych warzyw i szczurów i ciągłym strachem przed służbami emigracyjnymi. Jego finałowa trasa to jeden z fragmentów (nie tylko tej powieści, ale literatury ogólnie), który wzbudził we mnie największe emocje.

Nie czytałam pozostałych książek nominowanych do Bookera 2006, ale czuję, że „Brzemię rzeczy utraconych” zasłużyło na nagrodę. Desai porusza problemy tożsamości i przynależności miejscami w sposób subtelny, a kiedy trzeba – brutalny. Za każdym razem jednak robi to niezwykle trafnie i przemawiająco. Wieloosobowa narracja daje dodatkowego smaku i urozmaica lekturę. Ja z pewnością sięgnę po jej pierwszą książkę. Jeśli jest choć w połowie tak dobra jak „Brzemię…”, to z pewnością się nie zawiodę.

 

„Tajemnica rodu Hegartych” – Anne Enright Kwiecień 6, 2011

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:56
Tags:

Na „Tajemnicę rodu Hegartych”, uhonorowaną Bookerem w 2007 roku, ostrzyłam sobie zęby od dawna. Ten zbyt wyostrzony apetyt chyba nie podziałał dobrze na lekturę. Smakowałam niemal każdy akapit (bo już nie zdania), z przyjemnością nurzałam się w ponurych irlandzkich krajobrazach i poznawałam przedziwną historię rodu Hegartych.

Główna bohaterka i narratorka powieści pogrążona jest w żałobie po ukochanym bracie, który odebrał sobie życie. Jej rodzinne wspomnienia przeplatają się z przygotowaniem pogrzebu, problemami małżeńskimi i refleksjami na temat jej własnych dzieci. Przeskakiwanie z wątku do wątku, z jednego pokolenia do następnego w bliżej niesprecyzowany sposób niczego nie ułatwia, ale jednocześnie pokazuje, jak chaotycznie działa ludzka pamięć i jak dalece z upływem lat wspomnienia się zacierają.

Moje wspomnienia zacierają się nawet z upływem tygodni, bo „Tajemnicę…” przeczytałam pewien czas temu i właściwie oprócz ogólnego zarysu fabuły i melancholijnego nastroju niewiele pamiętam. Nie czytało się źle ani ciężko, powieść po prostu nie zostawiła zbyt wiele po sobie. A może zostawiła jakiś minimalny ślad w momencie czytania, który odpłynął w zapomnienie po skończeniu lektury? Zaczynam się zastanawiać, czy właśnie nie tak powinno pisać się o książkach – w kilka tygodni po, a nie na gorąco. Czas zweryfikuje pozornie znaczące wątki, uderzające myśli czy przemawiające do wyobraźni postaci i krajobrazy. Które wrażenia mówią o książce więcej? Pierwsze, świeże, pełne emocji? Czy te spokojne, niemal bezbarwne z kilku tygodni później? Nie wiem, czy czegoś w powieści Enright nie wyłapałam, nie zrozumiałam, czy może książka była na tyle bezbarwna, że nie pozostawiła we mnie wiele?

 

 

„Hańba” – J.M. Coetzee Grudzień 29, 2009

Filed under: Przeczytane,Wyzwania — Lilithin @ 15:34
Tags: , ,

Po pierwsze przepraszam za brak polskich liter, ale po formacie dysku po prostu ich nie mam. Powoli doprowadze moj system do pelnej uzywalnosci, ale chyba minie jeszcze kilka tygodni. Poki co, kilka slow o „Hanbie”.

Oczekiwania wobec tego poludniowoafrykanskiego byly duze. Istnialy tez pewne obawy, ze dwukrotny zdobywca Bookera (w tym jednego za „Hanbe”) i laureat Nagrody Nobla oraz szeregu innych odznaczen, bedzie tworzyl proze hermetyczna i niezrozumiala. Jak sie okazalo, obawy te byly calkiem nieuzasadnione. Nie wiem jak Coetzee tego dokonal, ale „Hanba” wlasciwie czytala sie sama.

Styl, jakim posluguje sie Coetzee jest niezwykle oszczedny, pozbawiony zbednych ozdobnikow. Nie jezyk jest tu najwazniejszy, ale warstwa fabularna. Historia profesora Davida Luriego, ktory wdaje sie w romans ze swoja studentka oraz pozniejsze wydarzenia rozgrywajace sie na farmie corki wykladowcy nie potrzebuja wielkich slow, barokowych zdan. Prostota stylu jeszcze bardziej wzmaga sile przekazu. Dlatego nie bede pisac, ze jest to ksiazka o wielu wymiarach hanby, o odkupieniu, o milosci, nie bede probowac nikogo przekonac, ze osadzajac akcje powiesc w RPA w erze post-apartheidu, Coetzee ukazje prawdziwe realia i problemy trawiace dawna kolonie. Wszystko to brzmi zbyt banalnie. „Hanbe” trzeba po prostu przeczytac. Doceni sie ja, albo i nie. Ja docenilam, ale pisanie o takiej powiesci przychodzi mi z trudem.

Jeszcze jedno. Wiem, ze niektorzy poczuli wielka niechec do glownego bohatera. Czytalam stwierdzenia, ze nie sposob go polubic. Traktuje kobiety przedmiotowo, jest cyniczny i nieczuly; dba tylko o siebie. Ja nie potepiam Luriego. Miejscami bylo mi go zal, w niektorych sytuacjach rozumialam jego postepowanie, w innych staralam sie je pojac. Nie znienawidzilam go, a kilka jego cynicznych uwag nawet sobie zaznaczylam:

„No to cudownie. Przykro mi, moje dziecko, po prostu nie potrafie sie tym zainteresowac. Twoja dzialalnosc, jej dzialalnosc jest godna podziwu, ale dla mnie dobroczyncy zwierzat sa troche jak jacys chrzescijanie. Wszyscy tacy radosni i pelni dobrych intencji, az po pewnym czasie czlowieka korci, zeby pojsc w swiat i odrobine sobie pogwalcic i popladrowac. Albo kopnac kota.” *

„Czy lubie zwierzeta? Jadam je, wiec widac je lubie, a przynajmniej niektore ich czesci.” **

—–

* J.M. Coetzee, Hanba, tlum. M. Klobukowski, wyd. Znak, Krakow 2009, s. 91-2.

** Tamze, s. 102.

 

„Biały tygrys” – Aravind Adiga Lipiec 27, 2009

Filed under: Przeczytane,Wyzwania — Lilithin @ 14:42
Tags: , ,

adiga_bialytygrys

Co przeciętny zjadacz chleba wie o Indiach? Pierwsze skojarzenie, jakie ten kraj przywodzi na myśl to chyba cukierkowe bollywoodzkie produkcje i popularny ostatnio, już nie taki osłodzony, „Slumdog Millionaire”. Bardziej oczytani lub nieco orientujący się w literaturze skojarzą Indie z kilkoma pisarzami o nich piszących – z Salmanem Rushdie, Kiran Desai czy Arundhati Roy. Teraz do tej listy trzeba jeszcze dodać Aravinda Adigę, który za „Białego tygrysa” otrzymał nagrodę Bookera.

Książka składa się z serii listów, które Balram Halwai kieruje do premiera Chin, mającego niebawem odwiedzić Bangalur. Wiedząc, że celem wizyty chińskiego polityka jest m.in. spotkanie z indyjskimi przedsiębiorcami i rozmowy o tym, jak udało im się odnieść sukces oraz zdając sobie sprawę, że będzie to zafałszowany obraz indyjskiej rzeczywistości, Balram postanawia napisać, jak tak naprawdę wygląda przedsiębiorczość posługując się przykładem własnego życia. Nie jest to sielankowa historia, opiewająca wartość edukacji, dążenie malutkimi kroczkami do celu czy uczciwość. Owszem, Balram przeszedł drogę od pucybuta do milionera, ale Indian dream to nie to samo, co American dream i czasami droga do sukcesu prowadzi (dosłownie) po trupach.

Indie poznajemy oczyma służącego, dla którego kraj dzieli się już tylko na dwie kasty – Wielkie Brzuchy i Małe Brzuchy, który to podział doskonale pokazuje kraj rządzony kontrastami i paradoksami. Z jednej strony mamy bogatych wyzyskiwaczy, a z drugiej – rodzinę, która nie może pozwolić sobie na posłanie synów do szkoły, bo trzeba wydać córki za mąż, co jest bardzo kosztownym przedsięwzięciem. Kierowca śpi w małej celi pełnej karaluchów, podczas gdy jego pan żyje w luksusowym apartamencie. Indie to kraj, w którym każdy każdego przekupuje, każdy nadużywa swoich praw (np. nauczyciel , który kradnie pieniądze na jedzenie dla uczniów albo sprzedaje ich mundurki we wschodniej wiosce) i co najdziwniejsze – absolutnie nikogo to nie dziwi i każdy przyjmuje ten stan rzeczy jako naturalny. Ciekawe są też spostrzeżenia na temat służalczości, której w końcu wyzbył się Balram (ale jakim kosztem – chciałoby się zapytać).

Obraz Indii przedstawiony przez Adigę może się nie podobać, może szokować, można zarzucić, że sam autor nie jest zbyt reprezentatywnym przedstawicielem swojego narodu (wyjechał do Australii i USA), można twierdzić, że narrator nie jest wiarygodny, ale jedno jest pewne – nie można przejść wobec tej książki obojętnie. Warto przeczytać.