Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Brak wiadomości od Gurba” – Eduardo Mendoza Październik 18, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 18:04
Tags: ,

Na czym polega prawdziwa przyjaźń? Między innymi na tym, że kiedy nadchodzi taka sytuacja, jedna strona nie zawaha się powiedzieć dosadnie tej drugiej, jeśli coś jej się nie spodoba i nikt się nie obrazi, przyjaźń przetrwa i nadejdą jeszcze dni, w których dwóch przyjaciół będzie się wspólnie zaśmiewać do łez.

Mam nadzieję, że z książkami Mendozy łączy mnie właśnie taka przyjaźń. Przeczytałam „Brak wiadomości od Gurba” i bardzo chciałabym napisać, że świetna, że boska, że lepsza niż wszystko inne albo, że chociaż utrzymuje poziom o detektywie lumpie. Mendozę uwielbiam niemal bałwochwalczo, ale tym razem było tylko poprawnie. Owszem, przeczytałam zmagania kosmity na hiszpańskiej ziemi błyskawicznie. Ale czytałam szybko, bo i forma specyficzna (dziennik pokładowy), i książka krótka. Owszem, zaśmiałam się kilka razy.  Ale śmiech był wymuszony raczej i taki jakby z dowcipów opowiadanych przez nielubianego wujka na urodzinach babci. Owszem, całkiem mi się podobało. Ale całkiem w wypadku Mendozy to za mało. Oczekiwania mam zdecydowanie większe i poprzeczka stoi wysoko. Tymczasem „Brak wiadomości od Gurba” to najsłabsza książka Mendozy, jaką czytałam.

Nie mam jednak za złe Mendozie tej książki. Prawdziwa przyjaźń nie zerwie się pod jednym li rozczarowaniem i będę czekać na kolejne pozycje autora.

 

„Miasto cudów” – Eduardo Mendoza Wrzesień 1, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 12:22
Tags:

Zachwycona niezwykłym poczuciem humoru Mendozy w serii o detektywie lumpie oraz apokryficznej i prześmiewczej „Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa”, kupiłam „Miasto cudów” w ciemno, nie zastanawiając się. Dobrze, że nie rzuciłam się od razu na książkę i przed lekturą zostałam ostrzeżona, że typowego humoru Mendozy tu jak na lekarstwo (Chiaro, dzięki!), bo inaczej srodze bym się zawiodła. „Miasto cudów” to Eduardo Mendoza w wydaniu poważnym.

Do Barcelony z przełomu XIX i XX wieku przybywa z prowincji Onufry Bouvila. Zaczyna pracę przy rozdawaniu anarchistycznych ulotek na budowie Wystawy Światowej, by po kilku tygodniach przekonać się, że dużo więcej może zarobić sprzedając trefne towary. Krok za krokiem, dzięki sprytowi i bezwzględności, Bouvila realizuje mit kapitalizmu i staje się milionerem i jedną z najważniejszych osób w Barcelonie.

Jego losy nierozerwalnie splecone są z losami i historią samej Barcelony, a „Miasto cudów” to swoisty hołd złożony temu miastu. Mendoza opisuje je bez zbędnego sentymentalizmu, ale z pewną dozą czułości. Poznajemy Barcelonę inną  niż znaną z turystycznych wypadów – brzydką, cuchnącą, rozrastającą się bez żadnego planu. Śledzimy dzieje miasta i zmiany, jakich dokonywano w nim w ciągu kilkudziesięciu lat i są to wiadomości fascynujące. Aż żal, że nie czytałam „Miasta cudów” w stolicy Katalonii.

Książkę polecić można przede wszystkim osobom, które były, są lub planują odwiedzić Barcelonę, a także fanom Mendozy, którzy przygotowani są na powieść, której nie będą towarzyszyć salwy niepohamowanego śmiechu. Przeczytałam z przyjemnością, ale bez fajerwerków, ale to tylko ze względu na brak znajomości topografii opisywanego miasta.

 

„Sekret hiszpańskiej pensjonarki” – Eduardo Mendoza Lipiec 11, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 18:03
Tags:

Czasami przewidywalność jest dobra. Czego można się spodziewać po książkach Mendozy? Doskonałego humoru, absurdalnych sytuacji, karkołomnego śledztwa detektywa ze szpitala dla obłąkanych, soczystego języka i świetnego tłumaczenia w wykonaniu Marzeny Chrobak. „Sekret hiszpańskiej pensjonarki” spełnia wszystkie te oczekiwania, choć pozostawia pewien niedosyt w  kwestii długości opowiadanej historii. Zaledwie 154 strony to zdecydowanie za mało!

Wytrawny detektyw, amator pepsi coli, tym razem podejmuje się wyjaśnienia tajemniczego zniknięcia uczennicy szkoły z internatem prowadzonej przez zakonnice. Podobne wydarzenie miało już miejsce w przeszłości i bohater nie spocznie, póki nie rozwikła zagadki. Nawet wbrew postanowieniom komisarza Floresa.

„-Posłuchaj, synu – odrzekł wówczas komisarz, ze słodyczą, która wprawiła mnie w największą konsternację, ponieważ nigdy nie używał w stosunku do mnie słowa ‚synu’, nie poprzedzając go przedrostkiem ‚skurwy’, a niekiedy też przydawką ‚cholerny’ – najlepiej będzie jeśli wstrzymamy bieg tej sprawy”. *

Towarzyszą mu przezabawne perypetie i, jakżeby inaczej, piękna kobieta.

Zabawa przednia, lektura świetna. Z lekkim przymrużeniem oka poznajemy machlojki barcelońskich dygnitarzy i rządzącą wszystkim korupcję. Bo czasami jedynym lekarstwem na bolączki współczesnego świata jest śmiech. Mnie taka terapia jak najbardziej odpowiada. Żeby jednak nie przesadzić, na jakiś czas odpuszczę sobie kolejną dawkę mendozowego lekarstwa.

—–

*  Eduardo Mendoza, „Sekret hiszpańskiej pensjonarki”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 46.

 

„Oliwkowy labirynt” – Eduardo Mendoza Czerwiec 26, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 13:11
Tags: , ,

Co czytać, kiedy za oknem 30 stopni, asfalt na ulicach topi się od gorąca, a słońce praży niemiłosiernie? Opisy mroźnych krain skutych lodem? Instrukcję obsługi maszynki do robienia lodu? Czy w ogóle czytać, czy może wejść do lodówki?

Wcale bym się nie zdziwiła, gdybym w owej lodówce spotkała głównego bohatera „Oliwkowego labiryntu”, ekscentrycznego detektywa, stałego bywalca zakładu dla psychicznie chorych, eufemistycznie określanego w książce jako sanatorium. Pomysł ze schowaniem się w lodówce jest na tyle absurdalny, że pewnie wpadłby do głowy tej postaci. W „Oliwkowym labiryncie” lodówki jednak nie ma. Jest za to tajemnicza walizka, którą to niewydarzony detektyw musi dostarczyć w pewne miejsce. Sytuacja jednak gmatwa się niesamowicie i komplikuje, aby już po chwili nie było wiadomo kto, co, z kim i dlaczego. Wyjście z owego labiryntu grozi nagłymi wybuchami śmiechu w najmniej oczekiwanych momentach.

I za to właśnie kocham Mendozę. Humor w jego powieściach odpowiada mi absolutnie, całkowicie i w stu procentach.

„- Nie muszę ci chyba mówić, że jesteś aresztowany jak dwa dodać dwa równa się cztery. Zgodnie z obowiązującymi przepisami powinienem przeczytać ci jakieś tam prawa, ale ponieważ zostawiłem w domu kodeks i notatki, będziesz musiał zadowolić się moją dobrą wolą i garścią pereł ze skarbnicy wiedzy ludowej.

Co rzekłszy, zaczął recytować, że jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, że komu Pan Bóg daje, temu święty Piotr błogosławi i tak dalej […]” *

Mendoza zawsze już będzie kojarzył mi się z latem jako idealny autor na leniwe wakacyjne godziny. Charakterystyczny, kwiecisty i zdecydowanie rubaszny styl pisarza dodaje smaczku całej lekturze czyniąc ją niesamowitą ucztą, w czym ogromna zasługa świetnego tłumaczenia Marzeny Chrobak. Może humor Mendozy jest nie dla każdego i co delikatniejszy czytelnik może poczuć się zniesmaczony niektórymi żartami, ale jak tu się nie śmiać czytając takiego oto kwiatka:

„-Kim pan jest? […] I czego pan chce?

-To, czego chcę – odrzekł głos – ma pan między nogami. Mógłbym powiedzieć po prostu ‚walizki,’ lecz z pełną świadomością użyłem tego dwuznacznego określenia, by wtrącić nutkę swobody do naszej rozmowy”. **

Polecam, polecam po stokroć i po tysiąckroć.


Jeszcze dwa cytaty, arbitralnie wybrane jako jedne z najzabawniejszych:

„Wytrwałość, z jaką w czasach, gdy cieszyłem się wolnością, zaglądałem na Ramble oraz sąsiednie arterie, pozwoliła mi zrozumieć, że intruzi mówią po angielsku, wobec czego spróbowałem przypomnieć sobie pośpiesznie to, co z owego języka, zawsze dążąc do poszerzenia mych horyzontów, zdołałem się nauczyć całe lata temu, i na myśl przyszło mi kilka słów, których znaczenia, nawet jeśli kiedykolwiek je znałem, nie pamiętałem od dawna i których sekwencji syntaktycznej, na domiar złego, nie byłem zbyt pewny, lecz które wymówiłem, próbując nadać memu głosowi jak najserdeczniejsze brzmienie:

-Fuck, shit, ass, snot, and milk twice.” ***

Najchętniej przytoczyłabym cały rozdział opisujący spotkanie z ministrem w hotelowym pokoju, ale ograniczę się tylko do fragmentu.

„Pan minister podwinął rękawy koszuli i zobaczyłem, że na przedramieniu ma wytatuowane serce przebite strzałą i okolone lapidarnym napisem: WSZYSTKIE KURWY […]

-Jeszcze widzę w oddali światełko nadziei. – [Minister] Sięgnął za pazuchę i wydobył flanelowy szkaplerz, który ucałował z przykładnym namaszczeniem. – Ona nas nie opuści w potrzebie. Co panowie na to, byśmy zrobili przerwę na kielicha? […] Nie mam pojęcia, gdzie są kieliszki. Ale wszystkiemu da się zaradzić przy dobrej woli i krzcie pomysłowości. Przyniosę z łazienki szklankę, którą panowie będą mogli się podzielić, a sam będę pił z butelki.

[…] komisarz Flores zaczął odkręcać drucik. Po krótkiej chwili korek wystrzelił i uderzył w sufit, a z butelki wydostała się żółtawa piana, która spłynęła na dywan.

-W jaaaaajo! – wykrzyknął rozradowany pan minister, […] który złożył usta w dzióbek, przystawił je do szyjki, wchłonął pół litra, mlasnął i ryknął:

-O kurde, jak w woju! Super, nie? Brakuje nam tylko trzech pieprznych dziewuszek.” ****

—–

* Eduardo Mendoza, „Oliwkowy labirynt”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 219.

** Tamże, s. 160.

*** Tamże, s. 208.

**** Tamże, s. 15-16.

https://czytatnik.files.wordpress.com/2010/06/oliwkowy_labirynt_swiat_3329841.jpgCo czytać, kiedy za oknem 30 stopni, asfalt na ulicach topi się od gorąca, a słońce praży niemiłosiernie? Opisy mroźnych krain skutych lodem? Instrukcję obsługi maszynki do robienia lodu? Czy w ogóle czytać, czy może wejść do lodówki?

Wcale bym się nie zdziwiła, gdybym w owej lodówce spotkała głównego bohatera „Oliwkowego labiryntu”, ekscentrycznego detektywa, stałego bywalca zakładu dla psychicznie chorych, eufemistycznie określanego w książce jako sanatorium. Pomysł ze schowaniem się w lodówce jest na tyle absurdalny, że pewnie wpadłby do głowy tej postaci. W „Oliwkowym labiryncie” lodówki jednak nie ma. Jest za to tajemnicza walizka, którą to niewydarzony detektyw musi dostarczyć w pewne miejsce. Sytuacja jednak gmatwa się niesamowicie i komplikuje, aby już po chwili nie było wiadomo kto, co, z kim i dlaczego. Wyjście z owego labiryntu grozi nagłymi wybuchami śmiechu w najmniej oczekiwanych momentach.

I za to właśnie kocham Mendozę. Humor w jego powieściach odpowiada mi absolutnie, całkowicie i w stu procentach.

„- Nie muszę ci chyba mówić, że jesteś aresztowany jak dwa dodać dwa równa się cztery. Zgodnie z obowiązującymi przepisami powinienem przeczytać ci jakieś tam prawa, ale ponieważ zostawiłem w domu kodeks i notatki, będziesz musiał zadowolić się moją dobrą wolą i garścią pereł ze skarbnicy wiedzy ludowej.

Co rzekłszy, zaczął recytować, że jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, że komu Pan Bóg daje, temu święty Piotr błogosławi i tak dalej […]” *

Mendoza zawsze już będzie kojarzył mi się z latem jako idealny autor na leniwe wakacyjne godziny. Charakterystyczny, kwiecisty i zdecydowanie rubaszny styl pisarza dodaje smaczku całej lekturze czyniąc ją niesamowitą ucztą, w czym ogromna zasługa świetnego tłumaczenia Marzeny Chrobak. Może humor Mendozy jest nie dla każdego i co delikatniejszy czytelnik może poczuć się zniesmaczony niektórymi żartami, ale jak tu się nie śmiać czytając takiego oto kwiatka:

„-Kim pan jest? […] I czego pan chce?

-To, czego chcę – odrzekł głos – ma pan między nogami. Mógłbym powiedzieć po prostu ‚walizki,’ lecz z pełną świadomością użyłem tego dwuznacznego określenia, by wtrącić nutkę swobody do naszej rozmowy”. **

Polecam, polecam po stokroć i po tysiąckroć.

https://czytatnik.files.wordpress.com/2010/06/zawijas1.gifJeszcze dwa cytaty, arbitralnie wybrane jako jedne z najzabawniejszych:

„Wytrwałość, z jaką w czasach, gdy cieszyłem się wolnością, zaglądałem na Ramble oraz sąsiednie arterie, pozwoliła mi zrozumieć, że intruzi mówią po angielsku, wobec czego spróbowałem przypomnieć sobie pośpiesznie to, co z owego języka, zawsze dążąc do poszerzenia mych horyzontów, zdołałem się nauczyć całe lata temu, i na myśl przyszło mi kilka słów, których znaczenia, nawet jeśli kiedykolwiek je znałem, nie pamiętałem od dawna i których sekwencji syntaktycznej, na domiar złego, nie byłem zbyt pewny, lecz które wymówiłem, próbując nadać memu głosowi jak najserdeczniejsze brzmienie:

-Fuck, shit, ass, snot, and milk twice.” ***

Najchętniej przytoczyłabym cały rozdział opisujący spotkanie z ministrem w hotelowym pokoju, ale ograniczę się tylko do fragmentu.

„Pan minister podwinął rękawy koszuli i zobaczyłem, że na przedramieniu ma wytatuowane serce przebite strzałą i okolone lapidarnym napisem: WSZYSTKIE KURWY […]

-Jeszcze widzę w oddali światełko nadziei. – [Minister] Sięgnął za pazuchę i wydobył flanelowy szkaplerz, który ucałował z przykładnym namaszczeniem. – Ona nas nie opuści w potrzebie. Co panowie na to, byśmy zrobili przerwę na kielicha? […] Nie mam pojęcia, gdzie są kieliszki. Ale wszystkiemu da się zaradzić przy dobrej woli i krzcie pomysłowości. Przyniosę z łazienki szklankę, którą panowie będą mogli się podzielić, a sam będę pił z butelki.

[…] komisarz Flores zaczął odkręcać drucik. Po krótkiej chwili korek wystrzelił i uderzył w sufit, a z butelki wydostała się żółtawa piana, która spłynęła na dywan.

-W jaaaaajo! – wykrzyknął rozradowany pan minister, […] który złożył usta w dzióbek, przystawił je do szyjki, wchłonął pół litra, mlasnął i ryknął:

-O kurde, jak w woju! Super, nie? Brakuje nam tylko trzech pieprznych dziewuszek.” ****

—–

* Eduardo Mendoza, „Oliwkowy labirynt”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 219.

** Tamże, s. 160.

*** Tamże, s. 208.

**** Tamże, s. 15-16.

 

„Przygoda fryzjera damskiego” – Eduardo Mendoza Sierpień 3, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:40
Tags: , ,

przygoda_fryzjera_damskiego300

„- I co słychać?

– Nic dobrego – odparłem. – W nocy aresztowali mnie i prawie nie zmrużyłem oka, a poprzedniej nocy też nie spałem.

– Cóż – powiedział czuły i stanowczy głos. – Mam to gdzieś. Jestem prezydentem Barcelony i prowadzę kampanię wyborczą. Wie pan: trzeba śmiać się jak kretyn z przekupkami, inaugurować rozbiórkę i udawać, że się je jakąś ohydną paellę. Dzisiaj mam w planie tę gównianą dzielnicę. Czy jesteśmy na wizji? Tak? Trzeba było mnie uprzedzić.” *

Cóż, prezydent u Mendozy jest przynajmniej szczery. Bumelant i niezbyt bystry kombinator, ale nie udaje, że zależy mu na poprawieniu stopy życiowej mieszkańców Barcelony. Podobnie jest z tytułowym fryzjerem damskim, który nieoczekiwanie staje się detektywem – sam przyznaje, że zawsze był cherlakiem, a śledztwa podejmuje się bynajmniej nie z powinności moralnej.

„Przygoda fryzjera damskiego” to z jednej strony świat mafijnych machlojek i powiązań z polityką przedstawiony w krzywym zwierciadle, z innej – groteskowy kryminał z przezabawnie przerysowanymi elementami gatunku (finałowa scena, w której wszyscy podejrzani znajdują się w jednym pomieszczeniu i następuje rozwikłanie zagadki to istny majsterszczyk), ale przede wszystkim – świetna zabawa.

Muszę przyznać, że pisarstwo Mendozy rozbraja mnie na łopatki. Podśmiechiwałam się co kilka zdań (jak tu się nie śmiać np. na widok nazwy firmy Hiszpański Szachraj?) i nie mogłam się nadziwić niesamowitemu poczuciu humoru autora. Do łez bawią absurdalne dialogi, szalone zwroty akcji i przebieranki głównego bohatera, podczas których padają takie słowa:

„Wybaczcie nieuczonej wiejskiej babie. Ja nie z kimś, ino do kogoś. Bidnemu pomieszało się w głowie, ale co ma wiedzieć, to wie. Pozwólcie zaglądnąć do niego. Niesę mu w galotach Kinderniespodziankę, ale coś mi się widzi, że się rozmygliła w ten gorąc.” **

Trzeba też zwrócić uwagę na doskonałe tłumaczenie Marzeny Chrobak (która to też tłumaczyła Fforde’a), bo gdyby nie ono, książka straciłaby wiele ze swego polotu. Kiedyś usłyszałam, że dobry przekład to taki, o którym się nie myśli, że czytając go, człowiek nie ma najmniejszego poczucia, że książka została napisana w obcym języku. Wprawdzie podczas lektury „Przygody fryzjera damskiego” myślałam o tłumaczeniu, ale tylko o tym, jak Marzenie Chrobak udało się je zrobić w tak doskonały sposób. Może nie powinnam tak wychwalać bez znajomości oryginału, ale jestem zachwycona i nic na to nie poradzę.

Na pewno nie było to moje ostatnie spotkanie z Mendozą. Jego humor doskonale mi odpowiada. Powiem nawet więcej, podczas lektury wręcz polubiłam autora i gdyby w jakimś blogowym łańcuszku pojawiło się pytanie: Z jakim pisarzem chciałabyś się napić wódki? (choć przypuszczam, że takie pytanie nigdy nie padnie), to wybór padłby właśnie na niego. Jeśli rozmyglona Kinderniespodzianka w galotach Was nie zniesmacza, to gorąco polecam.

——–

* Eduardo Mendoza, „Przygoda fryzjera damskiego”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 213.

** Tamże, s. 158.

 

„Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa” – Eduardo Mendoza Lipiec 24, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 20:36
Tags: ,

pomponiusz

Po moim ostatnim nieudanym spotkaniu z kryminałem retro, sięgnęłam po kryminał na wesoło. Mowa o „Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa” Eduardo Mendozy.

Detektywem nie jest tutaj żaden kryształowo uczciwy i wyidealizowany funkcjonariusz, ale rzymski patrycjusz, Pomponiusz Flatus, niewydarzony filozof szukający magicznego źródła, cierpiący z racji swoich poszukiwań na problemy gastryczne, które zresztą dają o sobie znać w najmniej odpowiednich chwilach. Pomponiusz wcale nie chce być detektywem, ale z racji zawirowań życiowych znajduje się w Nazarecie, gdzie próżno szukać pomocy od kogokolwiek. Kiedy więc dwunastoletni Jezus prosi go o pomoc w rozwikłaniu zagadkowego morderstwa, o które został niesłusznie oskarżony ojciec chłopca, Józef, rzymianin właściwie nie ma wyboru.

Mendoza to pisarz o niezwykłym poczuciu humoru i choć osobiście rzadko mnie bawią gastryczne żarty, przy lekturze zaśmiewałam się co kilka stron. Autor z przymrużeniem oka podchodzi również do spraw religii – Jezus chce ożenić się z córką ladacznicy, zagadka zmartwychwstania wyjaśnia się, a mesjaszem obwołuje się co tydzień inna osoba. Jeśli dodamy do tego jeszcze jakże współczesną spekulację gruntem pod nieruchomości, to powstaje mieszanka iście wybuchowa. Jeśli ktoś obawia się o swoje uczucia religijne, to niepotrzebnie. Mendoza nikogo nie obraża, nie wyśmiewa, podchodzi do całej sprawy z przymrużeniem oka, co też powinni zrobić jego czytelnicy.

Bawiłam się przednio czytając „Niezwykłą podróż Pomponiusza Flatusa”. Jest to powieść nietuzinkowa i błyskotliwa. Po prostu świetna zabawa na jeden wieczór lub nudną podróż pociągiem i idealny prezent dla kogoś z dużym poczuciem humoru. Ostatecznym dowodem na to, że Mendozę warto przeczytać, niech będzie fakt, że niemal od razu po skończeniu z Pomponiuszem, kupiłam „Przygodę fryzjera damskiego”, o której już niebawem.

P.S. Jeszcze raz pragnę podziękować osobie, dzięki której odkryłam tego pisarza, czyli wielce szanownej pani Zosik 🙂