Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Broniłam ofiar. Pamiętnik z Iranu” – Shirin Ebadi Październik 6, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:05
Tags: , , ,

Akurat, kiedy byłam świeżo po lekturze „Broniłam ofiar”, w radio usłyszałam wiadomość o irańskich delegatach, którzy wybrali się do Nowego Jorku, jeśli mnie pamięć nie myli, na radę ONZ. I o zgrozo, poszli na zakupy! Można by pomyśleć, że przez oszalałych żądzą kupowania Irańczyków sklepy wręcz opustoszały. Prezenter radiowy na koniec kwaśno skomentował, że Irańczycy, którzy z założenia (!) powinni gardzić Ameryką, jakoś nie gardzą zaopatrzeniem amerykańskich sklepów. Rzeczywiście, skandal wszechczasów. Ledwo wierzyłam własnym uszom, że słyszę takie bzdury i umacnianie stereotypów w ogólnopolskiej rozgłośni (i niestety jedynej, jaką odbiera mój nadajnik).

Przeczytanie książki laureatki pokojowej Nagrody Nobla być może ustrzegłoby  prowadzącego audycję przed bezsensownym uogólnianiem. Shirin Ebadi pisze jasno i logicznie, jej wspomneinia mają przede wszystkim wartość poznawczą, niekoniecznie literacką. Nie jest to jednak zarzut. Ebadi odebrała wykształcenie prawnicze, przed wybuchem rewolucji islamskiej była sędzią, a kiedy zabroniono jej wykonywania tego zawodu, otworzyła własną praktykę adwokacką, więc uporządkowana logika opowiadania jest w pełni zrozumiała.

Ebadi pisze o swojej młodości, studiach, o wielkiej radości, która towarzyszyła odejściu od władzy marionetkowego szacha i nadziei, jaką wzbudziła rewolucja. Pełne optymizmu podniecenie, którego pełno było na ulicach, wkrótce zmieniło się  w strach i życie pełne represji. W trudnej sytuacji znaleźli się nie tylko intelektualiści, ale przede wszystkim kobiety. Ebadi nie może zrozumieć, jak można było wprowadzić do XX-wiecznego Iranu prawa rodem z VII wieku. Kiedy próbuje polemizować z duchownymi, przytaczając słowa ksiąg, z których ci się uczyli, nie zyskuje sobie popularności. Ebadi jest jednak wielką patriotką i nie chce wyjechać z Iranu, choć wyjeżdża wiele jej znajomych. Czuje się odpowiedzialna za dalsze losy kraju, zastanawia się, co się z nim stanie, jeśli wszyscy wyjadą. Ta godna podziwu postawa i bronienie pozornie beznadziejnych spraw, za które nie zabrałby się nikt inny przyniosły Ebadi sławę, a w 2003 roku pokojową Nagrodę Nobla.  Ebadi w ramach swojej działalności nie tyle próbuje znieść surowe prawo szariatu, ale dowieść, że w ramach islamu możliwa jest inna interpretacja słów Koranu, umożliwiająca życie zgodne i z zasadami religijnymi, i z prawami człowieka.

Na koniec kilka słów odnośnie polskiego tłumaczenia tytułu: „Iran Awakening. A Memoir of Revolution and Hope” . Gdybym nie wiedziała, kim jest autora, zdecydowanie nie sięgnęłabym po książkę o takim tytule. Kojarzy mi się z gonieniem za tanią sensacją. Przynajmniej okładka nie przedstawia tajemniczej piękności o mocno umalowanych oczach w hidżabie.

 

„The Age of Orphans” – Laleh Khadivi Kwiecień 8, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 09:57
Tags: ,

Każdy z nas pewnie pamięta szkolne lata i lekcje historii – daty kolejnych zaborów, granice zmieniające się tak, aby wchłonąć polskie tereny. Pamiętam nauczycielkę przejmującym głosem opowiadającą o próbach germanizacji i rusyfikacji Polaków, o zakazie używania języka polskiego. Pamiętam też, że te opowieści jakoś nie robiły na mnie większego wrażenia, nie przynosiły większych emocji. Nie wiem dlaczego. Po lekturze „The Age of Orphans” zastanawiam się, czy Kurdowie kiedykolwiek będą mogli powiedzieć na lekcjach swojej historii, że ich państwo nie istniało na mapie świata, że w części tureckiej Kurdystanu przez pewien czas zabroniono używać kurdyjskiego… I czy uczniowie słysząc o tych wszystkich wydarzeniach, będą przeżywali je na swój sposób, czy podchodzili do nich z dystansem i lekkim wzruszeniem ramion.

„The Age of Orphans” to debiutancka powieść urodzonej w Iranie Laleh Khadivi, która po wybuchu Islamskiej Rewolucji wyjechała z rodziną, aby osiedlić się w Stanach Zjednoczonych. Podczas lektury cały czas się zastanawiałam, czy autorka nie ma kurdyjskich korzeni, bo pisała z tak wielką subtelnością i delikatnością, że wydawało mi się, że osoba spoza tej kultury nie byłaby w stanie oddać całej palety emocji, jak to udało się Khadivi. Dowiedziałam się jednak, że pisarka poświęciła długie godziny w bibliotece badając kulturę i historię Kurdów.

Mówiąc najprościej „The Age of Orphans” to historia kurdyjskiego chłopca, który po przegranej walce z armią szacha, zostaje do niej wcielony, gdzie dostaje nowe imię i nową, budowaną na siłę  tożsamość. Chłopiec od najmłodszych lat jest uczony, że jego największym grzechem i przewinieniem jest jego pochodzenie. Dzięki własnemu okrucieństwu, którym tak naprawdę próbuje wybić Kurda z siebie, szybko awansuje i zostaje wysłany do Kermanshah, gdzie się urodził i spędził dzieciństwo, a gdzie teraz ma działać przeciwko własnym ludziom. Te kilka zdań o fabule jednak w żaden sposób nie oddają piękna powieści. Khadivi oddaje głos nie tylko głównemu bohaterowi, ale też ptakom, portrecie króla czy synowi piekarza. Powstaje wielogłosowa, liryczna opowieść, wzruszająca, a miejscami też okrutna.

Dla mnie to do tej pory najlepsza przeczytana książka w tym roku, którą dostałam od Chihiro, za co serdecznie dziękuję. Trafiłaś idealnie!

Rozmowa Rezy (imię nadane mu na cześć szacha przez wojskowego lekarza po wcieleniu do perskiej armii) z przełożonym:

„- Ile masz lat?

– Dziewiętnaście. Tak mi powiedziano.

– Widzę, że stacjonowałeś w koszarach w Nevabad odkąd skończyłeś 7 lat.

– Tak, Agha.*

– Gdzie się urodziłeś?

– W Zargos, Agha, niedaleko Kermanshah. Tak myślę.

[…]

– Czy jesteś świadomy, że twoja własna krew jest odpowiedzialna za twoje słabości?

– Tak, Agha.

– Czy odczuwasz skruchę?” **

* Agha – termin używany w stosunku do męskiego przełożonego, „yes, Agha” to coś na kształt angielskiego „yes, sir” – przyp. i tłum L.

** Khadivi, Laleh. The Age of Orphans. Bloomsbury. London: 2010. S. 158-9.

 

Empatia w dawnym i nie tak dawnym Iranie Marzec 3, 2012

Za pomocą dwóch książek odwiedziłam Iran. Persję siedemnastowieczną z pełnym przepychu Isfahanem i Iran bardziej współczesny, gdzie po Rewolucji Islamskiej kobiety potajemnie czytały zakazane dzieła zepsutej zachodniej literatury w Teheranie.

Nie jestem wielką fanką książek historycznych, ale „Krew kwiatów” zainteresowała mnie już dawno. Piękna okładka polskiego wydania, kobieta walcząca o godność, baśniowość, zmysłowość – wszystko to brzmiało bardzo obiecująco. Liczyłam na powieść w stylu Giny B. Nahai, którą czytałam 6-7 lat temu (swoją drogą ciekawe, czy teraz lektura jej powieści też by zrobiła na mnie takie wrażenie).

Baśniowość kończyła się na wplecionych w narrację perskich bajkach, bo w codziennym życiu głównej bohaterki, której imienia, co znamiennie, nie poznajemy przez całą powieść – na próżno byłoby jej szukać. Dziewczyna spędza dzieciństwo w irańskiej wiosce przy boku kochających rodziców. Niestety, ojciec umiera, dziewczyna nie ma szans na zamążpójście bez posagu, a 2 samotne kobiety nie mają szans na przeżycie, więc wybierają się do rodziny po pomoc. W bogatym domu spełniają funkcję popychadeł i służących. Dziewczyna ma jednak rzadki dar do projektowania i tkania dywanów. Jej wuj wielokrotnie żałuje, że nie jest chłopcem, bo wtedy mógłby nauczyć ją fachu i przekazać warsztat, w którym powstają dywany dla samego szacha.

Zdecydowanie do gustu przypadła mi główna bohaterka, która próbuje walczyć o własne miejsce w świecie zdominowanym przez mężczyzn, gdzie kobieta bez ojca, męża lub brata jest po prostu nikim. Gorący temperament i ambicja nie zawsze pomagają jej w podejmowaniu dobrych decyzji, ale determinacja i chęć zmiany swojego życia sprawia, że dziewczyna uczy się na błędach.

Anita Amirrezvani oddała głos perskiej kobiecie z siedemnastego wieku wypełniając tym samym lukę, w której kobiety prawa głosu nie miały. Imię bohaterki pozostaje nieznane – jej los to los setek tysięcy innych kobiet tamtych czasów – całkowicie zależnych od mężczyzn i bez szans na spełnienie własnych planów i ambicji i traktowanych często jako towar, który może przynieść zysk rodzinie. Amirrezvani przywołuje do życia silną osobowość, która walczy z zastanym porządkiem i choćby dlatego „Krwi kwiatów” należy się uwaga.

Po historycznej wycieczce, na której bohaterowie tkali dywany, nadszedł czas na bardziej współczesną lekturę, gdzie z postrzępionych kawałków nowej postrewolucyjnej rzeczywistości bohaterka (tak, znowu jest to kobiety) próbuje na nowo utkać swoje życie.

„Czytając Lolitę w Teheranie” to wspomnienia wykładającej literaturę angielską na uniwersytecie Azar Nafisi. Wspomnienia przeplatane są  ze swobodnymi refleksjami na temat książek omawianych na cotygodniowych potajemnych spotkaniach z wybrana grupą studentek. Czytało się to wyśmienicie!

Nafisi opisuje Iran przedrewolucyjny, w którym kobiety miały praktycznie takie same prawa i możliwości, jak w krajach zachodnich oraz rozczarowanie rewolucją, która zamiast przynieść więcej wolności, sprawiła, że kraj cofnął się do zwyczajów obowiązujących 3 pokolenia wstecz. „Wiek uprawniający do ślubu został obniżony do 9 lat – 8,5 lat księżycowych, jak nam powiedziano; cudzołóstwo i prostytucja miały teraz być karane ukamieniowaniem; wartość kobiety, zgodnie z prawem, była równa połowie wartości mężczyzny […] W latach młodzieńczych widziałam, jak dwie kobiety zostały członkami rady ministrów. Po rewolucji, te same kobiety skazano na śmierć za grzech wojowania z Bogiem i szerzenia prostytucji.”* W życiu codziennym surowe prawa stawały się przyczyną upokorzeń – przed wejściem do budynku uniwersytetu sprawdzono nie tylko jakiekolwiek ślady makijażu na twarzy, ale też na przykład kolor skarpetek…

W książce Nafisi ogromną rolę spełnia literatura. Dzieła z zachodniego kanonu stopniowo stają się niepożądanymi na uniwersytecie, a księgarnie z książkami po angielsku znikają z mapy Teheranu. Tym samym czytanie Nabokova, Jamesa czy Austen i ciągnące się potem dyskusje pozwalają się oderwać od islamskiej rzeczywistości, odetchnąć innym powietrzem, poczuć namiastkę wolności. W czasie bombardowania miasta książki stają się dla Nafisi azylem, autorka nie poddaje się panice czy strachowi, a całkowicie zatapia się w lekturze.

Dla Nafisi empatia jest najważniejszą rolą powieści. Jej zdaniem sensem czytania jest nie czytanie o znanych nam rzeczach, które sprawiają, że czujemy się dobrze i bezpiecznie, a poznawanie nowych miejsc, ludzi i rzeczy, których nie znamy. Czytamy z ciekawości i jak tylko zagłębimy się w nowy, nieznany świat powieści, zaczynamy odczuwać empatię. Całkowicie zgadzam się z funkcją poznawczą literatury, która pozwala wyjść nam z wygodnych czterech ścian i poznać inne światy, inne tradycje i kultury. Nie do końca jestem przekonana, czy empatia jest tak bardzo istotna w każdej powieści, ale zarówno w przypadku Amirrezvani i Nafisi spełniała ona dużą rolę. Czytając o losach ambitnej dziewczyny z siedemnastego wieku czy grupie kobiet z dwudziestowiecznego Teheranu nie sposób było nie odczuwać ich frustracji, rozczarowań i małych radości, kiedy w jakikolwiek sposób udało im się buntować przeciwko istniejącej rzeczywistości pełnej restrykcyjnych zasad.

—–

* Azar Nafisi, Reading Lolita in Tehran. Harper Perennial. London: 2008, s. 261. Tłum: L.

 

„Zupa z granatów” – Marsha Mehran Marzec 26, 2011

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 18:19
Tags:

„Co ona sobie wyobraża? Że kim niby jest? Słyszałam, że są Hinduskami albo Pakistankami, albo kimś w tym stylu”.* Nie wiem, jak takie określenia odbiera osoba pochodząca z Iranu, ale przypuszczam, że to podobna sytuacja jakby określić Polkę Rosjanką, Ukrainką albo kimś w tym stylu. Przybycie trzech pięknych irańskich sióstr do małego irlandzkiego miasteczka wzbudza niemałe zamieszanie. Mieszkańcy nie są specjalnie przyjaźnie nastawieni, mimo, że nie mają ku temu powodów. Siostry Aminpour jednak dzielnie sobie radzą i otwierając Babylon Cafe powoli zjednują sobie sprzymierzeńców i starają się zadomowić w Ballinacroagh.

„Zupa z granatów” to bardzo przyjemne, pełne uroku czytadło. To, jak mieszkańcy stopniowo wyzbywają się swoich uprzedzeń przestając myśleć o osobach o nieco ciemniejszej skórze jako terrorystach w pewien sposób podnosi na duchu i pozwala naiwnie uwierzyć w dobro drzemiące w ludziach. Mehran w zabawny i nieco groteskowy sposób opisuje mieszkańców sennego irlandzkiego miasteczka – jednoznacznie złych lub jednoznacznie dobrych. Taki czarno-biały podział jednak nie przeszkadza, nie spłyca powieści, która przecież nie pretenduje do miana wielkiej literatury. To raczej swego rodzaju baśń, oczywiście z morałem.

Z zainteresowaniem śledziłam retrospekcje sióstr z Iranu w czasie rewolucji islamskiej w 1979. Te wspomnienia to jednak tylko wątek poboczny, w „Zupie z granatów” na próżno szukać  głębokich analiz psychologicznych czy szeroko zakreślonego tła społecznego Iranu czy Irlandii. Pewne problemy są tylko zasygnalizowane. Nie jest to jednak zarzut, bo absolutnie się tego nie spodziewałam po tej powieści. „Zupa z granatów” niesie za to uniwersalne i może nieco wyświechtane już przesłanie, że mimo traumatycznych przeżyć i całej masy problemów, można ułożyć życie na nowo będąc sobą i niosąc ludziom dobro zamiast trującego jadu i rozgoryczenia. Jeśli dodać jeszcze szalenie sugestywne opisy smaków i zapachów perskiej kuchni, powstaje przyjemna i urocza lektura.

—–

* Marsha Mehran, Pomegranate Soup. London: Arrow Books, 2006. s.116. Tłum. L.