Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

Nie tylko o miłości Wrzesień 10, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:07
Tags:

Nie jestem wielbicielką historii miłosnych, za wyjątkiem klasyki angielskiej, nigdy nie śledziłam miłosnych uniesień bohaterów. A jednak ostatnio sięgnęłam po dwie opowieści o miłości, zupełnie inne od tych, do których jestem przyzwyczajona jako czytelnik.

Pierwsza z nich to „Tłumaczka” sudańskiej pisarki Leili Abouleli. Tytułowa tłumaczka to Sammar, młoda wdowa, której mąż zginął w nieszczęśliwym wypadku w Aberdeen, pracuje na uniwersytecie przekładając na angielski arabskie teksty dla szkockiego wykładowcy. Nawiązuje się miedzy nimi nić porozumienia, ale Leila jest głęboko wierzącą muzułmanką, a zainteresowanie Rae islamem jest czysto akademickie. Czy da się pogodzić tak duże różnice światopoglądowe?

Ta kameralna powieść zdumiewa subtelnością. Życie Sammar, pozbawione ciepła i kolorów z rodzinnego Sudanu, stopniowo się odmienia i Aboulela pokazuje zmiany delikatnie i dość wiarygodnie. „Tłumaczka” to nie żaden tani romans, ani pełna anegdot opowieść o przełamywaniu różnic kulturowych i zabawnych gafach popełnianych przez bohaterów. Miłość jest obecna, ale pisarce również udało się przedstawić tęsknotę za ojczyzną i poczucie niejakiej nieprzystawalności do europejskich warunków. Zakończenie przynosi małe rozczarowanie, ale warto przymknąć na nie oko w obliczu pięknej prozy Abouleli.

Jeśli emocje w „Tłumaczce” są raczej trzymane na wodzy, tak w „Miłości i jej następstwach” główny bohater, uchodźca z ogarniętej wojną Erytrei mieszkający w Arabii Saudyjskiej, przeżywa ich całą paletę – od euforii, poprzez radosne oczekiwanie do apatycznych chwil zwątpienia.

Mogłoby się wydawać, że miłość nie jest możliwa w kraju, w którym kobiety chodzą szczelnie przykryte pod burką i nie odzywają się do mężczyzn spoza swojej rodziny, a obiad dla męskich gości zostawiają w korytarzu, aby nie uniknąć spotkania z płcią przeciwną. A jednak życie Nasera odmienia się, kiedy tajemnicza dziewczyna rzuca mu pod stopy zwinięty w kulkę miłosny list. To uczucie, oparte przez długi czas jedynie na słowach dodaje kochankom odwagi i sił na przezwyciężenie wszelkich przeciwności…

Podobnie jak Aboulela, tak i Addonia pisze o poczuciu wykluczenia, jakie odczuwa główny bohater. Naser jest muzułmaninem, ale zupełnie obce są mu surowe praktyki panujące w Dżiddzie i jedyna słuszna interpretacja Koranu dokonana przez imama. „Miłość i jej następstwa” to także świetny portret państwa, w którym niemal każde działanie obywateli jest kontrolowana przez policję religijną. Miłość w wydaniu Abouleli i Addonii nie ma nic wspólnego z chick-lit, a oprócz romansu, w książkach poruszane są jeszcze inne tematy, co chyba najbardziej podobało mi się podczas lektury.

 

Empatia w dawnym i nie tak dawnym Iranie Marzec 3, 2012

Za pomocą dwóch książek odwiedziłam Iran. Persję siedemnastowieczną z pełnym przepychu Isfahanem i Iran bardziej współczesny, gdzie po Rewolucji Islamskiej kobiety potajemnie czytały zakazane dzieła zepsutej zachodniej literatury w Teheranie.

Nie jestem wielką fanką książek historycznych, ale „Krew kwiatów” zainteresowała mnie już dawno. Piękna okładka polskiego wydania, kobieta walcząca o godność, baśniowość, zmysłowość – wszystko to brzmiało bardzo obiecująco. Liczyłam na powieść w stylu Giny B. Nahai, którą czytałam 6-7 lat temu (swoją drogą ciekawe, czy teraz lektura jej powieści też by zrobiła na mnie takie wrażenie).

Baśniowość kończyła się na wplecionych w narrację perskich bajkach, bo w codziennym życiu głównej bohaterki, której imienia, co znamiennie, nie poznajemy przez całą powieść – na próżno byłoby jej szukać. Dziewczyna spędza dzieciństwo w irańskiej wiosce przy boku kochających rodziców. Niestety, ojciec umiera, dziewczyna nie ma szans na zamążpójście bez posagu, a 2 samotne kobiety nie mają szans na przeżycie, więc wybierają się do rodziny po pomoc. W bogatym domu spełniają funkcję popychadeł i służących. Dziewczyna ma jednak rzadki dar do projektowania i tkania dywanów. Jej wuj wielokrotnie żałuje, że nie jest chłopcem, bo wtedy mógłby nauczyć ją fachu i przekazać warsztat, w którym powstają dywany dla samego szacha.

Zdecydowanie do gustu przypadła mi główna bohaterka, która próbuje walczyć o własne miejsce w świecie zdominowanym przez mężczyzn, gdzie kobieta bez ojca, męża lub brata jest po prostu nikim. Gorący temperament i ambicja nie zawsze pomagają jej w podejmowaniu dobrych decyzji, ale determinacja i chęć zmiany swojego życia sprawia, że dziewczyna uczy się na błędach.

Anita Amirrezvani oddała głos perskiej kobiecie z siedemnastego wieku wypełniając tym samym lukę, w której kobiety prawa głosu nie miały. Imię bohaterki pozostaje nieznane – jej los to los setek tysięcy innych kobiet tamtych czasów – całkowicie zależnych od mężczyzn i bez szans na spełnienie własnych planów i ambicji i traktowanych często jako towar, który może przynieść zysk rodzinie. Amirrezvani przywołuje do życia silną osobowość, która walczy z zastanym porządkiem i choćby dlatego „Krwi kwiatów” należy się uwaga.

Po historycznej wycieczce, na której bohaterowie tkali dywany, nadszedł czas na bardziej współczesną lekturę, gdzie z postrzępionych kawałków nowej postrewolucyjnej rzeczywistości bohaterka (tak, znowu jest to kobiety) próbuje na nowo utkać swoje życie.

„Czytając Lolitę w Teheranie” to wspomnienia wykładającej literaturę angielską na uniwersytecie Azar Nafisi. Wspomnienia przeplatane są  ze swobodnymi refleksjami na temat książek omawianych na cotygodniowych potajemnych spotkaniach z wybrana grupą studentek. Czytało się to wyśmienicie!

Nafisi opisuje Iran przedrewolucyjny, w którym kobiety miały praktycznie takie same prawa i możliwości, jak w krajach zachodnich oraz rozczarowanie rewolucją, która zamiast przynieść więcej wolności, sprawiła, że kraj cofnął się do zwyczajów obowiązujących 3 pokolenia wstecz. „Wiek uprawniający do ślubu został obniżony do 9 lat – 8,5 lat księżycowych, jak nam powiedziano; cudzołóstwo i prostytucja miały teraz być karane ukamieniowaniem; wartość kobiety, zgodnie z prawem, była równa połowie wartości mężczyzny […] W latach młodzieńczych widziałam, jak dwie kobiety zostały członkami rady ministrów. Po rewolucji, te same kobiety skazano na śmierć za grzech wojowania z Bogiem i szerzenia prostytucji.”* W życiu codziennym surowe prawa stawały się przyczyną upokorzeń – przed wejściem do budynku uniwersytetu sprawdzono nie tylko jakiekolwiek ślady makijażu na twarzy, ale też na przykład kolor skarpetek…

W książce Nafisi ogromną rolę spełnia literatura. Dzieła z zachodniego kanonu stopniowo stają się niepożądanymi na uniwersytecie, a księgarnie z książkami po angielsku znikają z mapy Teheranu. Tym samym czytanie Nabokova, Jamesa czy Austen i ciągnące się potem dyskusje pozwalają się oderwać od islamskiej rzeczywistości, odetchnąć innym powietrzem, poczuć namiastkę wolności. W czasie bombardowania miasta książki stają się dla Nafisi azylem, autorka nie poddaje się panice czy strachowi, a całkowicie zatapia się w lekturze.

Dla Nafisi empatia jest najważniejszą rolą powieści. Jej zdaniem sensem czytania jest nie czytanie o znanych nam rzeczach, które sprawiają, że czujemy się dobrze i bezpiecznie, a poznawanie nowych miejsc, ludzi i rzeczy, których nie znamy. Czytamy z ciekawości i jak tylko zagłębimy się w nowy, nieznany świat powieści, zaczynamy odczuwać empatię. Całkowicie zgadzam się z funkcją poznawczą literatury, która pozwala wyjść nam z wygodnych czterech ścian i poznać inne światy, inne tradycje i kultury. Nie do końca jestem przekonana, czy empatia jest tak bardzo istotna w każdej powieści, ale zarówno w przypadku Amirrezvani i Nafisi spełniała ona dużą rolę. Czytając o losach ambitnej dziewczyny z siedemnastego wieku czy grupie kobiet z dwudziestowiecznego Teheranu nie sposób było nie odczuwać ich frustracji, rozczarowań i małych radości, kiedy w jakikolwiek sposób udało im się buntować przeciwko istniejącej rzeczywistości pełnej restrykcyjnych zasad.

—–

* Azar Nafisi, Reading Lolita in Tehran. Harper Perennial. London: 2008, s. 261. Tłum: L.

 

Afganistan x 3 Luty 6, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 22:22
Tags: , , ,

Afganistan ma w sobie jakąś magię, która mnie przyciąga. Książki o tym kraju zawsze mnie interesują, jestem ciekawa czegoś więcej niż strzępów informacji z polskich gazet o stacjonujących tam wojskach. Indyjska prasa pisze o Afganistanie częściej i również w innych kontekstach, np. w dzienniku „The Hindu” jakiś czas temu pojawiła się informacja o koncercie Farhada Darya, który miał miejsce w sekretnym miejscu ze względu na możliwe ataki talibów (którzy za swoich rządów zakazali muzyki) i na którym kobiety nie ośmieliły się tańczyć, bo to wciąż jeszcze tabu. To drugie, bardziej ludzkie, zwykłe oblicze Afganistanu mnie interesuje. Ostatnio przeczytałam 3 książki o Afganistanie, którym ukazanie ludzkiego oblicza tego kraju udało się z różnym skutkiem.

„Modlitwa o deszcz” Wojciecha Jagielskiego przemierzyła ze mną wiele kilometrów, rogi książki się pozaginały, okładka się rozdwoiła, a mimo to wiem, że ten niewielki tom z pewnością jeszcze przejedzie 6 tysięcy km z powrotem do Polski. Mój stosunek do książek w Indiach nieco się zmienił – już nie jest tak szaleńczo zaborczy, nie mam problemów z rozstaniem się z przeciętną powieścią, ale „Modlitwa…” to jedna z tych książek, które chce się mieć na półkach.

Wojciech Jagielski odwiedził Afganistan 11 razy w latach 1992-2001. Jego relacje pokazują walkę Afgańczyków z Rosjanami, dokumentują dojście do władzy talibów, opisują walki między różnymi frakcjami i wojny domowe. „Modlitwa…” to kawałek historii Afganistanu, ale nie obrazy wojny i zniszczonych miast stanowią o jej wartości. Jagielskiemu bowiem udało się przeniknąć do afgańskiej duszy i oddać atmosferę życia surowych mieszkańców tego kraju, dla których wolność jest największą wartością. Afgańczycy nie dali się podbić żadnemu narodowi, a wręcz przyczynili się do upadku Związku Radzieckiego. „Zapłacili jednak cenę ta wysoką i tak straszliwą, że nie tylko podważyło to wartość samej wolności, ale sens walki o nią. Ich kraj został doszczętnie zniszczony i splądrowany. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Afgańczycy zostali zdziesiątkowani, a co czwarty ocalały z tej hekatomby ratował życie ucieczką z kraju.”* Jagielskiemu udaje się dotrzeć do dumnych afgańskich wojowników, którzy nie znają innego sposobu na życie niż walka, którym nie pozostało już nic innego.

„Modlitwa…” to pełna przemocy, ale przede wszystkim piękna książka, która przede wszystkim pozwala lepiej zrozumieć jeden z chyba najbardziej niezrozumiałych narodów na świecie. Jagielski otwiera oczy czytelnika i pozwala mu dostrzec ludzkie rysy w wojennych komendantach, których również ogarnia zwątpienie i rezygnacja – uczucia znane chyba każdemu człowiekowi.

Po świetnym Jagielskim przyszła chwila na bardzo poczytnego autora – Khaleda Hosseiniego. Sukces debiutanckiej powieści pt. „Chłopiec z latawcem” zdziwił samego pisarza, który w jednym z wywiadów przyznał się, że nie spodziewał się, ze historia Amira i Hassana zostanie w ogóle opublikowana. Ja sama nie do końca rozumiem fenomen tej powieści. Owszem, czyta się błyskawicznie i trudno się oderwać od losów przyjaźni między bogatym chłopcem a jego służącym i już nie tyle raził mnie prosty język, co skróty i uproszczenia fabularne. Hosseini bierze na warsztat uniwersalne i wielkie tematy – przyjaźń, poświęcenie, wybaczenie, odkupienie, konflikt ojciec-syn – i eksploatuje je do granic możliwości ocierając się dość mocno o banał. Nagła decyzja głównego bohatera o wyjeździe do Afganistanu wydaje mi się mało prawdopodobna z psychologicznego punktu widzenia, niespodziewana pomoc przyjaciela rodziny magicznie rozwiązuje pewien poważny problem (nie mogę powiedzieć więcej nie chcąc zdradzać wydarzeń). Moim zdaniem takie nagłe, magiczne rozwiązania i odmiany to pójście na łatwiznę ze strony autora. Symetryczna powtarzalność pewnych motywów u przedstawicieli dwóch pokoleń tej samej rodziny pewnie miała na celu nadanie powieści dodatkowej głębi i bliżej niejasnego symbolizmu, ale do mnie niestety to nie przemówiło. Niestety, znowu wydawało się zbyt nieprawdopodobne i dość naiwne. W pewnym momencie już byłam w stanie przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń, odrzuciłam go jednak uważając za zbyt ckliwy i szablonowy. Wciąż miałam nadzieję, że Hosseini czymś mnie zaskoczy. Na próżno.

Na szczęście druga powieść Hosseiniego, „Tysiąc wspaniałych słońc”, była lepsza. Również tutaj autor skupił się na 2 bohaterach, tym razem kobietach, ale nadał im głębi psychologicznej i realistycznie przedstawił tło, z którego wywodziły się obie postaci. Problemy nie rozwiązywały się same w magiczny sposób, to Mariam i Lajla musiały wziąć los w swoje ręce i walczyć o przetrwanie. Hosseini płynnie pokazał przejście z postępowego Afganistanu pod rządem komunistów do kompletnej degradacji roli kobiet po przyjściu talibów. „Tysiąc wspaniałych słońc” to też niejako pomnik Kabulu i jego mieszkańców, którym nie udało się uciec z doszczętnie zniszczonego miasta, a których codzienne życie wiązało się z heroiczną walką o przetrwanie. Dzięki wcześniejszej lekturze Jagielskiego miałam nazwiska afgańskich wodzów nie były mi całkiem obce i mogłam umiejscowić powieść w szerszym kontekście.

„Modlitwa o deszcz” to lektura obowiązkowa dla każdego zainteresowanego Afganistanem. „Tysiąc wspaniałych słońc” zainteresuje szersze grono odbiorców – historia jest tu ważnym, ale wciąż tylko tłem, język prostszy oraz mniej faktów, zdrad i zmian frakcji czyni powieść przystępną. „Chłopca z latawcem” można sobie darować.

Tutaj można posłuchać piosenki „Kabul jan”, którą śpiewa Farhad Darya. Utwór ten był pierwszym puszczonym na antenie afgańskiego radia po wypędzeniu talibów.

A ja powoli planuję lekturę „Dear Zari”, o afgańskich kobieta. Świetna recenzja w najnowszym „Archipelagu”.

Polecam artykuł o afgańskich dzieciach, którym udało się dostać do Europy. Zastanawiam się też nad powieścią o tej tematyce, „Hinterland”, ale obawiam się trochę zbyt ckliwej lektury.

*Wojciech Jagielski, Modlitwa o deszcz. Wyd. WAB. Warszawa: 2010, s. 113.



 

„Dziewięć części pożądania” – Geraldine Brooks Kwiecień 25, 2011

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:42
Tags: , ,

Kiedy w księgarniach z półek niemal zeskakują wszelkie arabskie córki, żony czy perły umacniając stereotypowy wizerunek islamu jako mizoginistycznej religii nienawiści, warto sięgnąć po pozycję oferującą inne spojrzenie na świat muzułmański. Spojrzenie wolne od taniej sensacji, próbujące wyjaśnić pewne mechanizmy lub obnażyć ich bezzasadność.

Jedną z takich książek jest zbiór reportaży Gerladine Brooks „Dziewięć części pożądania. Ukryty świat islamskich kobiet”. Autorka spędziła kilka lat na Bliskim Wschodzie jako korespondentka Wall Street Journal i chcąc głębiej zrozumieć pewne zjawiska, zaczęła uczyć się arabskiego i czytać Koran jednocześnie ukazując  jego błędne interpretacje krążące w świecie islamskim. Przede wszystkim jednak Brooks rozmawiała z kobietami i to właśnie dzięki tym rozmowom powstała fascynująca książka.

Brooks pisze o budzącym kontrowersje hidżabie, który w zachodnich krajach najczęściej kojarzy się z niższą pozycją kobiet. Jednak kiedy w Iranie szach Reza w 1935 roku zakazał noszenia czadoru, starsze, pobożne kobiety nie były w stanie dokonać tak drastycznej zmiany w swoim wyglądzie i po prostu przestał wychodzić z domu. Bardziej postępowe rodziny, które dopiero zaczęły posyłać swoje córki do szkół, na wieść o konieczności noszenia przez nie zachodniego stroju, po prostu zamknęły dziewczęta w domu zabraniając im wychodzić gdziekolwiek. Być może rząd francuski powinien się nad tym zastanowić przed wydaniem podobnego zakazu w swoim kraju… Brooks podaje przykłady kobiet, dla których hidżab nie jest symbolem zniewolenia, a wolności. I jakkolwiek niezrozumiałe może to być dla nas, wychowanych w innej kulturze, nie powinniśmy cudzych tradycji wyszydzać czy zabraniać.

Strój muzułmanek to tylko jeden z wielu tematów poruszanych w „Dziewięciu częściach pożądania”. Reporterka pisze też o seksie, postrzeganym zgoła inaczej niż w tradycji chrześcijańskiej, nie jako przykrej konieczności sprzyjającej prokreacji, ale akcie dającym przyjemność zarówno kobiecie, jak i mężczyźnie. Obecny jest też temat rytualnego obrzezania kobiet, zabójstw honorowych i wielożeństwa, ale Brooks również przedstawia życie Janet, która przeszła na islam, wyszła za Irańczyka  i przeprowadziła się do jego kraju wiodąc szczęśliwe życie, w co trudno przyszło uwierzyć jej rodzinie z Kansas. Inne reportaże są owocem rozmów z kobietami żołnierzami z Emiratów Arabskich, saudyjskimi profesorkami czy królową Jordanii Nur.

Brooks nie ocenia, nie patrzy z wyższością, jej opinie są obecne w książce, ale autorka prezentuje je w bardzo wyważony sposób, co bardzo ważne w pracy reportera. Liczne odniesienia do Koranu i hadisów świadczą o znajomości tematu. Książka otwiera drzwi przed światem, do którego zazwyczaj nie mamy dostępu. Brooks wnika do niego, próbuje zrozumieć i przybliżyć czytelnikowi nie zionąc przy tym nienawiścią wobec innej kultury. Myślę, że to pozycja obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych islamem. Ja z pewnością jeszcze wrócę do niektórych rozdziałów.

 

„Friszta. Opowieść kabulska” – Petra Procházková Kwiecień 19, 2011

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:24
Tags: ,

Afganistan. Kiedy słyszę, że ten kraj jest miejscem akcji jakiejś książki lub że autor stamtąd pochodzi, mam ochotę odłożyć pozostałe lektury na dalszy czas i pogrążyć się w tej zupełnie nieznanej, innej niż europejska, kulturze. Afganistan, naznaczony wojnami, powinien szerzej zagościć na literackiej mapie świata.

Życie codzienne w tym odległym kraju poznajemy oczami Hery,  wykształconej Rosjanki, która poznała w Moskwie Nadira, dumnego Persa, jak często sama o nim mówi. Zakochana wyruszyła z narzeczonym do jego ojczyzny. Poznaje tam rodzinę męża, której częścią chce się stać, częścią „tej rodzinnej mafii, w której wzajemne oszczerstwa były na porządku dziennym, ale jak przyszło co do czego, wujowie i kuzyni, zgrzytając zębami, dzielili się zarobkami z krewniakami, choćby ich w życiu na oczy nie widzieli.”* Towarzyszymy jej w codzinnych czynnościach, w zwykłych sprawach.

Procházková, czeska dziennikarka, pisze prostym językiem, bez zbędnych ozdobników. Prozaiczne wydarzenia każdego dnia pozwalają poznać zwyczaje afgańskiej rodziny bez oceniania czy krytyki ze strony autorki. I choć możemy zgrzytać zębami na fragmenty, kiedy dla Herry agresja Nazira jest oznaką jego wielkiej miłości lub kiedy rodzina przyzwala zięciowi na znęcanie się (bo to już nawet nie ‚zwykła’ przemoc domowa) nad Frisztą, to Procházková nie potępia, nie zionie nienawiścią ani europejskim poczuciem wyższości. Ona jedynie opisuje i na dodatek w taki sposób, że trudno się od książki oderwać.

Jeśli coś jest we „Friszcie” ośmieszane i pośrednio krytykowane, to zachodnie podejście do Afganistanu. Kiedy sędziwy członek klanu Nazira dowiaduje się o wkroczeniu żołnierzy z misji pokojowej (samo sformułowanie jest dla mnie oksymoronem), ze smutkiem stwierdza: „Czyli będziemy ich tu mieć na zawsze”.** Czy na zawsze – pokaże to jeszcze czas, ale wkroczenie obcych wojsk wiążę się z narzucaniem zachodnich norm i zwyczajów. Ministerialni urzędnicy w tradycyjnych agfańskich strojach nie są mile widziani, bo przecież „Afgańczyk w powłóczystej piżamie nie mógł się prezentować godnie podczas rozmów z ubranym podług najnowszej mody Amerykaninem czy Europejczykiem”.*** Fragment ten, nieco wyrwany z kontekstu, ma oczywiście charakter ironiczny, a nawet nieco zjadliwy. Brak próby zrozumienia innej kultury oczywiście pojawia się również w programie pomocy dla kobiet. Heidi, Amerykanka, liczy na spektakularne zmiany nie zdając sobie sprawy, że nie da się zmienić mentalności ludzi w ciągu kilku dni. Dla Heidi ich zwyczaje są „debilne i przedpotopowe” i w swej ignorancji kobieta sądzi, że Afganki z dnia na dzień zrzucą burki, które nawiasem mówiąc są nie tyle symbolem religijności, co ochroną przed niepożądanymi komentarzami ze strony obcych mężczyzn, zostawią rodzinę i pójdą do szkoły i do pracy. Herra w kłótni z Heidi wybucha: „Nie licz na to, że będę ci pomagała zmieniać te debilne przedpotopowe tradycje. A wiesz czemu? Bo one tego w ogóle nie chcą”.**** Pomoc udzielana na siłę nie jest pomocą, a narzucenie obcych wzorców innej kulturze budzi etyczne wątpliwości. Możemy się zżymać na warunki i pozycję, na którą godzą się afgańskie kobiety obecne na kartach powieści, możemy nie chcieć nigdy być w ich skórze, ale nie możemy zmuszać ich do przyjęcia naszego stylu życia.

„Friszta” była fascynującą lekturą, uczącą tolerancji i otwierającą oczy na wiele spraw. Czasami nieco dziwiła mnie Herra, jakby nie było Rosjanka z dyplomem z prawa, która absolutnie niczego nie kwestionowała i przyjęła afgańską kulturę w całej jej rozciągłości bez słowa skargi czy zdziwienia, ale dzięki temu Procházková stworzyła przebogaty obraz afgańskiej rodziny, zamiast popadania w schemat typu: niewinna kobieta z cywilizowanej Europy zakochuje się w złym muzułmaninie i walczy o przetrwanie. Wspaniała lektura.

—–

* Petra Procházková, Friszta. Opowieść kabulska. Tłum. Jan Stachowski. Wołowiec: Wydawnictwo Czarne, 2008. s. 290.

** Tamże, s. 23.

*** Tamże, s. 148.

**** Tamże, s. 189.