Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Stambuł. Wspomnienia i miasto” – Orhan Pamuk Maj 24, 2009

istanbul

Nie było łatwo zdobyć tą książkę. Nie chodzi tylko o fakt, że kiedy chciałam ją przeczytać, polska premiera jeszcze się nie odbyła i musiałam ja zamówić w Empiku w języku angielskim, ale również o samo wytargnięcie jej z empikowskich zakamarków. Znając datę dostarczenia jej do salonu, po kilku godzinach dreptania po mieście i załatwiania spraw wszelakich w niemiłosiernie niewygodnych butach (tak, tak, wiem, że nowych butów nie zakłada się na dłuższe wędróki nie wiedząc, jak się spisują w takich warunkach), nadłożyłam drogi i z obolałymi stopami dotarłam do Empiku. Przemiły pan spędził dobrych kilka minut na poszukiwaniach mojej upragnionej lektury, lecz się okazało, że jeszcze nie ma. Zawiedziona dotarłam do domu tylko po to, aby odebrać maila (pojawił się on w skrzynce ok. 10 minut po wyjściu z Empiku) z informacją, że mogę odebrać swoje zamówienie. Zgrzytając zębami i obklejając stopy plastrami wsiadłam do autobusu. Po wyjściu z niego zaczęło padać przeokropnie i w czasie 4-minutowego spaceru z przystanku do Empiku przemokłam do suchej nitki (parasol nie na wiele się zdał w tej ulewie). Pani w księgarni zdziwiona moją determinacją oznajmiła, że mam 2 tygodnie na odebranie książki i że nie musiałam w tej ulewie przychodzić. Z szaleństwem w oczach i pulsującymi czerwonymi żyłkami wycedziłam przez zęby: „Ale ja ją CHCĘ przeczytać.”

Muszę przyznać, że poświęcenie w pełni się opłaciło. „Stambuł” jest ładnie wydany, na lekko kredowym papierze w kolorze kości słoniowej, okraszony licznymi fotografiami. Zarówno szata graficzna, jak i treść przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Do rzeczy, jednak, do rzeczy!

Do napisania tej recenzji zabierałam się blisko miesiąc. W obawie, że nie znajdę odpowiednio pięknychst1 słów dla tej pięknej książki i że przez to w jakiś sensie „Stambuł” straci część swojego uroku, czekałam na odpowiedni nastrój. Czy ów nastrój nadszedł – nie wiem. Jedno jest pewne: lato ma się ku chyłkowi, temperatury coraz niższe i zanim jesień na dobre zadomowi się za oknami wlewająć w serca smutek i poczucie przemijania, dobrze jest napisać kilka słów o wakacyjnej lekturze.

To moje pierwsze spotkanie z tureckim Noblistą. Przed rozpoczęciem tej książki ostrzegano mnie, abym się nie zniechęciła do Pamuka, jako że nie jest to jego typowa proza i że nie nie jest to lektura, którą czyta się na wdechu od deski do deski. To fakt, „Stambułu” nie sposób przeczytać w jeden wieczór. Prozę tego kalibru trzeba smakować, delektować się nią i dawkować z umiarem, aby przyjemność czytania trwała jak najdłużej.

„Stambuł” to zbiór wspomnień i esejów z elementami autobiografii. Mały Orhan daje się poznać jako wrażliwy, wyobcowany chłopiec, którego ciągle prześladuje myśl o istnieniu innego, drugiego Orhana, który mógłby uchodzić za jego bliźniaka lub sobowtóra. Wyobcowanie dodatkowo potęgują ciągłe kłótnie rodziców i częste nieobecności ojcast3 w domu, a także walki z bratem, które jawiły się chłopcu jako osobiste porażki wynikające ze słabości i braku wystarczającej koordynacji ruchowej. Dla Pamuka „rzecz zwana rodziną była grupą ludzi, którzy z pragnienia bycia kochanymi i pragnienia spokoju, relaksu i bezpieczeństwa, zgodzili się uciszyć, każdego dnia na jakiś czas, własne dżiny i demony i zachowywać się tak, jakby byli szczęśliwi.” [1]

Pamuk uracza też swoich czytelników historią swojej pierwszej i nieszczęśliwej miłości o kasztanowych włosach, która zaczęła się od pozowania do wykonywanych przez niego rysunków. Pisarz wspomina: „Kiedy podczas szkicowania przypatrywałem się konturom jej małych piersi i wyjątkowo białej skórze długiej szyi, cień wstydu przebiegał przez jej twarz.” [2]

Jeden rozdział to zabawny zbiór rad, napisanych przez stambulskich dziennikarzy na przestrzeni 130 lat. Pamuk znalazł takie perełki jak:

„Czerpiąc inspirację z artykułu o odpowiednim sposobie chodzenia po mieście, który pojawił się w znanym paryskim magazynie ‘Matin’, my również powinniśmy jasno wyrazić nasze uczucia do ludzi, którzy jeszcze muszą się nauczyć jak prowadzić się po ulicach Stambułu i powiedzieć im: ‘Nie spaceruj po ulicy z otwartymi ustami.’ [1924]” [3]

„Stambuł” to jednak przede wszystkim opowieść o mieście i doprawdy niezwykły po nim przewodnik. Miasto, w którym europejscy pisarze szukali przede wszystkim orientalnego dreszczyku niczym z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, wygląda zupełnie inaczej w oczach wrośniętego w Stambuł Pamuka. Pisarz oznajmia: „Los Stambułu to mój los. Jestem przywiązany do tego miasta, ponieważ uczyniło mnie ono tym, kim jestem.” [4] To wyraz wielkiej miłości do Stambułu i co najciekawsze, miłość ta nie ma swoich korzeni w dumie z dawnej potęgi i bogactwa Imperium Osmańskiego, ale w szczątkach i ruinach, które po nim pozostały powodując uczucie wielkiej melancholii, opanowującej wszystkich mieszkańców. Ów smutek to hüzün, czyli „[…] wspólne uczucie, atmosfera i kultura dzielona przez miliony. W Stambule pozostałości wspaniałej, dawnej cywilizacji są widoczne wszędzie. Nieważne, jak bardzo źle utrzymane, nieważne, jak zaniedbane lub otoczone ze wszystkich stron przez betonowe okropności – wielkie meczety i inne zabytki miasta, tak samo jak pomniejsze pozostałości po imperium – małe łuki i fontanny […] – powodują ból serca u każdego, kto mieszka między nimi.” [5] Właśnie to mnie urzekło w tej książce najbardziej – opisy bocznych brukowanych uliczek, drewnianych opuszczonych domów, zrujnowanych fontann. Obrazy te, zręcznie nakreślone słowami pisarza i wsparte wrażliwością malarza (którym Pamuk przecież przez kilka lat był), są tak sugestywne, że nie sposób było się oprzeć tej melancholii w czasie czytania i nawet kilka dni po skończeniu lektury.

Podsumowując, jestem absolutnie zauroczona twórczościa Pamuka. I proszę mi wybaczyć ten emocjonalny ton, ale dawno już żadna książka nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia. Na pewno nie jest to moje ostatnie spotkanie z tym pisarzem i wróżę sobie jeszcze długie godziny wspaniałej strawy duchowej z oczami zatopionymi w jego prozie.

——

[1] Orhan Pamuk, “Istanbul”, tłum. Maureen Frest2ely, Vintage International, 200g, s. 275. (tłumst5aczenie na polski moje, dość dowolnie potraktowane)

[2] Tamże, s. 3.

[3] Tamże, s. 141.

[4] Tamże, s.6.

[5] Tamże, s. 101.

 

„Miasto spadających aniołów” – John Berendt Maj 23, 2009

miasto spadajacych aniolow

Wprawdzie czytałam „Miasto spadających aniołów” kilka miesięcy temu i nawet napisałam kilka słow na jego temat, ale pomyślałam, że Miejskie Czytanie to doskonała okazja, aby odświeżyć nieco lekturę. Zwłaszcza, że nie poświęciłam jej wystarczającej uwagi czytając po raz pierwszy. Teraz więc czytałam obłożona przewodnikiem, mapą i zdjęciami z Wenecji, w razie czego pomagając sobie jeszcze internetem. No bo jakże czytać o Palazzo Barbaro czy portrecie Madame X , nie mając ich przed oczyma?

W „Mieście spadających aniołów” Wenecja nie stanowi tylko tła i miejsca wydarzeń. Historie opowiadane przez autora nie mogłyby dziać się w innym mieście. Jest to po prostu książka o Wenecji i wenecjanach. Autor mówi, że jego „spojrzenie na Wenecję miało się skoncentrować na ludziach, którzy w tym mieście mieszkają, przynajmniej przez większą część roku.” [1]

Wędrujemy więc z nim po mieście „kopuł i dzwonnic […] tu i ówdzie uwieńczonych marmurowym świętym lub pozłacanym aniołem,” [2] wobec którego nie pozostali obojętni tacy twórcy jak Lord Byron, Tomasz Mann, Karol Dickens czy Henry James. Wraz z narratorem poznajemy Archimede Segusa, mistrza szklarskiego, którego rodzina trudniła się tym zajęciem od XIV wieku (!), wkraczamy do rezydencji Petera i Rose Lauritzenów, której stryjeczna praprababka była konkubiną Edwarda VII i z lekkim przymrużeniem oka traktujemy hrabiego Loredan, który jest przeciwny demokracji i sądzi, że „dużo lepszą opcją byłoby przekazanie rządów w ręce arystokratycznej elity – ludzi, którzy odziedziczyli po swych szlachetnych przodkach umiejętność sprawiedliwego i sprawnego rządzenia.” [3] Ciekawe czy zmieniłby zdanie, gdyby urodził się jako potomek rybaków, a nie trzech dożówe1w.

Dowiadujemy się też, że hrabia Volpi, „ostatni doży Wenecji,” teraz już nieco mniej uwielbiany, wprowadził elektryczność do Wenecji i północnych Włoch, poszerzył most kolejowy łączący Wenecję ze stałym lądem i był pomysłodawcą festiwalu filmowego.

To tylko kilka z wielu postaci przewijających się w tej książce. Berendt rozwija jeszcze wiele wątków, a moim ulubionym jest ten związany z Palazzo Barbaro (gdzie powstały „Autografy Jeffreya Aperna” Henry’ego James’a) i Zacisznym Gniazdkiem, w którym mieszkał Ezra Pound. Mimo mnogości postaci i wydarzeń, książka jest spójna i czyta się ją z wielkim zainteresowaniem. Poważne tematy przeplatają się z wybrykami Lodovica de Luigi (jednym z nich było zaproszenie aktorki porno, Ciccioliny, na odsłonięcie konnej rzeźby na placu św. Marka, która na uroczystość przybyła topless dosiadając owej rzeźby) czy Peggy Guggenheim, która podczas przyjęcia zeszła zupełnie nago z tarasu do wody wraz z orkiestrą w ramach inscenizacji zatopienia Titanica. Jest też w pewnym stopniu wątek kryminalny związany z podpaleniem teatru Fenice oraz, co najbardziej interesujące – historyczno literacki, związany z wszelkimi pisarzami związanymi z Wenecją. Jedni są ledwie wspomniani, ale innym (m. in. Ezra Pound) Berendt poświęca więcej uwagi. Intrygująca dla mnie była sprawa Fundacji Ezry Pounda, założona po śmierci poety przez jego zniedołężniałą już partnerkę, Olge Rudge i Jane Rylands chcącą wykorzystać nieświadomą niczego staruszkę. Wszystkie papiery i listy Olgi znajdują się teraz w Bibliotece Beinecke na terenie w uniweryteckim ośrodku Yale posegregowane w dwustu ośmiu pudłach. Jedno z nich, z numerem 156 ma pozostać jednak zamknięte do roku 2016. Wciąż się zastanawiam, co się w nimwe5 znajduje.

„Miasto spadających aniołów” to książka wyjątkowa – przeplatają się tu ze sobą historie dawnych arystokratów z współczesnymi przepychankami o władzę, doprawione ciekawymi wykładami z historii literatury lub kryminalną zagadką i z wisienką na czubku – opisami pięknych weneckich pałaców. A kiedy potrawa wydaje się za ciężka, nagle wyłania się ożywczy smak lekkich anegdot. Przede wszystkim jednak książka jest wspaniałym świadectwem Wenecji i jej mieszkańców. Polecam wszystkim, którzy w Wenecji byli, są lub będą. Sama żałuję tylko, że nie czytałam jej przed wyjazdem lub w jego trakcie – usiadłabym nad kanałem naprzeciwko Palazzo Barbaro i zastanawiała się, co się stało z Curtisami…

P.S. Obecnie czytam „Stambuł” Pamuka i nie mogłam się oprzeć porównaniu mieszkańców tych dwóch miast – wenecjanie (w „Mieście…”) bywają kłamliwi, zawistni i dumni (najczęściej z własnego pochodzenia). Przede wszystkim jednak kochają swoje miasto. Pamuk natomiast pisze o wszechogarniającej melancholii wśród mieszkańców Stambułu, którzy żyją wśród szczątków dawnego imperium i dawnej świetności. Pozostałości te i świadomość, że miasto jest biedne i niemożliwym jest już przywrócenie niegdysiejszego bogactwa i potęgi przyprawiają Stambulczyków wręcz o ból serca. Wenecja też przecież była wielką potęgą i ta melancholia bardzo by do niej pasowała (odczuwałam ją na swój sposób przechadzając się wśród zniszczonych, chylących się ku rozkładowi kamienic), a jednak mieszkańcy chyba tak bardzo jej nie odczuwają. Może dlatego, że już niewielu ich zostało. A może po prostu Berendt skupił się na innych aspektach w swej książce.

——

[1] John Berendt, „Miasto spadających aniołów”, tłum. Jerzy Kozłowski, wyd. Rebis, 2006, s. 52.

[2] Tamże, s. 41.

[3] Tamże, s. 116.we4