Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Mythago Wood” – Robert Holdstock Kwiecień 22, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 10:59
Tags: ,

„Mythago Wood”, powieść w Polsce znana jako „Las ożywionego mitu”, (co w moim przekonaniu nie jest zbyt trafnym tytułem) stanowi pierwszy z pięciu tomów cyklu Mythago. Oczywiście, na polski zostały przetłumaczone zaledwie dwie powieści.

Akcja rozgrywa się w Anglii, krótko po zakończeniu II wojny światowej. Mimo złych wspomnień i negatywnych wspomnień związanych z ogarniętym szaleństwem ojcem, pod wpływem entuzjastycznego listu od brata, Steven wraca do rodzinnego domu. Ku swemu zaskoczeniu odkrywa jednak, że Christian stopniowo pogrąża się w tej samej obsesji, która wcześniej zniszczyła ich ojca, który to chciał dogłębnie zbadać pobliski las Ryhope. Senior sporządzał szczegółowe mapy, prowadził dziennik, znikał z domu na kilkutygodniowe ekspedycje badawcze. Mamy więc szaleństwo, rodzinną tajemnicę, dziennik z powyrywanymi kartkami, stare listy. Atmosferę dodatkowo zagęszcza zaniedbany dom stojący z dala od innych, w bezpośrednim sąsiedztwie złowrogiego lasu. Wszystkie te elementy stanowią doskonały przepis na powieść grozy, a Holdstock doskonale je wykorzystuje tworząc jedyną w swoim rodzaju atmosferę. Jednak pod złowieszczym nastrojem kryje się znacznie więcej niż na pierwszy rzut oka można by przypuszczać. Nie bez powodu wszak „Mythago Wood” zostało nagrodzone World Fantasy Award.

Ryhope to tak naprawdę prastara puszcza, którą zamieszkują mythagos (jeśli się nie mylę, w polskim tłumaczeniu określane jako mitotwory). Mythago, czyli myth imago, to wyobrażenie mitycznej postaci, które przybiera realną formę. Mythago to dość płynny, zmieniający się w zależności od czasów, obraz tworzony przez naszą kolektywną nieświadomość. W ten sposób w lesie Ryhope można spotkać króla Artura czy Robin Hooda. Holdstock za pomocą jungowskich teorii wprowadza czytelnika w mroczny i złowieszczy świat podświadomości, zaprasza w podróż przez kolektywną pamięć ludzkości a także w podróż w głąb ludzkiej psychiki.

„Mythago Wood” to książka niezwykle bogata i wielopłaszczyznowa, a do tego wciąga od pierwszej strony i naprawdę trudno się od niej oderwać. Trudno oddać jej atmosferę, ale jeśli szukacie klimatycznej powieści do poczytania w ponure wieczory, za którą jednak kryje się coś więcej niż tylko kilka chwil grozy, to gorąco polecam. Dla mnie to poważny kandydat do książki roku.

 

„Brzemię” – Jeanette Winterson Wrzesień 25, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:44
Tags: ,

brzemie

Są pewne książki, po przeczytaniu których mogę jedynie wzruszyć ramionami i powiedzieć: „Acha, no dobra. Przeczytałam, ale co z tego. Nie było źle, nie było zachwycająco. Ot, taka książka. Może powstała jakaś refleksja, ale płytka, krótkotrwała i właściwie bez żadnego znaczenia”.

Niestety, tak jest w przypadku opowieści zatytułowanej „Brzemię” Jeanette Winterson. Winterson wzięła udział w międzynarodowym projekcie MITY i podjęła się reinterpretacji historii Atlasa i Heraklesa. Niestety, coś nie mam szczęścia do tej serii i tym razem też nie czuję, jakby była to książka, którą długo będę pamiętać lub taka, którą mogłabym ze spokojnym sumieniem komuś polecić.

Wątek autobiograficzny wpleciony między zmagania dwóch herosów został chyba umieszczony nieco pochopnie. Nie jestem wielką purystką językową, wulgaryzmy raczej mnie nie zrażają, ale nagromadzenie „kutasów” w tak krótkim tekście (zaledwie 110 stron) uważam za całkowicie niepotrzebne.

Nie przekreślam Winterson jako pisarki i nie zarzekam się, że nie przeczytam żadnej innej książki jej autorstwa. „Brzmię” to jednak jakiś niewypał, pretendujący do miana literatury z nieco wyższej półki, ale tak naprawdę jest to czytadło do przeczytania w autobusie.

 

„Penelopiada” – Margaret Atwood Maj 24, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:15
Tags: ,

penelopiada

„Penelopiada” to kolejna część międzynarodowego projektu MITY i niestety, muszę przyznać, że kolejna, która mnie zawiodła. Po niezbyt udanym spotkaniu z powieścią „Angus od snów. Celtycki bóg snów” Alexandra McCall Smitha, miałam nadzieję, że tym razem będzie lepiej. Może i jest lepiej, ale to wcale jeszcze nie znaczy, że jest dobrze.

„Penelopiada” to „Odyseja” opowiedziana ustami opuszczonej na wiele lat żony. Tekst z okładki zapewnia, że powieść „wywraca homerycki wizerunek Odysa. Ten okazuje się zakłamanym kobieciarzem, Helena – zadufaną w sobie kokietką, dwór – zbiorowiskiem postaci o podejrzanych charakterach”. Cóż, wprawdzie „Odyseję” czytałam jedynie we fragmentach, ale jakoś nie czuję się zszokowana tym, jak Atwood przedstawiła mitycznych bohaterów. Spodziewałam się małej rewolucji, a tu ledwie słychać dalekie echo tupnięcia nogą. W postaci Penelopy brakowało czegoś, jakiegoś żaru, namiętności, pasji. Sądziłam, że Atwood, czyniąc ją narratorem całej opowieści, nada jej indywidualne cechy, że spojrzymy na Penelopę inaczej, niż na odwieczny symbol wierności. Tymczasem Penelopa zimno relacjonuje, co się wydarzyło, może z lekką goryczą, ale dość beznamiętnie. Jedyne silniejsze emocje ukazały się u niej, kiedy dowiedziała się o śmierci 12 służek.

Tradycyjna narracja przeplata się z pieśniami chóru, wyliczanką, lamentem, pieśnią podwórkową, balladą, szantą, wykładem z antropologii (który najmniej do mnie trafił), a nawet procesem Odysa nagranym na wideo. To żonglowanie formami i konwencjami było w „Penelopiadzie” najciekawsze.

Nie twierdzę, że jest to zła książka. Po prostu spodziewałam się po prozie Margaret Atwood czegoś więcej, czegoś choć odrobinkę bardziej feministycznego.

 

„Angus od snów” – Alexander McCall Smith

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 00:06
Tags: , , ,

angusDwa lata temu Wydawnictwo Znak, wraz z 33 wydawnictwami z całego świata, wzięłoudział w projekcie MITY, którego założeniem było zaproszenie pisarzy do reinterpretacji wybranego mitu lub legendy. Do tej pory w polska seria liczy sześć książek. Jedną z nich jest „Angus od snów. Celtycki bóg snów” Alexandra McCall Smith’a (pozosali pisarze biorący udział w przedsięwzięciu to M. Atwood, K. Armstrong, W. Pielewin, O. Tokarczuk, J. Winterson).

Po pierwszym nieudanym spotkaniu z tym autorem, postanowiłam dać mu drugą szansę. Pomyślałam, że może przez opowiedzenie nieznanego mi celtyckiego mitu McCall Smith mnie do siebie przekona, zwłaszcza, że lubię wszelkiego rodzaju mity, legendy i podania. Nastawienie miałam pozytywne, ale moje oczekiwania nie zostały do końca spełnione. Nie twierdzę, że książka jest kompletnie bezwartościowa i była stratą czasu, ale czegoś mi brakuje. To jedna z tych powieści, które czyta się całkiem przyjemnie, ale w miarę lektury wciąż ma się wrażenie, że to dopiero początek, że autor się rozgrzewa i już za kilka stron da popis swoich umiejętności. Wrażenie to może nie trwało zbyt długo, bo książka nie jest zbyt długa, ale nie opuściło mnie aż do samego końca. W opowieści o Angusie bez wątpienia tkwi potencjał; szkoda tylko, że McCall Smith go nie wykorzystał.

Sam zamysł kompozycyjny jest dość ciekawy – dzieje mitologicznego Angusa przeplatają się z współczesnymi wydarzeniami związanymi z bogiem snów. Niestety, dla mnie te powiązania były dość słabe, wymuszone i bez uroku. Moim zdaniem, najsłabsza była opowieść o chłopcu, który dowiedział się, że ojciec, który go wychowywał nie jest jego biologicznym ojcem (mitologiczny Angus również musiał się zmierzyć z podobną prawdą). Matka miała romans i przerażona, że syn zdradzi tajemnicę, dzwoni po pomoc do swojego brata o imieniu Angus. Wujek w nocy przychodzi do siostrzeńca i zastrasza chłopca, że jeśli sekret się wyda, zostanie uduszony poduszką. Przykro mi bardzo, ale historia jakoś mało porywająca.

Plusem tej książki jest historia mitologicznego Angusa – całkiem zgrabnie opowiedziana, z licznymi szczegółami, w dużej części wymyślonymi przez samego autora. Może gdyby zrezygnować z wątków współczesnych a bardziej się skupić na mitologicznym aspekcie boga snów, książka zagościłaby w mojej pamięci na dłużej…

Czasami śnimy jakiś sen i kiedy już ma się wydarzyć coś cudownego, kiedy we śnie lada moment mają się zacząć najprzyjemniejsze momenty, dzwoni budzik. Budzimy się z jakimś uczuciem niepełności, niekompletności i żalem, że coś tak dobrze się zapowiadało. Podobnie jest z „Angusem od snów” – książka się rozkręca i rozkręca, ale nagle dzwoni budzik i czar pryska.