Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Hańba” – J.M. Coetzee Grudzień 29, 2009

Filed under: Przeczytane,Wyzwania — Lilithin @ 15:34
Tags: , ,

Po pierwsze przepraszam za brak polskich liter, ale po formacie dysku po prostu ich nie mam. Powoli doprowadze moj system do pelnej uzywalnosci, ale chyba minie jeszcze kilka tygodni. Poki co, kilka slow o „Hanbie”.

Oczekiwania wobec tego poludniowoafrykanskiego byly duze. Istnialy tez pewne obawy, ze dwukrotny zdobywca Bookera (w tym jednego za „Hanbe”) i laureat Nagrody Nobla oraz szeregu innych odznaczen, bedzie tworzyl proze hermetyczna i niezrozumiala. Jak sie okazalo, obawy te byly calkiem nieuzasadnione. Nie wiem jak Coetzee tego dokonal, ale „Hanba” wlasciwie czytala sie sama.

Styl, jakim posluguje sie Coetzee jest niezwykle oszczedny, pozbawiony zbednych ozdobnikow. Nie jezyk jest tu najwazniejszy, ale warstwa fabularna. Historia profesora Davida Luriego, ktory wdaje sie w romans ze swoja studentka oraz pozniejsze wydarzenia rozgrywajace sie na farmie corki wykladowcy nie potrzebuja wielkich slow, barokowych zdan. Prostota stylu jeszcze bardziej wzmaga sile przekazu. Dlatego nie bede pisac, ze jest to ksiazka o wielu wymiarach hanby, o odkupieniu, o milosci, nie bede probowac nikogo przekonac, ze osadzajac akcje powiesc w RPA w erze post-apartheidu, Coetzee ukazje prawdziwe realia i problemy trawiace dawna kolonie. Wszystko to brzmi zbyt banalnie. „Hanbe” trzeba po prostu przeczytac. Doceni sie ja, albo i nie. Ja docenilam, ale pisanie o takiej powiesci przychodzi mi z trudem.

Jeszcze jedno. Wiem, ze niektorzy poczuli wielka niechec do glownego bohatera. Czytalam stwierdzenia, ze nie sposob go polubic. Traktuje kobiety przedmiotowo, jest cyniczny i nieczuly; dba tylko o siebie. Ja nie potepiam Luriego. Miejscami bylo mi go zal, w niektorych sytuacjach rozumialam jego postepowanie, w innych staralam sie je pojac. Nie znienawidzilam go, a kilka jego cynicznych uwag nawet sobie zaznaczylam:

„No to cudownie. Przykro mi, moje dziecko, po prostu nie potrafie sie tym zainteresowac. Twoja dzialalnosc, jej dzialalnosc jest godna podziwu, ale dla mnie dobroczyncy zwierzat sa troche jak jacys chrzescijanie. Wszyscy tacy radosni i pelni dobrych intencji, az po pewnym czasie czlowieka korci, zeby pojsc w swiat i odrobine sobie pogwalcic i popladrowac. Albo kopnac kota.” *

„Czy lubie zwierzeta? Jadam je, wiec widac je lubie, a przynajmniej niektore ich czesci.” **

—–

* J.M. Coetzee, Hanba, tlum. M. Klobukowski, wyd. Znak, Krakow 2009, s. 91-2.

** Tamze, s. 102.

 

„Jazz” – Toni Morrison Maj 24, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:50
Tags: , , , ,

toni morrison

Toni Morrison to chyba jedna z mniej znanych Noblistek, a na pewno godna większej uwagi. Nagrodę Nobla otrzymała w 1992 roku, jako pierwsza Afro-Amerykanka, a wcześniej jeszcze zdobyła Pulitzera za „Umiłowaną”.

„Umiłowana”, „Jazz” i „Raj” to powieści składające się na trylogię opowiadającą o historii czarnych Amerykanów. Dowiedziałam się o tym jednak trochę za późno i czytanie zaczęłam od środka, czyli od „Jazzu”.

Powieść otwiera pogrzeb młodej Dorcas, zamordowanej przez Joego, swojego starszego kochanka, na który zjawia się zdradzana żona i zakłóca uroczystości próbując pociąć twarz zmarłej nożem. Może brzmi to trochę zbyt tragicznie, a może trochę jak scenariusz kiepskiej telenoweli, ale historia prowadzona zręcznymi rękami Toni Morrison bardzo szybko okazuje się być prozą na światową skalę.

Właściwa akcja toczy się w Harlemie lat dwudziestych ubiegłego wieku, ale nie brakuje też retrospekcji, które przenoszą nas do Stanów Zjednoczonych z dziewiętnastego wieku, pokazując stopniowe zakończenie ery niewolnictwa oraz skutki tych zmian – masowy napływ ludzi do Harlemu, odcinających się od swojej przeszłości. Główni bohaterowie „Jazzu”, Violet, Joe i Dorcas, zostali opuszczeni przez swoje matki i wychowywani przez ciotki, babcie lub adopcyjnych rodziców dręczeni są poczuciem braku przynależności. Jeśli wziąć jeszcze pod uwagę fakt, że w angielskim na określenie ojczyzny istnieją dwa słowa – zarówno ‘fatherland’ jak i ‘motherland’, to brak matek w życiu bohaterów nabiera dodatkowego, symbolicznego znaczenia. Niewolnicy, przywiezieni siłą do Ameryki, zostali brutalnie pozbawieni swoich korzeni i ojczyzny i te wydarzenia i wspomnienia wciąż nękają dalsze pokolenia.

„Jazz” to na pewno nie jest powieść lekka i przyjemna. Trudne tematy, fragmentaryczna narracja, wydarzenia opowiadane z różnych perspektyw i mnogość wątków wymagają uważnego czytania, ale to w końcu proza najwyższego formatu. Teraz nie pozostaje nic innego, jak poznać pozostałe części trylogii.

 

„Stambuł. Wspomnienia i miasto” – Orhan Pamuk

istanbul

Nie było łatwo zdobyć tą książkę. Nie chodzi tylko o fakt, że kiedy chciałam ją przeczytać, polska premiera jeszcze się nie odbyła i musiałam ja zamówić w Empiku w języku angielskim, ale również o samo wytargnięcie jej z empikowskich zakamarków. Znając datę dostarczenia jej do salonu, po kilku godzinach dreptania po mieście i załatwiania spraw wszelakich w niemiłosiernie niewygodnych butach (tak, tak, wiem, że nowych butów nie zakłada się na dłuższe wędróki nie wiedząc, jak się spisują w takich warunkach), nadłożyłam drogi i z obolałymi stopami dotarłam do Empiku. Przemiły pan spędził dobrych kilka minut na poszukiwaniach mojej upragnionej lektury, lecz się okazało, że jeszcze nie ma. Zawiedziona dotarłam do domu tylko po to, aby odebrać maila (pojawił się on w skrzynce ok. 10 minut po wyjściu z Empiku) z informacją, że mogę odebrać swoje zamówienie. Zgrzytając zębami i obklejając stopy plastrami wsiadłam do autobusu. Po wyjściu z niego zaczęło padać przeokropnie i w czasie 4-minutowego spaceru z przystanku do Empiku przemokłam do suchej nitki (parasol nie na wiele się zdał w tej ulewie). Pani w księgarni zdziwiona moją determinacją oznajmiła, że mam 2 tygodnie na odebranie książki i że nie musiałam w tej ulewie przychodzić. Z szaleństwem w oczach i pulsującymi czerwonymi żyłkami wycedziłam przez zęby: „Ale ja ją CHCĘ przeczytać.”

Muszę przyznać, że poświęcenie w pełni się opłaciło. „Stambuł” jest ładnie wydany, na lekko kredowym papierze w kolorze kości słoniowej, okraszony licznymi fotografiami. Zarówno szata graficzna, jak i treść przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Do rzeczy, jednak, do rzeczy!

Do napisania tej recenzji zabierałam się blisko miesiąc. W obawie, że nie znajdę odpowiednio pięknychst1 słów dla tej pięknej książki i że przez to w jakiś sensie „Stambuł” straci część swojego uroku, czekałam na odpowiedni nastrój. Czy ów nastrój nadszedł – nie wiem. Jedno jest pewne: lato ma się ku chyłkowi, temperatury coraz niższe i zanim jesień na dobre zadomowi się za oknami wlewająć w serca smutek i poczucie przemijania, dobrze jest napisać kilka słów o wakacyjnej lekturze.

To moje pierwsze spotkanie z tureckim Noblistą. Przed rozpoczęciem tej książki ostrzegano mnie, abym się nie zniechęciła do Pamuka, jako że nie jest to jego typowa proza i że nie nie jest to lektura, którą czyta się na wdechu od deski do deski. To fakt, „Stambułu” nie sposób przeczytać w jeden wieczór. Prozę tego kalibru trzeba smakować, delektować się nią i dawkować z umiarem, aby przyjemność czytania trwała jak najdłużej.

„Stambuł” to zbiór wspomnień i esejów z elementami autobiografii. Mały Orhan daje się poznać jako wrażliwy, wyobcowany chłopiec, którego ciągle prześladuje myśl o istnieniu innego, drugiego Orhana, który mógłby uchodzić za jego bliźniaka lub sobowtóra. Wyobcowanie dodatkowo potęgują ciągłe kłótnie rodziców i częste nieobecności ojcast3 w domu, a także walki z bratem, które jawiły się chłopcu jako osobiste porażki wynikające ze słabości i braku wystarczającej koordynacji ruchowej. Dla Pamuka „rzecz zwana rodziną była grupą ludzi, którzy z pragnienia bycia kochanymi i pragnienia spokoju, relaksu i bezpieczeństwa, zgodzili się uciszyć, każdego dnia na jakiś czas, własne dżiny i demony i zachowywać się tak, jakby byli szczęśliwi.” [1]

Pamuk uracza też swoich czytelników historią swojej pierwszej i nieszczęśliwej miłości o kasztanowych włosach, która zaczęła się od pozowania do wykonywanych przez niego rysunków. Pisarz wspomina: „Kiedy podczas szkicowania przypatrywałem się konturom jej małych piersi i wyjątkowo białej skórze długiej szyi, cień wstydu przebiegał przez jej twarz.” [2]

Jeden rozdział to zabawny zbiór rad, napisanych przez stambulskich dziennikarzy na przestrzeni 130 lat. Pamuk znalazł takie perełki jak:

„Czerpiąc inspirację z artykułu o odpowiednim sposobie chodzenia po mieście, który pojawił się w znanym paryskim magazynie ‘Matin’, my również powinniśmy jasno wyrazić nasze uczucia do ludzi, którzy jeszcze muszą się nauczyć jak prowadzić się po ulicach Stambułu i powiedzieć im: ‘Nie spaceruj po ulicy z otwartymi ustami.’ [1924]” [3]

„Stambuł” to jednak przede wszystkim opowieść o mieście i doprawdy niezwykły po nim przewodnik. Miasto, w którym europejscy pisarze szukali przede wszystkim orientalnego dreszczyku niczym z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, wygląda zupełnie inaczej w oczach wrośniętego w Stambuł Pamuka. Pisarz oznajmia: „Los Stambułu to mój los. Jestem przywiązany do tego miasta, ponieważ uczyniło mnie ono tym, kim jestem.” [4] To wyraz wielkiej miłości do Stambułu i co najciekawsze, miłość ta nie ma swoich korzeni w dumie z dawnej potęgi i bogactwa Imperium Osmańskiego, ale w szczątkach i ruinach, które po nim pozostały powodując uczucie wielkiej melancholii, opanowującej wszystkich mieszkańców. Ów smutek to hüzün, czyli „[…] wspólne uczucie, atmosfera i kultura dzielona przez miliony. W Stambule pozostałości wspaniałej, dawnej cywilizacji są widoczne wszędzie. Nieważne, jak bardzo źle utrzymane, nieważne, jak zaniedbane lub otoczone ze wszystkich stron przez betonowe okropności – wielkie meczety i inne zabytki miasta, tak samo jak pomniejsze pozostałości po imperium – małe łuki i fontanny […] – powodują ból serca u każdego, kto mieszka między nimi.” [5] Właśnie to mnie urzekło w tej książce najbardziej – opisy bocznych brukowanych uliczek, drewnianych opuszczonych domów, zrujnowanych fontann. Obrazy te, zręcznie nakreślone słowami pisarza i wsparte wrażliwością malarza (którym Pamuk przecież przez kilka lat był), są tak sugestywne, że nie sposób było się oprzeć tej melancholii w czasie czytania i nawet kilka dni po skończeniu lektury.

Podsumowując, jestem absolutnie zauroczona twórczościa Pamuka. I proszę mi wybaczyć ten emocjonalny ton, ale dawno już żadna książka nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia. Na pewno nie jest to moje ostatnie spotkanie z tym pisarzem i wróżę sobie jeszcze długie godziny wspaniałej strawy duchowej z oczami zatopionymi w jego prozie.

——

[1] Orhan Pamuk, “Istanbul”, tłum. Maureen Frest2ely, Vintage International, 200g, s. 275. (tłumst5aczenie na polski moje, dość dowolnie potraktowane)

[2] Tamże, s. 3.

[3] Tamże, s. 141.

[4] Tamże, s.6.

[5] Tamże, s. 101.

 

„Ruchome święto” – Ernest Hemingway

ruchome swiet

Są takie książki, które wręcz połyka się jednym tchem. Nie zawsze są to kryminały, thrillery lub książki sensacyjne, pełne nieoczekiwanych zwrotów akcji i teorii spiskowych. Czasami można się całkowicie zatopić i pozwolić się pochłonąć spokojnej lekturze o powoli płynącej narracji. Właśnie tak pochłonęłam „Ruchome święto” Hemingwaya. Czytałam zachłannie, jakby książka lada moment miała rozsypać się w proch, a to przecież proza, która swoją magię roztacza stopniowo i którą trzeba smakować, delektować się nią. Kiedy więc już chciwie pochłonęłam „Ruchome święto” niczym nieopierzony 16-latek swoją pierwszą butelkę wina, przyjęłam dojrzalsze podejście i za drugim razem rozkoszowałam się niesamowitym bukietem wspomnień pisarza.

„Ruchome święto” to niezwykły zbiór paryskich reminiscencji Hemingwaya, których bohaterami stają się takie postaci jak Francis Scott Fitzgerald, Ford Madox Ford, Ezra Pound czy Gertruda Stein, o której pisarz nie zawsze wypowiada się pochlebnie, ale która mimo to wzbudza sympatię. W „Ruchomym święcie” nie brakuje też księgarni Shakespeare and Company wraz z Sylvią Beach czy historii o powstaniu określenia „stracone pokolenie”.

Spomiędzy anegdot i plotek o przyjaciołach i znajomych, Hemingway daje się poznać jako bardzo zdyscyplinowany pisarz, któremu do tworzenia był potrzebny notatnik, ołówek, stolik w kawiarni i… trochę szczęścia. Okazuje się, precyzyjny, lapidarny styl Noblisty rozwinął się nie tylko dzięki jego dziennikarskim doświadczeniom, ale również poprzez podporządkowanie procesu pisania naczelnej zasadzie stworzenia „prawdziwego zdania” i… oglądanie obrazów Cezanne’a.

Jeśli dodać do tego jeszcze delikatnie nakreśloną atmosferę Paryża lat dwudziestych i łagodne echo miłości do pierwszej żony, Hadley, to mamy doprawdy wyjątkową książkę, którą można się rozkoszować jeszcze na długo po skończeniu lektury.

 

„Władca much” – William Golding

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:20
Tags: , ,

władca much

Dziecko i dzieciństwo to powszechnie rozpoznawany symbol niewinności, czystości. Dziewicza, nieskażona cywilizacją i niezamieszkana przez nikogo wyspa przywodzi na myśl raj (vide arturiański Avalon czy „Utopia” Thomasa More’a). William Golding we „Władcy much” wywrócił jednak te symbole do góry nogami i powstało niezwykłe, zapadające w pamięć dzieło.

Grupa brytyjskich chłopców zostaje ewakuowana z powodu zagrożenia wybuchem bomby atomowej, ale samolot się rozbija i dzieci trafiają na bezludną wyspę. Są zdane tylko na siebie i tworzą mini-państwo – wybierają przywódcę, dzielą się obowiązkami. Szybko jednak okazuje się, że coś, co mogłoby się wydawać świetną zabawą w rozbitków, zmienia się w koszmar. „Władcę much” przez pierwszych kilka rozdziałów czyta się jak powieść przygodową, ale niedługo po rozpoczęciu lektury wraz z każdą obróconą stroną rośnie napięcie, a czytelnik w niemym przerażeniu nie może oderwać się od lektury, by po przeczytaniu ostatniego zdania gorzko zaśmiać się nad ironicznym zakończeniem – chłopcy zostali zauważeni, bo spalili pół wyspy w polowaniu na swojego kolegę, a ratuje ich nikt inny jak oficer marynarki, który dziwi się, że brytyjscy chłopcy nie spisali się lepiej, a sam przed chwilą pewnie „zabawiał się” nie gorzej niż oni.

Golding pokazuje, że zło jest nieodłączną częścią natury człowieka. Cywilizacja pomaga człowiekowi ograniczyć jego pierwotne instynkty, ale z dala od niej przestajemy kontrolować samych siebie (pisał o tym również Conrad w „Jądrze ciemności”). Można się z tymi poglądami nie zgadzać, ale nie sposób przejść wobec nich obojętnie.

Dziecko i dzieciństwo to powszechnie rozpoznawany symbol niewinności, czystości. Dziewicza, nieskażona cywilizacją i niezamieszkana przez nikogo wyspa przywodzi na myśl raj (vide arturiański Avalon czy „Utopia” Thomasa More’a). William Golding we „Władcy much” wywrócił jednak te symbole do góry nogami i powstało niezwykłe, zapadające w pamięć dzieło.

Grupa brytyjskich chłopców zostaje ewakuowana z powodu zagrożenia wybuchem bomby atomowej, ale samolot się rozbija i dzieci trafiają na bezludną wyspę. Są zdane tylko na siebie i tworzą mini-państwo – wybierają przywódcę, dzielą się obowiązkami. Szybko jednak okazuje się, że coś, co mogłoby się wydawać świetną zabawą w rozbitków, zmienia się w koszmar. „Władcę much” przez pierwszych kilka rozdziałów czyta się jak powieść przygodową, ale niedługo po rozpoczęciu lektury wraz z każdą obróconą stroną rośnie napięcie, a czytelnik w niemym przerażeniu nie może oderwać się od lektury, by po przeczytaniu ostatniego zdania gorzko zaśmiać się nad ironicznym zakończeniem – chłopcy zostali zauważeni, bo spalili pół wyspy w polowaniu na swojego kolegę, a ratuje ich nikt inny jak oficer marynarki, który dziwi się, że brytyjscy chłopcy nie spisali się lepiej, a sam przed chwilą pewnie „zabawiał się” nie gorzej niż oni.

Golding pokazuje, że zło jest nieodłączną częścią natury człowieka. Cywilizacja pomaga człowiekowi ograniczyć jego pierwotne instynkty, ale z dala od niej przestajemy kontrolować samych siebie (pisał o tym również Conrad w „Jądrze ciemności”). Można się z tymi poglądami nie zgadzać, ale nie sposób przejść wobec nich obojętnie.

 

„Trawa śpiewa” – Doris Lessing

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 00:03
Tags: , , ,

Trawa-spiewa

„Trawa śpiewa” to debiutancka powieść brytyjskiej laureatki Nagrody Nobla. Choć polski czytelnik ma okazję poznać tę powieść dopiero w tym roku, „Trawa śpiewa” zdobyła międzynarodowe uznanie już w roku 1950, kiedy została opublikowana po raz pierwszy.

Powieść rozpoczyna się tragicznym wydarzeniem – morderstwem Mary Turner. Sprawca, Moses, czarny służący, nie stawia oporu przy aresztowaniu, a śmiercią Mary, oprócz jej męża, nikt nie wydaje się przejmować. Gdy sąsiad Turnerów, Charlie Slatter, zobaczył martwą Mary, ‘jego twarz wykrzywiła nienawiść i pogarda, których należałoby się spodziewać raczej w chwili, gdy stał twarzą w twarz z mordercą. Jego brwi zmarszczyły się, wargi w pełnym złości grymasie odsłoniły na kilka sekund zęby.” [1] Czytając powieść, dowiadujemy się, dlaczego reakcja Slatter’a była taka, a nie inna oraz jaką osobą była Mary i jak doszło do nieszczęsnego finału.

Dzieciństwo Mary nie należało do szczęśliwych, ojciec nadużywał alkoholu, a matka była zgorzkniałą i wiecznie niezadowoloną kobietą, więc kiedy Mary wyprowadziła się z domu do większego miasta i zaczęła pracować, odrodziła się na nowo. Miała wielu przyjaciół, ceniła swoją niezależność „i nigdy, ani przez chwilę, nie bywała samotna, z wyjątkiem nocy i godzin snu.” [2] Pewnego dnia jednak przez przypadek usłyszała swoje koleżanki dziwiące się, że nie wyszła jeszcze za mąż. Stwierdzenie jednej z nich, że „ona [Mary] nie jest taka, to nie ten typ” [3] zdeterminowało jej dalsze losy i prześladowało ją jeszcze wiele lat później. Kiedy więc Dick oświadcza się kobiecie, ta wychodzi za niego i przeprowadza się na farmę.

W gruncie rzeczy w książce nie dzieje się wiele, nie ma żadnych nagłych zwrotów akcji. Doskonale za to jest nakreślony portret psychologiczny Mary i (choć w nieco mniejszym stopniu) jej męża, Dicka. Strona po stronie jesteśmy świadkami rozpadu ich kruchej więzi, widzimy jak początkową uprzejmość zastępuje całkowita obojętność i zgorzknienie. Dom, o który na początku Mary bardzo dbała, po kilku latach budzi odrazę w Charliem: „zasłony były podarte, szyba w oknie zbita i zastąpiona papierem; inna, pęknięta, też nie została wymieniona. Całe wnętrze było nieprawdopodobnie nędzne i zaniedbane” [4] stając się jednocześnie symbolem całkowitego rozpadu małżeństwa Turner’ów i rozpadu równowagi psychicznej Mary.

Powieść ukazuje również życie w Rodezji (obecnie Zimbabwe) w czasach apartheidu. Ślepa nienawiść i pogarda Mary dla czarnych, wśród których jest jedyna życzliwa jej osoba, do końca pozostaje dla mnie niezrozumiała. Brytyjczycy najbardziej obawiali się przyznać, że rdzenni mieszkańcy Rodezji to też ludzie. Istniały specjalne sklepy dla krajowców i Charlie był zszokowany widząc materiał z takiego sklepu w domu Turnerów. Przecież biali nie mogą upaść tak nisko, aby mieć cokolwiek wspólnego z czarnymi! Nagła chęć pomocy Slatter’a nie wynikała z jego sympatii do Dick’a czy Mary, ale ze swego rodzaju solidarności białych – „Charlie walczył o to, by kolejny nieudacznik nie powiększył szeregów białej biedoty, która u szanowanych białych obywateli wywoływała znacznie silniejszy szok (nie wzbudzając litości, a jedynie wzgardę i nienawiść za zdradę standardów życia białego człowieka) niż wszystkie te miliony czarnych stłoczonych w slumsach […]” [5]

Lektura na pewno nie należy do łatwych i przyjemnych. Nie pomoże się zrelaksować po ciężkim dniu, a raczej sprawi, że oprócz własnych problemów będziemy jeszcze przeżywać te z kart powieści. Jest to gorzka i pesymistyczna opowieść, ale jednocześnie doskonałe studium ludzkiej psychiki. „Trawa śpiewa” to powieść, która porusza do głebi i tkwi w czytelniku niczym drzazga, której trudno się pozbyć.

———————-

[1] Doris Lessing, „Trawa śpiewa”, tłum. Joanna Puchalska, wyd. Świat Książki, 2008, s. 18.

[2] Tamże, s. 43.

[3] Tamże, s. 46.

[4] Tamże, s. 201.

[5] Tamże, s. 209.

 

„Umiłowana” – Toni Morrison Maj 23, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 18:46
Tags: , , , , ,

Jeśli „Jazz” Toni Morrison szybko okazał się być prozą na najwyższym poziomie, to „Umiłowana” jeszcze go kilkakrotnie przewyższa.

Akcja dzieje się w domu przy Bluestone Road. Zamieszkuje go zbiegła niewolnica z Kentucky wraz ze swoja córką. W domu straszy. I to tyle, jeśli chodzi o wydarzenia. Więcej zdradzić nie sposób, aby nie zepsuć przyjemności czytania. Dlatego tym bardziej nie rozumiem, dlaczego w notce od wydawcy na okładce znajduje się ohydny spoiler. Wydarzenia, które zostają wyjaśnione po kilkudziesięciu (kilkuset?) stronach, mamy podane na tacy jeszcze nawet przed rozpoczęciem lektury.

Podobnie jak w „Jazzie”, właściwa akcja jest przeplatana retrospekcjami głównych bohaterów i to właśnie dzięki ich wspomnieniom dowiadujemy się, co się wydarzyło przy Bluestone Road. Wszelkie tajemnice i niedopowiedzenia stopniowo są odkrywane, a prawda nie daje oczyszczenia.

„Umiłowana” pozwala zadać sobie kilka pytań. Bo niby wszyscy wiemy, że istniało niewolnictwo, prześladowania rasowe pełne okrucieństwa, ale jakoś tak trudniej zobaczyć w tym prawdziwą, ludzką historię. Trudniej zobaczyć człowieka. Liczby zabitych, zgwałconych może i przerażają, ale łatwiej przejść obok nich obojętnie, niż wobec historii opowiadanej przez konkretną osobę lub kilka osób. Bo czy można sobie wyobrazić życie, w którym naszą matkę siłą przywieziono do obcego kraju, gwałcąc ją wielokrotnie w czasie podróży? Życie, w którym matki nie przywiązywały się do dzieci, bo te i tak niedługo umierały albo po prostu były im odbierane? Świat, w którym biali odbierali czarnym człowieczeństwo, stawiając ich na równi ze zwierzętami? I jak można żyć ze świadomością, że nasze życie nie należy do nas? Że nasze ciało nie należy do nas? Fragmentu, w którym Baby Suggs została wykupiona i stała się wolną kobietą, długo jeszcze nie zapomnę.

„Aż nagle ujrzała swoje dłonie i przyszła jej do głowy cudownie prosta myśl: te ręce należą do mnie. To są m o j e ręce. Następnie poczuła kołatanie w piersi i znów odkryła coś nowego: własne bicie serca. Miała to od zawsze? Tę bijącą rzecz? Poczuła się jak głupiec i wybuchnęła głośnym śmiechem.”*

I, co najważniejsze, jak żyć z takim dziedzictwem? Morrison nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Są to jednak pytania, które warto czasami sobie postawić. Niezwykła książka. Po prostu trzeba ją przeczytać.

* Toni Morriosn, „Umiłowana”, przeł. Renata Gorczyńska, wyd. Znak 2007, s. 189.

Jeśli „Jazz’ Toni Morrison szybko okazał się być prozą na najwyższym poziomie, to „Umiłowana” jeszcze go kilkakrotnie przewyższa.

Akcja dzieje się w domu przy Bluestone Road. Zamieszkuje go zbiegła niewolnica z Kentucky wraz ze swoja córką. W domu straszy. I to tyle, jeśli chodzi o wydarzenia. Więcej zdradzić nie sposób, aby nie zepsuć przyjemności czytania. Dlatego tym bardziej nie rozumiem, dlaczego w notce od wydawcy na okładce znajduje się ohydny spoiler. Wydarzenia, które zostają wyjaśnione po kilkudziesięciu (kilkuset?) stronach, mamy podane na tacy jeszcze nawet przed rozpoczęciem lektury.

Podobnie jak w „Jazzie”, właściwa akcja jest przeplatana retrospekcjami głównych bohaterów i to właśnie dzięki ich wspomnieniom dowiadujemy się, co się wydarzyło przy Bluestone Road. Wszelkie tajemnice i niedopowiedzenia stopniowo są odkrywane, a prawda nie daje oczyszczenia.

„Umiłowana” pozwala zadać sobie kilka pytań. Bo niby wszyscy wiemy, że istniało niewolnictwo, prześladowania rasowe pełne okrucieństwa, ale jakoś tak trudniej zobaczyć w tym prawdziwą, ludzką historię. Trudniej zobaczyć człowieka. Liczby zabitych, zgwałconych może i przerażają, ale łatwiej przejść obok nich obojętnie, niż wobec historii opowiadanej przez konkretną osobę lub kilka osób. Bo czy można sobie wyobrazić życie, w którym naszą matkę siłą przywieziono do obcego kraju, gwałcąc ją wielokrotnie w czasie podróży? Życie, w którym matki nie przywiązywały się do dzieci, bo te i tak niedługo umierały albo po prostu były im odbierane? Świat, w którym biali odbierali czarnym człowieczeństwo, stawiając ich na równi ze zwierzętami? I jak można żyć ze świadomością, że nasze życie nie należy do nas? Że nasze ciało nie należy do nas? Fragmentu, w którym Baby Suggs została wykupiona i stała się wolną kobietą, długo jeszcze nie zapomnę.

„Aż nagle ujrzała swoje dłonie i przyszła jej do głowy cudownie prosta myśl: te ręce należą do mnie. To są m o j e ręce. Następnie poczuła kołatanie w piersi i znów odkryła coś nowego: własne bicie serca. Miała to od zawsze? Tę bijącą rzecz? Poczuła się jak głupiec i wybuchnęła głośnym śmiechem.”*

I, co najważniejsze, jak żyć z takim dziedzictwem? Morrison nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Są to jednak pytania, które warto czasami sobie postawić. Niezwykła książka. Po prostu trzeba ją przeczytać.

* Toni Morriosn, „Umiłowana”, przeł. Renata Gorczyńska, wyd. Znak 2007, s. 189.