Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Miedzianka. Historia znikania” – Filip Springer Październik 13, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 17:02
Tags:

Miedzianka, dawniej Kupferberg – niewielkie miasteczko w pobliżu Jeleniej Góry. Zamieszkiwane przez Niemców, ocalało nietknięte po II wojnie światowej, wojenna zawierucha oszczędziła malowniczy ryneczek, zadbane domy, browar i karczmę, w której tętniło życie. Wojenna zawierucha oszczędziła Miedziankę, a jednak miasteczka nie ma już na mapie, p domach zniknął ślad, a miejsce dawnych przechadzek mieszkańców zarasta trawa.Za zniknięciem Miedzianki nie kryje się wielka tajemnica. Jej los przesądzony był jeszcze przed wojną, kiedy

„pewnego dnia konie ciągnące pług po polu pana Franzkiego zapadają się w ziemi po piersi i wydają z  siebie tak przerażający kwik, że ci, którzy są akurat w pobliżu, rzucają swoją robotę i wybiegają na pole z pobladłymi twarzami. Tylko niektórzy mają odwagę ruszyć z pomocą i ratować zwierzęta, inni patrzą z daleka na wystające z ziemi końskie łby i niezwykłe, lejkowate zapadlisko wokół nich.”

Górnicze korytarze, które drążono od średniowiecza w poszukiwaniu cennych złóż stopniowo dawały się we znaki. Wyroku dopełniło rabunkowe wydobycie uranu rozpoczęte przez Rosjan. Nowi mieszkańcy Miedzianki, przybyli ze wschodu, pracowali w kopalni, bo płacono im dobrze, ale żyli w atmosferze strachu i z absolutnym zakazem rozmów o tym, co dzieje się na dole. W oficjalnych papierach kopalnia uranu była zarejestrowana jako Papryka Papieru w Janowicach. Pracę wykonywaną bez podstawowych zasad bezpieczeństwa wielu z górników okupiło zdrowiem. Życie w Miedziance stopniowo zamierało, coraz więcej domów ulegało górniczym zniszczeniom, a pod koniec lat 60-tych podjęto decyzję o ewakuacji i wyburzeniu miasteczka.

Książka Springera to reportaż niemal doskonały. Sam autor pojawia się jedynie w epizodach na początku i na końcu, oddając głos byłym mieszkańcom i osobom związanym z Miedzianką. Springer unika wartościowania, sprytnie powstrzymuje się od oceniających komentarzy, a tylko przytacza głosy świadków. Niektóre rozdziały to pisane od myślników wypowiedzi mieszkańców, część z nich jest wręcz przerażająca i mówi więcej niż jakikolwiek odautorski komentarz. Szczególnie poruszające były fragmenty o profanacji starego niemieckiego cmentarza, o bliżej nieokreślonych  osobach, które ciągnikami wyciągali płyty nagrobne, o graniu czaszką w piłkę, odrywaniu aniołków z trumien, wyciąganiu szkieletów. I braku jakiejkolwiek reakcji ze strony mieszkańców.

Springer pokazuje też,w jaki sposób byli mieszkańcy mieszkańcy Miedzianki tłumaczą sobie pewne zjawiska tworząc mity i legendy, które są traktowane jak fakty. Zrywanie podłóg, poszukiwanie niemieckich skarbów nie były niczym nadzwyczajnym. Nawet po latach widok Niemców, którzy przyjechali do miasteczka swojego dzieciństwa tłumaczony jest tym, że wrócili po swoje złoto ukryte w ziemi. W zatopionych chodnikach mają też mają znajdować się skarby – i niemieckie, i rosyjskie. Irena Siutowa, szefowa urzędu gminy, jawi się jako jedyna odpowiedzialna za zniknięcie Miedziaki, demon w ciele kobiety.

– Całe miasteczko wykończyli Cyganie. Sprowadziła ich Siutowa. I oni tutaj rządzili przez kilka dobrych lat.

– Sami wszystkie domy wykończyli?

– Sami, dom po domu, zajmowali pustostany i rujnowali.

– Ilu ich było?

– Przyjechały ze dwie rodziny, mieszkali najpierw w pałacu, ale oni się szybko rozmnażali i po roku połowę mieszkańców Miedzanki to Cyganie stanowili, aż się Polacy zaczynali buntować, bo oni całe miasteczko do ruiny doprowadzili.” **

Springer przywołuje do życia Miedziankę na nowo – lata jej świetności i stopniowy upadek. Grzebanie w historii przywołuje też demony – zastraszanie przez UB i kompletny brak poszanowania dla miejsca przez przesiedleńców. W wielu chwilach wstyd mi było za mieszkańców Miedzianki. Bezczeszczenia cmentarza nie można tłumaczyć traumą powojennej tułaczki, wrażeniem tymczasowości. Dla Polaków odpowiedzialna za wyburzenie miasteczka będzie zawsze doktorowa Siutowa, dla Niemców „pijani Polacy”. Każdy tworzy własne mity.

—–

* Filip Springer. Miedzianka. Historia znikania. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec: 2011. S. 5.

** Tamże, s. 195-6.

 

„Broniłam ofiar. Pamiętnik z Iranu” – Shirin Ebadi Październik 6, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:05
Tags: , , ,

Akurat, kiedy byłam świeżo po lekturze „Broniłam ofiar”, w radio usłyszałam wiadomość o irańskich delegatach, którzy wybrali się do Nowego Jorku, jeśli mnie pamięć nie myli, na radę ONZ. I o zgrozo, poszli na zakupy! Można by pomyśleć, że przez oszalałych żądzą kupowania Irańczyków sklepy wręcz opustoszały. Prezenter radiowy na koniec kwaśno skomentował, że Irańczycy, którzy z założenia (!) powinni gardzić Ameryką, jakoś nie gardzą zaopatrzeniem amerykańskich sklepów. Rzeczywiście, skandal wszechczasów. Ledwo wierzyłam własnym uszom, że słyszę takie bzdury i umacnianie stereotypów w ogólnopolskiej rozgłośni (i niestety jedynej, jaką odbiera mój nadajnik).

Przeczytanie książki laureatki pokojowej Nagrody Nobla być może ustrzegłoby  prowadzącego audycję przed bezsensownym uogólnianiem. Shirin Ebadi pisze jasno i logicznie, jej wspomneinia mają przede wszystkim wartość poznawczą, niekoniecznie literacką. Nie jest to jednak zarzut. Ebadi odebrała wykształcenie prawnicze, przed wybuchem rewolucji islamskiej była sędzią, a kiedy zabroniono jej wykonywania tego zawodu, otworzyła własną praktykę adwokacką, więc uporządkowana logika opowiadania jest w pełni zrozumiała.

Ebadi pisze o swojej młodości, studiach, o wielkiej radości, która towarzyszyła odejściu od władzy marionetkowego szacha i nadziei, jaką wzbudziła rewolucja. Pełne optymizmu podniecenie, którego pełno było na ulicach, wkrótce zmieniło się  w strach i życie pełne represji. W trudnej sytuacji znaleźli się nie tylko intelektualiści, ale przede wszystkim kobiety. Ebadi nie może zrozumieć, jak można było wprowadzić do XX-wiecznego Iranu prawa rodem z VII wieku. Kiedy próbuje polemizować z duchownymi, przytaczając słowa ksiąg, z których ci się uczyli, nie zyskuje sobie popularności. Ebadi jest jednak wielką patriotką i nie chce wyjechać z Iranu, choć wyjeżdża wiele jej znajomych. Czuje się odpowiedzialna za dalsze losy kraju, zastanawia się, co się z nim stanie, jeśli wszyscy wyjadą. Ta godna podziwu postawa i bronienie pozornie beznadziejnych spraw, za które nie zabrałby się nikt inny przyniosły Ebadi sławę, a w 2003 roku pokojową Nagrodę Nobla.  Ebadi w ramach swojej działalności nie tyle próbuje znieść surowe prawo szariatu, ale dowieść, że w ramach islamu możliwa jest inna interpretacja słów Koranu, umożliwiająca życie zgodne i z zasadami religijnymi, i z prawami człowieka.

Na koniec kilka słów odnośnie polskiego tłumaczenia tytułu: „Iran Awakening. A Memoir of Revolution and Hope” . Gdybym nie wiedziała, kim jest autora, zdecydowanie nie sięgnęłabym po książkę o takim tytule. Kojarzy mi się z gonieniem za tanią sensacją. Przynajmniej okładka nie przedstawia tajemniczej piękności o mocno umalowanych oczach w hidżabie.

 

„And All Is Said” – Zareer Masani Czerwiec 9, 2012

Filed under: Indie,Przeczytane — Lilithin @ 11:38
Tags: ,

Podtytuł tej książki Memoir of a Home Divided, czyli Wspomnienia z podzielonego domu właściwie oddają niemal cały jej charakter. Po śmierci obojga rodziców, syn postanawia rozprawić się z duchami przeszłości, ze wspomnieniem surowego ojca i kochającej, acz niestabilnej emocjonalnie matki. Masani pisze, że chciałby dać rodzicom „zrozumienie, akceptację i szacunek, który tak ciężko było im osiągąć, kiedy jeszcze żyli.”

A trzeba przyznać, że rodzinę miał niezwykłą. Wydawać by się mogło, że matka, Shakantula Srivastava opływająca w luksusy córka przychylnego rządom Brytyjczyków przemysłowca i ojciec, Minoo Masani pochodzący z surowej rodziny, która mimo posiadanych środków wolała proste życie pozbawione nadmiernych wygód, nie mają wiele wspólnego. Dzieliło ich niemal wszystko – religia (ona Hinduska, on Pars), poglądy polityczne, styl życia, temperament. Mimo to, postanowili się pobrać. Masani opisuje swoje życie u boku tych silnych osobowości, walkę o to, kto będzie górą. W tle – historia Indii. Jego ojciec był ważną postacią na scenie politycznej Indii, o wysokiej moralności politycznej (tak przynajmniej pisze o nim jego syn), której teraz już próżno szukać we współczesnych Indiach.

Z jednej strony wspomnienia te prezentują nieistniejący już świat pełen wystawnych bankietów, pojawiania się w „towarzystwie” a także czas przemian politycznych, kiedy sądzono, że można odmienić Indie i panowała wiara w zasady uczciwości i szczerości. Masani stara się być obiektywny, czasami jednak jego opowieści uderzają w nieco melodramatyczną nutę  i mam wrażenie, że chłopiec, który za wszelką cenę szukał uwagi matki i szczerze nie znosił apodyktycznego ojca, nie do końca zniknął z życia autora. Pod koniec wyliczanie paranoidalnych zachowań matki stało się wręcz nużące i z przykrością stwierdzam, że cel Masaniego, aby ukazać „tragiczną godność”** matki, której nie udało jej się osiągnąć za życia, nie został spełniony. Shakantula jawi się jako rozchwiana kobieta potrzebująca pomocy. Przez 17 lat nie chce zgodzić się na rozwód z mężem, z którym już nic jej nie łączy, a która sama ma na koncie kilka romansów. Nie przeszkadza to jednak jej prosić go o łożenie na jej utrzymanie. Wprawdzie Masani przyznaje, że czasami matka przesadzała i koloryzowała wydarzenia, ale nie widzi, że jej nagła i krótka kariera polityczna wynikła z konieczności usamodzielnienia się, kiedy środki jego ojca okazały się niewystarczające na życie, do którego przywykła, a także, że funkcje, jakie pełniła, nie były zasługą kwalifikacji czy zasług, a znajomości. Podobnie zresztą jak stypendium, dzięki któremu Masani zrobił doktorat w Anglii. Opisy zachowań matki zamiast dodać jej godności, umniejszyły ją.

Ciekawe jakby wyglądała ta książka, gdyby mniej w niej było Shakantuli, a więcej Minoo? Nie twierdzę, ze to zy zbiór wspomnień. Rozhisteryzowana Shakantula to typ bohaterki, który działa na mnie bardzo irytująco i jej postać w pewien sposób przesądziła o sposobie postrzegania „And All Is Said”. Osoba z większą dozą tolerancji pewnie doceni jawiący się w tle Bombaj i opisy życia i przepychanek wyższych sfer doprawione szczyptą polityki. Ja odłożyłam z ulgą.

—–

* Masani, Zareer. And All Is Said. Memoir of a Home Divided. Penguin Books. New Delhi: 2012. S. 10. Tłum. L.

** Tamże, s. 236.

 

Skrywane historie kobiet Afganistanu Maj 29, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 12:42
Tags: , ,

„Dear Zari. Hidden stories from women of Afghanistan” Zarghuny Kargar to wyjątkowa lektura. Kargar jest z pochodzenia Afganką, która przez kilka lat pracowła w BBC w Londynie tworząc program Afghan Women’s Hour, gdzie afgańskie kobiety opowiadały o swoim życiu, trudnościach i problemach, a często i o tematach tabu. Do programu zapraszano ekspertów z różnych dziedzin i dyskutowano o istotnych kwestiach w wyznaniach poszczególnych kobiet. Kiedy program po pewnym czasie zdjęto z anteny, Kargar postanowiła spisać niektóre z usłyszanych historii, także te, które wydawały się zbyt kontrowersyjne dla afgańskiej społeczności.

Podobno nie da się zmierzyć cierpienia, niesprawiedliwością byłoby twierdzić, że ktoś cierpi więcej niż kto inny z takich czy innych względów. A jednak wydaje mi się, że w targanym wojnami Afganistanie kobiety muszą znosić nieporównanie więcej niż chociażby właśnie w Indiach. W Afganistanie cierpienie stało się chlebem powszednim, czymś tak normalnym jak śnieg w zimie. Trudno mi powiedzieć, która z historii poruszyła mnie najbardziej, bo każda z nich zasługuje na uwagę. Obojętnie czy opowiada o pozornie oklepanym motywie niemożliwej do spełnienia miłości, o nieznanej szerzej w Europie praktyce wychowywani dziewczynek jak chłopców, co prowadzi do strasznych tożsamościowych problemów czy o zwyczaju pokazywania chusteczki z dziewiczą krwią po nocy poślubnej, co jest wciąż wielkim tabu  Afganistanie. Afgański lekarz zaproszony do programu przyznał w rozmowie telefonicznej, że nie zawsze występuje krwawienie, ale jednocześnie odmówił występu na antenie – straciłby wtedy nie tylko powszechny szacunek, ale i pacjentów…

Co jednak mnie najbardziej zszokowało, to nie tyle skomplikowane i tragiczne losy kobiet w Afganistanie, a zachowanie afgańskiej społeczności w Londynie. Kargar niejednokrotnie wspominała, że niektóre z przytaczanych historii spotykały się z szyderczymi komentarzami jej kolegów. Sama autorka wspomina, że choć jej rodzina należała do uprzywilejowanej, dobrze wykształconej grupy o otwartym umyśle, to jednak presja wydania na świat męskiego potomka była bardzo silna. Wprawdzie nie powinno mnie to dziwić – kiedy siostra mojego afgańskiego znajomego, należąca do drugiego pokolenia emigrantów i mieszkająca w jednym z krajów skandynawskich, urodziła 3 dziecko, zapytałam z ciekawości, bo w końcu nieczęsto zdarzają się tak liczne rodziny, czy planowała tak liczne potomstwo. Znajomy, student medycyny odparł, że nie, ale najpierw urodziła 2 córki, a chciała też syna. Pozostaje pytanie, czy to ona w rzeczywistości pragnęła chłopca, czy zakorzeniona w niej tradycja i społeczne oczekiwania podpowiadały taki krok.

Kargar opowiada również swoją własną historię, która pozornie różni się od losów kobiet przedstawionych w książce, ale również pokazuje, jak surowe są zasady i wartości reprezentowane przez Afgańczyków, obojętnie czy mieszkają oni w swoim kraju, czy od wielu lat w Anglii. Bo oto Kargar postanowiła się wyzwolić z aranżowanego i nieszczęśliwego małżeństwa i wziąć rozwód. Wśród rodziny i znajomych spotyka się z potępieniem – krzywda jej się przecież nie działa, mąż nie bił, nie zdradzał. Afgańskie, podobnie jak i indyjskie kobiety powinny poddać się losowi, zaakceptować wybór rodziców i trwać w związku małżeńskim – kwestia szczęścia nie ma tu nic do rzeczy. Tak trzeba i już, nawet kiedy, jak w przypadku jednej z bohaterek, mąż okazuje się homoseksualistą i szantażuje żonę odebraniem jej dzieci, jeśli nie zgodzi się żyć jak służąca wraz z nim i jego kochankiem. Ale to kolejny temat tabu.

„Dear Zari” nie jest jednak wolne od wad. Spodziewałam się, że Kargar w całości odda głos kobietom. Tymczasem, poza kilkoma wyjątkami, zazwyczaj to Kargar opowiada usłyszaną historię i co gorsza, komentuje. Gdyby jej komentarze coś wnosiły do danej sytuacji, naświetliły problem z jakiejkolwiek innej perspektywy – psychologicznej, historycznej, religijnej, kulturowej, wtedy książka zyskałaby wiele. Niestety, dziennikarka ogranicza się do wyrazów wdzięczności, że mieszka w Londynie i cieszy się wolnością oraz do opisów łez, które rzewnie się lały, kiedy słuchała historii Afganek. Brakowało mi jakiegoś profesjonalnego komentarza, analizy, refleksji. Odniosłam wrażenie, że wypowiedzi Kargar miały tylko na celu zwiększenie ilości stron. Być może lepiej by było w 100% oddać głos kobiecym historiom, a ich odwagę docenić milczeniem.

Jeśli „Dear Zari” zostanie wydana po polsku, myślę, że odniesie sukces. Każdy, komu podobało się „Tysiąc wspaniałych słońc” Hosseini’ego, powinien sięgnąć po ten zbiór. Język jest podobnie prosty, a wiele historii było bardziej wzruszających niż losy Lajly i Miriam. Przede wszystkim jednak książka nie jest fikcją literacką i opowiada o prawdziwych zdarzeniach i rzeczywistych problemach kobiet w Afganistanie.

 

Być kobietą w Indiach, część 1. Maj 12, 2012

Filed under: Indie,Przeczytane — Lilithin @ 14:08
Tags: , ,

Kiedy zobaczyłam „May You Be the Mother of a Hundred Sons” w księgarni w Shimli, zabłyszczały mi się oczy. Podróż nie w głąb Indii, a w świat indyjskich kobiet, bardzo mnie zainteresowała. Spojrzałam na datę wydanie: rok 1990 i odłożyłam z rezygnacją. Cóż może mi 22-letni zbiór reportaży powiedzieć o obecnej sytuacji w Indiach? Jak się później okazało dzięki lekturze i Chihiro, która ją gorąco polecała, zaskakująco wiele.

Elisabeth Bumiller, dziennikarka The Washington Post, przyjechała do Indii wraz z mężem, którego do tego kraju jako zagranicznego korespondenta wysłał The New York Times. Początkowo niechętna pomysłowi, zaczęła pracę nad książką o kobietach w Indiach. Przez 3,5 roku jeździła po Indiach i spotykała się z kobietami. Bumiller chodziła na spotkanie wiejskich akuszerek, rozmawiała o aranżowanych małżeństwach z wykształconymi kobietami, badała sprawę spalenia panny młodej, która nie przyniosła wystarczająco dużego posagu, a także przypadek sati (rytuał spalenia wdowy na stosie pogrzebowym ze zwołami męża). Dziennikarka porusza szerokie spektrum tematów rozmawiając z bollywoodzkimi aktorkami, intelektualistkami z Kalkuty, porównuje życie gospodyni domowej z życiem kobiety robiącej karierę, a także pisze o aborcjach żeńskich płodów i zabójstwach dziewczynek i moralnie dwuznacznym programie planowania rodziny.

Już same tematy poruszane przez Bumiller są fascynujące, a sposób, w jaki dziennikarka je opisała zasługuje na najwyższą pochwałę. Nie znajdzie się w „May You Be a Mother of a Hundred Sons” oceniania, wywyższania się, moralizowania. Autorka z pokorą i szacunkiem podchodzi do opisywanych spraw. Przy okazji opisywania straszliwie niehigienicznych (oczywiście z naszej „zachodniej” perspektywy) warunków, w jakich indyjskie kobiety w wioskach rodzą dzieci, Bumiller zastanawia się, czy jako osoba z zewnątrz powinna potępiać system zdrowotny za brak podstawowych udogodnień i lekarstw czy chwalić, że jakikolwiek system został stworzony na rozległych terenach wiejskich. Dziennikarka nie wstydzi się również przyznać do tego, że jej początkowe założenia okazały się być błędne, jak w przypadku sati. Kiedy zaledwie po 7 miesiącach po ślubie mąż Roop Kanwar zmarł, ta postanowiła popełnić sati z własnej nieprzymuszonej woli. Tak przynajmniej twierdzili świadkowie, którym Bumiller początkowo wierzyła. Po niedługim czasie musiała jednak zweryfikować swoje przypuszczenia cytując jeden z magazynów indyjskich: „Jeśli kobieta nie ma prawa zdecydować czy chce wyjść za mąż, kiedy i za kogo, jak długo chce podejmować edukację i czy chce podjąć daną pracę lub nie, to jak to możliwe, że nagle otrzymuje prawdo do zdecydowania o tak istotnej kwestii czy chce umrzeć?” * Sprawa Roop Kanwar długo nie chciała mi wyjść z głowy… Zapytałam mojego znajomego pochodzącego z Radżastanu (gdzie sati miało miejsce), co o tym sądzi – czy dziewczyna sama poddała się rytuałowi spalenia, czy też ktoś ją zmusił. Ten spojrzał na mnie jakbym się urwała z księżyca i zapytał, czy ja bym zrobiła coś takiego. Tym razem ja się zdziwiłam i odparłam, że oczywiście, że nie, w mojej kulturze nie ma takiej tradycji. Znajomy z pełnym przekonaniem stwierdził, że jest to absolutnie niemożliwe, aby jakakolwiek dziewczyna, zwłaszcza tak młoda jak Roop Kanwar (19 lat) i dobrze, jak na tamte czasy wykształcona (szkoła średnia), zdobyła się na taki krok…

Modlitwa w hinduskiej świątyni

Sikhijki w Złotej Świątyni w Amritsarze

O sati, na szczęście, już nie słyszałam podczas pobytu w Indiach, ale wszelkie inne tematy, które poruszała Bumiller 20 lat temu (!) wracały do mnie za pośrednictwem prasy. I tak np już mnie nie szokowało tak bardzo jej śledztwo w sprawie podpalenia świeżo upieczonej panny młodej – czytałam o takich przypadkach więcej razy niż mogę zliczyć. Relacje z tego rodzaju morderstw właściwie nie mają wielkiego znaczenia w gazetach – żadna informacja tego typu nigdy nie została umieszczona na pierwszej stronie, a oszczędny styl dziennikarza ograniczał się do zaledwie 2-3 krótkich akapitów. W pobliskiej wiosce, Fatehgarh Sahib, mąż został skazany na dożywocie za uduszenie żony. Kobieta krótko po ślubie skarżyła się swoim rodzicom, że mąż jej grozi. Ci jednak kazali jej do niego wrócić, a kiedy po kilku dniach poszli odwiedzić córkę, znaleźli ją duszoną przez męża. Było już za późno.

Podobnie miała się sprawa z aborcjami żeńskich płodów i planowaniem rodziny. Mogłoby się wydawać, że w XXI wieku nowoczesne Indie powinny wyzbyć się kultu syna. Tytułowe błogosławieństwo „Obyś była matką setki synów” ma się jednak wciąż dobrze. Nie dalej jak pół roku temu znajoma nauczycielka urodziła bliźniaki, dziewczynki. Komentarze w szkole wręcz mnie zszokowały: „Och nie, biedna N. I co ona teraz zrobi? Jedną córkę już ma i teraz jeszcze bliźniaki?” Należy podkreślić, że nie była to opinia odosobniona i wygłaszana była przez osobę wykształconą, mieszkającą w dość dużym mieście, a nie zabobonną starowinkę w odludnej indyjskiej wiosce. Dlaczego tak się dzieje? Pomijając kwestie finansowe związane z posiadaniem córek (posag, ślub, wesele), dziewczynki ceni się mniej, bo są one w rodzinie tylko tymczasowo – po wyjściu za mąż należą już do rodziny męża. W biedniejszych rodzinach nie ma sensu kształcić czy chociaż odpowiednio karmić córek, bo są one „cudzym ogrodem” (o świetnej książce Dipiki Rai „Someone Else’s Garden” w  następnym wpisie). Poza tym w hinduizmie to syn podkłada ogień pod stos pogrzebowy. Co również podkreśla Bumiller, męski potomek ma ogromne znaczenie w rodzinach, w których ojciec prowadzi jakąkolwiek firmę – komuś trzeba przekazać rodzinny biznes, a skoro córka po wyjściu za mąż już nie należy do rodziny, to jedyna nadzieja pokładana jest w synu.

Kobieta sprzedająca ofiary do hinduskiej świątyni

Mieszkanka Himachal Pradesh

W Indiach zabronione jest podawanie rodzicom przez lekarza informacji, jakiej płci jest dziecko ze względu na dużą ilość aborcji żeńskich płodów. Oczywiście zasada ta jest omijana i zawsze można znaleźć lekarza, który odpowie na pytania rodziców, a w razie czego dokona zabiegu przyczyniając się tym samym do powiększenia wypaczonego już stosunku płci (dane za 2011: 940 kobiet przypada na 1000 mężczyzn). Bumiller w poczekalni u lekarza spotkała matkę 2 córek, która otwarcie przyznała, że jeśli kolejne dziecko to dziewczynka, podda się aborcji. Assumpta D’Sylva wyznała: „Nasze społeczeństwo wpędza cię w poczucie winy, jeśli nie masz syna. Kiedy wychodzę na przyjęcia ludzie pytają ile mam dzieci, a na moją odpowiedź, że dwie dziewczynki mówią: O, jaka szkoda. Żadnego chłopca. To sprawia, że czuję się źle […] Wiem, że nie robimy dobrze [decydując się na aborcję], ale tak musi być. Ludzie patrzą na ciebie z góry, jeśli masz 2 lub 3 córki” ** D’Sylva finansowo mogłaby sobie pozwolić na kolejną dziewczynkę. Presja społeczeństwa okazała się jednak silniejsza. Paradoksalnie, kobieta nawet nie była hinduską, a katoliczką, więc w jej przypadku religijne znaczenie męskiego potomka zupełnie nie istniało.

Sprawy, o których pisała Bumiller ponad 20 lat temu okazują się wciąż aktualnymi problemami. To tylko pokazuje, jak skomplikowana jest sytuacja kobiet w Indiach i jak trudno ją zmienić. Nie wiem, czy 20 lat to dużo. W porównaniu z 1990, z pewnością obecnie zdecydowanie dużo więcej kobiet pracuje podnosząc tym samym swoją niezależność. Niestety, nawet wśród uprzywilejowanych warstw  rządzą skostniałe uprzedzenia płciowe. Aby zmienić takie stan rzeczy nie wystarczy wprowadzić nieefektywnego prawa, należy podjąć działania mające na celu zmienienie sposobu myślenia. Jednym z przykładów takich akcji jest inicjatywa w Ganganagar w Radżastanie, gdzie podczasu ślubnej ceremonii w gurdwarze, sikhijskiej świątyni, 21 par złożyło przysięgę przeciw wyborze płci dziecka, przy której składaniu było obecnych więcej niż 1000 ludzi. Być może z europejskiej perspektywy wydaje się to mało efektywne, ale religia w Indiach ma jednak większe znaczenie, a dodatkowo był to pierwszy raz, kiedy sprawa wyboru płci została poruszona publicznie. Panchayat, czyli lokalne władze wioski, również włączyły się w działania i wysyła listy gratulacyjne rodzinom, w których urodziły się dziewczynki. Wcześniej otrzymywano je jedynie przy narodzinach synów. Zmiana jest możliwa, ale należy jej szukać u podstaw, a nie w odgórnych martwych przepisach. Oby takich inicjatyw było jak najwięcej, a książka Bumiller to pozycja obowiązkowa dla każdej osoby zainteresowanej sytuacją kobiet w Azji.

—–

* Bumiller Elisabeth. MayYou Be the Mother of a Hundred Sons. Penguin Books. New Delhi: 1991. S. 74. Tłum. L.

** Tamże, s. 116.

Kobiety nad Sukhna Lake w Chandigarh, fot. Chihiro

Kobiety w Rock Garden, Chandigarh, fot. Chihiro

 

„Butter Chicken in Ludhiana” – Pankaj Mishra Maj 10, 2012

„Butter Chicken in Ludhiana” mogę chyba zaliczyć do największych rozczarowań zeszłego roku. Przeczytałam tę książkę w zeszłym roku, ale jakoś nie mogłam się zebrać do napisania czegokolwiek – tak wielki był mój zawód… Myślałam, że po upływie czasu moje emocje nieco się uspokoją i będę w stanie napisać bardziej wyważoną recenzję. Tak się jednak nie stało, więc proszę się przygotować na sporą dawkę jadu.

Mishra podróżuje po małych indyjskich miastach. Podróżuje i narzeka. Odnoszę wrażenie, że autor od samego początku nastawił się tak, aby pisać i widzieć same negatywy. Mnie osobiście wręcz rozśmieszyły jego narzekania na rozklekotany autobus – panie Mishra, to są Indie i doprawdy nie wiem, kto w swojej naiwności spodziewa się luksusów w lokalnym transporcie. Zagraniczni turyści, których znam, są bardziej odporni na warunki drogowe w Indiach, niż urodzony tu Pankaj Mishra, który chyba wyszedł ze swojego wygodnego domu pełnego służących i klimatyzacji i poczuł się zaskoczny wszechobecnym brudem, chaosem i hałasem. „Zepsuta droga, wałęsające się krowy, otwarty ściek, zrujnowane sklepy, ziemia pełna śmieci, napierający tłum, kurz – to były prawdziwe Indie, biedne, ohydne i zacofane […]”* Od wyedukowanego pisarza nie spodziewałabym się takich uogólnień. Indie są krajem tak różnorodnym, skomplikowanym, pełnym kontrastów, że definiowanie ich w jednym zdaniu jest rzeczą krzywdzącą, a jednocześnie – niemożliwą.

Mishra krytykuje dziki postęp ekonomiczny – wszechobecne samochody marki Suzuki Maruti, złote łańcuchy na szyjach świeżo upieczonych biznesmenów, przekombinowane domy postawione za niedawno zarobione pieniądze, wyrastające centra handlowe w Bangalore. Trudno autorowi zaakceptować powstawanie nowej klasy średniej, ciężko mu się pogodzić, z faktem, że pieniądze nie należą już tyko i wyłącznie do uprzywilejowanej klasy wyższej. Każdy może zarobić, zbudować dom, urządzić ogromne wesele. Być może nie każdy posiada wysublimowany gust i poczucie smaku, jakby sobie życzył tego Mishra i to wydaje się być największą bolączką pisarza. Książka została wydana w 1995 roku i ciekawe jak sobie teraz Mishra radzi z drastycznie zmienionym ekonomicznym krajobrazem Indii – kiedy po 17 latach centrów handlowych jest jeszcze więcej i klientów w nich nie brakuje, a klasa średnia jest siłą napędową narodu.

Malkontenctwo Mishry na tym jednak się nie kończy. Nie podoba mu się Shimla, stolica stanu Himachal Pradesh, która „z daleka, a zwłaszcza kiedy przyjeżdża się do niej od strony równin, przypomina rozpaczliwie biedne slumsy Ameryki Łacińskiej: odarta, bezładna mieszanina blachy i drewna na stromym zboczu” ** Moim zdaniem Shimla to jedno z najbardziej urokliwych indyjskich miast – z szeroką promenadą, kolonialnym zabudowaniem w pięknej himalajskiej scenerii. Żadne miejsce, które Mishra odwiedził, nie przypadło mu do gustu. Jaipur nie przypominał już egzotycznej fantazji pełnej bajkowej atmosfery, którą zapamiętał z wizyty w tym mieście jako mały chłopiec. Dziwne prawda? Sama nigdy bym nie wpadła na to, że nasze postrzeganie świata może zmienić się z biegiem lat. Udaipurowi z kolei dostaje się za to, że jest miastem głównie turystycznym, które poza sezonem, spieczone radżastańskim słońcem i gorącym wiatrem loo, pustoszeje i życie w nim zamiera. Mishra odwiedził więcej miast, każdemu postawił jakiś zarzut. Zastanawiam się, czy jest jakiekolwiek miejsce w Indiach, które by mu się spodobało…

Postawa Mishry świadczy o zupełnym braku elastyczności i wyrozumiałości, krytykowanie i naśmiewanie się z często kiczowatego gustu nowych bogaczy wydaje mi się raczej nie na miejscu. Być może poprzednie pokolenia nie miały sposobności kształcić się w zakresie architektury i dobierać idealnie współgrających z otoczeniem projektów. Być może wystawne wesele było pierwszym tego rodzaju w rodzinie, gdzie wcześniej rodzice nie byli w stanie zapewnić podstawowych potrzeb swoim dzieciom? Być może klasa średnia z lat 90-tych nie miała jeszcze wystarczającego obycia, aby usatysfakcjonować autora, ale czy to usprawiedliwia pełną wyższości postawę Mishry? Ludzie, o których autor pisze, w jakichś sposób odmienili swój los, ale ich awans społeczny zamiast z gratulacjami spotykał się z wyszydzeniem. Nie podobała mi się ta książka i kiedy dziś w księgarni widzę nazwisko autora, omijam je z grymasem. Nie mówię, że Indie są idealnym krajem pozbawionym problemów – daleka jestem od idealizowania tego kraju, ale też nie lubię przesady w drugą stronę, kiedy mówi się jedynie o negatywach, a do tego często bez żadnego uzasadnienia.

—–

* Mishra, Pankaj. Butter Chicken in Ludhiana. Penguin Books. Kolkata: 1995. s. 93. Tłum. L.

** Tamże, s. 24.

—–

Poniżej kilka migawek z Shimli, Jaipuru i Udaipuru (po kliknięciu zdjęcia się powiększą)

Shimla

Shimla

Jaipur

Jaipur

Jaipur

Udaipur

Udaipur

 

Empatia w dawnym i nie tak dawnym Iranie Marzec 3, 2012

Za pomocą dwóch książek odwiedziłam Iran. Persję siedemnastowieczną z pełnym przepychu Isfahanem i Iran bardziej współczesny, gdzie po Rewolucji Islamskiej kobiety potajemnie czytały zakazane dzieła zepsutej zachodniej literatury w Teheranie.

Nie jestem wielką fanką książek historycznych, ale „Krew kwiatów” zainteresowała mnie już dawno. Piękna okładka polskiego wydania, kobieta walcząca o godność, baśniowość, zmysłowość – wszystko to brzmiało bardzo obiecująco. Liczyłam na powieść w stylu Giny B. Nahai, którą czytałam 6-7 lat temu (swoją drogą ciekawe, czy teraz lektura jej powieści też by zrobiła na mnie takie wrażenie).

Baśniowość kończyła się na wplecionych w narrację perskich bajkach, bo w codziennym życiu głównej bohaterki, której imienia, co znamiennie, nie poznajemy przez całą powieść – na próżno byłoby jej szukać. Dziewczyna spędza dzieciństwo w irańskiej wiosce przy boku kochających rodziców. Niestety, ojciec umiera, dziewczyna nie ma szans na zamążpójście bez posagu, a 2 samotne kobiety nie mają szans na przeżycie, więc wybierają się do rodziny po pomoc. W bogatym domu spełniają funkcję popychadeł i służących. Dziewczyna ma jednak rzadki dar do projektowania i tkania dywanów. Jej wuj wielokrotnie żałuje, że nie jest chłopcem, bo wtedy mógłby nauczyć ją fachu i przekazać warsztat, w którym powstają dywany dla samego szacha.

Zdecydowanie do gustu przypadła mi główna bohaterka, która próbuje walczyć o własne miejsce w świecie zdominowanym przez mężczyzn, gdzie kobieta bez ojca, męża lub brata jest po prostu nikim. Gorący temperament i ambicja nie zawsze pomagają jej w podejmowaniu dobrych decyzji, ale determinacja i chęć zmiany swojego życia sprawia, że dziewczyna uczy się na błędach.

Anita Amirrezvani oddała głos perskiej kobiecie z siedemnastego wieku wypełniając tym samym lukę, w której kobiety prawa głosu nie miały. Imię bohaterki pozostaje nieznane – jej los to los setek tysięcy innych kobiet tamtych czasów – całkowicie zależnych od mężczyzn i bez szans na spełnienie własnych planów i ambicji i traktowanych często jako towar, który może przynieść zysk rodzinie. Amirrezvani przywołuje do życia silną osobowość, która walczy z zastanym porządkiem i choćby dlatego „Krwi kwiatów” należy się uwaga.

Po historycznej wycieczce, na której bohaterowie tkali dywany, nadszedł czas na bardziej współczesną lekturę, gdzie z postrzępionych kawałków nowej postrewolucyjnej rzeczywistości bohaterka (tak, znowu jest to kobiety) próbuje na nowo utkać swoje życie.

„Czytając Lolitę w Teheranie” to wspomnienia wykładającej literaturę angielską na uniwersytecie Azar Nafisi. Wspomnienia przeplatane są  ze swobodnymi refleksjami na temat książek omawianych na cotygodniowych potajemnych spotkaniach z wybrana grupą studentek. Czytało się to wyśmienicie!

Nafisi opisuje Iran przedrewolucyjny, w którym kobiety miały praktycznie takie same prawa i możliwości, jak w krajach zachodnich oraz rozczarowanie rewolucją, która zamiast przynieść więcej wolności, sprawiła, że kraj cofnął się do zwyczajów obowiązujących 3 pokolenia wstecz. „Wiek uprawniający do ślubu został obniżony do 9 lat – 8,5 lat księżycowych, jak nam powiedziano; cudzołóstwo i prostytucja miały teraz być karane ukamieniowaniem; wartość kobiety, zgodnie z prawem, była równa połowie wartości mężczyzny […] W latach młodzieńczych widziałam, jak dwie kobiety zostały członkami rady ministrów. Po rewolucji, te same kobiety skazano na śmierć za grzech wojowania z Bogiem i szerzenia prostytucji.”* W życiu codziennym surowe prawa stawały się przyczyną upokorzeń – przed wejściem do budynku uniwersytetu sprawdzono nie tylko jakiekolwiek ślady makijażu na twarzy, ale też na przykład kolor skarpetek…

W książce Nafisi ogromną rolę spełnia literatura. Dzieła z zachodniego kanonu stopniowo stają się niepożądanymi na uniwersytecie, a księgarnie z książkami po angielsku znikają z mapy Teheranu. Tym samym czytanie Nabokova, Jamesa czy Austen i ciągnące się potem dyskusje pozwalają się oderwać od islamskiej rzeczywistości, odetchnąć innym powietrzem, poczuć namiastkę wolności. W czasie bombardowania miasta książki stają się dla Nafisi azylem, autorka nie poddaje się panice czy strachowi, a całkowicie zatapia się w lekturze.

Dla Nafisi empatia jest najważniejszą rolą powieści. Jej zdaniem sensem czytania jest nie czytanie o znanych nam rzeczach, które sprawiają, że czujemy się dobrze i bezpiecznie, a poznawanie nowych miejsc, ludzi i rzeczy, których nie znamy. Czytamy z ciekawości i jak tylko zagłębimy się w nowy, nieznany świat powieści, zaczynamy odczuwać empatię. Całkowicie zgadzam się z funkcją poznawczą literatury, która pozwala wyjść nam z wygodnych czterech ścian i poznać inne światy, inne tradycje i kultury. Nie do końca jestem przekonana, czy empatia jest tak bardzo istotna w każdej powieści, ale zarówno w przypadku Amirrezvani i Nafisi spełniała ona dużą rolę. Czytając o losach ambitnej dziewczyny z siedemnastego wieku czy grupie kobiet z dwudziestowiecznego Teheranu nie sposób było nie odczuwać ich frustracji, rozczarowań i małych radości, kiedy w jakikolwiek sposób udało im się buntować przeciwko istniejącej rzeczywistości pełnej restrykcyjnych zasad.

—–

* Azar Nafisi, Reading Lolita in Tehran. Harper Perennial. London: 2008, s. 261. Tłum: L.