Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Paryskie pasaże” – Krzysztof Rutkowski Maj 24, 2009

086a Rutkowski Paryskie pasa¿e oklejka.indd

Nie bądźmy hipokrytami i przyznajmy, że wygląd i pierwsze wrażenie ważne. Nie mogą przyćmić wnętrza, ale odgrywają pewną rolę w początkowym kształtowaniu opinii o owym wnętrzu. Jakże wyglądałyby „Paryskie pasaże” Krzysztofa Rutkowskiego w małym, kieszonkowym formacie, w miękkiej oprawie z chwiejącymi się wesoło literkami i tandentym obrazkiem Wieży Eiflla? Sięgając po interesującą treść książki trzeba by z niesmakiem odwracać wzrok od zawstydzającego wyglądu okładki. Na szczęście wydawca „Paryskich pasaży” nie stawia czytelników przed takim dylematem. Elegancka, twarda, granatowa oprawa, złote litery i skromna ilustracja pokazują najwyższą klasę. Książka dodatkowo okraszona jest licznymi czarno-białymi ilustracjami (najstarsza pochodzi z 1943 roku, więc widzimy inny Paryż, nie ten typowo turystyczny ze zdjęć z wakacji), które są wklejone w strony, a nie wydrukowane. Na szczęscie wysoki poziom szaty graficznej przekłada się również na wysoki poziom pisarstwa Rutkowskiego.

Nad „Paryskimi pasażami” krąży duch Waltera Benjamina, niemieckiego filozofa, teoretyka kultury, krytyka literackiego i eseisty, którego jedna z książek nosi tytuł… „Pasaże” i opowiada o… XIX-wiecznym Paryżu. Rutkowski cytuje też wypowiedź Benjamina o pasażach zbudowanych w Paryżu, które dla polskiego eseisty stają się nową formą literacką, w której można połączyć historię i teraźniejszość, rzeczywistość i magię.

Pasaże czyta się świetnie. Rutkowski, mieszkający od 23 lat w Paryżu swodobnie porusza się w obszarze historii Francji, literatury i sztuki. Książka pełna jest interesujących faktów historyczno-literackich i wszelakich anegdot. A to o kłótniach Verlaine’a z Rimbaud’em, a to o identyfikacji Baudelaire’a z Edgarem Allanem Poe czy o modelkach, których sposób chodzenia po wybiegu przypomina chód pijanego Baudelaire’a.

Rutkowski jest również bacznym obserwatorem współczesnych mu wydarzeń, jak np. otwarcia Luwru w listopadzie 1993 roku, którego spostrzeżenia często zakończone są zaskakującą puentą:

„I ludek paryski  wałił tłumnie, upojimy młodym winem, chytrawy, z kamerami wideo w łapach, ze złym błyskiem w oku, wmieszany w stada Japończyków i grupki Amerykanów oraz pasażerów przyjeżdżających autokarami ze Wschodu, przewalił się po komnatach, zstąpił do podziemnych butików, zjadł bułę u McDonald’sa i upewnił, że Paryż jest stolicą świata.

Pałac sztuki: wielkiej i takiej sobie, stał się sztuką pałacu, a cztery piramidy sterczą na znak, że imię władcy nie umrze całkiem. Luwr błysnął Luksorem, a Sekwana pachnie snem Senatora.” *

Lektura jest doprawdy wyśmienita. Lekkie pióro Rutkowskiego sprawia, że nie mamy do czynienia z nudnymi wykładami z historii kultury, a z fascynującymi opowieściami o życiu w Paryżu – obecnie i dawniej. Fakty historyczne są podane w bardzo przystępny sposób, więc nie odczuwa się zmęczenia natłokiem informacji. Pojedyncze pasaże nie są długie, więc książka jakby „czyta się sama”. Na pewno jeszcze sięgnę po pozostałe książki Rutkowskiego, a cóż może być większa zachętą niż czytelnik, który po przeczytaniu jednej książki danego autora, sięga po następne?

—–

* Krzysztof Rutkowski, „Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach”, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008.

 

„Autobiografia Alicji B. Toklas” – Gertruda Stein

autobiografia

Kim była Gertruda Stein? To właśnie ona wymyśliła określenie „stracone pokolenie” w odniesieniu do Hemingwaya i jego rówieśników naznaczonych piętnem pierwszej wojny światowej. Była Amerykanką, ale mieszkała w Paryżu, gdzie stała się wielką entuzjastką kubizmu, wspierała malarzy i pisarzy tworząc coś na kształt artystycznego salonu. Ponadto napisała ponad 30 książek eksperymentując z językiem i formą, rezygnując z interpunkcji i powtarzając jedno zdanie wiele razy usiłując uchwycić kubizm w literaturze.

Jednak modernistyczne eksperymenty Gertrudy Stein odeszły w zapomnienie i dziś czyta się jej najbardziej konwencjonalną książkę, napisaną w ciągu sześciu tygodni, „Autobiografię Alicji B. Toklas”. Tytułowa bohaterka to wieloletnia partnerka Stein, ale przewrotnie, nie jest ona główną postacią. Na pierwszy plan wysuwa się sama Stein i jej pisarstwo oraz cała masa plotek związanych z artystami międzywojennego Paryża. „Autobiografia Alicji B. Toklas” wywołała furorę, samej autorce niewątpliwie przysparzając popularności, ale również powodując niemałe zamieszanie. Hemingway się śmiertelnie obraził. Można go w pewnym sensie zrozumieć, bo chyba mało który pisarz byłby zadowolony słysząc o sobie takie słowa:

„I to jest cały Hemingway. Wygląda na nowoczesnego a trąci zapachem muzeów. Ale co by to była za książka ta o prawdziwym Hemie, książka którą zresztą on sam powinien napisać ale której niestety nigdy nie napisze. Ostatecznie to on sam kiedyś mruknął pod nosem, trzeba pamiętać o karierze o karierze.”*

Cóż, nie wiem, czy owa książka „o prawdziwym Hemie” powstała w końcu czy nie, ale jako zwykły, szary czytelnik muszę przyznać, że zdecydowanie bardziej podobały mi się jego paryskie wspomnienia niż Gertrudy Stein. Wprawdzie „Autobiografia Alicji B. Toklas” obfituje w soczyste plotki i anegdoty, ale jest ich tyle, że nie sposób zapamiętać chociaż połowy. Mnie najbardziej w pamięć zapadło stwierdzenie Picassa, że

„jak się kocha kobietę, to daje jej się pieniądze. A kiedy chce się porzucić kobietę trzeba poczekać aż uzbiera się dla niej wystarczającą ilość pieniędzy.”**

Sam styl i język nie przypadł mi za bardzo do gustu. Brzmi to wszystko, jakby było relacjonowane na wdechu przez bardzo spieszącą się osobę. Dość dowolne stosowanie znaków przestankowych tez robi swoje, a przeskakiwanie z tematu na temat sprawia wrażenie, że może struktura książki jest nie do końca przemyślana. A jeśli taki był cel autorki, to niestety, szczególnie mnie nie zachwycił. Trzeba jednak przyznać, że „Autobiografia Alicji B. Toklas” jest doskonałym źródłem ciekawostek o przedstawicielach awangardy artystycznej Paryża lat dwudziestych i niejako oddaje atmosferę tamtych lat.

——-

*Gertruda Stein, „Autobiografia Alicji B. Toklas”, tłum. Mira Michałowska, wyd. Alfa 1994, s. 268.

** Tamże, s. 44.

 

„Ruchome święto” – Ernest Hemingway

ruchome swiet

Są takie książki, które wręcz połyka się jednym tchem. Nie zawsze są to kryminały, thrillery lub książki sensacyjne, pełne nieoczekiwanych zwrotów akcji i teorii spiskowych. Czasami można się całkowicie zatopić i pozwolić się pochłonąć spokojnej lekturze o powoli płynącej narracji. Właśnie tak pochłonęłam „Ruchome święto” Hemingwaya. Czytałam zachłannie, jakby książka lada moment miała rozsypać się w proch, a to przecież proza, która swoją magię roztacza stopniowo i którą trzeba smakować, delektować się nią. Kiedy więc już chciwie pochłonęłam „Ruchome święto” niczym nieopierzony 16-latek swoją pierwszą butelkę wina, przyjęłam dojrzalsze podejście i za drugim razem rozkoszowałam się niesamowitym bukietem wspomnień pisarza.

„Ruchome święto” to niezwykły zbiór paryskich reminiscencji Hemingwaya, których bohaterami stają się takie postaci jak Francis Scott Fitzgerald, Ford Madox Ford, Ezra Pound czy Gertruda Stein, o której pisarz nie zawsze wypowiada się pochlebnie, ale która mimo to wzbudza sympatię. W „Ruchomym święcie” nie brakuje też księgarni Shakespeare and Company wraz z Sylvią Beach czy historii o powstaniu określenia „stracone pokolenie”.

Spomiędzy anegdot i plotek o przyjaciołach i znajomych, Hemingway daje się poznać jako bardzo zdyscyplinowany pisarz, któremu do tworzenia był potrzebny notatnik, ołówek, stolik w kawiarni i… trochę szczęścia. Okazuje się, precyzyjny, lapidarny styl Noblisty rozwinął się nie tylko dzięki jego dziennikarskim doświadczeniom, ale również poprzez podporządkowanie procesu pisania naczelnej zasadzie stworzenia „prawdziwego zdania” i… oglądanie obrazów Cezanne’a.

Jeśli dodać do tego jeszcze delikatnie nakreśloną atmosferę Paryża lat dwudziestych i łagodne echo miłości do pierwszej żony, Hadley, to mamy doprawdy wyjątkową książkę, którą można się rozkoszować jeszcze na długo po skończeniu lektury.

 

„Paryż Montparnasse. Rozkwit sztuki nowoczesnej 1910-1940” – Valerie Bougault

montparnasse

Tak jak pod koniec XIX wieku centrum bohemy artystycznej była dzielnica Montmartre, tak na początku kolejnego stulecia malarze zaczęli się przenosić na Montparnasse. „[Montmartre] stopniowo tracił swój prowincjonalny klimat i nabierał cech prowincjonalnego miasta. Turystyka i coraz potężniejsza mafia niszczyły beztroską atmosferę, która niegdyś zauroczyła Renoira i Toulouse-Lautreca.” *

Na Montparnassie pracowali Picasso, Braque, Modigliani, Man Ray, Foujita i wiele innych legendarnych postaci. Autorka nie skupia się jedynie na malarzach i całkiem interesująco wspomina o Hemingwayu, Gertrudzie Stein, Sylvii Beach czy Giacomettim. Momentami można poczuć atmosferę szalonych lat 20-tych. W pracowni Marii Wassiliew, którą ta przekształciła w tanią stołówkę dla artystów, Picasso tańczył przy akompaniamencie gitary udając ruchy torreadorów, „Maria Wassiliew z wielkim talentem tańczyła kozaka, a Zadkine inicjował ‘Wielbłądzie tango’.” ** Dodatkowym atutem są nie tylko kolorowe reprodukcje obrazów, ale także czarno-białe zdjęcia ukazujące artystów przy pracy, w kawiarniach czy w przebraniu na dzikich balach.

Wprawdzie sprawa z cytatmi i przypisami ma się nieco lepiej, niż w przypadku książki … , ale nie wiedzieć czemu, przypisy zostały potraktowane wybiórczo. Może autor stwierdził, że każdy zna dzieła Hemingwaya i że nie ma potrzeby zaznaczać, że taki czy inny cytat pochodzi z „Ruchomego święta”. Wiara godna podziwu. Jeśli już wspomniałam o „Ruchomym święcie” to też nie za bardzo widzę zasadność tytułowania w ten sposób jednego rozdziału nie nawiązując w żaden sposób do oryginalego autora.

Lektura ogólnie przyjemna i ciekawa, zaspokoja także wrażenia estetyczne (pod warunkiem, że ktoś lubi sztukę nowoczesną). Polecam zwłaszcza pasjonatom sztuki, dla osoby niezainteresowanej tematem książka będzie się wydawać zbiorem nazwisk, dat i miejsc.

——

* Valerie Bougault, „Paryż Montparnasse. Rozkwit sztuki nowoczesnej 1910-1940”, tłum. Ewa Gorządek, wyd. Arkady, 2004, s. 14.

** Tamże, s. 103.

 

„Paryż Montmartre. Narodziny sztuki nowoczesnej 1860-1920” – Sylvie Buisson i Christian Parisot

paryz montmartre

Pierwsze skojarzenia z paryskim Montmartrem to chyba nieskrępowane niczym środowisko bohemy artystycznej, szalone noce i dziekie dyskusje w kabaretach. Słysząc nazwę tej dzielnicy mamy przed oczyma takie nazwiska jak Monet, Degas, Toulouse-Lautrec, van Gogh czy Picasso. Wzgórze Montmartru inspirowało jednak już setki lat przed tym, zanim artyści zaczęli się spotykać w Chat Noir. Już w starożytności było ono miejscem kultu Rzymian, Celtowie uważali je za święte, a chrześcijanie gromadzili się w tamtejszych kamieniołomach. Magia Montmartru przetrwała do drugiej połowy XIX wieku i właśnie ten okres opisuje Sylvie Buisson i Christian Parisot.

„Paryż Montmartre. Narodziny sztuki nowoczesnej 1860-1920” to pięknie wydana książką, z robiącą wrażenie ilością kolorowych reprodukcji najznamienitszych i najbardziej wpływowych malarzy tamtejszych czasów. Dodatkowym atutem są również stare fotografie umożliwiające czytelnikom ujrzenie Montmartru takim, jakim widzieli go Monet czy Pisarro. Wraz z autorami udajemy się do Chat Noir, poznajemy Aristide’a Bruyant’a w czarnym ubraniu, czerwonym szaliku, wielkim kapeluszu i butach strażackich, którego na swoim plakacie unieśmiertelnił Toulouse-Lautrec. Co więcej, na ostatnich stronach jest mapka wraz z adresami najbardziej znanych kawiarń i kabaretów oraz domów przedstawicieli cyganerii, co może ułatwić wędrówkę ich śladami po Montmartrze.

Sylwetki malarzy przedstawione są zwięźle i autorzy skupiają się głównie na ich działalności na Montmartrze. Od czasu do czasu, autorzy wspomną jakąś anegdotę z życia artystów lub zacytują opinie innych ludzi o ich dziełach, które dziś budzą uśmiech na twarzy (np. Braque o „Pannach z Avignionu” Picassa: „szczerze mówiąc, ten sposób malowania przypomina picie benzyny”). Tu właśnie następuje pewien zgrzyt – cytatów jest dość sporo, ale źródeł brak. Owszem, na końcu książki jest podana bibliografia, ale skąd wiedzieć, które źródło jako pierwsze przedstawiło reakcję Braque’a? Czasami miałam ochotę przeczytać coś więcej o którymś malarzu i brakowało jednak tych przypisów.

Całość robi wrażenie pozytywne i czyta się w miarę szybko z radością przeglądając reprodukcje obrazów. Różnych nazwisk, miejsc, adresów, faktów jest bardzo dużo i obawiam się, że dla osoby niezbyt zainteresowanej sztuką lub dopiero rozpoczynającej swoją podróż po meandrach artystycznych prądów, ta pozycja może wydawać się trochę nużąca. Jeśli wspomniane wcześniej nazwiska nie rodzą znaków zapytania w głowie, „Paryż Montmartre” będzie całkiem przyjemną lekturą, zachęcającą do dalszych poszukiwań.