Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„49 idzie pod młotek” – Thomas Pynchon Czerwiec 7, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 18:26
Tags:

49 idzie pod mlotekKsiążka „49 idzie pod młotek” spodobała mi się od razu – ciekawa okładka, zachęcający tytuł. Kiedy jeszcze skojarzyłam Pynchona z postmodernizmem, wiedziałam, że muszę przeczytać.

Lubię postmodernistyczne zabawy z czytelnikiem, erudycję, absurdalny humor, nawiązania do innych tekstów kultury. W „49 idzie pod młotek” Pynchon wszystko to zawarł w niemal idealnych proporcjach. Kiedy Edypa Maas dowiaduje się, że jej były kochanek, Pierce Inverarirty, zapisał jej w testamencie cały swój majątek, bardzo dziwne rzeczy zaczynają się dziać w jej życiu. Bohaterka, która „do tej chwili wiecznie miała wrażenia wyobcowania i izolacji, wyraźnie odczuwała brak intensywności świata, niczym przy oglądaniu filmu, kiedy obraz jest leciutko zamazany, a operator nie chce go wyostrzyć”*, nagle znajduje się w wielkiej spirali nieoczekiwanych zbiegów okoliczności i dziwnych znaków, których nie dostrzegała wcześniej. Natrafia na trop niebezpiecznej organizacji Trystero, którego znakiem jest pętla, trójkąt i trapez. Chyba nie trzeba wspominać, że znak ten pojawia się w najmniej spodziewanych miejscach, okolicznościach i znają go przeróżni, często niezwiązani ze sobą ludzie? Między innymi członkowie grupy AI – Anonimowych Inamorati, dla których bycie zakochanym to najgorszy rodzaj nałogu.

„40 idzie pod młotek” to także swego rodzaju powieść szkatułkowa, w której jakobińska sztuka przeplata się i uzupełnia wydarzenia w świecie Edypy. Tragedia kuriera przedstawiała tak różnorodne sposoby zadawania śmierci, że upodobniła się do „pisanej białym wierszem wersji przygód Strusia Pędziwiatra.”** W książce odniesień do kultury popularnej nie brakuje i choć akcja dzieje się w alternatywnym świecie, to Pynchon w pewnym stopniu ukazuje Amerykę lat 60-tych w krzywym zwierciadle. Edypa wszakże nie pracuje, ale za to bierze udział a Balu Pań Domu, by nie bez złośliwości zauważyć, że jego gospodyni dodała za dużo kirszu do fondue. Wygląda jak lekka satyra na amerykańskie rodziny z przedmieść. Jednym z bohaterów powieści jest też szalony psychiatra, doktor Hilarius, który na każdym swoim pacjencie chce testować LSD. Choć teraz może się to wydawać absurdalne, to przecież w latach 60-tych właśnie na ochotnikach odkrywano skutki działania narkotyku (jednym z nich był Ken Kesey, autor „Lotu nad kukułczym gniazdem”).

Książkę czyta się szybko, jest napisana przystępnym językiem, Edypa wzbudza sympatię jako silna kobieca postać, niektóre fragmenty rozbawiają (zbliżenie Edypy i Metzgera), wprawdzie nie do łez, ale zawsze to coś. Błyskotliwa rozrywka na jeden wieczór.

——

* Thomas Pynchon, „49 idzie pod młotek”, tłum. Piotr Siemion, Wydawnictwo Literackie, 2009, s.19.

** Tamże, s.87.

 

„Skok w dobrą książkę” – Jasper Fforde Maj 24, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:54
Tags: , , ,

skoks w doba ksiazke

„Skok w dobrą książkę” to drugi tom przygód detektywa literackiego, Thursday Next. Po uratowaniu Jane Eyre i zmianie zakończenia na takie, jakie znamy dziś, Thursday staje się sławna. OpSpece chcą to wykorzystać w celu polepszenia swego wizerunku, więc wysyłają agentkę na różne wywiady, spotkania i rozmowy.

Thursday ma jednak inne problemy – ktoś próbuje ją zabić za pomocą niezwykłych zbiegów okoliczności, a Goliath w spółce z ChronoStrażą eradykuje (ześlizguje w czasie) jej męża, Landena, który od teraz istnieje tylko w jej wspomnieniach. Co więcej, Thurs jest w ciąży i nie wie, czy to dziecko Landena, czy osiłka Milesa. Aby odzyskać męża, musi uwolnić Jack’a Schitt’a z „Kruka”. Ale jak to zrobić bez Portalu Prozy wuja Mycrofta? Jakby tego było mało, Thurs musi stawić się do sądu na własny proces, a z adwokatem rozmawia tylko w przypisach. Na proces przybywa spóźniona i w drzwiach mija się z Józefem K.

Istne szaleństwo, prawda? A to zaledwie czubek góry lodowej. Mogłoby się wydawać, że po „Porwaniu Jane E.” trudno będzie Fforde’owi wymyślić coś nowego, równie zabawnego i zaskakującego. Zadanie to zostało jednak wykonane z istną wirtuozerią i  „Skok w dobrą książkę” to naprawdę… skok w dobrą książkę.

Oprócz świata, w którym żyje Thursday (gdzie m.in. „Kardenio” został odnaleziony, neandertalczycy zostali przwróceni do życia, a w Fort Knox przechowywane są nacenniejsze dzieła literatury), Fforde część akcji umieścił w… świecie fikcji. Jurisfikcja znajduje się w Wielkiej Bibliotece, w której znajdują się wszystkie książki, nawet te nienapisane. Zadaniem tej organizacji jest troska o literaturę – ochrona przed gramasożytami, które zjadają słowa, Bowdlerystami, którzy chcą zlikwodować wszelkie obsceniczne i rubaszne sceny z książkowych kart, a także znajdowanie bezpiecznych przejść między książkami, co jest bardzo niebezpieczne… Ambrose Bierce [1] „zapuścił się – samotnie! – w […] krótkie opowiadanie Poego […]. Szukał tylnego wejścia do poezji Poego. Wiemy, że można przejść z Pana Jakmutam do Czarnego kota przez chwiejny czasownik w trzecim akapicie […]. Nigdy więcej nie usłyszeliśmy o nim. Poszło za nim dwóch kolegów. Jeden się udusił, a drugo, no cóż, biedny Ahab całkiem zwariował. Po powrocie ciągle myślał, że goni go biały wieloryb. Podejrzewamy, że Ambrose został zamurowany z baryłką amontillado albo spłonął żywcem, albo stało mu się coś równie strasznego.” [2]

W powieści aż skrzy się od humoru, nie sposób pozbyć się chichotu czytając niektóre fragmenty.

„– Jesteś kotem z Cheshire, prawda? – zapytałam.

– Byłem kotem z Cheshire – powiedział, spoważniawszy nieco. – Ale przesunęli granice administracyjne i formalnie jestem teraz Kotem z Autonomicznej Gminy Warrington, co już nie brzmi tak samo.” [3]

Oprócz Kota z Cheshire czy też Autonomicznej Gminy Warrington, Thursday spotyka jeszcze inne książkowe postaci, które poza odegraniem swojej roli w powieści, żyją własnymi sprawami i mają swoje zmartwienia. Odyseusz zostaje oskarżony o spowodowanie uszczerbku na zdrowiu cyklopa Polifema, Heathfcliff robi nieoczekiwaną karierę w Hollywood pod pseudonimem Buck Stallion [z ang. ogier, przyp. L.] a panna Havisham z „Wielkich nadziei” prowadząca ciągłe wojny z Królową Kier z „Alicji w Krainie Czarów” zostaje nauczycielką Thursday, czyta „National Geographic”, słucha walkmana Sony, chodzi w adidasach i prowadzi Bugatti z raczej niewielką troską o przepisy drogowe.

W Norland z „Rozważnej i romantycznej”, Marianna prosi Next o drobną przysługę:

„- Proszę, wybacz mi moją impertynencję, ale czy mogłabyś przynieść mi coś, kiedy wpadniesz tu następnym razem? […] Mintolasy. Po prostu uwielbiam mintolasy. Oczywiście wiesz, co to jest? Podobne do dropsów, tylko miętowe. I gdyby nie sprawiło ci to kłopotu, dwie pary nylonowych rajstop i kilka baterii paluszków, na przykład z tuzin […]. Eleonora nienawidzi, kiedy proszę obcych o przysługę, ale przypadkiem wiem, że żywi nieodparty pociąg do nutelli – i jeszcze odrobinę prawdziwej kawy dla mamy.” [4]

Przy „Skoku w dobrą książkę” dobra zabawa jest gwarantowana. Fforde nadal bawi się aluzjami literackimi, udowadniając swoimi niesamowitymi pomysłami nieograniczoną siłę wyobraźni. Mnogość wątków, humor, zwroty akcji i obrazowy język (wystarczy wyobrazić sobie XIX wieczną starą pannę w podartej i wypłowiałej sukni ślubnej prowadzącą w szaleńczym tempie Bugatti lub walczącą na wyprzedaży o zestaw książek niejakiej Daphne Farquitt) stanowią o niewątpliwej wartości tej książki. Doskonała rozrywka dla moli książkowych.

—-

[1] Ambrose Bierce – amerykański dziennikarz i pisarz, zaliczany obecnie do prekursorów literatury grozy, przyp. L.

[2] Jasper Fforde, „Skok w dobrą książkę”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak 2005, s. 195.

[3] Tamże, s. 190.

[4] Tamże, s. 293.

 

„The Well of Lost Plots” – Jasper Fforde

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:24
Tags: , , ,

well of lost plots

„Studnia Zagubionych Wątków to miejsce, gdzie łączymy wyobraźnię pisarza z bohaterami i wątkami tak, aby miało to sens w umyśle czytelnika. Jakby nie było, czytanie jest prawdopodobnie bardziej twórczym i fantazyjnym procesem niż pisanie; kiedy czytelnik stwarza w swojej głowie jakieś uczucie lub wyobraża sobie kolory na niebie podczas zachodu słońca albo zapach ciepłego, letniego wiatru na twarzy, powinien siebie chwalić tak samo jak pisarza, a być może nawet bardziej.” [1]

Piękny ukłon w stronę czytelnika, prawda? Do tej pory jakoś nie postrzegałam swojego przebiegania wzorkiem literek jako czynności bardziej twórczej niż samo pisanie. U Jasper’a Fforde’a wszystko jest jednak możliwe. W trzecim tomie przygód Thursday Next, „The Well of Lost Plots”, akcja nie toczy się w świecie rzeczywistym, lecz w Jurysfikcji. Thursday w ramach Programu Wymiany Postaci literackich znajduje się w powieści „Caversham Heights”, ukrywając się przed zagrażającą jej Goliath Corporation. W międzyczasie panna Havisham, która była „trochę jak surowy rodzic, twój najgorszy nauczyciel i świeżo mianowany dyktator z Ameryki Północnej w jednym” [2] stara się przygotować Thurs do egzaminu na pełnoprawnego pracownika Jurysfikcji.

W porównaniu z poprzednimi tomami, „The Well of Lost Plots” jest zaskakująco spokojna. Goliath wprawdzie został w Anglii, więc życie Thurs nie jest bezpośrednio zagrożone, ale jej pamięć o eradykowanym mężu, Landenie, już nie przedstawia się tak różowo. Wprawdzie giną agenci Jurysfikcji, Thurs dokarmia Minotaura i ucieka przed gramasożytami, ale tak naprawdę w największym niebezpieczeństwie są wspomnienia Thursday.

Jasper Fforde ponownie bawi się z czytelnikiem wodząc go za nos i nawiązując do innych dzieł literackich czy nawet dziecięcych rymowanek. Jak się nie śmiać, czytając, że Humpty Dumpty strajkuje domagając się takich sam praw jak postacie literackie, a bohaterowie „Wichrowych Wzgórz” muszą uczestniczyć w spotkaniach Radzenia Sobie z Gniewem. Co więcej, antagonizmy z „Wichrowych Wzgórz” są tak silne, że „grupa zwolenników Cath próbowała porwać Madame Bovary […], aby zmusić Radę do zrezygnowania z Heathcliffa” [3]. Kiedy podczas spotkania Jurysfikcji wychodzi na jaw, że ukradziono znaki przestankowe z ostatniego rozdziału „Ulissesa”, Fforde puszcza do nas oko, bo w końcu nikt tego nie zauważył, jako że większość czytelników nie dochodzi tak daleko. Poza tym, „czytelnicy postrzegają brak interpunkcji nie jako błąd na miarę kataklizmu, ale oznakę wielkiego geniuszu” [4]. W książka aż roi się od podobnych ironicznych i groteskowych przykładów. Zabawna, erudycyjna i intertekstualna proza Fforde’a bawi, zadziwia i budzi podziw. Można tylko żałować, że nie jest dostępna szerszemu gronu czytelników.

——

[1] Jasper Fforde, „The Well of Lost Plots”, Hodder, Londyn 2003, s. 50 (tłum. L.)

[2] Tamże, s. 67.

[3] Tamże, s. 131.

[4] Tamże, s. 109.

 

„Rzeźnia numer pięć” – Kurt Vonnegut

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:18
Tags: , , ,

rzeznia

Do książek zwanych kultowymi lub postrzeganych jako najważniejsze dokonania literatury podchodzę z pewnym lękiem. A co, jeśli mi się nie spodoba? Co, jeśli po przeczytaniu pomyślę: „No dobra, ale o co tyle hałasu?” Czy będzie to oznaczać, że nie zrozumiałam wyjątkowości książki, która na zawsze wpisała się do annałów literatury? A może po tak wysoko postawionej poprzeczce zawód będzie tym większy? Powoli jednak się uczę, aby nie zadawać sobie jakichś głupawych pytań, tylko po prostu czytać, a zastanawiać się potem.

„Rzeźnia numer pięć” to książka, w której aż skrzy się od zabawnych momentów, a mimo to jakoś człowiekowi nie za bardzo do śmiechu. Vonnegut opowiada o wojnie posługując się groteskowymi przerysowaniami, ironią czy elementami science-fiction, mieszając fikcję z autentycznymi wydarzeniami. Wojna to nie czas wielkich przygód, przykładów męstwa, odwagi i brawury. Główny bohater, Billy Pilgrim, w żaden sposób nie przypomina stereotypowego żołnierza. Jest słaby, pasywny, pozbawiony woli walki czy woli przetrwania. Wojną rządzi chaos, angielscy oficerowie więzieni przez Niemców, przez pomyłkę dostają 500 zamiast 50 paczek żywnościowych miesięcznie, a w wolnych chwilach wystawiają „Kopciuszka”.

Centralnym wydarzeniem powieści jest bombardowanie Drezna, które Vonnegut przeżył jako jeniec wojenny. Sam autor pojawia się w pierwszym rozdziale opowiadając o tym, jak postanowił napisać tę antywojenna książkę, mimo, że wojny są jak lodowce – będą zawsze i nie sposób ich powstrzymać. Vonnegut jednak nie czyni siebie głównym bohaterem, oglądamy świat oczyma Billy’ego, którego podróże w czasie i przeświadczenie, że wszystko już się zdarzyło i że czas zatacza koła powodując, że wszystkie wydarzenia wciąż i wciąż się powtarzają, pozbawiają książkę chronologii. Billy krąży w czasie i przestrzeni, nigdy nie wie, w którym momencie swojego życia się znajdzie. Akapity są krótkie, zdawkowe, miejscami chaotyczne. Z jednej strony tak niekonwencjonalna struktura pokazuje, jak trudno opisać wojnę i że nie ma jakiegoś jednego, odpowiedniego sposobu na przedstawienie ogromu cierpienia i bezsensu wojny. Z drugiej – to także zabawa z czytelnikiem, udowadniająca, że tradycyjna forma powieści jest reliktem przeszłości. Absurdalna fabuła pozbawiona chronologii oraz fragmentaryczny i miejscami potoczny język są w stanie przekazać pewne prawdy i zmusić czytelnika do rozmyślań nie mniej (a może nawet bardziej) niż tradycyjne formy powieściowe.

„Rzeźnię numer pięć” czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać, a przy tym porusza ważne kwestie w niekonwencjonalny sposób. Czy można chcieć czegoś więcej? Jeśli jeszcze dodam, że po przeczytaniu Vonneguta moje obawy przed kanonem literackim XX wieku wyraźnie zmalały, to chyba dostałam więcej, niż mogłam się spodziewać.

 

„Porwanie Jane E.” – Jasper Fforde

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 00:14
Tags: , , , ,

porwanie jane e.

„W dwadzieścia sekund od porwania Jane pierwsza czytelniczka zauważyła z niepokojem, że coś dziwnego dzieje się w okoliczy strony sto siódmej jej luksusowego, oprawnego w skórę wydania. Trzydzieści minut później wszystkie linie telefoniczne w Bibliotece Muzeum Anglii były zajęte. Dwie godziny później telefony wydziałów DL-u [Detektywów Literackich – przyp. L] w całym kraju były oblężone przez zatroskanych czytelników. Cztery godziny później przewodniczący Federacji Sióstr Bronte spotkał się z premierem. Przed kolacją osobisty sekretarz premiera wezwał szefa OpSpeców.” [1]

Tak świat zareagował na porwanie Jane Eyre przez najniegodziwszego z niegodziwych, Acherona Hadesa. Na ratunek ukochanej heroinie rusza Thursday Next, Detyktyw Literacki. Po nieudanej próbie schwytania Acherona Thursday jest bardzo zdeterminowana, zwłaszcza, że złoczyńca ukradł rękopis „Martina Chuzzlewita” Dickensa oraz porwał jej wujka wynalazcę i ciotkę. Oprócz nadprzyrodzonych zdolności przestępcy sprawę dodatkowo utrudnia powszechne przekonanie, że DL-owcy powinni tylko siedzieć za biurkiem, szef, który najbardziej obawia się, że przez działania Thursday budżet zostanie przekroczony i będzie musiał się grubo tłumaczyć, Jack Schitt z korporacji Goliath oraz… dziury w czasoprzestrzeni. Thursday jest weteranką trwającej już od 132 lat wojny krymskiej i nic nie stanie na jej drodze. Poza tym łączą ją wyjątkowe stosunki z Rochesterem…

Fforde osadził akcję w aleternatynym świecie. I niewątpliwie fascynującym. Jest rok 1985, nic nie zapowiada końca konfliktu między Republiką Anglii a Rosją. Postaci w tajemniczy sposób przenoszą się ze świata fikcji do realnego, a Detektywi Literaccy „ścigają fałszerzy, pokątnych handlarzy i zbyt swodobne interpretacje dramatyczne” [2], a także „piracke kopie Doktora Faustusa ze szczęśliwym zakończeniem” [3]. To świat, w którym do drzwi nie pukają świadkowie Jehowy, a baconiści usiłujący przekonać ludzi, że sztuki, których autorstwo przypisuje się Szekspirowi, wyszły spod pióra Francisa Bacona. W telewizji można obejrzeć relację z zamieszek między surrealistami a impresjonitami i usłyszeć wypowiedź renesansisty:

„Ludzie mówią, że tylko my, renesansiści, robimy zamieszanie, ale widziałem tu dziś chłopaków od baroku, refaelitów, romantyków i manierystów. To masowy pokaz jedności artystów klasycznych przeciwko tym niepoważnym dupkom chroniącym się za bezpiecznym słowem postęp”. [4]

Ludzie tak kochają poezję, że zmieniają swoje nazwiska na nazwiska ulubionych poetów, w efekcie czego „w londyńskiej książce telefonicznej figurowało około czterech tysięcy Miltonów, dwa tysiące Williamów Blake’ów, tysiąc lub coś koło tego Samuelów Coleridge’ów, pięciuset Percy Shelleyów, tyluż Wordsworthów i Keatsów oraz garstka Drydenów” [5]

Ale to nie wszystko! Oprócz tych bardziej oczywistych aluzji literackich, są też bardziej subtelne – dodo Thursday nazywa się Pickwick, ciało zamordowanego fikcjonariusza odnajduje się w pubie Kruk przy Morgue Road, a rafaelici otaczają pub N’est pas une pipe. I jak tu nie pokochać takiej książki!

Bawiłam się przednio czytając „Porwanie Jane E.”. Fforde stworzył wspaniały, zaskajująco bogaty świat pełen aluzji i dwuznaczności, których odkrywanie jest nie lada przyjemnością dla każdego miłośnika literatury. Autor dał niezwykły popis siły swojej wyobraźni. Nie sposób opisać wszystkich jego pomysłów z „Porwania Jane E.”, a przecież jest ich jeszcze więcej – „Porwanie…” to pierwszy z pięciu tomów przygód Thursday Next. Wielka szkoda, że w Polsce ukazały się tylko dwa z nich. Dla władających językiem angielskim nie stanowi to jednak żadnego problemu, zawsze można przeczytać w oryginale. Jestem Ffordem absolutnie zauroczona i aż się boję, co będzie w kolejnych tomach, bo podobno im dalej, tym zabawniej i ciekawiej. Polecam gorąco! Humor, zagadka kryminalna, odrobina podróży w czasie i przestrzeni i zabawa anglosaskim dorobkiem kulturalnym daje mieszankę iście wybuchową, której nigdy nie ma się dosyć.

——-

[1] Jasper Fforde, „Porwanie Jane E.”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak 2005, s. 294.

[2] Tamże, s. 136.

[3] Tamże, s. 137.

[4] Tamże, s. 123.

[5] Tamże, s. 109.