Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Kamień cierpliwości” – Atiq Rahimi Sierpień 29, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:58
Tags: ,

„Kamień cierpliwości” wyszedł spod pióra afgańskiego uchodźcy osiadłego we Francji, Atiqa Rahimiego.  W 2008 książka zdobyła Nagrodę Goncourtów.

Fabułę można streścić w jednym zdani. Kobieta, której imienia nie poznajemy, opiekuje się swoim sparaliżowanym mężem: zmienia mu kroplówkę, zakrapia oczy, odmawia modlitwy, które, według mułły, uzdrowią jej męża. Atmosfera jest kameralna, żeby nie powiedzieć: klaustrofobiczna. Kobieta, widząc nieruchomość męża, brak jakiejkolwiek reakcji z jego strony, staje się coraz śmielsza w swej frustracji i bezsilności. Po raz pierwszy otwiera się przed swoim mężem i opowiada mu rzeczy, których nie ważyłaby się powiedzieć w innych okolicznościach. Nie jest wtedy pokorną i strachliwą afgańską żoną, nabiera odwagi i swoistego okrucieństwa.

Siła „Kamienia cierpliwości” nie tkwi w samej opowieści. Prawdziwe historie przedstawiła Zarghuna Kargar, tragiczne losy afgańskich kobiet opowiedział Khaled Hosseini. To, jak Rahimi buduje pełną napięcia atmosferę krótkimi, urywanymi zdaniami, jest istną wirtuozerią pióra. Nie ma tu ani jednego zbędnego słowa, ani jednego niepotrzebnego gestu. W pozornej prostocie przekazu kryje się niesamowita intensywność. Rozumiem, że niektórzy czytelnicy reagują płaczem na historie przedstawione przez Hosseiniego czy Kargar. W całej swej prawdziwości, autorom tym nie można odmówić pewnej dawki sentymentalizmu. Po przeczytaniu „Kamienia cierpliwości” pozostaje tylko wpatrywanie się w przestrzeń w niemym szoku.

 

Skrywane historie kobiet Afganistanu Maj 29, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 12:42
Tags: , ,

„Dear Zari. Hidden stories from women of Afghanistan” Zarghuny Kargar to wyjątkowa lektura. Kargar jest z pochodzenia Afganką, która przez kilka lat pracowła w BBC w Londynie tworząc program Afghan Women’s Hour, gdzie afgańskie kobiety opowiadały o swoim życiu, trudnościach i problemach, a często i o tematach tabu. Do programu zapraszano ekspertów z różnych dziedzin i dyskutowano o istotnych kwestiach w wyznaniach poszczególnych kobiet. Kiedy program po pewnym czasie zdjęto z anteny, Kargar postanowiła spisać niektóre z usłyszanych historii, także te, które wydawały się zbyt kontrowersyjne dla afgańskiej społeczności.

Podobno nie da się zmierzyć cierpienia, niesprawiedliwością byłoby twierdzić, że ktoś cierpi więcej niż kto inny z takich czy innych względów. A jednak wydaje mi się, że w targanym wojnami Afganistanie kobiety muszą znosić nieporównanie więcej niż chociażby właśnie w Indiach. W Afganistanie cierpienie stało się chlebem powszednim, czymś tak normalnym jak śnieg w zimie. Trudno mi powiedzieć, która z historii poruszyła mnie najbardziej, bo każda z nich zasługuje na uwagę. Obojętnie czy opowiada o pozornie oklepanym motywie niemożliwej do spełnienia miłości, o nieznanej szerzej w Europie praktyce wychowywani dziewczynek jak chłopców, co prowadzi do strasznych tożsamościowych problemów czy o zwyczaju pokazywania chusteczki z dziewiczą krwią po nocy poślubnej, co jest wciąż wielkim tabu  Afganistanie. Afgański lekarz zaproszony do programu przyznał w rozmowie telefonicznej, że nie zawsze występuje krwawienie, ale jednocześnie odmówił występu na antenie – straciłby wtedy nie tylko powszechny szacunek, ale i pacjentów…

Co jednak mnie najbardziej zszokowało, to nie tyle skomplikowane i tragiczne losy kobiet w Afganistanie, a zachowanie afgańskiej społeczności w Londynie. Kargar niejednokrotnie wspominała, że niektóre z przytaczanych historii spotykały się z szyderczymi komentarzami jej kolegów. Sama autorka wspomina, że choć jej rodzina należała do uprzywilejowanej, dobrze wykształconej grupy o otwartym umyśle, to jednak presja wydania na świat męskiego potomka była bardzo silna. Wprawdzie nie powinno mnie to dziwić – kiedy siostra mojego afgańskiego znajomego, należąca do drugiego pokolenia emigrantów i mieszkająca w jednym z krajów skandynawskich, urodziła 3 dziecko, zapytałam z ciekawości, bo w końcu nieczęsto zdarzają się tak liczne rodziny, czy planowała tak liczne potomstwo. Znajomy, student medycyny odparł, że nie, ale najpierw urodziła 2 córki, a chciała też syna. Pozostaje pytanie, czy to ona w rzeczywistości pragnęła chłopca, czy zakorzeniona w niej tradycja i społeczne oczekiwania podpowiadały taki krok.

Kargar opowiada również swoją własną historię, która pozornie różni się od losów kobiet przedstawionych w książce, ale również pokazuje, jak surowe są zasady i wartości reprezentowane przez Afgańczyków, obojętnie czy mieszkają oni w swoim kraju, czy od wielu lat w Anglii. Bo oto Kargar postanowiła się wyzwolić z aranżowanego i nieszczęśliwego małżeństwa i wziąć rozwód. Wśród rodziny i znajomych spotyka się z potępieniem – krzywda jej się przecież nie działa, mąż nie bił, nie zdradzał. Afgańskie, podobnie jak i indyjskie kobiety powinny poddać się losowi, zaakceptować wybór rodziców i trwać w związku małżeńskim – kwestia szczęścia nie ma tu nic do rzeczy. Tak trzeba i już, nawet kiedy, jak w przypadku jednej z bohaterek, mąż okazuje się homoseksualistą i szantażuje żonę odebraniem jej dzieci, jeśli nie zgodzi się żyć jak służąca wraz z nim i jego kochankiem. Ale to kolejny temat tabu.

„Dear Zari” nie jest jednak wolne od wad. Spodziewałam się, że Kargar w całości odda głos kobietom. Tymczasem, poza kilkoma wyjątkami, zazwyczaj to Kargar opowiada usłyszaną historię i co gorsza, komentuje. Gdyby jej komentarze coś wnosiły do danej sytuacji, naświetliły problem z jakiejkolwiek innej perspektywy – psychologicznej, historycznej, religijnej, kulturowej, wtedy książka zyskałaby wiele. Niestety, dziennikarka ogranicza się do wyrazów wdzięczności, że mieszka w Londynie i cieszy się wolnością oraz do opisów łez, które rzewnie się lały, kiedy słuchała historii Afganek. Brakowało mi jakiegoś profesjonalnego komentarza, analizy, refleksji. Odniosłam wrażenie, że wypowiedzi Kargar miały tylko na celu zwiększenie ilości stron. Być może lepiej by było w 100% oddać głos kobiecym historiom, a ich odwagę docenić milczeniem.

Jeśli „Dear Zari” zostanie wydana po polsku, myślę, że odniesie sukces. Każdy, komu podobało się „Tysiąc wspaniałych słońc” Hosseini’ego, powinien sięgnąć po ten zbiór. Język jest podobnie prosty, a wiele historii było bardziej wzruszających niż losy Lajly i Miriam. Przede wszystkim jednak książka nie jest fikcją literacką i opowiada o prawdziwych zdarzeniach i rzeczywistych problemach kobiet w Afganistanie.

 

Być kobietą w Indiach, część 2. Maj 26, 2012

Filed under: Indie,Przeczytane — Lilithin @ 11:13
Tags: ,

Choć Bumiller napisała świetną książkę i poruszyła wiele tematów, to jednak poza jednym lub może dwoma przypadkami głównie rozmawiała z przedstawicielkami klasy średniej. Krótki pobyt w indyjskiej wiosce był tylko jednym z wielu rozdziałów w książce. Losy wiejskich kobiet, pomocy domowych wciąż był dla mnie niewiadomą. Kim jest kobieta nosząca cement w wielkiej misie na głowie? Skąd się wzięła pani, która codziennie prasuje ubrania w budce za rogiem? Czy dziewczyna zabierająca śmieci sprzed drzwi jest już mężatką i ma dzieci? Debiut Dipiki Rai „Someone Else’s Garden” wypełnił tę lukę.

Jeśli ogólnie życie Hindusek nie jest łatwe, to nie wiem, co powiedzieć o życiu tych mieszkających w wioskach, gdzie dawnych zasad przestrzega się dużo surowiej i gdzie praktycznie niemożliwym jest złamać społeczne tabu i wyjść z tego cało. Co stało się z żoną Sharmy, która uciekła od męża? Na jej nieszczęście, została odnaleziona, przyweczona z powrotem do wioski, gdzie ją rozebrano, zgolono włosy, a 4 bracia męża ją zgwałcili i wysmarowali jej ciało odchodami. Główna bohaterka powieści, Mamta, słysząc tę historię nazywa żonę Sharmy (choć to tylko marginalny wątek, to, co znamienne, żona Sharmy jest zawsze żoną Sharmy, nigdy nie pada jej imię) biedactwem. Jej matka, Lata Bai kwituje: „Żadne tam biedactwo, dostała to, na co zasłużyła. Wyobraź sobie, co by to było, gdyby wszystkie żony zaczęły uciekać tylko dlatego, że są nieszczęśliwe.” * Kobiety muszą znosić wszelkie przeciwności z pokorą i bez słowa skargi. Ich poczucie obowiązku i niekwestionowana akceptacja zastanego stanu rzeczy nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Znajoma na kilka dni przed porodem stała w kuchni i wałkowała ciasto na chapati dla całej rodziny – przecież nie mogła powiedzieć, że jest zmęczona i chciałaby się położyć. Każdy ma swoje miejsce, a próba przekroczenia go wiąże się z surowymi konsekwencjami, nie tylko w przypadku kobiet: „Za każdym razem, kiedy ktoś chce się wyzwolić, przypomina mu się historię Kalu, niedotykalnego Sudry, który odważył się przynieść wodę z wiejskiej studni odległej tylko o milę, a nie z rzeki 4 mile dalej. Złamano każdą jego kość, a żonie odcięto nos. Taka powszechna sprawiedliwość jest najbardziej oddanym obrońcą tradycji i jakiekolwiek odejście od niej, nawet najmniejsze, jest niewyobrażalne.” ** Jest jednak przyczyna takiego stanu rzeczy, cierpienia i upokorzenia można wytłumaczyć. Kiedy do przychodni dla kobiet przywożą świeżą mężatkę, którą mąż i teściowa podpalili, a jej rodzina jest dumna, że po wyleczeniu córka chce wrócić z powrotem do męża, lekarka pyta, jak możliwe jest traktowanie kobiet z takim okrucieństwem, w kraju, w którym przyszło na świat tylu świętych, tylu duchowych przywódców, by usłyszeć odpowiedź od jednej z kobiet:

„- Wszystko to dzieje się, by wznieść nas na kolejny poziom duchowy. Tylko wtedy, kiedy życie staje niemożliwe do udźwignięcia, Bóg do nas przychodzi […]

– Więc sądzisz, że ci, którzy podpalają swoje żony robią im duchową przysługę?

– Nie… nie. To nie tak. Wszyscy musimy zachowywać się zgodnie z naszą karmą. Wraz z wielką niesprawiedliwością przychodzi przychodzi wielkie współczucie, zrozumienie, oświecenie.” ***

Panie sprzątaczki ze szkoły, w której pracowałam

Główną bohaterką powieści jest dwudziestoletnia Mamta, już niemal w wieku staropanieńskim. Tytułowy „cudzy ogród” to określenie dla dziewczyny, a zarówno dla wszystkich innych córek. Dlaczego rodzina miałaby karmić odpowiednio córkę, skoro jest ona cudzym ogrodem, po wyjściu za mąż będzie należeć do rodziny męża. Największe porcje zarezerwowane są dla chłopców, dziewczynki często muszą żywić się ochłapami. Kiedy w końcu Mamta zostaje wydana za dużo starszego mężczyznę, jej romantyczne mrzonki znikają błyskawicznie. Przemoc i okrucieństwo stają się jej codziennością i wbrew normom społecznym i zaklinaniem matki dziewczyna postanawia przerwać pasmo upokorzeń i opuścić męża. Stopniowo z nieśmiałej dziewczyny, która boi się kupić jedzenie na przystanku autobusowym, Mamta staje się prawdziwą self-made woman. Staje się pewną siebie, energiczną kobietą.

Zgrzytało mi trochę zakończenie, zbyt szczęśliwe, aby mogło zdarzyć się w realnym świecie. Jakoś jeszcze jestem w stanie uwierzyć, że matka przebaczyła córce ucieczkę od męża, ale nieco mniej cukierkowatości lepiej by się przysłużyło książce, którą oczywiście gorąco polecam. Mimo, że jest to fikcja literacka, daje wgląd w pewne mechanizmy rządzące Indiami. Lektura otwiera oczy na życie kobiet, bez pomocy których niejeden dom nie mógłby się obejść, a które wciąż często traktuje się jak podludzi. W szkole, w której pracowałam, żadna nauczycielka nie rozmawiała ze sprzątaczkami, o ile nie było to polecenie starcia podłogi. Pochodząca z niskich kast obsługa jest praktycznie niewidzialna dla przeciętnego Hindusa. Ale to jeszcze pół biedy, bo już chyba lepiej być pozostawionym w spokoju niż trafić do domu np. pary lekarzy, którzy to wybrali się na wakacje do Tajlandii, a swoją 13 czy 14-letnią służącą zamknęli w pokoju zostawiając jej do jedzenie sól i mąkę (!). Magazyn Outlook jakiś czas temu pytał, czy indyjskie pomoce domowe to nowa forma niewolnictwa. W artykułach przytoczono wiele przykładów okrucieństwa, którym zostali poddani ludzie tacy, jak bohaterka „Someone Else’s Garden”. Na szczęście powstają organizacje mające na celu pomoc ofiarom przemocy i nie wszyscy ślepo poddają się losowi. Z cierpieniem nie zawsze przychodzi oświecenie i zrozumienie.

—–

* Rai, Dipika. Someone Else’s Garden. Harper Press. London: 2010. S. 68. Tłum. L.

** Tamże, s. 79.

*** Tamże, s. 247.

Kobieta na ulicy w Chandigarh

 

Być kobietą w Indiach, część 1. Maj 12, 2012

Filed under: Indie,Przeczytane — Lilithin @ 14:08
Tags: , ,

Kiedy zobaczyłam „May You Be the Mother of a Hundred Sons” w księgarni w Shimli, zabłyszczały mi się oczy. Podróż nie w głąb Indii, a w świat indyjskich kobiet, bardzo mnie zainteresowała. Spojrzałam na datę wydanie: rok 1990 i odłożyłam z rezygnacją. Cóż może mi 22-letni zbiór reportaży powiedzieć o obecnej sytuacji w Indiach? Jak się później okazało dzięki lekturze i Chihiro, która ją gorąco polecała, zaskakująco wiele.

Elisabeth Bumiller, dziennikarka The Washington Post, przyjechała do Indii wraz z mężem, którego do tego kraju jako zagranicznego korespondenta wysłał The New York Times. Początkowo niechętna pomysłowi, zaczęła pracę nad książką o kobietach w Indiach. Przez 3,5 roku jeździła po Indiach i spotykała się z kobietami. Bumiller chodziła na spotkanie wiejskich akuszerek, rozmawiała o aranżowanych małżeństwach z wykształconymi kobietami, badała sprawę spalenia panny młodej, która nie przyniosła wystarczająco dużego posagu, a także przypadek sati (rytuał spalenia wdowy na stosie pogrzebowym ze zwołami męża). Dziennikarka porusza szerokie spektrum tematów rozmawiając z bollywoodzkimi aktorkami, intelektualistkami z Kalkuty, porównuje życie gospodyni domowej z życiem kobiety robiącej karierę, a także pisze o aborcjach żeńskich płodów i zabójstwach dziewczynek i moralnie dwuznacznym programie planowania rodziny.

Już same tematy poruszane przez Bumiller są fascynujące, a sposób, w jaki dziennikarka je opisała zasługuje na najwyższą pochwałę. Nie znajdzie się w „May You Be a Mother of a Hundred Sons” oceniania, wywyższania się, moralizowania. Autorka z pokorą i szacunkiem podchodzi do opisywanych spraw. Przy okazji opisywania straszliwie niehigienicznych (oczywiście z naszej „zachodniej” perspektywy) warunków, w jakich indyjskie kobiety w wioskach rodzą dzieci, Bumiller zastanawia się, czy jako osoba z zewnątrz powinna potępiać system zdrowotny za brak podstawowych udogodnień i lekarstw czy chwalić, że jakikolwiek system został stworzony na rozległych terenach wiejskich. Dziennikarka nie wstydzi się również przyznać do tego, że jej początkowe założenia okazały się być błędne, jak w przypadku sati. Kiedy zaledwie po 7 miesiącach po ślubie mąż Roop Kanwar zmarł, ta postanowiła popełnić sati z własnej nieprzymuszonej woli. Tak przynajmniej twierdzili świadkowie, którym Bumiller początkowo wierzyła. Po niedługim czasie musiała jednak zweryfikować swoje przypuszczenia cytując jeden z magazynów indyjskich: „Jeśli kobieta nie ma prawa zdecydować czy chce wyjść za mąż, kiedy i za kogo, jak długo chce podejmować edukację i czy chce podjąć daną pracę lub nie, to jak to możliwe, że nagle otrzymuje prawdo do zdecydowania o tak istotnej kwestii czy chce umrzeć?” * Sprawa Roop Kanwar długo nie chciała mi wyjść z głowy… Zapytałam mojego znajomego pochodzącego z Radżastanu (gdzie sati miało miejsce), co o tym sądzi – czy dziewczyna sama poddała się rytuałowi spalenia, czy też ktoś ją zmusił. Ten spojrzał na mnie jakbym się urwała z księżyca i zapytał, czy ja bym zrobiła coś takiego. Tym razem ja się zdziwiłam i odparłam, że oczywiście, że nie, w mojej kulturze nie ma takiej tradycji. Znajomy z pełnym przekonaniem stwierdził, że jest to absolutnie niemożliwe, aby jakakolwiek dziewczyna, zwłaszcza tak młoda jak Roop Kanwar (19 lat) i dobrze, jak na tamte czasy wykształcona (szkoła średnia), zdobyła się na taki krok…

Modlitwa w hinduskiej świątyni

Sikhijki w Złotej Świątyni w Amritsarze

O sati, na szczęście, już nie słyszałam podczas pobytu w Indiach, ale wszelkie inne tematy, które poruszała Bumiller 20 lat temu (!) wracały do mnie za pośrednictwem prasy. I tak np już mnie nie szokowało tak bardzo jej śledztwo w sprawie podpalenia świeżo upieczonej panny młodej – czytałam o takich przypadkach więcej razy niż mogę zliczyć. Relacje z tego rodzaju morderstw właściwie nie mają wielkiego znaczenia w gazetach – żadna informacja tego typu nigdy nie została umieszczona na pierwszej stronie, a oszczędny styl dziennikarza ograniczał się do zaledwie 2-3 krótkich akapitów. W pobliskiej wiosce, Fatehgarh Sahib, mąż został skazany na dożywocie za uduszenie żony. Kobieta krótko po ślubie skarżyła się swoim rodzicom, że mąż jej grozi. Ci jednak kazali jej do niego wrócić, a kiedy po kilku dniach poszli odwiedzić córkę, znaleźli ją duszoną przez męża. Było już za późno.

Podobnie miała się sprawa z aborcjami żeńskich płodów i planowaniem rodziny. Mogłoby się wydawać, że w XXI wieku nowoczesne Indie powinny wyzbyć się kultu syna. Tytułowe błogosławieństwo „Obyś była matką setki synów” ma się jednak wciąż dobrze. Nie dalej jak pół roku temu znajoma nauczycielka urodziła bliźniaki, dziewczynki. Komentarze w szkole wręcz mnie zszokowały: „Och nie, biedna N. I co ona teraz zrobi? Jedną córkę już ma i teraz jeszcze bliźniaki?” Należy podkreślić, że nie była to opinia odosobniona i wygłaszana była przez osobę wykształconą, mieszkającą w dość dużym mieście, a nie zabobonną starowinkę w odludnej indyjskiej wiosce. Dlaczego tak się dzieje? Pomijając kwestie finansowe związane z posiadaniem córek (posag, ślub, wesele), dziewczynki ceni się mniej, bo są one w rodzinie tylko tymczasowo – po wyjściu za mąż należą już do rodziny męża. W biedniejszych rodzinach nie ma sensu kształcić czy chociaż odpowiednio karmić córek, bo są one „cudzym ogrodem” (o świetnej książce Dipiki Rai „Someone Else’s Garden” w  następnym wpisie). Poza tym w hinduizmie to syn podkłada ogień pod stos pogrzebowy. Co również podkreśla Bumiller, męski potomek ma ogromne znaczenie w rodzinach, w których ojciec prowadzi jakąkolwiek firmę – komuś trzeba przekazać rodzinny biznes, a skoro córka po wyjściu za mąż już nie należy do rodziny, to jedyna nadzieja pokładana jest w synu.

Kobieta sprzedająca ofiary do hinduskiej świątyni

Mieszkanka Himachal Pradesh

W Indiach zabronione jest podawanie rodzicom przez lekarza informacji, jakiej płci jest dziecko ze względu na dużą ilość aborcji żeńskich płodów. Oczywiście zasada ta jest omijana i zawsze można znaleźć lekarza, który odpowie na pytania rodziców, a w razie czego dokona zabiegu przyczyniając się tym samym do powiększenia wypaczonego już stosunku płci (dane za 2011: 940 kobiet przypada na 1000 mężczyzn). Bumiller w poczekalni u lekarza spotkała matkę 2 córek, która otwarcie przyznała, że jeśli kolejne dziecko to dziewczynka, podda się aborcji. Assumpta D’Sylva wyznała: „Nasze społeczeństwo wpędza cię w poczucie winy, jeśli nie masz syna. Kiedy wychodzę na przyjęcia ludzie pytają ile mam dzieci, a na moją odpowiedź, że dwie dziewczynki mówią: O, jaka szkoda. Żadnego chłopca. To sprawia, że czuję się źle […] Wiem, że nie robimy dobrze [decydując się na aborcję], ale tak musi być. Ludzie patrzą na ciebie z góry, jeśli masz 2 lub 3 córki” ** D’Sylva finansowo mogłaby sobie pozwolić na kolejną dziewczynkę. Presja społeczeństwa okazała się jednak silniejsza. Paradoksalnie, kobieta nawet nie była hinduską, a katoliczką, więc w jej przypadku religijne znaczenie męskiego potomka zupełnie nie istniało.

Sprawy, o których pisała Bumiller ponad 20 lat temu okazują się wciąż aktualnymi problemami. To tylko pokazuje, jak skomplikowana jest sytuacja kobiet w Indiach i jak trudno ją zmienić. Nie wiem, czy 20 lat to dużo. W porównaniu z 1990, z pewnością obecnie zdecydowanie dużo więcej kobiet pracuje podnosząc tym samym swoją niezależność. Niestety, nawet wśród uprzywilejowanych warstw  rządzą skostniałe uprzedzenia płciowe. Aby zmienić takie stan rzeczy nie wystarczy wprowadzić nieefektywnego prawa, należy podjąć działania mające na celu zmienienie sposobu myślenia. Jednym z przykładów takich akcji jest inicjatywa w Ganganagar w Radżastanie, gdzie podczasu ślubnej ceremonii w gurdwarze, sikhijskiej świątyni, 21 par złożyło przysięgę przeciw wyborze płci dziecka, przy której składaniu było obecnych więcej niż 1000 ludzi. Być może z europejskiej perspektywy wydaje się to mało efektywne, ale religia w Indiach ma jednak większe znaczenie, a dodatkowo był to pierwszy raz, kiedy sprawa wyboru płci została poruszona publicznie. Panchayat, czyli lokalne władze wioski, również włączyły się w działania i wysyła listy gratulacyjne rodzinom, w których urodziły się dziewczynki. Wcześniej otrzymywano je jedynie przy narodzinach synów. Zmiana jest możliwa, ale należy jej szukać u podstaw, a nie w odgórnych martwych przepisach. Oby takich inicjatyw było jak najwięcej, a książka Bumiller to pozycja obowiązkowa dla każdej osoby zainteresowanej sytuacją kobiet w Azji.

—–

* Bumiller Elisabeth. MayYou Be the Mother of a Hundred Sons. Penguin Books. New Delhi: 1991. S. 74. Tłum. L.

** Tamże, s. 116.

Kobiety nad Sukhna Lake w Chandigarh, fot. Chihiro

Kobiety w Rock Garden, Chandigarh, fot. Chihiro

 

„Three Sisters” – Bi Feyiu Kwiecień 28, 2012

Filed under: Przeczytane,Wyzwania — Lilithin @ 09:43
Tags: ,

Image

„Three Sisters” to powieść chińskiego autora, Bi Feyiu, nagrodzona Man Asian Literary Prize w 2011 roku. Nagroda ta nazywana czasami azjatyckim Bookerem jest jedną z niewielu literackich nagród, które mnie interesują. Po „Three Sisters” pewnie bym nie sięgła, gdyby właśnie nie Man Asian Literary Prize i odbywające się obecnie wyzwanie Literatura w Azji.

Książka, jak już tytuł wskazuje, opowiada historię trzech sióstr urodzonych w wielodzietnej rodzinie na chińskiej prowincji. Nadzieje najstarszej z nich, Yumi, pękają jak bańka mydlana, kiedy jej ojciec uwodzi żonę żołnierza. Traci on ważną pozycję w partii, a cała rodzina Wang traci szacunek. Yumi pragnąc odmienić swój los wychodzi za mąż za dużo starszego mężczyznę, który poszukiwania nowej towarzyszki życia zaczął jeszcze zanim zmarła jego pierwsza żona. Yumi stopniowo odnajduje się w mieście, aż przyjeżdża do niej młodsza siostra, Yuxiu. Jej nadzieję na odmianę losu legają w gruzach, kiedy zachodzi w ciążę. Trzecia część książki opowiada o życiu najmłodszej siostry, Yuyang, w szkole z internatem w Pekinie, do której, ku zaskoczeniu całej rodziny, została przyjęta.

Każda z sióstr próbuje walczyć z losem na swój sposób, a ich główną bronią jest ich ciało i seksualność, które jednocześnie stają się powodem największego upokorzenia. Kobieta w Chinach nie znaczy wiele, Yumi i Yuxiu nawet nie chodziły do szkoły. Najmłodsza Yuyang być może ma więcej możliwości, ale w ostatecznym rozrachunku jej pozycja nie jest wyższa od pozycji, jaką miały jej siostry przed 10 laty.

Książkę czytało się dobrze, ale do mnie specjalnie nie przemówiła. Pewnie nie wyłapałam zbyt wielu smaczków i duża część mi umknęła – nie wiem o Chinach zbyt wiele, nigdy mnie tam nie ciągnęło. Nie wiem, czy „Three Sisters” zasłużyły na nagordę, bo nie czytałam nominowanych książek, ale mam nadzieję, że moje następne spotkanie z Man Asian Literary Prize będzie należało do bardziej udanych.

Więcej o wyzwaniu Literatura w Azji:

 

Empatia w dawnym i nie tak dawnym Iranie Marzec 3, 2012

Za pomocą dwóch książek odwiedziłam Iran. Persję siedemnastowieczną z pełnym przepychu Isfahanem i Iran bardziej współczesny, gdzie po Rewolucji Islamskiej kobiety potajemnie czytały zakazane dzieła zepsutej zachodniej literatury w Teheranie.

Nie jestem wielką fanką książek historycznych, ale „Krew kwiatów” zainteresowała mnie już dawno. Piękna okładka polskiego wydania, kobieta walcząca o godność, baśniowość, zmysłowość – wszystko to brzmiało bardzo obiecująco. Liczyłam na powieść w stylu Giny B. Nahai, którą czytałam 6-7 lat temu (swoją drogą ciekawe, czy teraz lektura jej powieści też by zrobiła na mnie takie wrażenie).

Baśniowość kończyła się na wplecionych w narrację perskich bajkach, bo w codziennym życiu głównej bohaterki, której imienia, co znamiennie, nie poznajemy przez całą powieść – na próżno byłoby jej szukać. Dziewczyna spędza dzieciństwo w irańskiej wiosce przy boku kochających rodziców. Niestety, ojciec umiera, dziewczyna nie ma szans na zamążpójście bez posagu, a 2 samotne kobiety nie mają szans na przeżycie, więc wybierają się do rodziny po pomoc. W bogatym domu spełniają funkcję popychadeł i służących. Dziewczyna ma jednak rzadki dar do projektowania i tkania dywanów. Jej wuj wielokrotnie żałuje, że nie jest chłopcem, bo wtedy mógłby nauczyć ją fachu i przekazać warsztat, w którym powstają dywany dla samego szacha.

Zdecydowanie do gustu przypadła mi główna bohaterka, która próbuje walczyć o własne miejsce w świecie zdominowanym przez mężczyzn, gdzie kobieta bez ojca, męża lub brata jest po prostu nikim. Gorący temperament i ambicja nie zawsze pomagają jej w podejmowaniu dobrych decyzji, ale determinacja i chęć zmiany swojego życia sprawia, że dziewczyna uczy się na błędach.

Anita Amirrezvani oddała głos perskiej kobiecie z siedemnastego wieku wypełniając tym samym lukę, w której kobiety prawa głosu nie miały. Imię bohaterki pozostaje nieznane – jej los to los setek tysięcy innych kobiet tamtych czasów – całkowicie zależnych od mężczyzn i bez szans na spełnienie własnych planów i ambicji i traktowanych często jako towar, który może przynieść zysk rodzinie. Amirrezvani przywołuje do życia silną osobowość, która walczy z zastanym porządkiem i choćby dlatego „Krwi kwiatów” należy się uwaga.

Po historycznej wycieczce, na której bohaterowie tkali dywany, nadszedł czas na bardziej współczesną lekturę, gdzie z postrzępionych kawałków nowej postrewolucyjnej rzeczywistości bohaterka (tak, znowu jest to kobiety) próbuje na nowo utkać swoje życie.

„Czytając Lolitę w Teheranie” to wspomnienia wykładającej literaturę angielską na uniwersytecie Azar Nafisi. Wspomnienia przeplatane są  ze swobodnymi refleksjami na temat książek omawianych na cotygodniowych potajemnych spotkaniach z wybrana grupą studentek. Czytało się to wyśmienicie!

Nafisi opisuje Iran przedrewolucyjny, w którym kobiety miały praktycznie takie same prawa i możliwości, jak w krajach zachodnich oraz rozczarowanie rewolucją, która zamiast przynieść więcej wolności, sprawiła, że kraj cofnął się do zwyczajów obowiązujących 3 pokolenia wstecz. „Wiek uprawniający do ślubu został obniżony do 9 lat – 8,5 lat księżycowych, jak nam powiedziano; cudzołóstwo i prostytucja miały teraz być karane ukamieniowaniem; wartość kobiety, zgodnie z prawem, była równa połowie wartości mężczyzny […] W latach młodzieńczych widziałam, jak dwie kobiety zostały członkami rady ministrów. Po rewolucji, te same kobiety skazano na śmierć za grzech wojowania z Bogiem i szerzenia prostytucji.”* W życiu codziennym surowe prawa stawały się przyczyną upokorzeń – przed wejściem do budynku uniwersytetu sprawdzono nie tylko jakiekolwiek ślady makijażu na twarzy, ale też na przykład kolor skarpetek…

W książce Nafisi ogromną rolę spełnia literatura. Dzieła z zachodniego kanonu stopniowo stają się niepożądanymi na uniwersytecie, a księgarnie z książkami po angielsku znikają z mapy Teheranu. Tym samym czytanie Nabokova, Jamesa czy Austen i ciągnące się potem dyskusje pozwalają się oderwać od islamskiej rzeczywistości, odetchnąć innym powietrzem, poczuć namiastkę wolności. W czasie bombardowania miasta książki stają się dla Nafisi azylem, autorka nie poddaje się panice czy strachowi, a całkowicie zatapia się w lekturze.

Dla Nafisi empatia jest najważniejszą rolą powieści. Jej zdaniem sensem czytania jest nie czytanie o znanych nam rzeczach, które sprawiają, że czujemy się dobrze i bezpiecznie, a poznawanie nowych miejsc, ludzi i rzeczy, których nie znamy. Czytamy z ciekawości i jak tylko zagłębimy się w nowy, nieznany świat powieści, zaczynamy odczuwać empatię. Całkowicie zgadzam się z funkcją poznawczą literatury, która pozwala wyjść nam z wygodnych czterech ścian i poznać inne światy, inne tradycje i kultury. Nie do końca jestem przekonana, czy empatia jest tak bardzo istotna w każdej powieści, ale zarówno w przypadku Amirrezvani i Nafisi spełniała ona dużą rolę. Czytając o losach ambitnej dziewczyny z siedemnastego wieku czy grupie kobiet z dwudziestowiecznego Teheranu nie sposób było nie odczuwać ich frustracji, rozczarowań i małych radości, kiedy w jakikolwiek sposób udało im się buntować przeciwko istniejącej rzeczywistości pełnej restrykcyjnych zasad.

—–

* Azar Nafisi, Reading Lolita in Tehran. Harper Perennial. London: 2008, s. 261. Tłum: L.

 

Afganistan x 3 Luty 6, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 22:22
Tags: , , ,

Afganistan ma w sobie jakąś magię, która mnie przyciąga. Książki o tym kraju zawsze mnie interesują, jestem ciekawa czegoś więcej niż strzępów informacji z polskich gazet o stacjonujących tam wojskach. Indyjska prasa pisze o Afganistanie częściej i również w innych kontekstach, np. w dzienniku „The Hindu” jakiś czas temu pojawiła się informacja o koncercie Farhada Darya, który miał miejsce w sekretnym miejscu ze względu na możliwe ataki talibów (którzy za swoich rządów zakazali muzyki) i na którym kobiety nie ośmieliły się tańczyć, bo to wciąż jeszcze tabu. To drugie, bardziej ludzkie, zwykłe oblicze Afganistanu mnie interesuje. Ostatnio przeczytałam 3 książki o Afganistanie, którym ukazanie ludzkiego oblicza tego kraju udało się z różnym skutkiem.

„Modlitwa o deszcz” Wojciecha Jagielskiego przemierzyła ze mną wiele kilometrów, rogi książki się pozaginały, okładka się rozdwoiła, a mimo to wiem, że ten niewielki tom z pewnością jeszcze przejedzie 6 tysięcy km z powrotem do Polski. Mój stosunek do książek w Indiach nieco się zmienił – już nie jest tak szaleńczo zaborczy, nie mam problemów z rozstaniem się z przeciętną powieścią, ale „Modlitwa…” to jedna z tych książek, które chce się mieć na półkach.

Wojciech Jagielski odwiedził Afganistan 11 razy w latach 1992-2001. Jego relacje pokazują walkę Afgańczyków z Rosjanami, dokumentują dojście do władzy talibów, opisują walki między różnymi frakcjami i wojny domowe. „Modlitwa…” to kawałek historii Afganistanu, ale nie obrazy wojny i zniszczonych miast stanowią o jej wartości. Jagielskiemu bowiem udało się przeniknąć do afgańskiej duszy i oddać atmosferę życia surowych mieszkańców tego kraju, dla których wolność jest największą wartością. Afgańczycy nie dali się podbić żadnemu narodowi, a wręcz przyczynili się do upadku Związku Radzieckiego. „Zapłacili jednak cenę ta wysoką i tak straszliwą, że nie tylko podważyło to wartość samej wolności, ale sens walki o nią. Ich kraj został doszczętnie zniszczony i splądrowany. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Afgańczycy zostali zdziesiątkowani, a co czwarty ocalały z tej hekatomby ratował życie ucieczką z kraju.”* Jagielskiemu udaje się dotrzeć do dumnych afgańskich wojowników, którzy nie znają innego sposobu na życie niż walka, którym nie pozostało już nic innego.

„Modlitwa…” to pełna przemocy, ale przede wszystkim piękna książka, która przede wszystkim pozwala lepiej zrozumieć jeden z chyba najbardziej niezrozumiałych narodów na świecie. Jagielski otwiera oczy czytelnika i pozwala mu dostrzec ludzkie rysy w wojennych komendantach, których również ogarnia zwątpienie i rezygnacja – uczucia znane chyba każdemu człowiekowi.

Po świetnym Jagielskim przyszła chwila na bardzo poczytnego autora – Khaleda Hosseiniego. Sukces debiutanckiej powieści pt. „Chłopiec z latawcem” zdziwił samego pisarza, który w jednym z wywiadów przyznał się, że nie spodziewał się, ze historia Amira i Hassana zostanie w ogóle opublikowana. Ja sama nie do końca rozumiem fenomen tej powieści. Owszem, czyta się błyskawicznie i trudno się oderwać od losów przyjaźni między bogatym chłopcem a jego służącym i już nie tyle raził mnie prosty język, co skróty i uproszczenia fabularne. Hosseini bierze na warsztat uniwersalne i wielkie tematy – przyjaźń, poświęcenie, wybaczenie, odkupienie, konflikt ojciec-syn – i eksploatuje je do granic możliwości ocierając się dość mocno o banał. Nagła decyzja głównego bohatera o wyjeździe do Afganistanu wydaje mi się mało prawdopodobna z psychologicznego punktu widzenia, niespodziewana pomoc przyjaciela rodziny magicznie rozwiązuje pewien poważny problem (nie mogę powiedzieć więcej nie chcąc zdradzać wydarzeń). Moim zdaniem takie nagłe, magiczne rozwiązania i odmiany to pójście na łatwiznę ze strony autora. Symetryczna powtarzalność pewnych motywów u przedstawicieli dwóch pokoleń tej samej rodziny pewnie miała na celu nadanie powieści dodatkowej głębi i bliżej niejasnego symbolizmu, ale do mnie niestety to nie przemówiło. Niestety, znowu wydawało się zbyt nieprawdopodobne i dość naiwne. W pewnym momencie już byłam w stanie przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń, odrzuciłam go jednak uważając za zbyt ckliwy i szablonowy. Wciąż miałam nadzieję, że Hosseini czymś mnie zaskoczy. Na próżno.

Na szczęście druga powieść Hosseiniego, „Tysiąc wspaniałych słońc”, była lepsza. Również tutaj autor skupił się na 2 bohaterach, tym razem kobietach, ale nadał im głębi psychologicznej i realistycznie przedstawił tło, z którego wywodziły się obie postaci. Problemy nie rozwiązywały się same w magiczny sposób, to Mariam i Lajla musiały wziąć los w swoje ręce i walczyć o przetrwanie. Hosseini płynnie pokazał przejście z postępowego Afganistanu pod rządem komunistów do kompletnej degradacji roli kobiet po przyjściu talibów. „Tysiąc wspaniałych słońc” to też niejako pomnik Kabulu i jego mieszkańców, którym nie udało się uciec z doszczętnie zniszczonego miasta, a których codzienne życie wiązało się z heroiczną walką o przetrwanie. Dzięki wcześniejszej lekturze Jagielskiego miałam nazwiska afgańskich wodzów nie były mi całkiem obce i mogłam umiejscowić powieść w szerszym kontekście.

„Modlitwa o deszcz” to lektura obowiązkowa dla każdego zainteresowanego Afganistanem. „Tysiąc wspaniałych słońc” zainteresuje szersze grono odbiorców – historia jest tu ważnym, ale wciąż tylko tłem, język prostszy oraz mniej faktów, zdrad i zmian frakcji czyni powieść przystępną. „Chłopca z latawcem” można sobie darować.

Tutaj można posłuchać piosenki „Kabul jan”, którą śpiewa Farhad Darya. Utwór ten był pierwszym puszczonym na antenie afgańskiego radia po wypędzeniu talibów.

A ja powoli planuję lekturę „Dear Zari”, o afgańskich kobieta. Świetna recenzja w najnowszym „Archipelagu”.

Polecam artykuł o afgańskich dzieciach, którym udało się dostać do Europy. Zastanawiam się też nad powieścią o tej tematyce, „Hinterland”, ale obawiam się trochę zbyt ckliwej lektury.

*Wojciech Jagielski, Modlitwa o deszcz. Wyd. WAB. Warszawa: 2010, s. 113.