Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Zabić drozda” – Harper Lee Maj 23, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:44
Tags: , ,

343_zabicdrozdai

„Zabić drozda”, głośna powieść Harper Lee,opublikowana w 1960 roku, nagrodzona rok później Nagrodą Pulitzera długo nie mogła trafić do mych rąk. Mało tego, nawet film nakręcony na jej podstawie, zdobywca 3 Oscarów, do dnia dzisiejszego pozostaje dla mnie zagadką. Pogardzając swoją ignorancją w zakresie współczesnej literatury amerykańskiej (oraz czerwonym rumieńcem wstydu na wieść, że 9-letni brat mojej koleżanki „Zabić drozda” już przeczytał) postanowiłam w końcu nadrobić braki.

Powieść została wydana w gorącym okresie w historii Stanów Zjednoczonych, zaledwie 5 lat po tym, jak Rosa Parks odmówiła ustąpienia miejsca w autobusie białemu mężczyźnie, które to wydarzenie zapoczątkowało działalność Martina Luthera Kinga i walkę o zniesienie segregacji rasowej. Mimo, że akcja toczy się w latach trzydziestych, problemy przedstawione w „Zabić drozda” wciąż były aktualne w realich Ameryki lat 60-tych.

Spokój sennego miasteczka z południa Stanów Zjednoczonych i sielankowego życia małej Jean Louise Finch (nazywanej pieszczotliwie Smykiem) i jej starszego brata, Jema burzy proces czarnoskórego Toma Robinsona, oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. Sytuacja jest tym bardziej skomplikowana, że obrony Toma podejmuje się Atticus Finch, ojciec Smyka i Jema. Rodzina staje się obiektem szykanowania, Atticus i dzieci nazywane są murzyńskimi pachołkami, sługusami czarnuchów itp. Smyk, ze świeżym spojrzeniem niewinnego dziecka, nie rozumie takiego stanu rzeczy, mówi: „Myślę, że jest tylko jeden rodzaj ludzi. Ludzie.” [1]

Ale czy naprawdę? W „Zabić drozda” ludzie nie tylko dzielą się na białych i czarnych. Rasizm to tylko jeden z kilku rodzajów prześladowań ukazanych przez autorkę. Ludzie dzielą się też na mężczyzn i kobiety. Od kobiet wymaga się, aby chodziły w sukienkach, były delikatne, wrażliwe i pełne wdzięku. Dla Smyka, chodzej w spodniach, nieprzejawiającej żadnego zainteresowania trefieniem włosów czy strojeniem się w urocze sukieneczki perspektywa zostania damą jawi się jako „wykrochmalone ściany jakiegoś domu poprawczego z różowego kretoniku w kwiatki.” [2] Ludzie dzielą się także ze względu na różne miejsce w hierarchii społecznej. Smyk, jako Finchówna, stoi w niej dość wysoko i nie może zrozumieć, dlaczego ciocia Aleksandra nie pozwala jej zaprosić Waltera Cunninghama do domu. Dla Jean Louise liczy się tylko to, że rodzina Cunninghamów to porządni, honorowi ludzie. Dla Aleksandry to jednak nie wystarcza: „[…] nie ulega dla mnie wątpliwości, że to porządni ludzie. Ale to nie są ludzie naszego pokroju.” [3] Dla dziecka wybór przyjaciół nie odbywa się na podstawie ilości posiadanych pieniędzy czy wykształcenia. Smyk jest wolna od uprzedzeń i stereotypów, dla niej liczy się tylko to, czy ludzie są PORZĄDNI. Chyba warto zastosować jej sposób myślenia w codziennym życiu.

Warto przeczytać tę historię. Nie tylko ze względu na jej uniwersalne przesłanie o tolerancji, ale też po to, aby się zastanowić, czy powieści tego typu kiedykolwiek stracą na aktualności; czy nadejdą czasy, które nie będą wymagały pisania takich książek? Czy nasze prapraprawnuki będą czytać „Zabić drozda” nie rozumiejąc podziałów rasowych, klasowych czy płciowych łącząc się w tym niezrozumieniu ze Smykiem? Jakiś czas temu pisałam o powieści „Ja, Tituba, czarownica z Salem” Maryse Conde. Tematyka podobna. Czas akcji jednak inny, w „Titubie” jest wiek XVII. Czy możliwy jest świat, w którym istnieje jeden rodzaj ludzi?

——–

[1] Harpee Lee, „Zabić drozda”, tłum. Zofia Kierszys, wyd. Zysk i S-ka, 1996, s. 292.

[2] Tamże, s. 177.

[3] Tamże, s. 187.

 

„Umiłowana” – Toni Morrison

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 18:46
Tags: , , , , ,

Jeśli „Jazz” Toni Morrison szybko okazał się być prozą na najwyższym poziomie, to „Umiłowana” jeszcze go kilkakrotnie przewyższa.

Akcja dzieje się w domu przy Bluestone Road. Zamieszkuje go zbiegła niewolnica z Kentucky wraz ze swoja córką. W domu straszy. I to tyle, jeśli chodzi o wydarzenia. Więcej zdradzić nie sposób, aby nie zepsuć przyjemności czytania. Dlatego tym bardziej nie rozumiem, dlaczego w notce od wydawcy na okładce znajduje się ohydny spoiler. Wydarzenia, które zostają wyjaśnione po kilkudziesięciu (kilkuset?) stronach, mamy podane na tacy jeszcze nawet przed rozpoczęciem lektury.

Podobnie jak w „Jazzie”, właściwa akcja jest przeplatana retrospekcjami głównych bohaterów i to właśnie dzięki ich wspomnieniom dowiadujemy się, co się wydarzyło przy Bluestone Road. Wszelkie tajemnice i niedopowiedzenia stopniowo są odkrywane, a prawda nie daje oczyszczenia.

„Umiłowana” pozwala zadać sobie kilka pytań. Bo niby wszyscy wiemy, że istniało niewolnictwo, prześladowania rasowe pełne okrucieństwa, ale jakoś tak trudniej zobaczyć w tym prawdziwą, ludzką historię. Trudniej zobaczyć człowieka. Liczby zabitych, zgwałconych może i przerażają, ale łatwiej przejść obok nich obojętnie, niż wobec historii opowiadanej przez konkretną osobę lub kilka osób. Bo czy można sobie wyobrazić życie, w którym naszą matkę siłą przywieziono do obcego kraju, gwałcąc ją wielokrotnie w czasie podróży? Życie, w którym matki nie przywiązywały się do dzieci, bo te i tak niedługo umierały albo po prostu były im odbierane? Świat, w którym biali odbierali czarnym człowieczeństwo, stawiając ich na równi ze zwierzętami? I jak można żyć ze świadomością, że nasze życie nie należy do nas? Że nasze ciało nie należy do nas? Fragmentu, w którym Baby Suggs została wykupiona i stała się wolną kobietą, długo jeszcze nie zapomnę.

„Aż nagle ujrzała swoje dłonie i przyszła jej do głowy cudownie prosta myśl: te ręce należą do mnie. To są m o j e ręce. Następnie poczuła kołatanie w piersi i znów odkryła coś nowego: własne bicie serca. Miała to od zawsze? Tę bijącą rzecz? Poczuła się jak głupiec i wybuchnęła głośnym śmiechem.”*

I, co najważniejsze, jak żyć z takim dziedzictwem? Morrison nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Są to jednak pytania, które warto czasami sobie postawić. Niezwykła książka. Po prostu trzeba ją przeczytać.

* Toni Morriosn, „Umiłowana”, przeł. Renata Gorczyńska, wyd. Znak 2007, s. 189.

Jeśli „Jazz’ Toni Morrison szybko okazał się być prozą na najwyższym poziomie, to „Umiłowana” jeszcze go kilkakrotnie przewyższa.

Akcja dzieje się w domu przy Bluestone Road. Zamieszkuje go zbiegła niewolnica z Kentucky wraz ze swoja córką. W domu straszy. I to tyle, jeśli chodzi o wydarzenia. Więcej zdradzić nie sposób, aby nie zepsuć przyjemności czytania. Dlatego tym bardziej nie rozumiem, dlaczego w notce od wydawcy na okładce znajduje się ohydny spoiler. Wydarzenia, które zostają wyjaśnione po kilkudziesięciu (kilkuset?) stronach, mamy podane na tacy jeszcze nawet przed rozpoczęciem lektury.

Podobnie jak w „Jazzie”, właściwa akcja jest przeplatana retrospekcjami głównych bohaterów i to właśnie dzięki ich wspomnieniom dowiadujemy się, co się wydarzyło przy Bluestone Road. Wszelkie tajemnice i niedopowiedzenia stopniowo są odkrywane, a prawda nie daje oczyszczenia.

„Umiłowana” pozwala zadać sobie kilka pytań. Bo niby wszyscy wiemy, że istniało niewolnictwo, prześladowania rasowe pełne okrucieństwa, ale jakoś tak trudniej zobaczyć w tym prawdziwą, ludzką historię. Trudniej zobaczyć człowieka. Liczby zabitych, zgwałconych może i przerażają, ale łatwiej przejść obok nich obojętnie, niż wobec historii opowiadanej przez konkretną osobę lub kilka osób. Bo czy można sobie wyobrazić życie, w którym naszą matkę siłą przywieziono do obcego kraju, gwałcąc ją wielokrotnie w czasie podróży? Życie, w którym matki nie przywiązywały się do dzieci, bo te i tak niedługo umierały albo po prostu były im odbierane? Świat, w którym biali odbierali czarnym człowieczeństwo, stawiając ich na równi ze zwierzętami? I jak można żyć ze świadomością, że nasze życie nie należy do nas? Że nasze ciało nie należy do nas? Fragmentu, w którym Baby Suggs została wykupiona i stała się wolną kobietą, długo jeszcze nie zapomnę.

„Aż nagle ujrzała swoje dłonie i przyszła jej do głowy cudownie prosta myśl: te ręce należą do mnie. To są m o j e ręce. Następnie poczuła kołatanie w piersi i znów odkryła coś nowego: własne bicie serca. Miała to od zawsze? Tę bijącą rzecz? Poczuła się jak głupiec i wybuchnęła głośnym śmiechem.”*

I, co najważniejsze, jak żyć z takim dziedzictwem? Morrison nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Są to jednak pytania, które warto czasami sobie postawić. Niezwykła książka. Po prostu trzeba ją przeczytać.

* Toni Morriosn, „Umiłowana”, przeł. Renata Gorczyńska, wyd. Znak 2007, s. 189.