Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Pijąc kawę gdzie indziej” – ZZ Packer Czerwiec 5, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 10:52
Tags: , , ,

zz packerZawsze podchodzę z pewną rezerwą do opowiadań. Wolę powieści, w których mogę zżyć się z bohaterami, przenieść się na jakiś czas w inne miejsce, inny czas. Czytając opowiadania, skaczę z miejsca na miejsce, ledwo poznaję bohaterów i już muszę się z nimi żegnać. Często mam poczucie, że jeszcze powinna być kontynuacja, odczuwam niedosyt. Jeśli w niektórych lekturach się zatapiamy, to ja w opowiadaniach ledwo moczę kostki.

I tak właśnie zaledwie zanurzałam się w jakieś opowiadanie ZZ Packer ze zbioru „Pijąc kawę gdzie indziej”, a już był koniec. Zawsze zadawałam sobie pytanie: co działo się dalej? Może to specjalny zabieg, aby zmusić czytelnika do refleksji. Ja jednak wolę bardziej jednoznaczne zakończenia, a nie pourywane.

Bohaterami opowiadań są czarnoskórzy Amerykanie. Każdy z nich jest w jakichś sposób wykluczony, każdy ma poczucie, że nie jest w tym miejscu, w którym być powinien, że jego życie nie wygląda tak, jak powinno. Chcą czegoś więcej od życia, wydaje im się, że stać ich na coś więcej, ale trudno pokonać niektóre ograniczenia, jak toksyczny związek z nieodpowiedzialnym ojcem, a pokonanie innych wcale nie okazuje się krokiem do lepszego życia. ZZ Packer używa stereotypowych wizerunków Afroamerykanów, jak były skazaniec czy alfons, ale też czyni bohaterami swoich opowiadań studentkę Yale i dziewczynę, która odważyła się zmienić swoje życie i wyjechała do Japonii. Autorka unaocznia czytelnikowi, że nie ma sytuacji jednoznacznych, łatwych do osądzenia i zaszufladkowania.

Według mnie, „Pijąc kawę gdzie indziej” to ani książka kiepska, ani wybitna. Raczej taka „czwórkowa”. Nie wzbudziła we mnie wielkich emocji, szybszego bicia serca, czy zachwytów. Może gdybym bardziej lubiła opowiadania, to odebrałabym ją inaczej.

Reklamy
 

„Toulouse-Lautrec. Biografia” – Julia Frey Maj 24, 2009

toulouse-lautrec

Z wielkimi artystami bywa tak, że zazwyczaj znamy niektóre ich dzieła i może kilka faktów z życia prywatnego. Najczęściej jednak nie wiemy, jaki człowiek kryje się za danym obrazem lub książką. Podobnie było z moją wiedzą o Lautreku. Kojarzyłam kilka obrazów, kilka plakatów, kabaret Le Chat Noir i Bruyant’a. Wiedziałam, że Lautrec lubił pajacować. Nic więcej. Julia Frey wypełniła tę lukę. Biografia jest dość pokaźnym tomiszczem, ok. 600 stron, do tego w większym formacie, ale nie nuży ani przez moment.

Frey zręcznie prowadzi czytelnika przez wszystkie etapy życia Henry’ego. Dzieciństwo, pierwsze problemy ze zdrowiem, trudny kontakt z ojcem nieco oderwanym od rzeczywistości, niezdolnym do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, który wsiadając do pociągu zapomniał o swojej żonie i zostawił ją na peronie. Etap nauki w pracowni Bonnata, typowego akademickiego malarza, którego nie interesowały żadne innowacje artystyczne to jednocześnie czas, w którym Henry zaczął się odsuwać od swojej klasy (był w końcu hrabią de Toulouse) i poznawać uciechy życia artystycznej bohemy Montmartru. Przyjaciel Henry’ego, Salis, w pismie „Le Chat Noir”

„opublikował swój nekrolog, zawiadamiający, że popełnił samobójstwo. Jako powód podano przekonanie Salisa, że ostatnia […] powieść Zoli ‘Kuchenne schody’ jest plagiatem jego własnego, oczywiście niepublikowanego dzieła. Czytelników zaproszona na pogrzeb, a kondukt prowadził sam Salis, odziany w złoty strój.”*

Kolejne losy artysty – dalsze doskonalenie talentu, udział w wystawach, popularność zdobyta dzięki afiszom, a także coraz większe zatracanie się w alkoholu i pobyt w szpitalu psychiatrycznym – są nie mniej interesujące.

Frey stworzyła dzieło godne najwyższego uznania. Znalezione przez nią w Harry Ransom Humanities Research Center listy rodziny Toulouse-Lautreców pozwoliły autorce na dokładne wgłebienie się w życie Henry’ego. Również przygotowanie Frey do tematu robi wrażenie – bibliografia zajmuje ponad 10 stron, dodatkowo autorka kosultowała się z pediatrami, endokrynologami, psychiatrami i innymi lekarzami. Co najważeniejsze – stworzyła przy tym poruszające studium cierpiącego, wrażliwego człowieka, którego odwagę można podziwiać, którego konsekwencja i wytrwałość w dążeniu do celu budzi szacunek, a  ironiczne komentarze i błazenady – uśmiech na twarzy. I w końcu – los człowieka, nad którym można zapłakać. Poruszająca książka.

—–

* Julia Frey, „Toulouse-Lautrec. Biografia”, tłum. Joanna Andrzejewska, wyd. WAB 2004, s. 171.

 

„Dom Augusty” – Majgull Axelsson

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 00:26
Tags: , ,

dom augusty

„Dom Augusty” przeczytałam kilka tygodni temu, ale nie wiedziałam, jak o niej napisać. Przytłaczająca, surowa proza skandynawskiej pisarki tkwi w człowieku głęboko, nie dając o sobie zapomnieć, a jednocześnie czyniąc zadanie opisania wrażeń po lekturze niezwykle trudnym.

Powieść zaczyna się od tragedii. Ktoś umarł. Nie od razu wiemy kto, narracja jest fragmentaryczna, wiele w niej retrospekcji, wątków powiązanych z różnymi kobietami z rodziny Augusty. To, co początkowo wydaje się chaotyczne, z każdą kolejną przewracaną kartką układa się w niepokojącą całość.

Głównymi bohaterkami są Alicja i Andżelika – wnuczka i praprawnuczka Augusty, której historię również poznajemy na kartach powieści. Życie każdej z nich naznaczone jest cierpieniem, poczuciem izolacji, nieszczęściem, niemożnością komunikacji z drugim człowiekiem. Jedynie Augusta znalazła w sobie na tyle siły, aby nie rozjątrzać ran i niechętnie mówi o swojej przeszłości. Pomaga Alicji, która zachodząc w niechcianą ciążę, musi schronić się przed nieprzychylnymi oczami rodziców i reszty ich wyidealizowanego światka. Alicja z wielkim trudem przezwycięża własne problemy, ale jeszcze przez wiele lat nosi ich piętno.

Andżelika też znajdowała schronienie w domu swojej babki, Siri. Kiedy jej zabrakło, nie miała już na kogo liczyć. Wyobcowana, niechciana w domu, nieakceptowana przez rówieśników samotnie walczy z własnymi demonami.

Żadna z kobiet z rodu Auguty nie była szczęśliwa. Wszystkie powtarzały błędy swoich poprzedniczek. Między matkami a córkami na próżno szukać więzi, miłośći, zrozumienia. Mogłoby się wydawać, że już w którymś pokoleniu można odwrócić zły los i stworzyć coś pięknego, żyć pełnią życia. Axelsson pozbawia nas tego naiwnego przekonania. Surowa opowieść, pozbawiona zbędnych ozdobników osadzona w zimnym skandynawskim krajobrazie nie daje żadnej nadziei. Ale czego się spodziewać? Jak inaczej mogły się potoczyć kobiet w robotniczym miasteczku, w którym „umarły wszystkie baśnie” (s.127)? Spotkanie Augusty z krasnalem w noc przybycia do Herrang i jego słowa:

„Kiedy ludzie idą do fabryki, muszą zostawić u jej wejścia swoje marzenia. Zapominają wówczas o tych myślach, które utrzymują nas przy życiu. Dlatego dla nas nie ma już miejsca” (s.133) niejako przepowiadają tragiczny los rodu Augusty. W miejscu bez marzeń i bez baśni nic pięknego i trwałego nie może powstać.

„Dom Augusty” to powieść niezwykle pesymistyczna, może trochę zbyt pesymistyczna na listopadowy wieczór, ale prawdziwa i tkwiąca głęboko w czytelniku jeszcze długo po skończonej lekturze. Polecam, ale ostrzegam, że łatwo zapędzić się w bardzo przygnębiający nastrój.

 

„Kamienie przodków” – Aminatta Forna Maj 23, 2009

kamienie_przodkow

Aminatta Forna była dziennikarką dla telewizji BBC, jej artykuły pojawiały się też w The Economist, The Observer czy The Vanity Fair, Forna pomogła również zbudować szkołę w rodzinnej wiosce Rogbonko w Sierra Leone, a w 2002 roku nakręciła serię filmów dokumentalnych Africa Unmasked. Zainspirowana wydarzeniami przedstawionymi w filmie, uraczyła nas piękną powieścią Kamienie przodków.

Mieszkająca w Londynie Abie dostaje list „z kraju, który – jak się wydawało – zniknął z powierzchni ziemi, cofnął się do wcześniejszego okresu, kiedy na starych mapach zakreślano wielkie, niezapełnione przestrzenie, a kartografowie umieszczali tam ryciny mitycznych stworzeń i niezliczonych bogactw” * z krótką informacją, że plantacja kawy w Rofathane należy do niej. Abie wyjeżdża i spotyka na miejscu swoje cztery ciotki, córki czterech z jedenastu żon dziadka. Kobiety snują opowieści o swoim życiu i Abie poznaje część historii swojej rodziny i ojczystego kraju.

Forna stworzyła bardzo wiarydodne i charakterystyczne postacie. Asana, Mariama, Hawa i Serah opowiadają o rzeczach ważnych (takich jak między innymi: kwestia wierności swojej religii, odwaga przeprowadzenia wyborów, niemożność funkcjonowania w obcym kraju) poprzez pryzmat własnych, codziennych doświadczeń. Dzięki temu czytelnik czuje się niejako częścią rodziny Kholifa, smuci się, raduje i niejednokrotnie wzrusza wraz z głównymi bohaterkami. Nawet pozornie błahe wydarzenia są opowiedziane w tak piękny i sugestywny sposób, że niemal można poczuć palące słońce na skórze czy fakturę i kształt tytułowych kamieni.

„Kamienie przodków” to historia pełna bólu, zawiedzionych nadziei, ogarniętego chaosem kraju. Paradoksalnie jednak, płynie z niej spora dawka optymizmu – cztery ciotki Abie mimo wszystkich niepowodzeń, jakie je spotkały, przetrwały. I wciąż są pełne energii. Asana, Mariama, Hawa i Serah udowodniły, że wola przetrwania i chęć odmienienia własnego losu to najwiękksze siły pchające człowieka do przodu.

——

* Aminatta Forna, „Kamienie przodków”, tłum. Ewa Horodyska, wyd. WAB, 2008, s.13.

 

„Ja, Tituba, czarownica z Salem” – Maryse Conde

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 20:58
Tags: , ,

tituba

Czy można sobie wyobrazić świat, w którym grzechem jest oglądanie tańczącego mężczyzny, w którym wszelka fantazja jest tłumiona, a marzenia postrzegane są jako niepotrzebne twory ludzkiej imaginacji? Świat, w którym mała dziewczynka wyznaje z przestrachem swoje przewinienie: „Zdjęłam czepek i pozwoliłam, by słońce głaskało moje włosy,” [1] a mąż na pytanie żony o usytuowanie pokoi w nowym domu odpowiada, że jedynym dobrze usytuowanym pokojem jest trumna, „w której mroku kiedyś każdy z nas spocznie.” [2]

Do takiego właśnie świata trafia tytułowa bohaterka powieści Maryse Conde „Ja, Tituba, czarownica z Salem.” To miasteczko Salem w drugiej połowie XVII wieku, z czasów niesławnych procesów o czary, w trakcie których wszelka logika i racjonalny osąd na podstawie dowodów zanikł na rzecz fantastycznych zeznań kilku nastolatek, w efekcie czego 19 osób powieszono, a wiele innych osadzono w więzieniu. Autorka nie skupia się jednak na samych procesach, a na niepozornej historii niewolnicy z Barbadosu. Poznajemy jej życie przed przybyciem do Salem, a także dowiadujemy się, co stało się z nią po niesprawiedliwych oskarżeniach. Historia ta jest ze wszech miar tragiczna, wręcz okrutna, pełna uprzedzeń, nienawiści i nietolerancji.

Uderzająca jest wrodzona dobroć Tituby, jej naiwność i pragnienie miłości, którego nie są w stanie przesłonić nawet ostrzeżenia matki i nauczycielki Tituby, Man Yai, a które w końcu doprowadza ją do zimnej Ameryki przysparzając tylko więcej cierpienia. Tituba widząc jak smutne życie wiodą dwie dziewczynki, Betsey i Abigail, którym „nigdy nie śpiewano kołysanek, nie opowiadano bajek” i których wyobraźni „nie wypełniano magicznymi i dobroczynnymi przygodami,” [3] postanowiła urozmaicić ich dzieciństwo opowieściami z ojczystego Barbadosu. Naiwnie wierząc, że mała Betsey nie zdradzi nikomu, co razem robią, wciąż jej pomagała, nawet wtedy, kiedy już pojawiły się pierwsze niebezpieczne oskarżenia.

Conde porusza wiele tematów, nie tylko tych związanych z procesami o czary. Ukazuje również hipokryzję ludzi – dopóki Tituba pomagała swoimi zdolnościami wyleczyć żonę Parrisa, wszystko było w porządku, nikt nie miał jej czarów za złe, niektórzy nawet ją prosili o pomoc. Kiedy jednak nastał czas procesów, wszystko się zmieniło. Jesteśmy też świadkami prześladowań Żydów. To nie przypadek, że właściwie jedyna w pełni pozytywna biała postać to owdowiały Żyd z garbem i kulawą nogą. Jego zewnętrzna brzydotę rekompensuje szlachetność i miłość do rodziny i zmarłej żony, a jego bliskość z Tituba jest wręcz wzruszająca. Inną kwestią poruszaną przez autorkę jest podejście samych czarnych do niewolnictwa. Dumna i pewna siebie Tituba jest skontrastowana ze swoim wybrankiem, Johnem Indienem, którego mottem staje się stwierdzenie, że „dla niewolnika ważne jest tylko to, żeby przeżyć.” [4] Lecz czy możemy go potępiać? Zginąć w walce o swoje ideały i wierzenia czy żyć w kłamstwie? Z drugiej strony – co to za życie? Może gdyby było więcej odważnych i gotowych do walki ludzi powstanie na Barbadosie by się udało?

Powieść stawia jeszcze wiele pytań, na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Poprzez poruszaną tematykę nietolerancji i zestawione dwa podejścia do życia – konformistyczne i nonkonformistyczne – jest wciąż aktualna, mimo osadzenia akcji w XVII wieku na odległym Barbadosie i w Ameryce. Bo czy współczesne społeczeństwo wolne jest od prześladowań, uprzedzeń, rasizmu? Czy ludzie nie robią rzeczy wbrew sobie, aby przeżyć, lub bardziej prozaicznie, aby dostać awans lub polepszyć swoją sytuację życiową? Uproszczeniem byłoby stwierdzić, ze przez 400 lat nie zmieniło się zbyt wiele, ale chyba nie aż tyle, jakby się mogło pierwotnie wydawać. Warto przeczytać tę książkę choćby z tego powodu.

——–

[1] Maryse Conde, „Ja, Tituba, czarownica z Salem”, tłum.Krystyna Arustowicz, wyd. W.A.B, 2007, s. 69.

[2] Tamże, s. 94.

[3] Tamże, s. 67.

[4] Tamże, s. 45.