Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

Afganistan x 3 Luty 6, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 22:22
Tags: , , ,

Afganistan ma w sobie jakąś magię, która mnie przyciąga. Książki o tym kraju zawsze mnie interesują, jestem ciekawa czegoś więcej niż strzępów informacji z polskich gazet o stacjonujących tam wojskach. Indyjska prasa pisze o Afganistanie częściej i również w innych kontekstach, np. w dzienniku „The Hindu” jakiś czas temu pojawiła się informacja o koncercie Farhada Darya, który miał miejsce w sekretnym miejscu ze względu na możliwe ataki talibów (którzy za swoich rządów zakazali muzyki) i na którym kobiety nie ośmieliły się tańczyć, bo to wciąż jeszcze tabu. To drugie, bardziej ludzkie, zwykłe oblicze Afganistanu mnie interesuje. Ostatnio przeczytałam 3 książki o Afganistanie, którym ukazanie ludzkiego oblicza tego kraju udało się z różnym skutkiem.

„Modlitwa o deszcz” Wojciecha Jagielskiego przemierzyła ze mną wiele kilometrów, rogi książki się pozaginały, okładka się rozdwoiła, a mimo to wiem, że ten niewielki tom z pewnością jeszcze przejedzie 6 tysięcy km z powrotem do Polski. Mój stosunek do książek w Indiach nieco się zmienił – już nie jest tak szaleńczo zaborczy, nie mam problemów z rozstaniem się z przeciętną powieścią, ale „Modlitwa…” to jedna z tych książek, które chce się mieć na półkach.

Wojciech Jagielski odwiedził Afganistan 11 razy w latach 1992-2001. Jego relacje pokazują walkę Afgańczyków z Rosjanami, dokumentują dojście do władzy talibów, opisują walki między różnymi frakcjami i wojny domowe. „Modlitwa…” to kawałek historii Afganistanu, ale nie obrazy wojny i zniszczonych miast stanowią o jej wartości. Jagielskiemu bowiem udało się przeniknąć do afgańskiej duszy i oddać atmosferę życia surowych mieszkańców tego kraju, dla których wolność jest największą wartością. Afgańczycy nie dali się podbić żadnemu narodowi, a wręcz przyczynili się do upadku Związku Radzieckiego. „Zapłacili jednak cenę ta wysoką i tak straszliwą, że nie tylko podważyło to wartość samej wolności, ale sens walki o nią. Ich kraj został doszczętnie zniszczony i splądrowany. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Afgańczycy zostali zdziesiątkowani, a co czwarty ocalały z tej hekatomby ratował życie ucieczką z kraju.”* Jagielskiemu udaje się dotrzeć do dumnych afgańskich wojowników, którzy nie znają innego sposobu na życie niż walka, którym nie pozostało już nic innego.

„Modlitwa…” to pełna przemocy, ale przede wszystkim piękna książka, która przede wszystkim pozwala lepiej zrozumieć jeden z chyba najbardziej niezrozumiałych narodów na świecie. Jagielski otwiera oczy czytelnika i pozwala mu dostrzec ludzkie rysy w wojennych komendantach, których również ogarnia zwątpienie i rezygnacja – uczucia znane chyba każdemu człowiekowi.

Po świetnym Jagielskim przyszła chwila na bardzo poczytnego autora – Khaleda Hosseiniego. Sukces debiutanckiej powieści pt. „Chłopiec z latawcem” zdziwił samego pisarza, który w jednym z wywiadów przyznał się, że nie spodziewał się, ze historia Amira i Hassana zostanie w ogóle opublikowana. Ja sama nie do końca rozumiem fenomen tej powieści. Owszem, czyta się błyskawicznie i trudno się oderwać od losów przyjaźni między bogatym chłopcem a jego służącym i już nie tyle raził mnie prosty język, co skróty i uproszczenia fabularne. Hosseini bierze na warsztat uniwersalne i wielkie tematy – przyjaźń, poświęcenie, wybaczenie, odkupienie, konflikt ojciec-syn – i eksploatuje je do granic możliwości ocierając się dość mocno o banał. Nagła decyzja głównego bohatera o wyjeździe do Afganistanu wydaje mi się mało prawdopodobna z psychologicznego punktu widzenia, niespodziewana pomoc przyjaciela rodziny magicznie rozwiązuje pewien poważny problem (nie mogę powiedzieć więcej nie chcąc zdradzać wydarzeń). Moim zdaniem takie nagłe, magiczne rozwiązania i odmiany to pójście na łatwiznę ze strony autora. Symetryczna powtarzalność pewnych motywów u przedstawicieli dwóch pokoleń tej samej rodziny pewnie miała na celu nadanie powieści dodatkowej głębi i bliżej niejasnego symbolizmu, ale do mnie niestety to nie przemówiło. Niestety, znowu wydawało się zbyt nieprawdopodobne i dość naiwne. W pewnym momencie już byłam w stanie przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń, odrzuciłam go jednak uważając za zbyt ckliwy i szablonowy. Wciąż miałam nadzieję, że Hosseini czymś mnie zaskoczy. Na próżno.

Na szczęście druga powieść Hosseiniego, „Tysiąc wspaniałych słońc”, była lepsza. Również tutaj autor skupił się na 2 bohaterach, tym razem kobietach, ale nadał im głębi psychologicznej i realistycznie przedstawił tło, z którego wywodziły się obie postaci. Problemy nie rozwiązywały się same w magiczny sposób, to Mariam i Lajla musiały wziąć los w swoje ręce i walczyć o przetrwanie. Hosseini płynnie pokazał przejście z postępowego Afganistanu pod rządem komunistów do kompletnej degradacji roli kobiet po przyjściu talibów. „Tysiąc wspaniałych słońc” to też niejako pomnik Kabulu i jego mieszkańców, którym nie udało się uciec z doszczętnie zniszczonego miasta, a których codzienne życie wiązało się z heroiczną walką o przetrwanie. Dzięki wcześniejszej lekturze Jagielskiego miałam nazwiska afgańskich wodzów nie były mi całkiem obce i mogłam umiejscowić powieść w szerszym kontekście.

„Modlitwa o deszcz” to lektura obowiązkowa dla każdego zainteresowanego Afganistanem. „Tysiąc wspaniałych słońc” zainteresuje szersze grono odbiorców – historia jest tu ważnym, ale wciąż tylko tłem, język prostszy oraz mniej faktów, zdrad i zmian frakcji czyni powieść przystępną. „Chłopca z latawcem” można sobie darować.

Tutaj można posłuchać piosenki „Kabul jan”, którą śpiewa Farhad Darya. Utwór ten był pierwszym puszczonym na antenie afgańskiego radia po wypędzeniu talibów.

A ja powoli planuję lekturę „Dear Zari”, o afgańskich kobieta. Świetna recenzja w najnowszym „Archipelagu”.

Polecam artykuł o afgańskich dzieciach, którym udało się dostać do Europy. Zastanawiam się też nad powieścią o tej tematyce, „Hinterland”, ale obawiam się trochę zbyt ckliwej lektury.

*Wojciech Jagielski, Modlitwa o deszcz. Wyd. WAB. Warszawa: 2010, s. 113.



 

„Rzeźnia numer pięć” – Kurt Vonnegut Maj 24, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:18
Tags: , , ,

rzeznia

Do książek zwanych kultowymi lub postrzeganych jako najważniejsze dokonania literatury podchodzę z pewnym lękiem. A co, jeśli mi się nie spodoba? Co, jeśli po przeczytaniu pomyślę: „No dobra, ale o co tyle hałasu?” Czy będzie to oznaczać, że nie zrozumiałam wyjątkowości książki, która na zawsze wpisała się do annałów literatury? A może po tak wysoko postawionej poprzeczce zawód będzie tym większy? Powoli jednak się uczę, aby nie zadawać sobie jakichś głupawych pytań, tylko po prostu czytać, a zastanawiać się potem.

„Rzeźnia numer pięć” to książka, w której aż skrzy się od zabawnych momentów, a mimo to jakoś człowiekowi nie za bardzo do śmiechu. Vonnegut opowiada o wojnie posługując się groteskowymi przerysowaniami, ironią czy elementami science-fiction, mieszając fikcję z autentycznymi wydarzeniami. Wojna to nie czas wielkich przygód, przykładów męstwa, odwagi i brawury. Główny bohater, Billy Pilgrim, w żaden sposób nie przypomina stereotypowego żołnierza. Jest słaby, pasywny, pozbawiony woli walki czy woli przetrwania. Wojną rządzi chaos, angielscy oficerowie więzieni przez Niemców, przez pomyłkę dostają 500 zamiast 50 paczek żywnościowych miesięcznie, a w wolnych chwilach wystawiają „Kopciuszka”.

Centralnym wydarzeniem powieści jest bombardowanie Drezna, które Vonnegut przeżył jako jeniec wojenny. Sam autor pojawia się w pierwszym rozdziale opowiadając o tym, jak postanowił napisać tę antywojenna książkę, mimo, że wojny są jak lodowce – będą zawsze i nie sposób ich powstrzymać. Vonnegut jednak nie czyni siebie głównym bohaterem, oglądamy świat oczyma Billy’ego, którego podróże w czasie i przeświadczenie, że wszystko już się zdarzyło i że czas zatacza koła powodując, że wszystkie wydarzenia wciąż i wciąż się powtarzają, pozbawiają książkę chronologii. Billy krąży w czasie i przestrzeni, nigdy nie wie, w którym momencie swojego życia się znajdzie. Akapity są krótkie, zdawkowe, miejscami chaotyczne. Z jednej strony tak niekonwencjonalna struktura pokazuje, jak trudno opisać wojnę i że nie ma jakiegoś jednego, odpowiedniego sposobu na przedstawienie ogromu cierpienia i bezsensu wojny. Z drugiej – to także zabawa z czytelnikiem, udowadniająca, że tradycyjna forma powieści jest reliktem przeszłości. Absurdalna fabuła pozbawiona chronologii oraz fragmentaryczny i miejscami potoczny język są w stanie przekazać pewne prawdy i zmusić czytelnika do rozmyślań nie mniej (a może nawet bardziej) niż tradycyjne formy powieściowe.

„Rzeźnię numer pięć” czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać, a przy tym porusza ważne kwestie w niekonwencjonalny sposób. Czy można chcieć czegoś więcej? Jeśli jeszcze dodam, że po przeczytaniu Vonneguta moje obawy przed kanonem literackim XX wieku wyraźnie zmalały, to chyba dostałam więcej, niż mogłam się spodziewać.

 

„Złodziejka książek” – Markus Zusak Maj 23, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:01
Tags: ,

zlodziejka ksiazek

Zusaka do napisania „Złodziejki książek” zainspirowały historie z dzieciństwa opowiedziane przez jego matkę – o bombardowaniu Monachium i niemieckim chłopcu, który dał Żydowi idącemu do obozu koncentracyjnego kawałek chleba. Z tych dwóch wspomnień powstała piękna, choć czasami okrutna opowieść o miłości, poświęceniu, przyjaźni i ukrytym człowieczeństwie.

Narratorem jest Śmierć. Ale nie taka złośliwa, o ohydnym oddechu, z kosą, czyhająca tylko, kogo by tu zabrać z tego padołu łez. Śmierć w „Złodziejce książek” bywa zmęczona, ciekawa świata, wrażliwa, pełna melancholii. Zaskakująco ludzka. Opowiada nam o Liesel Meminger, dziewczynce wychowywanej przez rodzinę zastępczą w hitlerowskim Mochling. Jej nowa matka to szorstka kobieta o ogromnym sercu, ojciec – cierpliwy i wyrozumiały, jest przy niej każdej nocy, kiedy ta ma koszmary i uczy ją czytać, mimo, że sam nie jest w tym mistrzem.

„Złodziejka książek” jest raczej adresowana do młodzieży i moim zdaniem idealnie nadawałaby się na szkolna lekturę do gimnazjum. Książka jednocześnie nosi w sobie wielkie pokłady emocji i z pewnością wzruszy niejednego dorosłego. Ciekawym elementem są rysunki i opowiadanie Maksa – proste, a jednocześnie przejmujące, jedno z najpiękniejszych, jakie miałam okazję przeczytać. Co jakiś czas narracja jest przerywana krótkimi uwagami, definicjami, pytaniami. Muszę przyznać, że na początku mnie to irytowało, ale po kilkunastu stronach się przyzwyczaiłam i doceniłam ich trafność dochodząc do ostatecznego stwierdzenia, że idealnie się komponują z opowiadaną historią. Poza tym – to dość nowatorski pomysł.

Zusak, 34-letni Australijczyk, opowiada o Holocauście w lekki, czasem ironiczny, czasem chwytający za serce sposób. Pokazuje, jak wojna wtargnęła w życie zwykłych ludzi i łamie stereotyp złego Niemca antysemity, tak powszechnego w naszym kraju. Zdecydowanie polecam, aby choć na chwilę odciąć się od typowo polskiego spojrzenia na drugą wojnę światową.

 

„Paragraf 22” – Joseph Heller

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 18:40
Tags: , , ,

„[…] to może być rozwiązanie: chwalić się głośno czymś, czego powinniśmy się wstydzić. To jest sposób, który nigdy nie zawodzi.” *

Do takiego wniosku dochodzi pułkownik Korn, awansując Yossariana na stopień kapitana za to, że dwukrotnie nalatywał na most nad Ferrarą zabijając przy tym swojego kolegę z innego samolotu i jego załogę. Przecież taka sprawa nie wygląda zbyt dobrze w raporcie, więc lepiej odznaczyć feralnego żołnierza medalem, niż się tłumaczyć wyższym stopniem…

Podobnych absurdów w „Paragrafie 22” jest wiele. Po przeczytaniu tej powieści mogę zadać sobie tylko jedno pytanie – dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej. Książka zwana kultową, uwielbiana przez całe rzesze czytelników, znajdująca się w kanonie literatury amerykańskiej trafiła w moje ręce dopiero w ramach przygotowań do egzaminu. Lepiej późno niż wcale.

Jest druga wojna światowa. Bombardier wojsk amerykańskich, Yossarian, próbuje zrobić wszystko, aby odesłano go do domu i nie musiał odbywać przepisowej liczby lotów bojowych, która to zmienia się za każdym razem, kiedy żołnierze zbliżają się do wymaganej uprzednio ilości akcji.

Gdyby była to zwykła książka, dokładnie opisująca okrucieństwo wojny i cierpienie ludzi w walce za ojczyznę, pewnie przeszłaby bez echa. A już na pewno mnie by nie porwała. Heller jednak stworzył opowieść nietuzinkową, wciągającą od pierwszych stron korzystając z absurdalnych pomysłów i przerysowań. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się zaśmiać w głos podczas lektury, ale też gorzko się uśmiechnąć pod nosem. Lub zrobić i jedno, i drugie w tym samym czasie. Jak zareagować na fakt, że Major Major przyjmuje ludzi na spotkanie tylko wtedy, kiedy nie ma go w biurze lub na następujące słowa lekarza:

„Nie wiem, co należy do moich obowiązków. Nauczono mnie tylko, że mam przestrzegać etyki zawodowej i nigdy nie zeznawać przeciwko innemu lekarzowi.” **

„Paragraf 22” wymyka się wszelkim schematom. Absurd goni absurd i czasami ma się wrażenie jakby książka była koszmarem o wojnie śnionym przez wariata. W świecie ukazanym przez Hellera nikt tak naprawdę nie walczy o dobro swojego kraju, każdy ma jakiś własny ukryty interes. Pułkownik Cathcart wciąż zwiększa liczbę obowiązkowych lotów, aby zostać generałem, a Milo, żądny finansowych korzyści atakuje własną jednostkę. Podobnych przykładów w książce nie brakuje.

Heller, ze swoim satyrycznym podejściem do wojska i rządu przepełnionych absurdalną biurokracją, stworzył dzieło nietuzinkowe, które po prostu trzeba znać. Trzeba!

* Joseph Heller, „Paragraf 22”, tłum. Lech Jęczmyk, wyd. Świat Książki 1994, s. 146.

** Tamże, s. 182.