Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Brak wiadomości od Gurba” – Eduardo Mendoza 18 października, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 18:04
Tags: ,

Na czym polega prawdziwa przyjaźń? Między innymi na tym, że kiedy nadchodzi taka sytuacja, jedna strona nie zawaha się powiedzieć dosadnie tej drugiej, jeśli coś jej się nie spodoba i nikt się nie obrazi, przyjaźń przetrwa i nadejdą jeszcze dni, w których dwóch przyjaciół będzie się wspólnie zaśmiewać do łez.

Mam nadzieję, że z książkami Mendozy łączy mnie właśnie taka przyjaźń. Przeczytałam „Brak wiadomości od Gurba” i bardzo chciałabym napisać, że świetna, że boska, że lepsza niż wszystko inne albo, że chociaż utrzymuje poziom o detektywie lumpie. Mendozę uwielbiam niemal bałwochwalczo, ale tym razem było tylko poprawnie. Owszem, przeczytałam zmagania kosmity na hiszpańskiej ziemi błyskawicznie. Ale czytałam szybko, bo i forma specyficzna (dziennik pokładowy), i książka krótka. Owszem, zaśmiałam się kilka razy.  Ale śmiech był wymuszony raczej i taki jakby z dowcipów opowiadanych przez nielubianego wujka na urodzinach babci. Owszem, całkiem mi się podobało. Ale całkiem w wypadku Mendozy to za mało. Oczekiwania mam zdecydowanie większe i poprzeczka stoi wysoko. Tymczasem „Brak wiadomości od Gurba” to najsłabsza książka Mendozy, jaką czytałam.

Nie mam jednak za złe Mendozie tej książki. Prawdziwa przyjaźń nie zerwie się pod jednym li rozczarowaniem i będę czekać na kolejne pozycje autora.

 

„Oliwkowy labirynt” – Eduardo Mendoza 26 czerwca, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 13:11
Tags: , ,

Co czytać, kiedy za oknem 30 stopni, asfalt na ulicach topi się od gorąca, a słońce praży niemiłosiernie? Opisy mroźnych krain skutych lodem? Instrukcję obsługi maszynki do robienia lodu? Czy w ogóle czytać, czy może wejść do lodówki?

Wcale bym się nie zdziwiła, gdybym w owej lodówce spotkała głównego bohatera „Oliwkowego labiryntu”, ekscentrycznego detektywa, stałego bywalca zakładu dla psychicznie chorych, eufemistycznie określanego w książce jako sanatorium. Pomysł ze schowaniem się w lodówce jest na tyle absurdalny, że pewnie wpadłby do głowy tej postaci. W „Oliwkowym labiryncie” lodówki jednak nie ma. Jest za to tajemnicza walizka, którą to niewydarzony detektyw musi dostarczyć w pewne miejsce. Sytuacja jednak gmatwa się niesamowicie i komplikuje, aby już po chwili nie było wiadomo kto, co, z kim i dlaczego. Wyjście z owego labiryntu grozi nagłymi wybuchami śmiechu w najmniej oczekiwanych momentach.

I za to właśnie kocham Mendozę. Humor w jego powieściach odpowiada mi absolutnie, całkowicie i w stu procentach.

„- Nie muszę ci chyba mówić, że jesteś aresztowany jak dwa dodać dwa równa się cztery. Zgodnie z obowiązującymi przepisami powinienem przeczytać ci jakieś tam prawa, ale ponieważ zostawiłem w domu kodeks i notatki, będziesz musiał zadowolić się moją dobrą wolą i garścią pereł ze skarbnicy wiedzy ludowej.

Co rzekłszy, zaczął recytować, że jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, że komu Pan Bóg daje, temu święty Piotr błogosławi i tak dalej […]” *

Mendoza zawsze już będzie kojarzył mi się z latem jako idealny autor na leniwe wakacyjne godziny. Charakterystyczny, kwiecisty i zdecydowanie rubaszny styl pisarza dodaje smaczku całej lekturze czyniąc ją niesamowitą ucztą, w czym ogromna zasługa świetnego tłumaczenia Marzeny Chrobak. Może humor Mendozy jest nie dla każdego i co delikatniejszy czytelnik może poczuć się zniesmaczony niektórymi żartami, ale jak tu się nie śmiać czytając takiego oto kwiatka:

„-Kim pan jest? […] I czego pan chce?

-To, czego chcę – odrzekł głos – ma pan między nogami. Mógłbym powiedzieć po prostu ‚walizki,’ lecz z pełną świadomością użyłem tego dwuznacznego określenia, by wtrącić nutkę swobody do naszej rozmowy”. **

Polecam, polecam po stokroć i po tysiąckroć.


Jeszcze dwa cytaty, arbitralnie wybrane jako jedne z najzabawniejszych:

„Wytrwałość, z jaką w czasach, gdy cieszyłem się wolnością, zaglądałem na Ramble oraz sąsiednie arterie, pozwoliła mi zrozumieć, że intruzi mówią po angielsku, wobec czego spróbowałem przypomnieć sobie pośpiesznie to, co z owego języka, zawsze dążąc do poszerzenia mych horyzontów, zdołałem się nauczyć całe lata temu, i na myśl przyszło mi kilka słów, których znaczenia, nawet jeśli kiedykolwiek je znałem, nie pamiętałem od dawna i których sekwencji syntaktycznej, na domiar złego, nie byłem zbyt pewny, lecz które wymówiłem, próbując nadać memu głosowi jak najserdeczniejsze brzmienie:

-Fuck, shit, ass, snot, and milk twice.” ***

Najchętniej przytoczyłabym cały rozdział opisujący spotkanie z ministrem w hotelowym pokoju, ale ograniczę się tylko do fragmentu.

„Pan minister podwinął rękawy koszuli i zobaczyłem, że na przedramieniu ma wytatuowane serce przebite strzałą i okolone lapidarnym napisem: WSZYSTKIE KURWY […]

-Jeszcze widzę w oddali światełko nadziei. – [Minister] Sięgnął za pazuchę i wydobył flanelowy szkaplerz, który ucałował z przykładnym namaszczeniem. – Ona nas nie opuści w potrzebie. Co panowie na to, byśmy zrobili przerwę na kielicha? […] Nie mam pojęcia, gdzie są kieliszki. Ale wszystkiemu da się zaradzić przy dobrej woli i krzcie pomysłowości. Przyniosę z łazienki szklankę, którą panowie będą mogli się podzielić, a sam będę pił z butelki.

[…] komisarz Flores zaczął odkręcać drucik. Po krótkiej chwili korek wystrzelił i uderzył w sufit, a z butelki wydostała się żółtawa piana, która spłynęła na dywan.

-W jaaaaajo! – wykrzyknął rozradowany pan minister, […] który złożył usta w dzióbek, przystawił je do szyjki, wchłonął pół litra, mlasnął i ryknął:

-O kurde, jak w woju! Super, nie? Brakuje nam tylko trzech pieprznych dziewuszek.” ****

—–

* Eduardo Mendoza, „Oliwkowy labirynt”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 219.

** Tamże, s. 160.

*** Tamże, s. 208.

**** Tamże, s. 15-16.

https://czytatnik.files.wordpress.com/2010/06/oliwkowy_labirynt_swiat_3329841.jpgCo czytać, kiedy za oknem 30 stopni, asfalt na ulicach topi się od gorąca, a słońce praży niemiłosiernie? Opisy mroźnych krain skutych lodem? Instrukcję obsługi maszynki do robienia lodu? Czy w ogóle czytać, czy może wejść do lodówki?

Wcale bym się nie zdziwiła, gdybym w owej lodówce spotkała głównego bohatera „Oliwkowego labiryntu”, ekscentrycznego detektywa, stałego bywalca zakładu dla psychicznie chorych, eufemistycznie określanego w książce jako sanatorium. Pomysł ze schowaniem się w lodówce jest na tyle absurdalny, że pewnie wpadłby do głowy tej postaci. W „Oliwkowym labiryncie” lodówki jednak nie ma. Jest za to tajemnicza walizka, którą to niewydarzony detektyw musi dostarczyć w pewne miejsce. Sytuacja jednak gmatwa się niesamowicie i komplikuje, aby już po chwili nie było wiadomo kto, co, z kim i dlaczego. Wyjście z owego labiryntu grozi nagłymi wybuchami śmiechu w najmniej oczekiwanych momentach.

I za to właśnie kocham Mendozę. Humor w jego powieściach odpowiada mi absolutnie, całkowicie i w stu procentach.

„- Nie muszę ci chyba mówić, że jesteś aresztowany jak dwa dodać dwa równa się cztery. Zgodnie z obowiązującymi przepisami powinienem przeczytać ci jakieś tam prawa, ale ponieważ zostawiłem w domu kodeks i notatki, będziesz musiał zadowolić się moją dobrą wolą i garścią pereł ze skarbnicy wiedzy ludowej.

Co rzekłszy, zaczął recytować, że jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, że komu Pan Bóg daje, temu święty Piotr błogosławi i tak dalej […]” *

Mendoza zawsze już będzie kojarzył mi się z latem jako idealny autor na leniwe wakacyjne godziny. Charakterystyczny, kwiecisty i zdecydowanie rubaszny styl pisarza dodaje smaczku całej lekturze czyniąc ją niesamowitą ucztą, w czym ogromna zasługa świetnego tłumaczenia Marzeny Chrobak. Może humor Mendozy jest nie dla każdego i co delikatniejszy czytelnik może poczuć się zniesmaczony niektórymi żartami, ale jak tu się nie śmiać czytając takiego oto kwiatka:

„-Kim pan jest? […] I czego pan chce?

-To, czego chcę – odrzekł głos – ma pan między nogami. Mógłbym powiedzieć po prostu ‚walizki,’ lecz z pełną świadomością użyłem tego dwuznacznego określenia, by wtrącić nutkę swobody do naszej rozmowy”. **

Polecam, polecam po stokroć i po tysiąckroć.

https://czytatnik.files.wordpress.com/2010/06/zawijas1.gifJeszcze dwa cytaty, arbitralnie wybrane jako jedne z najzabawniejszych:

„Wytrwałość, z jaką w czasach, gdy cieszyłem się wolnością, zaglądałem na Ramble oraz sąsiednie arterie, pozwoliła mi zrozumieć, że intruzi mówią po angielsku, wobec czego spróbowałem przypomnieć sobie pośpiesznie to, co z owego języka, zawsze dążąc do poszerzenia mych horyzontów, zdołałem się nauczyć całe lata temu, i na myśl przyszło mi kilka słów, których znaczenia, nawet jeśli kiedykolwiek je znałem, nie pamiętałem od dawna i których sekwencji syntaktycznej, na domiar złego, nie byłem zbyt pewny, lecz które wymówiłem, próbując nadać memu głosowi jak najserdeczniejsze brzmienie:

-Fuck, shit, ass, snot, and milk twice.” ***

Najchętniej przytoczyłabym cały rozdział opisujący spotkanie z ministrem w hotelowym pokoju, ale ograniczę się tylko do fragmentu.

„Pan minister podwinął rękawy koszuli i zobaczyłem, że na przedramieniu ma wytatuowane serce przebite strzałą i okolone lapidarnym napisem: WSZYSTKIE KURWY […]

-Jeszcze widzę w oddali światełko nadziei. – [Minister] Sięgnął za pazuchę i wydobył flanelowy szkaplerz, który ucałował z przykładnym namaszczeniem. – Ona nas nie opuści w potrzebie. Co panowie na to, byśmy zrobili przerwę na kielicha? […] Nie mam pojęcia, gdzie są kieliszki. Ale wszystkiemu da się zaradzić przy dobrej woli i krzcie pomysłowości. Przyniosę z łazienki szklankę, którą panowie będą mogli się podzielić, a sam będę pił z butelki.

[…] komisarz Flores zaczął odkręcać drucik. Po krótkiej chwili korek wystrzelił i uderzył w sufit, a z butelki wydostała się żółtawa piana, która spłynęła na dywan.

-W jaaaaajo! – wykrzyknął rozradowany pan minister, […] który złożył usta w dzióbek, przystawił je do szyjki, wchłonął pół litra, mlasnął i ryknął:

-O kurde, jak w woju! Super, nie? Brakuje nam tylko trzech pieprznych dziewuszek.” ****

—–

* Eduardo Mendoza, „Oliwkowy labirynt”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 219.

** Tamże, s. 160.

*** Tamże, s. 208.

**** Tamże, s. 15-16.

 

„Mercedes-Benz” – Paweł Huelle 15 lutego, 2010

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 14:39
Tags: ,

Jakoś tak się zawsze składa, że prawie w ogóle nie czytam książek polskich pisarzy. Zdecydowana większość moich lektur to dzieła autorów z krajów anglojęzycznych. Dlatego też pomyślałam, że losowanie u Buksy będzie idealną okazją do sięgnięcia po zaniedbywanych polskich pisarzy. Jak się wkrótce okazało, było to spotkanie bardzo przyjemne.

Narrator „Mercedesa-Benza” to niewydarzony literat, który uczy się jeździć autem pod czujnym okiem atrakcyjnej instruktorki, panny Ciwle. Wspólne godziny spędzone w samochodzie stają się idealnym pretekstem do snucia opowieści o wszelkiego rodzaju automobilach obecnych w życiu rodziny narratora. Historie te niejako przy okazji pokazują historię Polski dwudziestego wieku wraz z jej wszelkimi przemianami. Choć wszystko jest podane w lekkiej formie pełnej anegdot i dygresji, niektóre elementy są zaskakująco realne i przyprawić raczej o niestrawność, jak np. żyjący z łapówek demoniczny doktor Elefant czy internetowy biznes polegający na pisaniu kazań dla księży pozbawionych boskiej inspiracji.

Sama książka to jeden wielki list-gawęda skierowany/-a do Bohumila Hrabala. Huelle pisze z wielką swadą i urokiem. Dowcipne uwagi, przekomiczne sytuacje przeplatają się z mało optymistycznym wizerunkiem Polski po przemianie. Pisarz wspomina czasy Solidarności:

„[…] tamte piękne chwile, tamte nasze wielkie wakacje, tamten festiwal wolności, tamte nasze szlachetne zachłyśnięcie się wiatrem od morza, po którym przyszło, nie tak znów prędko, nieuniknione bagno polityki, udręka pospolitych rzeczy, poezja afer, epika kłamstw, festiwal nikczemności, słowem normalne życie z kredytem i debetem […]” *

Huelle rozciąga język jak gumę i kiedy już się wydaje, że zaraz, za moment, ta guma nie wytrzyma napięcia i zdanie rozsypie się na milion kawałków pozbawionych sensu i polotu, pisarz dokonuje takiego manewru, że czytelnik kręci z niedowierzaniem głową i zastanawia się, jak to możliwe, rozciągnąć jedno zdanie na kilka stron zachowując przy tym logikę, ciąg przyczynowo-skutkowy i nie wprowadzić się w ślepy zaułek bez wyjścia? Ja właśnie tak kręcę głową i jeśli sami chcecie się przekonać o wyjątkowej plastyczności języka i lekkim piórze gdańskiego prozaika, gorąco polecam.

—–

* Huelle, Paweł: Mercedes-Benz. Kraków: Znak, 2001, s. 123.

 

„Brzemię” – Jeanette Winterson 25 września, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:44
Tags: ,

brzemie

Są pewne książki, po przeczytaniu których mogę jedynie wzruszyć ramionami i powiedzieć: „Acha, no dobra. Przeczytałam, ale co z tego. Nie było źle, nie było zachwycająco. Ot, taka książka. Może powstała jakaś refleksja, ale płytka, krótkotrwała i właściwie bez żadnego znaczenia”.

Niestety, tak jest w przypadku opowieści zatytułowanej „Brzemię” Jeanette Winterson. Winterson wzięła udział w międzynarodowym projekcie MITY i podjęła się reinterpretacji historii Atlasa i Heraklesa. Niestety, coś nie mam szczęścia do tej serii i tym razem też nie czuję, jakby była to książka, którą długo będę pamiętać lub taka, którą mogłabym ze spokojnym sumieniem komuś polecić.

Wątek autobiograficzny wpleciony między zmagania dwóch herosów został chyba umieszczony nieco pochopnie. Nie jestem wielką purystką językową, wulgaryzmy raczej mnie nie zrażają, ale nagromadzenie „kutasów” w tak krótkim tekście (zaledwie 110 stron) uważam za całkowicie niepotrzebne.

Nie przekreślam Winterson jako pisarki i nie zarzekam się, że nie przeczytam żadnej innej książki jej autorstwa. „Brzmię” to jednak jakiś niewypał, pretendujący do miana literatury z nieco wyższej półki, ale tak naprawdę jest to czytadło do przeczytania w autobusie.

 

„Przygoda fryzjera damskiego” – Eduardo Mendoza 3 sierpnia, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:40
Tags: , ,

przygoda_fryzjera_damskiego300

„- I co słychać?

– Nic dobrego – odparłem. – W nocy aresztowali mnie i prawie nie zmrużyłem oka, a poprzedniej nocy też nie spałem.

– Cóż – powiedział czuły i stanowczy głos. – Mam to gdzieś. Jestem prezydentem Barcelony i prowadzę kampanię wyborczą. Wie pan: trzeba śmiać się jak kretyn z przekupkami, inaugurować rozbiórkę i udawać, że się je jakąś ohydną paellę. Dzisiaj mam w planie tę gównianą dzielnicę. Czy jesteśmy na wizji? Tak? Trzeba było mnie uprzedzić.” *

Cóż, prezydent u Mendozy jest przynajmniej szczery. Bumelant i niezbyt bystry kombinator, ale nie udaje, że zależy mu na poprawieniu stopy życiowej mieszkańców Barcelony. Podobnie jest z tytułowym fryzjerem damskim, który nieoczekiwanie staje się detektywem – sam przyznaje, że zawsze był cherlakiem, a śledztwa podejmuje się bynajmniej nie z powinności moralnej.

„Przygoda fryzjera damskiego” to z jednej strony świat mafijnych machlojek i powiązań z polityką przedstawiony w krzywym zwierciadle, z innej – groteskowy kryminał z przezabawnie przerysowanymi elementami gatunku (finałowa scena, w której wszyscy podejrzani znajdują się w jednym pomieszczeniu i następuje rozwikłanie zagadki to istny majsterszczyk), ale przede wszystkim – świetna zabawa.

Muszę przyznać, że pisarstwo Mendozy rozbraja mnie na łopatki. Podśmiechiwałam się co kilka zdań (jak tu się nie śmiać np. na widok nazwy firmy Hiszpański Szachraj?) i nie mogłam się nadziwić niesamowitemu poczuciu humoru autora. Do łez bawią absurdalne dialogi, szalone zwroty akcji i przebieranki głównego bohatera, podczas których padają takie słowa:

„Wybaczcie nieuczonej wiejskiej babie. Ja nie z kimś, ino do kogoś. Bidnemu pomieszało się w głowie, ale co ma wiedzieć, to wie. Pozwólcie zaglądnąć do niego. Niesę mu w galotach Kinderniespodziankę, ale coś mi się widzi, że się rozmygliła w ten gorąc.” **

Trzeba też zwrócić uwagę na doskonałe tłumaczenie Marzeny Chrobak (która to też tłumaczyła Fforde’a), bo gdyby nie ono, książka straciłaby wiele ze swego polotu. Kiedyś usłyszałam, że dobry przekład to taki, o którym się nie myśli, że czytając go, człowiek nie ma najmniejszego poczucia, że książka została napisana w obcym języku. Wprawdzie podczas lektury „Przygody fryzjera damskiego” myślałam o tłumaczeniu, ale tylko o tym, jak Marzenie Chrobak udało się je zrobić w tak doskonały sposób. Może nie powinnam tak wychwalać bez znajomości oryginału, ale jestem zachwycona i nic na to nie poradzę.

Na pewno nie było to moje ostatnie spotkanie z Mendozą. Jego humor doskonale mi odpowiada. Powiem nawet więcej, podczas lektury wręcz polubiłam autora i gdyby w jakimś blogowym łańcuszku pojawiło się pytanie: Z jakim pisarzem chciałabyś się napić wódki? (choć przypuszczam, że takie pytanie nigdy nie padnie), to wybór padłby właśnie na niego. Jeśli rozmyglona Kinderniespodzianka w galotach Was nie zniesmacza, to gorąco polecam.

——–

* Eduardo Mendoza, „Przygoda fryzjera damskiego”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak, Kraków, 2009, s. 213.

** Tamże, s. 158.

 

„Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa” – Eduardo Mendoza 24 lipca, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 20:36
Tags: ,

pomponiusz

Po moim ostatnim nieudanym spotkaniu z kryminałem retro, sięgnęłam po kryminał na wesoło. Mowa o „Niezwykłej podróży Pomponiusza Flatusa” Eduardo Mendozy.

Detektywem nie jest tutaj żaden kryształowo uczciwy i wyidealizowany funkcjonariusz, ale rzymski patrycjusz, Pomponiusz Flatus, niewydarzony filozof szukający magicznego źródła, cierpiący z racji swoich poszukiwań na problemy gastryczne, które zresztą dają o sobie znać w najmniej odpowiednich chwilach. Pomponiusz wcale nie chce być detektywem, ale z racji zawirowań życiowych znajduje się w Nazarecie, gdzie próżno szukać pomocy od kogokolwiek. Kiedy więc dwunastoletni Jezus prosi go o pomoc w rozwikłaniu zagadkowego morderstwa, o które został niesłusznie oskarżony ojciec chłopca, Józef, rzymianin właściwie nie ma wyboru.

Mendoza to pisarz o niezwykłym poczuciu humoru i choć osobiście rzadko mnie bawią gastryczne żarty, przy lekturze zaśmiewałam się co kilka stron. Autor z przymrużeniem oka podchodzi również do spraw religii – Jezus chce ożenić się z córką ladacznicy, zagadka zmartwychwstania wyjaśnia się, a mesjaszem obwołuje się co tydzień inna osoba. Jeśli dodamy do tego jeszcze jakże współczesną spekulację gruntem pod nieruchomości, to powstaje mieszanka iście wybuchowa. Jeśli ktoś obawia się o swoje uczucia religijne, to niepotrzebnie. Mendoza nikogo nie obraża, nie wyśmiewa, podchodzi do całej sprawy z przymrużeniem oka, co też powinni zrobić jego czytelnicy.

Bawiłam się przednio czytając „Niezwykłą podróż Pomponiusza Flatusa”. Jest to powieść nietuzinkowa i błyskotliwa. Po prostu świetna zabawa na jeden wieczór lub nudną podróż pociągiem i idealny prezent dla kogoś z dużym poczuciem humoru. Ostatecznym dowodem na to, że Mendozę warto przeczytać, niech będzie fakt, że niemal od razu po skończeniu z Pomponiuszem, kupiłam „Przygodę fryzjera damskiego”, o której już niebawem.

P.S. Jeszcze raz pragnę podziękować osobie, dzięki której odkryłam tego pisarza, czyli wielce szanownej pani Zosik 🙂

 

„Skok w dobrą książkę” – Jasper Fforde 24 Maj, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:54
Tags: , , ,

skoks w doba ksiazke

„Skok w dobrą książkę” to drugi tom przygód detektywa literackiego, Thursday Next. Po uratowaniu Jane Eyre i zmianie zakończenia na takie, jakie znamy dziś, Thursday staje się sławna. OpSpece chcą to wykorzystać w celu polepszenia swego wizerunku, więc wysyłają agentkę na różne wywiady, spotkania i rozmowy.

Thursday ma jednak inne problemy – ktoś próbuje ją zabić za pomocą niezwykłych zbiegów okoliczności, a Goliath w spółce z ChronoStrażą eradykuje (ześlizguje w czasie) jej męża, Landena, który od teraz istnieje tylko w jej wspomnieniach. Co więcej, Thurs jest w ciąży i nie wie, czy to dziecko Landena, czy osiłka Milesa. Aby odzyskać męża, musi uwolnić Jack’a Schitt’a z „Kruka”. Ale jak to zrobić bez Portalu Prozy wuja Mycrofta? Jakby tego było mało, Thurs musi stawić się do sądu na własny proces, a z adwokatem rozmawia tylko w przypisach. Na proces przybywa spóźniona i w drzwiach mija się z Józefem K.

Istne szaleństwo, prawda? A to zaledwie czubek góry lodowej. Mogłoby się wydawać, że po „Porwaniu Jane E.” trudno będzie Fforde’owi wymyślić coś nowego, równie zabawnego i zaskakującego. Zadanie to zostało jednak wykonane z istną wirtuozerią i  „Skok w dobrą książkę” to naprawdę… skok w dobrą książkę.

Oprócz świata, w którym żyje Thursday (gdzie m.in. „Kardenio” został odnaleziony, neandertalczycy zostali przwróceni do życia, a w Fort Knox przechowywane są nacenniejsze dzieła literatury), Fforde część akcji umieścił w… świecie fikcji. Jurisfikcja znajduje się w Wielkiej Bibliotece, w której znajdują się wszystkie książki, nawet te nienapisane. Zadaniem tej organizacji jest troska o literaturę – ochrona przed gramasożytami, które zjadają słowa, Bowdlerystami, którzy chcą zlikwodować wszelkie obsceniczne i rubaszne sceny z książkowych kart, a także znajdowanie bezpiecznych przejść między książkami, co jest bardzo niebezpieczne… Ambrose Bierce [1] „zapuścił się – samotnie! – w […] krótkie opowiadanie Poego […]. Szukał tylnego wejścia do poezji Poego. Wiemy, że można przejść z Pana Jakmutam do Czarnego kota przez chwiejny czasownik w trzecim akapicie […]. Nigdy więcej nie usłyszeliśmy o nim. Poszło za nim dwóch kolegów. Jeden się udusił, a drugo, no cóż, biedny Ahab całkiem zwariował. Po powrocie ciągle myślał, że goni go biały wieloryb. Podejrzewamy, że Ambrose został zamurowany z baryłką amontillado albo spłonął żywcem, albo stało mu się coś równie strasznego.” [2]

W powieści aż skrzy się od humoru, nie sposób pozbyć się chichotu czytając niektóre fragmenty.

„– Jesteś kotem z Cheshire, prawda? – zapytałam.

– Byłem kotem z Cheshire – powiedział, spoważniawszy nieco. – Ale przesunęli granice administracyjne i formalnie jestem teraz Kotem z Autonomicznej Gminy Warrington, co już nie brzmi tak samo.” [3]

Oprócz Kota z Cheshire czy też Autonomicznej Gminy Warrington, Thursday spotyka jeszcze inne książkowe postaci, które poza odegraniem swojej roli w powieści, żyją własnymi sprawami i mają swoje zmartwienia. Odyseusz zostaje oskarżony o spowodowanie uszczerbku na zdrowiu cyklopa Polifema, Heathfcliff robi nieoczekiwaną karierę w Hollywood pod pseudonimem Buck Stallion [z ang. ogier, przyp. L.] a panna Havisham z „Wielkich nadziei” prowadząca ciągłe wojny z Królową Kier z „Alicji w Krainie Czarów” zostaje nauczycielką Thursday, czyta „National Geographic”, słucha walkmana Sony, chodzi w adidasach i prowadzi Bugatti z raczej niewielką troską o przepisy drogowe.

W Norland z „Rozważnej i romantycznej”, Marianna prosi Next o drobną przysługę:

„- Proszę, wybacz mi moją impertynencję, ale czy mogłabyś przynieść mi coś, kiedy wpadniesz tu następnym razem? […] Mintolasy. Po prostu uwielbiam mintolasy. Oczywiście wiesz, co to jest? Podobne do dropsów, tylko miętowe. I gdyby nie sprawiło ci to kłopotu, dwie pary nylonowych rajstop i kilka baterii paluszków, na przykład z tuzin […]. Eleonora nienawidzi, kiedy proszę obcych o przysługę, ale przypadkiem wiem, że żywi nieodparty pociąg do nutelli – i jeszcze odrobinę prawdziwej kawy dla mamy.” [4]

Przy „Skoku w dobrą książkę” dobra zabawa jest gwarantowana. Fforde nadal bawi się aluzjami literackimi, udowadniając swoimi niesamowitymi pomysłami nieograniczoną siłę wyobraźni. Mnogość wątków, humor, zwroty akcji i obrazowy język (wystarczy wyobrazić sobie XIX wieczną starą pannę w podartej i wypłowiałej sukni ślubnej prowadzącą w szaleńczym tempie Bugatti lub walczącą na wyprzedaży o zestaw książek niejakiej Daphne Farquitt) stanowią o niewątpliwej wartości tej książki. Doskonała rozrywka dla moli książkowych.

—-

[1] Ambrose Bierce – amerykański dziennikarz i pisarz, zaliczany obecnie do prekursorów literatury grozy, przyp. L.

[2] Jasper Fforde, „Skok w dobrą książkę”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak 2005, s. 195.

[3] Tamże, s. 190.

[4] Tamże, s. 293.

 

„Penelopiada” – Margaret Atwood

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 15:15
Tags: ,

penelopiada

„Penelopiada” to kolejna część międzynarodowego projektu MITY i niestety, muszę przyznać, że kolejna, która mnie zawiodła. Po niezbyt udanym spotkaniu z powieścią „Angus od snów. Celtycki bóg snów” Alexandra McCall Smitha, miałam nadzieję, że tym razem będzie lepiej. Może i jest lepiej, ale to wcale jeszcze nie znaczy, że jest dobrze.

„Penelopiada” to „Odyseja” opowiedziana ustami opuszczonej na wiele lat żony. Tekst z okładki zapewnia, że powieść „wywraca homerycki wizerunek Odysa. Ten okazuje się zakłamanym kobieciarzem, Helena – zadufaną w sobie kokietką, dwór – zbiorowiskiem postaci o podejrzanych charakterach”. Cóż, wprawdzie „Odyseję” czytałam jedynie we fragmentach, ale jakoś nie czuję się zszokowana tym, jak Atwood przedstawiła mitycznych bohaterów. Spodziewałam się małej rewolucji, a tu ledwie słychać dalekie echo tupnięcia nogą. W postaci Penelopy brakowało czegoś, jakiegoś żaru, namiętności, pasji. Sądziłam, że Atwood, czyniąc ją narratorem całej opowieści, nada jej indywidualne cechy, że spojrzymy na Penelopę inaczej, niż na odwieczny symbol wierności. Tymczasem Penelopa zimno relacjonuje, co się wydarzyło, może z lekką goryczą, ale dość beznamiętnie. Jedyne silniejsze emocje ukazały się u niej, kiedy dowiedziała się o śmierci 12 służek.

Tradycyjna narracja przeplata się z pieśniami chóru, wyliczanką, lamentem, pieśnią podwórkową, balladą, szantą, wykładem z antropologii (który najmniej do mnie trafił), a nawet procesem Odysa nagranym na wideo. To żonglowanie formami i konwencjami było w „Penelopiadzie” najciekawsze.

Nie twierdzę, że jest to zła książka. Po prostu spodziewałam się po prozie Margaret Atwood czegoś więcej, czegoś choć odrobinkę bardziej feministycznego.

 

„Porwanie Jane E.” – Jasper Fforde

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 00:14
Tags: , , , ,

porwanie jane e.

„W dwadzieścia sekund od porwania Jane pierwsza czytelniczka zauważyła z niepokojem, że coś dziwnego dzieje się w okoliczy strony sto siódmej jej luksusowego, oprawnego w skórę wydania. Trzydzieści minut później wszystkie linie telefoniczne w Bibliotece Muzeum Anglii były zajęte. Dwie godziny później telefony wydziałów DL-u [Detektywów Literackich – przyp. L] w całym kraju były oblężone przez zatroskanych czytelników. Cztery godziny później przewodniczący Federacji Sióstr Bronte spotkał się z premierem. Przed kolacją osobisty sekretarz premiera wezwał szefa OpSpeców.” [1]

Tak świat zareagował na porwanie Jane Eyre przez najniegodziwszego z niegodziwych, Acherona Hadesa. Na ratunek ukochanej heroinie rusza Thursday Next, Detyktyw Literacki. Po nieudanej próbie schwytania Acherona Thursday jest bardzo zdeterminowana, zwłaszcza, że złoczyńca ukradł rękopis „Martina Chuzzlewita” Dickensa oraz porwał jej wujka wynalazcę i ciotkę. Oprócz nadprzyrodzonych zdolności przestępcy sprawę dodatkowo utrudnia powszechne przekonanie, że DL-owcy powinni tylko siedzieć za biurkiem, szef, który najbardziej obawia się, że przez działania Thursday budżet zostanie przekroczony i będzie musiał się grubo tłumaczyć, Jack Schitt z korporacji Goliath oraz… dziury w czasoprzestrzeni. Thursday jest weteranką trwającej już od 132 lat wojny krymskiej i nic nie stanie na jej drodze. Poza tym łączą ją wyjątkowe stosunki z Rochesterem…

Fforde osadził akcję w aleternatynym świecie. I niewątpliwie fascynującym. Jest rok 1985, nic nie zapowiada końca konfliktu między Republiką Anglii a Rosją. Postaci w tajemniczy sposób przenoszą się ze świata fikcji do realnego, a Detektywi Literaccy „ścigają fałszerzy, pokątnych handlarzy i zbyt swodobne interpretacje dramatyczne” [2], a także „piracke kopie Doktora Faustusa ze szczęśliwym zakończeniem” [3]. To świat, w którym do drzwi nie pukają świadkowie Jehowy, a baconiści usiłujący przekonać ludzi, że sztuki, których autorstwo przypisuje się Szekspirowi, wyszły spod pióra Francisa Bacona. W telewizji można obejrzeć relację z zamieszek między surrealistami a impresjonitami i usłyszeć wypowiedź renesansisty:

„Ludzie mówią, że tylko my, renesansiści, robimy zamieszanie, ale widziałem tu dziś chłopaków od baroku, refaelitów, romantyków i manierystów. To masowy pokaz jedności artystów klasycznych przeciwko tym niepoważnym dupkom chroniącym się za bezpiecznym słowem postęp”. [4]

Ludzie tak kochają poezję, że zmieniają swoje nazwiska na nazwiska ulubionych poetów, w efekcie czego „w londyńskiej książce telefonicznej figurowało około czterech tysięcy Miltonów, dwa tysiące Williamów Blake’ów, tysiąc lub coś koło tego Samuelów Coleridge’ów, pięciuset Percy Shelleyów, tyluż Wordsworthów i Keatsów oraz garstka Drydenów” [5]

Ale to nie wszystko! Oprócz tych bardziej oczywistych aluzji literackich, są też bardziej subtelne – dodo Thursday nazywa się Pickwick, ciało zamordowanego fikcjonariusza odnajduje się w pubie Kruk przy Morgue Road, a rafaelici otaczają pub N’est pas une pipe. I jak tu nie pokochać takiej książki!

Bawiłam się przednio czytając „Porwanie Jane E.”. Fforde stworzył wspaniały, zaskajująco bogaty świat pełen aluzji i dwuznaczności, których odkrywanie jest nie lada przyjemnością dla każdego miłośnika literatury. Autor dał niezwykły popis siły swojej wyobraźni. Nie sposób opisać wszystkich jego pomysłów z „Porwania Jane E.”, a przecież jest ich jeszcze więcej – „Porwanie…” to pierwszy z pięciu tomów przygód Thursday Next. Wielka szkoda, że w Polsce ukazały się tylko dwa z nich. Dla władających językiem angielskim nie stanowi to jednak żadnego problemu, zawsze można przeczytać w oryginale. Jestem Ffordem absolutnie zauroczona i aż się boję, co będzie w kolejnych tomach, bo podobno im dalej, tym zabawniej i ciekawiej. Polecam gorąco! Humor, zagadka kryminalna, odrobina podróży w czasie i przestrzeni i zabawa anglosaskim dorobkiem kulturalnym daje mieszankę iście wybuchową, której nigdy nie ma się dosyć.

——-

[1] Jasper Fforde, „Porwanie Jane E.”, tłum. Marzena Chrobak, wyd. Znak 2005, s. 294.

[2] Tamże, s. 136.

[3] Tamże, s. 137.

[4] Tamże, s. 123.

[5] Tamże, s. 109.

 

„Angus od snów” – Alexander McCall Smith

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 00:06
Tags: , , ,

angusDwa lata temu Wydawnictwo Znak, wraz z 33 wydawnictwami z całego świata, wzięłoudział w projekcie MITY, którego założeniem było zaproszenie pisarzy do reinterpretacji wybranego mitu lub legendy. Do tej pory w polska seria liczy sześć książek. Jedną z nich jest „Angus od snów. Celtycki bóg snów” Alexandra McCall Smith’a (pozosali pisarze biorący udział w przedsięwzięciu to M. Atwood, K. Armstrong, W. Pielewin, O. Tokarczuk, J. Winterson).

Po pierwszym nieudanym spotkaniu z tym autorem, postanowiłam dać mu drugą szansę. Pomyślałam, że może przez opowiedzenie nieznanego mi celtyckiego mitu McCall Smith mnie do siebie przekona, zwłaszcza, że lubię wszelkiego rodzaju mity, legendy i podania. Nastawienie miałam pozytywne, ale moje oczekiwania nie zostały do końca spełnione. Nie twierdzę, że książka jest kompletnie bezwartościowa i była stratą czasu, ale czegoś mi brakuje. To jedna z tych powieści, które czyta się całkiem przyjemnie, ale w miarę lektury wciąż ma się wrażenie, że to dopiero początek, że autor się rozgrzewa i już za kilka stron da popis swoich umiejętności. Wrażenie to może nie trwało zbyt długo, bo książka nie jest zbyt długa, ale nie opuściło mnie aż do samego końca. W opowieści o Angusie bez wątpienia tkwi potencjał; szkoda tylko, że McCall Smith go nie wykorzystał.

Sam zamysł kompozycyjny jest dość ciekawy – dzieje mitologicznego Angusa przeplatają się z współczesnymi wydarzeniami związanymi z bogiem snów. Niestety, dla mnie te powiązania były dość słabe, wymuszone i bez uroku. Moim zdaniem, najsłabsza była opowieść o chłopcu, który dowiedział się, że ojciec, który go wychowywał nie jest jego biologicznym ojcem (mitologiczny Angus również musiał się zmierzyć z podobną prawdą). Matka miała romans i przerażona, że syn zdradzi tajemnicę, dzwoni po pomoc do swojego brata o imieniu Angus. Wujek w nocy przychodzi do siostrzeńca i zastrasza chłopca, że jeśli sekret się wyda, zostanie uduszony poduszką. Przykro mi bardzo, ale historia jakoś mało porywająca.

Plusem tej książki jest historia mitologicznego Angusa – całkiem zgrabnie opowiedziana, z licznymi szczegółami, w dużej części wymyślonymi przez samego autora. Może gdyby zrezygnować z wątków współczesnych a bardziej się skupić na mitologicznym aspekcie boga snów, książka zagościłaby w mojej pamięci na dłużej…

Czasami śnimy jakiś sen i kiedy już ma się wydarzyć coś cudownego, kiedy we śnie lada moment mają się zacząć najprzyjemniejsze momenty, dzwoni budzik. Budzimy się z jakimś uczuciem niepełności, niekompletności i żalem, że coś tak dobrze się zapowiadało. Podobnie jest z „Angusem od snów” – książka się rozkręca i rozkręca, ale nagle dzwoni budzik i czar pryska.