Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Broniłam ofiar. Pamiętnik z Iranu” – Shirin Ebadi Październik 6, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:05
Tags: , , ,

Akurat, kiedy byłam świeżo po lekturze „Broniłam ofiar”, w radio usłyszałam wiadomość o irańskich delegatach, którzy wybrali się do Nowego Jorku, jeśli mnie pamięć nie myli, na radę ONZ. I o zgrozo, poszli na zakupy! Można by pomyśleć, że przez oszalałych żądzą kupowania Irańczyków sklepy wręcz opustoszały. Prezenter radiowy na koniec kwaśno skomentował, że Irańczycy, którzy z założenia (!) powinni gardzić Ameryką, jakoś nie gardzą zaopatrzeniem amerykańskich sklepów. Rzeczywiście, skandal wszechczasów. Ledwo wierzyłam własnym uszom, że słyszę takie bzdury i umacnianie stereotypów w ogólnopolskiej rozgłośni (i niestety jedynej, jaką odbiera mój nadajnik).

Przeczytanie książki laureatki pokojowej Nagrody Nobla być może ustrzegłoby  prowadzącego audycję przed bezsensownym uogólnianiem. Shirin Ebadi pisze jasno i logicznie, jej wspomneinia mają przede wszystkim wartość poznawczą, niekoniecznie literacką. Nie jest to jednak zarzut. Ebadi odebrała wykształcenie prawnicze, przed wybuchem rewolucji islamskiej była sędzią, a kiedy zabroniono jej wykonywania tego zawodu, otworzyła własną praktykę adwokacką, więc uporządkowana logika opowiadania jest w pełni zrozumiała.

Ebadi pisze o swojej młodości, studiach, o wielkiej radości, która towarzyszyła odejściu od władzy marionetkowego szacha i nadziei, jaką wzbudziła rewolucja. Pełne optymizmu podniecenie, którego pełno było na ulicach, wkrótce zmieniło się  w strach i życie pełne represji. W trudnej sytuacji znaleźli się nie tylko intelektualiści, ale przede wszystkim kobiety. Ebadi nie może zrozumieć, jak można było wprowadzić do XX-wiecznego Iranu prawa rodem z VII wieku. Kiedy próbuje polemizować z duchownymi, przytaczając słowa ksiąg, z których ci się uczyli, nie zyskuje sobie popularności. Ebadi jest jednak wielką patriotką i nie chce wyjechać z Iranu, choć wyjeżdża wiele jej znajomych. Czuje się odpowiedzialna za dalsze losy kraju, zastanawia się, co się z nim stanie, jeśli wszyscy wyjadą. Ta godna podziwu postawa i bronienie pozornie beznadziejnych spraw, za które nie zabrałby się nikt inny przyniosły Ebadi sławę, a w 2003 roku pokojową Nagrodę Nobla.  Ebadi w ramach swojej działalności nie tyle próbuje znieść surowe prawo szariatu, ale dowieść, że w ramach islamu możliwa jest inna interpretacja słów Koranu, umożliwiająca życie zgodne i z zasadami religijnymi, i z prawami człowieka.

Na koniec kilka słów odnośnie polskiego tłumaczenia tytułu: „Iran Awakening. A Memoir of Revolution and Hope” . Gdybym nie wiedziała, kim jest autora, zdecydowanie nie sięgnęłabym po książkę o takim tytule. Kojarzy mi się z gonieniem za tanią sensacją. Przynajmniej okładka nie przedstawia tajemniczej piękności o mocno umalowanych oczach w hidżabie.

Reklamy
 

„And All Is Said” – Zareer Masani Czerwiec 9, 2012

Filed under: Indie,Przeczytane — Lilithin @ 11:38
Tags: ,

Podtytuł tej książki Memoir of a Home Divided, czyli Wspomnienia z podzielonego domu właściwie oddają niemal cały jej charakter. Po śmierci obojga rodziców, syn postanawia rozprawić się z duchami przeszłości, ze wspomnieniem surowego ojca i kochającej, acz niestabilnej emocjonalnie matki. Masani pisze, że chciałby dać rodzicom „zrozumienie, akceptację i szacunek, który tak ciężko było im osiągąć, kiedy jeszcze żyli.”

A trzeba przyznać, że rodzinę miał niezwykłą. Wydawać by się mogło, że matka, Shakantula Srivastava opływająca w luksusy córka przychylnego rządom Brytyjczyków przemysłowca i ojciec, Minoo Masani pochodzący z surowej rodziny, która mimo posiadanych środków wolała proste życie pozbawione nadmiernych wygód, nie mają wiele wspólnego. Dzieliło ich niemal wszystko – religia (ona Hinduska, on Pars), poglądy polityczne, styl życia, temperament. Mimo to, postanowili się pobrać. Masani opisuje swoje życie u boku tych silnych osobowości, walkę o to, kto będzie górą. W tle – historia Indii. Jego ojciec był ważną postacią na scenie politycznej Indii, o wysokiej moralności politycznej (tak przynajmniej pisze o nim jego syn), której teraz już próżno szukać we współczesnych Indiach.

Z jednej strony wspomnienia te prezentują nieistniejący już świat pełen wystawnych bankietów, pojawiania się w „towarzystwie” a także czas przemian politycznych, kiedy sądzono, że można odmienić Indie i panowała wiara w zasady uczciwości i szczerości. Masani stara się być obiektywny, czasami jednak jego opowieści uderzają w nieco melodramatyczną nutę  i mam wrażenie, że chłopiec, który za wszelką cenę szukał uwagi matki i szczerze nie znosił apodyktycznego ojca, nie do końca zniknął z życia autora. Pod koniec wyliczanie paranoidalnych zachowań matki stało się wręcz nużące i z przykrością stwierdzam, że cel Masaniego, aby ukazać „tragiczną godność”** matki, której nie udało jej się osiągnąć za życia, nie został spełniony. Shakantula jawi się jako rozchwiana kobieta potrzebująca pomocy. Przez 17 lat nie chce zgodzić się na rozwód z mężem, z którym już nic jej nie łączy, a która sama ma na koncie kilka romansów. Nie przeszkadza to jednak jej prosić go o łożenie na jej utrzymanie. Wprawdzie Masani przyznaje, że czasami matka przesadzała i koloryzowała wydarzenia, ale nie widzi, że jej nagła i krótka kariera polityczna wynikła z konieczności usamodzielnienia się, kiedy środki jego ojca okazały się niewystarczające na życie, do którego przywykła, a także, że funkcje, jakie pełniła, nie były zasługą kwalifikacji czy zasług, a znajomości. Podobnie zresztą jak stypendium, dzięki któremu Masani zrobił doktorat w Anglii. Opisy zachowań matki zamiast dodać jej godności, umniejszyły ją.

Ciekawe jakby wyglądała ta książka, gdyby mniej w niej było Shakantuli, a więcej Minoo? Nie twierdzę, ze to zy zbiór wspomnień. Rozhisteryzowana Shakantula to typ bohaterki, który działa na mnie bardzo irytująco i jej postać w pewien sposób przesądziła o sposobie postrzegania „And All Is Said”. Osoba z większą dozą tolerancji pewnie doceni jawiący się w tle Bombaj i opisy życia i przepychanek wyższych sfer doprawione szczyptą polityki. Ja odłożyłam z ulgą.

—–

* Masani, Zareer. And All Is Said. Memoir of a Home Divided. Penguin Books. New Delhi: 2012. S. 10. Tłum. L.

** Tamże, s. 236.

 

„Papa Hemingway. Wspomnienia” – A.E. Hotchner Czerwiec 10, 2009

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 13:40
Tags: ,

papa hemingway

„Papa Hemingway” to wspomnienia o wielkim pisarzu spisane przez jego przyjaciela, A.E. Hotchnera. Zaczynają się one w roku 1948, kiedy to Hotcha wysłano na Kubę, żeby „zrobił z siebie dupka i poprosił Ernesta Hemingwaya o napisanie artykułu pod tytułem ‘Przyszłość literatury’.” * Dziennikarz pewien był, że jego wyprawa skończy się niepowodzeniem, ale nieoczekiwanie mężczyźni zaprzyjaźnili się i przyjaźń ta trwała aż do samobójczej śmierci Hemingwaya w 1961 roku.

Sam autor pisze, że książka ta jest próbą znalezienia odpowiedzi na pytania: jak do tego doszło i dlaczego? Według mnie, pisać książkę według takiego założenia jest błędem. To jak szukanie sensacji, grzebanie w cudzym życiu i pranie cudzych brudów, podczas gdy należałby się jakiś szacunek i dystans. Choć cel książki wydawał mi się dość dziwny, Hotchnerowi udało się uniknąć nadmiernego popadania w ekscytację czy zbędny sentymentalizm i napisał całkiem dobry kawałek prozy. Pokazał Hemingwaya – człowieka, z jego zaletami i słabościami, zmagającego się z chorobą i walczącego o zdolność zachowania umiejętności pisarskich. Hemingwaya żądnego życia, przygód, wrażeń. Książkę czyta się błyskawicznie i z wypiekami na twarzy.

Kiedy słyszę, że życie jakiejś słynnej osobistości stało się dla kogoś inspiracją lub dawało siłę w trudnych sytuacjach, podchodzę do tego trochę sceptycznie. Po przeczytaniu „Papy Hemingway’a”  jednak doskonale rozumiem, jakie to uczucie. Niech zobrazuje to mój ulubiony fragment, w którym Hemingway wspomina podróż pociągiem z pierwszą żoną, Hadley, która zakochała się w matadorze i chciała oglądać wszystkie jego walki:

„[…] wydaliśmy ostatnie pieniądze na bilety i wsiedliśmy w trzecią klasę do Madrytu […]. Pociąg był przepełniony. Tłoczyliśmy się w przedziale, w którym jechali też dwaj żołnierze Guardia Civil z karabinami przewieszonymi przez plecy, chłopak wiozący trzy oplecione wikliną beczułki z winem […] i dwaj księża, a pod ławką ukrywali się przed konduktorami trzej młodzi toreadorzy, którzy podróżowali na gapę.

Chłopak […] odkorkował jedną z beczułek i zaczął lać wino w usta toreadorów, zgrzanych i stłoczonych pod ławką. Podał tez kubek z winem żołnierzom, nam i obu duchownym, którzy w pierwszej chwili odmówili, ale potem dali się przekonać. Gdy wreszcie do naszej winiarni trzeciej klasy zbliżył się konduktor, stwierdziłem, że nie mam biletów, i oboje z Hadley wleźliśmy pod ławkę, a siedzący nad nami księża rozłożyli sutanny i zasłonili nas nimi. Gdy dotarliśmy do Madrytu, beczułki z winem były puste, a wszyscy – pijani. Ale pojawił się ostatni problem – jak ominąć kontrolera, który od każdego wychodzącego ze stacji żądał okazania biletu. Wtedy żołnierze wzięli do ręki broń i jeden z przodu, drugi z tyłu, przeprowadzili naszą piątkę obok kontrolera, udając, że eskortują aresztantów. Duchowni obstawiali tyły, czytając na głos Biblię w naszej ostatniej godzinie.” **

______

* A.E. Hotchner, „Papa Hemingway. Wspomnienia”, tłum. Magdalena Słysz, wyd. Twój Styl, 2005, s.23.

** Tamże, s.208.

 

„Stambuł. Wspomnienia i miasto” – Orhan Pamuk Maj 24, 2009

istanbul

Nie było łatwo zdobyć tą książkę. Nie chodzi tylko o fakt, że kiedy chciałam ją przeczytać, polska premiera jeszcze się nie odbyła i musiałam ja zamówić w Empiku w języku angielskim, ale również o samo wytargnięcie jej z empikowskich zakamarków. Znając datę dostarczenia jej do salonu, po kilku godzinach dreptania po mieście i załatwiania spraw wszelakich w niemiłosiernie niewygodnych butach (tak, tak, wiem, że nowych butów nie zakłada się na dłuższe wędróki nie wiedząc, jak się spisują w takich warunkach), nadłożyłam drogi i z obolałymi stopami dotarłam do Empiku. Przemiły pan spędził dobrych kilka minut na poszukiwaniach mojej upragnionej lektury, lecz się okazało, że jeszcze nie ma. Zawiedziona dotarłam do domu tylko po to, aby odebrać maila (pojawił się on w skrzynce ok. 10 minut po wyjściu z Empiku) z informacją, że mogę odebrać swoje zamówienie. Zgrzytając zębami i obklejając stopy plastrami wsiadłam do autobusu. Po wyjściu z niego zaczęło padać przeokropnie i w czasie 4-minutowego spaceru z przystanku do Empiku przemokłam do suchej nitki (parasol nie na wiele się zdał w tej ulewie). Pani w księgarni zdziwiona moją determinacją oznajmiła, że mam 2 tygodnie na odebranie książki i że nie musiałam w tej ulewie przychodzić. Z szaleństwem w oczach i pulsującymi czerwonymi żyłkami wycedziłam przez zęby: „Ale ja ją CHCĘ przeczytać.”

Muszę przyznać, że poświęcenie w pełni się opłaciło. „Stambuł” jest ładnie wydany, na lekko kredowym papierze w kolorze kości słoniowej, okraszony licznymi fotografiami. Zarówno szata graficzna, jak i treść przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Do rzeczy, jednak, do rzeczy!

Do napisania tej recenzji zabierałam się blisko miesiąc. W obawie, że nie znajdę odpowiednio pięknychst1 słów dla tej pięknej książki i że przez to w jakiś sensie „Stambuł” straci część swojego uroku, czekałam na odpowiedni nastrój. Czy ów nastrój nadszedł – nie wiem. Jedno jest pewne: lato ma się ku chyłkowi, temperatury coraz niższe i zanim jesień na dobre zadomowi się za oknami wlewająć w serca smutek i poczucie przemijania, dobrze jest napisać kilka słów o wakacyjnej lekturze.

To moje pierwsze spotkanie z tureckim Noblistą. Przed rozpoczęciem tej książki ostrzegano mnie, abym się nie zniechęciła do Pamuka, jako że nie jest to jego typowa proza i że nie nie jest to lektura, którą czyta się na wdechu od deski do deski. To fakt, „Stambułu” nie sposób przeczytać w jeden wieczór. Prozę tego kalibru trzeba smakować, delektować się nią i dawkować z umiarem, aby przyjemność czytania trwała jak najdłużej.

„Stambuł” to zbiór wspomnień i esejów z elementami autobiografii. Mały Orhan daje się poznać jako wrażliwy, wyobcowany chłopiec, którego ciągle prześladuje myśl o istnieniu innego, drugiego Orhana, który mógłby uchodzić za jego bliźniaka lub sobowtóra. Wyobcowanie dodatkowo potęgują ciągłe kłótnie rodziców i częste nieobecności ojcast3 w domu, a także walki z bratem, które jawiły się chłopcu jako osobiste porażki wynikające ze słabości i braku wystarczającej koordynacji ruchowej. Dla Pamuka „rzecz zwana rodziną była grupą ludzi, którzy z pragnienia bycia kochanymi i pragnienia spokoju, relaksu i bezpieczeństwa, zgodzili się uciszyć, każdego dnia na jakiś czas, własne dżiny i demony i zachowywać się tak, jakby byli szczęśliwi.” [1]

Pamuk uracza też swoich czytelników historią swojej pierwszej i nieszczęśliwej miłości o kasztanowych włosach, która zaczęła się od pozowania do wykonywanych przez niego rysunków. Pisarz wspomina: „Kiedy podczas szkicowania przypatrywałem się konturom jej małych piersi i wyjątkowo białej skórze długiej szyi, cień wstydu przebiegał przez jej twarz.” [2]

Jeden rozdział to zabawny zbiór rad, napisanych przez stambulskich dziennikarzy na przestrzeni 130 lat. Pamuk znalazł takie perełki jak:

„Czerpiąc inspirację z artykułu o odpowiednim sposobie chodzenia po mieście, który pojawił się w znanym paryskim magazynie ‘Matin’, my również powinniśmy jasno wyrazić nasze uczucia do ludzi, którzy jeszcze muszą się nauczyć jak prowadzić się po ulicach Stambułu i powiedzieć im: ‘Nie spaceruj po ulicy z otwartymi ustami.’ [1924]” [3]

„Stambuł” to jednak przede wszystkim opowieść o mieście i doprawdy niezwykły po nim przewodnik. Miasto, w którym europejscy pisarze szukali przede wszystkim orientalnego dreszczyku niczym z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, wygląda zupełnie inaczej w oczach wrośniętego w Stambuł Pamuka. Pisarz oznajmia: „Los Stambułu to mój los. Jestem przywiązany do tego miasta, ponieważ uczyniło mnie ono tym, kim jestem.” [4] To wyraz wielkiej miłości do Stambułu i co najciekawsze, miłość ta nie ma swoich korzeni w dumie z dawnej potęgi i bogactwa Imperium Osmańskiego, ale w szczątkach i ruinach, które po nim pozostały powodując uczucie wielkiej melancholii, opanowującej wszystkich mieszkańców. Ów smutek to hüzün, czyli „[…] wspólne uczucie, atmosfera i kultura dzielona przez miliony. W Stambule pozostałości wspaniałej, dawnej cywilizacji są widoczne wszędzie. Nieważne, jak bardzo źle utrzymane, nieważne, jak zaniedbane lub otoczone ze wszystkich stron przez betonowe okropności – wielkie meczety i inne zabytki miasta, tak samo jak pomniejsze pozostałości po imperium – małe łuki i fontanny […] – powodują ból serca u każdego, kto mieszka między nimi.” [5] Właśnie to mnie urzekło w tej książce najbardziej – opisy bocznych brukowanych uliczek, drewnianych opuszczonych domów, zrujnowanych fontann. Obrazy te, zręcznie nakreślone słowami pisarza i wsparte wrażliwością malarza (którym Pamuk przecież przez kilka lat był), są tak sugestywne, że nie sposób było się oprzeć tej melancholii w czasie czytania i nawet kilka dni po skończeniu lektury.

Podsumowując, jestem absolutnie zauroczona twórczościa Pamuka. I proszę mi wybaczyć ten emocjonalny ton, ale dawno już żadna książka nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia. Na pewno nie jest to moje ostatnie spotkanie z tym pisarzem i wróżę sobie jeszcze długie godziny wspaniałej strawy duchowej z oczami zatopionymi w jego prozie.

——

[1] Orhan Pamuk, “Istanbul”, tłum. Maureen Frest2ely, Vintage International, 200g, s. 275. (tłumst5aczenie na polski moje, dość dowolnie potraktowane)

[2] Tamże, s. 3.

[3] Tamże, s. 141.

[4] Tamże, s.6.

[5] Tamże, s. 101.

 

„Autobiografia Alicji B. Toklas” – Gertruda Stein

autobiografia

Kim była Gertruda Stein? To właśnie ona wymyśliła określenie „stracone pokolenie” w odniesieniu do Hemingwaya i jego rówieśników naznaczonych piętnem pierwszej wojny światowej. Była Amerykanką, ale mieszkała w Paryżu, gdzie stała się wielką entuzjastką kubizmu, wspierała malarzy i pisarzy tworząc coś na kształt artystycznego salonu. Ponadto napisała ponad 30 książek eksperymentując z językiem i formą, rezygnując z interpunkcji i powtarzając jedno zdanie wiele razy usiłując uchwycić kubizm w literaturze.

Jednak modernistyczne eksperymenty Gertrudy Stein odeszły w zapomnienie i dziś czyta się jej najbardziej konwencjonalną książkę, napisaną w ciągu sześciu tygodni, „Autobiografię Alicji B. Toklas”. Tytułowa bohaterka to wieloletnia partnerka Stein, ale przewrotnie, nie jest ona główną postacią. Na pierwszy plan wysuwa się sama Stein i jej pisarstwo oraz cała masa plotek związanych z artystami międzywojennego Paryża. „Autobiografia Alicji B. Toklas” wywołała furorę, samej autorce niewątpliwie przysparzając popularności, ale również powodując niemałe zamieszanie. Hemingway się śmiertelnie obraził. Można go w pewnym sensie zrozumieć, bo chyba mało który pisarz byłby zadowolony słysząc o sobie takie słowa:

„I to jest cały Hemingway. Wygląda na nowoczesnego a trąci zapachem muzeów. Ale co by to była za książka ta o prawdziwym Hemie, książka którą zresztą on sam powinien napisać ale której niestety nigdy nie napisze. Ostatecznie to on sam kiedyś mruknął pod nosem, trzeba pamiętać o karierze o karierze.”*

Cóż, nie wiem, czy owa książka „o prawdziwym Hemie” powstała w końcu czy nie, ale jako zwykły, szary czytelnik muszę przyznać, że zdecydowanie bardziej podobały mi się jego paryskie wspomnienia niż Gertrudy Stein. Wprawdzie „Autobiografia Alicji B. Toklas” obfituje w soczyste plotki i anegdoty, ale jest ich tyle, że nie sposób zapamiętać chociaż połowy. Mnie najbardziej w pamięć zapadło stwierdzenie Picassa, że

„jak się kocha kobietę, to daje jej się pieniądze. A kiedy chce się porzucić kobietę trzeba poczekać aż uzbiera się dla niej wystarczającą ilość pieniędzy.”**

Sam styl i język nie przypadł mi za bardzo do gustu. Brzmi to wszystko, jakby było relacjonowane na wdechu przez bardzo spieszącą się osobę. Dość dowolne stosowanie znaków przestankowych tez robi swoje, a przeskakiwanie z tematu na temat sprawia wrażenie, że może struktura książki jest nie do końca przemyślana. A jeśli taki był cel autorki, to niestety, szczególnie mnie nie zachwycił. Trzeba jednak przyznać, że „Autobiografia Alicji B. Toklas” jest doskonałym źródłem ciekawostek o przedstawicielach awangardy artystycznej Paryża lat dwudziestych i niejako oddaje atmosferę tamtych lat.

——-

*Gertruda Stein, „Autobiografia Alicji B. Toklas”, tłum. Mira Michałowska, wyd. Alfa 1994, s. 268.

** Tamże, s. 44.

 

„Ruchome święto” – Ernest Hemingway

ruchome swiet

Są takie książki, które wręcz połyka się jednym tchem. Nie zawsze są to kryminały, thrillery lub książki sensacyjne, pełne nieoczekiwanych zwrotów akcji i teorii spiskowych. Czasami można się całkowicie zatopić i pozwolić się pochłonąć spokojnej lekturze o powoli płynącej narracji. Właśnie tak pochłonęłam „Ruchome święto” Hemingwaya. Czytałam zachłannie, jakby książka lada moment miała rozsypać się w proch, a to przecież proza, która swoją magię roztacza stopniowo i którą trzeba smakować, delektować się nią. Kiedy więc już chciwie pochłonęłam „Ruchome święto” niczym nieopierzony 16-latek swoją pierwszą butelkę wina, przyjęłam dojrzalsze podejście i za drugim razem rozkoszowałam się niesamowitym bukietem wspomnień pisarza.

„Ruchome święto” to niezwykły zbiór paryskich reminiscencji Hemingwaya, których bohaterami stają się takie postaci jak Francis Scott Fitzgerald, Ford Madox Ford, Ezra Pound czy Gertruda Stein, o której pisarz nie zawsze wypowiada się pochlebnie, ale która mimo to wzbudza sympatię. W „Ruchomym święcie” nie brakuje też księgarni Shakespeare and Company wraz z Sylvią Beach czy historii o powstaniu określenia „stracone pokolenie”.

Spomiędzy anegdot i plotek o przyjaciołach i znajomych, Hemingway daje się poznać jako bardzo zdyscyplinowany pisarz, któremu do tworzenia był potrzebny notatnik, ołówek, stolik w kawiarni i… trochę szczęścia. Okazuje się, precyzyjny, lapidarny styl Noblisty rozwinął się nie tylko dzięki jego dziennikarskim doświadczeniom, ale również poprzez podporządkowanie procesu pisania naczelnej zasadzie stworzenia „prawdziwego zdania” i… oglądanie obrazów Cezanne’a.

Jeśli dodać do tego jeszcze delikatnie nakreśloną atmosferę Paryża lat dwudziestych i łagodne echo miłości do pierwszej żony, Hadley, to mamy doprawdy wyjątkową książkę, którą można się rozkoszować jeszcze na długo po skończeniu lektury.

 

„Miasto spadających aniołów” – John Berendt Maj 23, 2009

miasto spadajacych aniolow

Wprawdzie czytałam „Miasto spadających aniołów” kilka miesięcy temu i nawet napisałam kilka słow na jego temat, ale pomyślałam, że Miejskie Czytanie to doskonała okazja, aby odświeżyć nieco lekturę. Zwłaszcza, że nie poświęciłam jej wystarczającej uwagi czytając po raz pierwszy. Teraz więc czytałam obłożona przewodnikiem, mapą i zdjęciami z Wenecji, w razie czego pomagając sobie jeszcze internetem. No bo jakże czytać o Palazzo Barbaro czy portrecie Madame X , nie mając ich przed oczyma?

W „Mieście spadających aniołów” Wenecja nie stanowi tylko tła i miejsca wydarzeń. Historie opowiadane przez autora nie mogłyby dziać się w innym mieście. Jest to po prostu książka o Wenecji i wenecjanach. Autor mówi, że jego „spojrzenie na Wenecję miało się skoncentrować na ludziach, którzy w tym mieście mieszkają, przynajmniej przez większą część roku.” [1]

Wędrujemy więc z nim po mieście „kopuł i dzwonnic […] tu i ówdzie uwieńczonych marmurowym świętym lub pozłacanym aniołem,” [2] wobec którego nie pozostali obojętni tacy twórcy jak Lord Byron, Tomasz Mann, Karol Dickens czy Henry James. Wraz z narratorem poznajemy Archimede Segusa, mistrza szklarskiego, którego rodzina trudniła się tym zajęciem od XIV wieku (!), wkraczamy do rezydencji Petera i Rose Lauritzenów, której stryjeczna praprababka była konkubiną Edwarda VII i z lekkim przymrużeniem oka traktujemy hrabiego Loredan, który jest przeciwny demokracji i sądzi, że „dużo lepszą opcją byłoby przekazanie rządów w ręce arystokratycznej elity – ludzi, którzy odziedziczyli po swych szlachetnych przodkach umiejętność sprawiedliwego i sprawnego rządzenia.” [3] Ciekawe czy zmieniłby zdanie, gdyby urodził się jako potomek rybaków, a nie trzech dożówe1w.

Dowiadujemy się też, że hrabia Volpi, „ostatni doży Wenecji,” teraz już nieco mniej uwielbiany, wprowadził elektryczność do Wenecji i północnych Włoch, poszerzył most kolejowy łączący Wenecję ze stałym lądem i był pomysłodawcą festiwalu filmowego.

To tylko kilka z wielu postaci przewijających się w tej książce. Berendt rozwija jeszcze wiele wątków, a moim ulubionym jest ten związany z Palazzo Barbaro (gdzie powstały „Autografy Jeffreya Aperna” Henry’ego James’a) i Zacisznym Gniazdkiem, w którym mieszkał Ezra Pound. Mimo mnogości postaci i wydarzeń, książka jest spójna i czyta się ją z wielkim zainteresowaniem. Poważne tematy przeplatają się z wybrykami Lodovica de Luigi (jednym z nich było zaproszenie aktorki porno, Ciccioliny, na odsłonięcie konnej rzeźby na placu św. Marka, która na uroczystość przybyła topless dosiadając owej rzeźby) czy Peggy Guggenheim, która podczas przyjęcia zeszła zupełnie nago z tarasu do wody wraz z orkiestrą w ramach inscenizacji zatopienia Titanica. Jest też w pewnym stopniu wątek kryminalny związany z podpaleniem teatru Fenice oraz, co najbardziej interesujące – historyczno literacki, związany z wszelkimi pisarzami związanymi z Wenecją. Jedni są ledwie wspomniani, ale innym (m. in. Ezra Pound) Berendt poświęca więcej uwagi. Intrygująca dla mnie była sprawa Fundacji Ezry Pounda, założona po śmierci poety przez jego zniedołężniałą już partnerkę, Olge Rudge i Jane Rylands chcącą wykorzystać nieświadomą niczego staruszkę. Wszystkie papiery i listy Olgi znajdują się teraz w Bibliotece Beinecke na terenie w uniweryteckim ośrodku Yale posegregowane w dwustu ośmiu pudłach. Jedno z nich, z numerem 156 ma pozostać jednak zamknięte do roku 2016. Wciąż się zastanawiam, co się w nimwe5 znajduje.

„Miasto spadających aniołów” to książka wyjątkowa – przeplatają się tu ze sobą historie dawnych arystokratów z współczesnymi przepychankami o władzę, doprawione ciekawymi wykładami z historii literatury lub kryminalną zagadką i z wisienką na czubku – opisami pięknych weneckich pałaców. A kiedy potrawa wydaje się za ciężka, nagle wyłania się ożywczy smak lekkich anegdot. Przede wszystkim jednak książka jest wspaniałym świadectwem Wenecji i jej mieszkańców. Polecam wszystkim, którzy w Wenecji byli, są lub będą. Sama żałuję tylko, że nie czytałam jej przed wyjazdem lub w jego trakcie – usiadłabym nad kanałem naprzeciwko Palazzo Barbaro i zastanawiała się, co się stało z Curtisami…

P.S. Obecnie czytam „Stambuł” Pamuka i nie mogłam się oprzeć porównaniu mieszkańców tych dwóch miast – wenecjanie (w „Mieście…”) bywają kłamliwi, zawistni i dumni (najczęściej z własnego pochodzenia). Przede wszystkim jednak kochają swoje miasto. Pamuk natomiast pisze o wszechogarniającej melancholii wśród mieszkańców Stambułu, którzy żyją wśród szczątków dawnego imperium i dawnej świetności. Pozostałości te i świadomość, że miasto jest biedne i niemożliwym jest już przywrócenie niegdysiejszego bogactwa i potęgi przyprawiają Stambulczyków wręcz o ból serca. Wenecja też przecież była wielką potęgą i ta melancholia bardzo by do niej pasowała (odczuwałam ją na swój sposób przechadzając się wśród zniszczonych, chylących się ku rozkładowi kamienic), a jednak mieszkańcy chyba tak bardzo jej nie odczuwają. Może dlatego, że już niewielu ich zostało. A może po prostu Berendt skupił się na innych aspektach w swej książce.

——

[1] John Berendt, „Miasto spadających aniołów”, tłum. Jerzy Kozłowski, wyd. Rebis, 2006, s. 52.

[2] Tamże, s. 41.

[3] Tamże, s. 116.we4