Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Bodily Harm” – Margaret Atwood Marzec 24, 2013

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 20:20
Tags:

„Nie wiedziała, jak wygląda nowa dziewczyna Jake’a. Dla Rennie była tylko ciałem bez głowy, nagim lub ubranym w czarną koszulę nocną. Tym samym, czym Rennie była wcześniej dla niego. ‚Czym jest kobieta?’ Jake kiedyś zapytał. ‚Głową z dołączoną cipą czy cipą z dołączoną głową?'”

Kiedy lekarze diagnozują u Rennie raka, jedynym ratunkiem jest mastektomia. Po operacji kobieta nie potrafi zaakceptować siebie na nowo i odczuwa, że również jej partner nie potrafi ukryć rozczarowania jej nowym ciałem. Rennie uświadamia sobie, że cały czas Jake ją jedynie uprzedmiotawiał, ale mimo to poszukuje potwierdzenia własnej wartości w oczach innego mężczyzny na karaibskiej wyspie, na którą się wybiera, aby dojść do siebie i przy okazji napisać podróżniczy artykuł do magazynu.

Rennie chce grać w tenisa, leżeć na plaży i spędzać miło czas. St Antoine stoi jednak u progu rewolucji i daleko jej do turystycznego raju. Rennie wielokrotnie broni się przed relacjonowaniem politycznych wydarzeń z wyspy. Chce być bezstronna, obojętna i nie ma zamiaru mieszać się w sprawy wyspy. Nie pasuje to po pierwsze do zadania, jakie postawił jej wydawca – napisać zwyczajny i nieco przewidywalny artykuł o tym, co warto zobaczyć, gdzie dobrze zjeść itp. A po drugie, Rennie nie zajmuje się poważnymi tematami, jej działka to lifestyle, czyli mało istotne i mało ambitne teksty o najnowszych trendach.

Czy Rennie obudzi się ze swego odrętwienia? Czy do końca będzie sądziła, że polityka braku interwencji jest najlepszym wyborem „słodkich Kanadyjczyków”? Czy nadal będzie pozwalała mężczyznom traktować się jako seksualny obiekt? Fanom Atwood łatwo przewidzieć, czy bohaterka przejdzie swoistą transformację, czy zostanie przy swoim wygodnym, ale pozbawionym głębszego sensu życiu. Nie o końcowy efekt jednak tu chodzi, a o samo zadawanie pytań, a to Atwood robi po mistrzowsku.

Bodily Harm

 

„The Age of Shiva” – Manil Suri Marzec 17, 2013

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:08
Tags:

Wracam do blogowego świata. Ponad 20 książek przeczytanych nie doczekało się ani jednego słowa na czytatniku. Część pamiętam dość dobrze, inne jak przez mgłę, o kilku w ogóle zapomniałam, że miałam je w ręce. A może właśnie łatwiej przekonać się o wartości książki w kilka tygodniu po jej przeczytaniu? Kiedy pierwsze, najmocniejsze wrażenia nieco stracą na mocy, a historia opowiadana przez autora zdąży dojrzeć w czytelniku? Książki wybitne obronią się same, średnie odejdą w niepamięć, a kiepskie spotkają się z mniej zjadliwą krytyką.

Ach, gdybym pisała o „The Age of Shiva” tuż po lekturze, ależ by się oberwało autorowi! Z perspektywy czasu chłodnym okiem mogę ocenić, że książka wymęczyła mnie niemiłosiernie, a ja czytałam ją w jakimś masochistycznym transie. Oczekiwania wobec powieści miałam niezbyt wysokie: chciałam wciągającej obyczajówki z Indiami w tle. Dostałam przesadnie rozbudowaną historię z histeryczną, rozpuszczoną kobietą jako główną bohaterką, z której w gruncie rzeczy zabrakło porządnego zakończenia. Mam nadzieję, że Manil Suri nie myśli o kontynuacji tej historii.

Meera, główna bohaterka, żyje w cieniu pięknej siostry, w której zakochany jest Dev. Dziwnym splotem okoliczności i wiszącym w powietrzu skandalem Meera wychodzi za Deva. Z luksusowego domu z klimatyzacją przenosi się do dużo skromniejszego domu męża. Uzależniona finansowo od despotycznego ojca i pełna nienawiści do Deva swoje decyzje podejmuje w zależności od tego, któremu z mężczyzn chce zrobić na złość. Kiedy na świat przychodzi jej syn, Ashwin, życie kobiety nabiera sensu. Widzi ona dziecko jako swoje całkowite spełnienie, ukoronowanie kobiecości i największe osiągnięcie. Zaborcza miłość matki wkrótce okazuje się toksyczna, pełna emocjonalnego szantażu i niezdrowej bliskości.

Powieść rozgrywająca się w ciągu 40 lat mocno osadzona jest w indyjskiej historii i oprócz opisu różnorakich rytuałów, właśnie te skrawki historii najbardziej mi się w niej podobało. To jednak za mało, aby zachwycić się samą historią, która kończy się właściwie bez żadnej puenty. Postać Meery jest zbudowana bez zachowania jakichkolwiek konsekwencji w działaniu. Nie wiem, czy to celowy zabieg autora, czy wypadek przy pracy, ale Meera raz to chce być niezależna, innym razem w idiotycznym buncie przeciwko ojcu odrzuca wszelką możliwość godnego życia i tak się toczy jej życie. Jej ojciec, Paji, to wręcz groteskowa postać przesycona duchem racjonalizmu i nowoczesności do granic absurdu i przez to zupełnie nieautentyczna. Podobnie pokazanie różnic światopoglądowych na zasadzie wyraźnego kontrastu między rodziną Meery a Deva, to niepotrzebne pójście na łatwiznę.

Męcząca i długa lektura. Opowieść dla opowieści, pełna niedokończonych wątków. Historia Indii w tle dla zainteresowanych, ale jestem przekonana, że znajdą się autorzy, którzy historyczne apetyty zaspokoją w lepszy sposób.

the age of shiva

 

Magia gotowania Grudzień 2, 2012

Filed under: Indie,Przeczytane — Lilithin @ 22:16
DSC_0154

Bardzo duże i bardzo cienkie roti, którego specjalna nazwa uleciała mej pamięci

Jedzenie w Indiach jest ważne. Nie zliczę, ile razy pytano mnie o to, czy mam kuchnię, czy umiem gotować, co umiem gotować (ogólnie), co umiem gotować z indyjskich dań, co się jada w Polsce oraz co umiem gotować z polskich dań, co zazwyczaj jadam na śniadanie, obiad i kolację. Czasami pojawiały się pełne politowania uśmiechy, kiedy w pracy posilałam się marnymi kanapkami lub kiedy zamawiany z zewnątrz lunch przychodził w foliowych woreczkach, a nie otoczonych czcią plastikowych pojemnikach (tiffin). Sprzątaczka kiedyś się mnie zapytała, dlaczego nigdy nie przynoszę do szkoły chapati. Dziwiło mnie to życie kręcące się wokół gotowania. Owszem, lubiłam od czasu do czasu przyrządzić coś specjalnego, ale gotowanie nigdy nie było dla mnie na tyle ważne, aby poświęcać mu jakąkolwiek uwagę poza kuchnią.

Indyjska kuchnia jest o tyle łatwa, że wystarczy kilka warzyw, przyprawy i potrawa już jest gotowa. W połączeniu z kurkumą, kolendrą i innymi przyprawami zwykłe ziemniaki i groszek stają się pełnoprawnym posiłkiem. Pogodziłam się z tym, że moje chapati nigdy nie będą okrągłe, a ziemniaki w aloo parantha po rozwałkowaniu będą wyłazić z ciasta.  Polubiłam skwierczący na patelni kumin, który stał się moją ulubioną przyprawą. Codzienny rytuał ściągania pojemników z przyprawami, odkręcania wieczek i dodawania kolorowych przypraw na patelnię miał w sobie coś twórczego z domieszką szaleństwa. To już nie były przyprawy pakowane w symbolicznej ilości 10 czy 20 gram, a prawdziwy przepych zapachów, smaków i możliwości.

„Przykładałyśmy się do pracy i byłyśmy przekonane, że rodzinie Kathi tak dobrze się powodzi dzięki temu, że tak wiele miłości i wdzięczności wkładamy w przyrządzanie dla niej posiłków. Ściśle określona porcja kminku dla zaostrzenia apetytu na życie, laska cynamonu na przełamanie życiowej stagnacji, sok z cytryny na zapomnienie uraz, chili na złagodzenie bólu i kurkuma na uleczenie serca. Listki świeżo zerwanej kolendry temperują zły humor i powodują jasność myśli, ognisty, pieprzy rasam ogrzewa duszę, a starty kokos daje ukojenie i pociechę. Moczona przez kilka dni tłuczona soczewica, dodana do ciasta na cienkie naleśniki z nadzieniem ze smażonych  w sosie masala, daje poczucie dumy i wewnętrznej równowagi. Żółta fasola dodana do toranu z warzyw zapełnia długowieczność i pomyślność” *

sto_odcieni_bieliTakiego podejścia do gotowania bohaterka „Stu odcieni bieli”, Nalini, nauczyła się  swojej mamy w Indiach. Kiedy ucieka, aby wziąć ślub z synem rodziny, u której gotuje, jej życie diametralnie się zmienia, a to jedynie pierwsza z wielkich odmian losu. Wkrótce Nalini wraz z dwójką dzieci musi dołączyć do męża w Anglii, gdzie będzie się zmagać nie tylko z barierą językową, innym klimatem i mentalnością, niechęcią dzieci do indyjskich potraw przygotowywanych z wielką pieczołowitością, a także z ogromnymi problemami finansowymi.

Głównymi bohaterkami powieści są kobiety, i to niezwykle silne, zdolne do największych poświęceń dla swoich dzieci. To kobiety dbają o rodzinę, zarabiają, gotują, wybaczają. Mężczyźni, jeśli w ogóle się pojawiają, są zaledwie tłem. „Sto odcieni bieli” to pokrzepiająca, ciepła opowieść, urocza w swej przewidywalności. Magia towarzysząca gotowaniu nie była nachalna, wręcz chciałoby się w nią uwierzyć, a opisy smakowitych potraw sprawiały, że sama miałam ochotę przenieść się do kuchni i też zacząć zmieniać życie najbliższych pysznym jedzeniem.

mistrzyni przypraw„Mistrzyni przypraw” Chitry Banerjee Divakaruni również znajduje się w magicznych klimatach indyjskich kulinarów. Podczas gdy u Nair magia towarzysząca odpowiedniemu dobieraniu przypraw miała charakter bardziej ludowy, a znajomość magicznych właściwości wszystkich potraw brała się ze zwykłej ludzkiej mądrości, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, tak u Divakaruni tytułowa mistrzyni posiadła swoją wiedzę na tajemniczej wyspie dzięki naukom Najstarszej. Divakaruni kreuje mit obeznanej z magicznymi mocami przypraw mistrzyni, której rolą jest pomaganie zmagającym się z życiem Hindusom w Stanach Zjednoczonych.

Warstwa legendarna powieści ma swój urok, a każdy rozdział traktujący o innej przyprawie i jej właściwościach to świetny pomysł. Połączenie tych elementów z romansem z Samotnym Amerykaninem daje mieszankę nie tyle wybuchową, co raczej niestrawną i zupełnie do siebie niepasującą. Korzystając z porównań kulinarnych, powiedziałabym, że to jak zalanie perfekcyjnego keralskiego rybnego curry majonezem i zagryzanie go chapati posmarowanym musztardą. Mityczna opowieść o władaniu nad przyprawami, mocy odmiany losu innych ludzi dzięki właściwym kombinacjom cynamonu, asafatedy czy imbiru po prostu nie pasuje do ckliwego romansu i zachwytów nad pięknie wyrzeźbionym ciałem Samotnego Amerykanina. Główna bohaterka, Tilo adeptka przypraw potrafiąca przyzywać węże, która za wszelkie nieposłuszeństwo będzie musiała wejść w oczyszczający ogień Shampati, zachowuje się na widok Samotnego Amerykanina jak, nie przymierzając Bella na widok Edwarda. Zachwyty nad jego pięknie odprasowaną koszulą, sportowym samochodem czy drogo urządzonym mieszkaniem nie pasują do tej opowieści. Sytuacji bynajmniej nie ratuje historia jego utraconej mocy. Wątek romansowy niepotrzebnie spłyca „Mistrzynię przypraw” i tworzy z niej dziwną hybrydę.

—–

* Preethi Nair. Sto odcieni bieli. Tłum. Agnieszka Pokojska. Wyd. Muza. Warszawa: 2004. S. 67.

DSC_0175

Mistrzowie przypraw z Old Delhi

DSC_0188

DSC_0181

DSC_0187

 

„Miedzianka. Historia znikania” – Filip Springer Październik 13, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 17:02
Tags:

Miedzianka, dawniej Kupferberg – niewielkie miasteczko w pobliżu Jeleniej Góry. Zamieszkiwane przez Niemców, ocalało nietknięte po II wojnie światowej, wojenna zawierucha oszczędziła malowniczy ryneczek, zadbane domy, browar i karczmę, w której tętniło życie. Wojenna zawierucha oszczędziła Miedziankę, a jednak miasteczka nie ma już na mapie, p domach zniknął ślad, a miejsce dawnych przechadzek mieszkańców zarasta trawa.Za zniknięciem Miedzianki nie kryje się wielka tajemnica. Jej los przesądzony był jeszcze przed wojną, kiedy

„pewnego dnia konie ciągnące pług po polu pana Franzkiego zapadają się w ziemi po piersi i wydają z  siebie tak przerażający kwik, że ci, którzy są akurat w pobliżu, rzucają swoją robotę i wybiegają na pole z pobladłymi twarzami. Tylko niektórzy mają odwagę ruszyć z pomocą i ratować zwierzęta, inni patrzą z daleka na wystające z ziemi końskie łby i niezwykłe, lejkowate zapadlisko wokół nich.”

Górnicze korytarze, które drążono od średniowiecza w poszukiwaniu cennych złóż stopniowo dawały się we znaki. Wyroku dopełniło rabunkowe wydobycie uranu rozpoczęte przez Rosjan. Nowi mieszkańcy Miedzianki, przybyli ze wschodu, pracowali w kopalni, bo płacono im dobrze, ale żyli w atmosferze strachu i z absolutnym zakazem rozmów o tym, co dzieje się na dole. W oficjalnych papierach kopalnia uranu była zarejestrowana jako Papryka Papieru w Janowicach. Pracę wykonywaną bez podstawowych zasad bezpieczeństwa wielu z górników okupiło zdrowiem. Życie w Miedziance stopniowo zamierało, coraz więcej domów ulegało górniczym zniszczeniom, a pod koniec lat 60-tych podjęto decyzję o ewakuacji i wyburzeniu miasteczka.

Książka Springera to reportaż niemal doskonały. Sam autor pojawia się jedynie w epizodach na początku i na końcu, oddając głos byłym mieszkańcom i osobom związanym z Miedzianką. Springer unika wartościowania, sprytnie powstrzymuje się od oceniających komentarzy, a tylko przytacza głosy świadków. Niektóre rozdziały to pisane od myślników wypowiedzi mieszkańców, część z nich jest wręcz przerażająca i mówi więcej niż jakikolwiek odautorski komentarz. Szczególnie poruszające były fragmenty o profanacji starego niemieckiego cmentarza, o bliżej nieokreślonych  osobach, które ciągnikami wyciągali płyty nagrobne, o graniu czaszką w piłkę, odrywaniu aniołków z trumien, wyciąganiu szkieletów. I braku jakiejkolwiek reakcji ze strony mieszkańców.

Springer pokazuje też,w jaki sposób byli mieszkańcy mieszkańcy Miedzianki tłumaczą sobie pewne zjawiska tworząc mity i legendy, które są traktowane jak fakty. Zrywanie podłóg, poszukiwanie niemieckich skarbów nie były niczym nadzwyczajnym. Nawet po latach widok Niemców, którzy przyjechali do miasteczka swojego dzieciństwa tłumaczony jest tym, że wrócili po swoje złoto ukryte w ziemi. W zatopionych chodnikach mają też mają znajdować się skarby – i niemieckie, i rosyjskie. Irena Siutowa, szefowa urzędu gminy, jawi się jako jedyna odpowiedzialna za zniknięcie Miedziaki, demon w ciele kobiety.

– Całe miasteczko wykończyli Cyganie. Sprowadziła ich Siutowa. I oni tutaj rządzili przez kilka dobrych lat.

– Sami wszystkie domy wykończyli?

– Sami, dom po domu, zajmowali pustostany i rujnowali.

– Ilu ich było?

– Przyjechały ze dwie rodziny, mieszkali najpierw w pałacu, ale oni się szybko rozmnażali i po roku połowę mieszkańców Miedzanki to Cyganie stanowili, aż się Polacy zaczynali buntować, bo oni całe miasteczko do ruiny doprowadzili.” **

Springer przywołuje do życia Miedziankę na nowo – lata jej świetności i stopniowy upadek. Grzebanie w historii przywołuje też demony – zastraszanie przez UB i kompletny brak poszanowania dla miejsca przez przesiedleńców. W wielu chwilach wstyd mi było za mieszkańców Miedzianki. Bezczeszczenia cmentarza nie można tłumaczyć traumą powojennej tułaczki, wrażeniem tymczasowości. Dla Polaków odpowiedzialna za wyburzenie miasteczka będzie zawsze doktorowa Siutowa, dla Niemców „pijani Polacy”. Każdy tworzy własne mity.

—–

* Filip Springer. Miedzianka. Historia znikania. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec: 2011. S. 5.

** Tamże, s. 195-6.

 

„Broniłam ofiar. Pamiętnik z Iranu” – Shirin Ebadi Październik 6, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 21:05
Tags: , , ,

Akurat, kiedy byłam świeżo po lekturze „Broniłam ofiar”, w radio usłyszałam wiadomość o irańskich delegatach, którzy wybrali się do Nowego Jorku, jeśli mnie pamięć nie myli, na radę ONZ. I o zgrozo, poszli na zakupy! Można by pomyśleć, że przez oszalałych żądzą kupowania Irańczyków sklepy wręcz opustoszały. Prezenter radiowy na koniec kwaśno skomentował, że Irańczycy, którzy z założenia (!) powinni gardzić Ameryką, jakoś nie gardzą zaopatrzeniem amerykańskich sklepów. Rzeczywiście, skandal wszechczasów. Ledwo wierzyłam własnym uszom, że słyszę takie bzdury i umacnianie stereotypów w ogólnopolskiej rozgłośni (i niestety jedynej, jaką odbiera mój nadajnik).

Przeczytanie książki laureatki pokojowej Nagrody Nobla być może ustrzegłoby  prowadzącego audycję przed bezsensownym uogólnianiem. Shirin Ebadi pisze jasno i logicznie, jej wspomneinia mają przede wszystkim wartość poznawczą, niekoniecznie literacką. Nie jest to jednak zarzut. Ebadi odebrała wykształcenie prawnicze, przed wybuchem rewolucji islamskiej była sędzią, a kiedy zabroniono jej wykonywania tego zawodu, otworzyła własną praktykę adwokacką, więc uporządkowana logika opowiadania jest w pełni zrozumiała.

Ebadi pisze o swojej młodości, studiach, o wielkiej radości, która towarzyszyła odejściu od władzy marionetkowego szacha i nadziei, jaką wzbudziła rewolucja. Pełne optymizmu podniecenie, którego pełno było na ulicach, wkrótce zmieniło się  w strach i życie pełne represji. W trudnej sytuacji znaleźli się nie tylko intelektualiści, ale przede wszystkim kobiety. Ebadi nie może zrozumieć, jak można było wprowadzić do XX-wiecznego Iranu prawa rodem z VII wieku. Kiedy próbuje polemizować z duchownymi, przytaczając słowa ksiąg, z których ci się uczyli, nie zyskuje sobie popularności. Ebadi jest jednak wielką patriotką i nie chce wyjechać z Iranu, choć wyjeżdża wiele jej znajomych. Czuje się odpowiedzialna za dalsze losy kraju, zastanawia się, co się z nim stanie, jeśli wszyscy wyjadą. Ta godna podziwu postawa i bronienie pozornie beznadziejnych spraw, za które nie zabrałby się nikt inny przyniosły Ebadi sławę, a w 2003 roku pokojową Nagrodę Nobla.  Ebadi w ramach swojej działalności nie tyle próbuje znieść surowe prawo szariatu, ale dowieść, że w ramach islamu możliwa jest inna interpretacja słów Koranu, umożliwiająca życie zgodne i z zasadami religijnymi, i z prawami człowieka.

Na koniec kilka słów odnośnie polskiego tłumaczenia tytułu: „Iran Awakening. A Memoir of Revolution and Hope” . Gdybym nie wiedziała, kim jest autora, zdecydowanie nie sięgnęłabym po książkę o takim tytule. Kojarzy mi się z gonieniem za tanią sensacją. Przynajmniej okładka nie przedstawia tajemniczej piękności o mocno umalowanych oczach w hidżabie.

 

„Zaopiekuj się moją mamą” – Shin Kyung-Sook Wrzesień 30, 2012

Filed under: Przeczytane,Wyzwania — Lilithin @ 18:18
Tags:

Osiedlowa biblioteka pozytywnie mnie zaskakuje swoim księgozbiorem bogatym w nowości, wśród których wyczaiłam nagrodzoną Man Asian Literary Prize powieść koreańskiej pisarki „Zaopiekuj się moją mamą”.

Książkę te ze spokojnym sumieniem mogę polecić każdemu, nawet osobie, która kompletnie nie interesuje się kulturą koreańską. Choć historia osadzona jest głównie w Seulu, nie ma to większego znaczenia. Nie tło kulturalno-obyczajowe  jest najważniejsze, a relacje między matką a resztą rodziny, przez co powieść nabiera uniwersalnego wymiaru i chwyci czytelnika za serce chyba pod każdą szerokością geograficzną.

Powieść toczy się wokół poszukiwań zaginionej matki, która wybrała się do Seulu w odwiedziny do swoich dzieci. Przyjechała tam wraz z mężem, który zawsze chodził szybciej niż żona i całe życia lekceważył jej prośby o wolniejsze tempo. W tłumie ludzi na stacji metra nie obejrzał się ani razu, wsiadł do wagonu, a kobieta została na peronie, skąd rozpoczęły się jej poszukiwania.

Shin Kyung-Sook podzieliła książkę na kilka części i zastosowała ciekawy zabieg bezpośredniego zwracania się do bohaterów poszczególnych części (dwóch córek, syna i męża zaginionej), np. „Dla ciebie mama była zawsze mamą. Nigdy nie przyszło Ci do głowy, że ona kiedyś też stawiała pierwsze kroki, że najpierw miała trzy lata, potem dwadzieścia trzy. Mama była mamą. Urodziła się mamą.” Po zaginięciu mamy, okazuje się, że nikt jej tak naprawdę nie znał. Nikt z rodziny nie wiedział, co robi w wolnym czasie, córka pisarka nie zdawała sobie sprawy, że mama niepotrafiąca czytać, poprosiła pewną kobietę o przeczytanie książek córki. Kiedy mama chciała porozmawiać przez telefon z którymś z dzieci, te niecierpliwiły się i czym prędzej kończyły rozmowę, by wrócić do swoich spraw. To tylko nieliczne przykłady, a inne niemal wyciskały łzy z oczu.

„Zaopiekuj się moją mamą” to książka, wobec której osoby nawet o najtwardszych sercach nie przejdą obojętnie i być może zaczną inaczej patrzeć na istnienie osoby tak pozornie oczywistej i branej za pewnik jak mama. Shin Kyung-Sook za pośrednictwem prostych środków stworzyła uniwersalną opowieść o rodzicielskiej miłości i poświęceniu.

 

„Powiedział mi wróżbita” – Tiziano Terzani Wrzesień 22, 2012

Nie bardzo wierzę w przepowiednie, horoskopy, wróżby. W Indiach wprawdzie astrolog postawił mi horoskop, mam go do dziś (w hindi!), ale traktuję jako tylko jako pamiątkę, a nie objawione prawdy. Będąc sceptycznie do tego nastawioną osobą, nigdy bym nie zaczęła szukać kontaktu z wróżbitami, nie chodziłabym do nich po rady, jeśli miałoby mnie to irytować, nudzić lub jeśli miałabym do tego podchodzić z zaczepnym nastawieniem: a cóż nowego ten wróżbita może mi powiedzieć. Dlatego bardzo mnie dziwi to, co zrobił Tiziano Terzani. A mianowicie uwierzył w jedną przepowiednię, która głosiła, że jeśli w 1993 roku wsiądzie na pokład samolotu, zginie. Postanowił więc przez rok podróżować wyłącznie drogą lądową (ewentualnie morską), a w odwiedzanych krajach udawał się do wszelakich astrologów, wróżbitów, czarodziejów. Nie wiem po co chodzić do tego rodzaju osób, jeśli jest się z góry nastawionym negatywnie, tym bardziej mnie dziwi potrzeba napisania na ten temat książki…

Poza naprawdę nielicznymi wyjątkami, Terzani wyszydza słowa wróżbitów  i metody przepowiadania przyszłości. Jednocześnie jednak wierzy, że dolegliwości, na które skarżą się bywalcy jego tajlandzkiego domu, zwanego Żółwim Pałacem, związane są z zaburzeniem harmonii i udaje się do świątyni przebłagać duchy, a następnie zaprasza 9 mnichów do domu, którzy odśpiewują hymny i wszelkie kłopoty ustają. Brak konsekwencji w poglądach autora jest porażający.

Być może przymknęłabym oko na wybiórcze traktowanie wróżb, ale Terzani tak demonizuje postęp i modernizację Azji, nazywając go koniem trojańskim, że ciężko było mi go znieść. Autor namolnie podkreślał dychotomię materialistyczny, pusty Zachód vs Wschód, jedyna oaza duchowości i wartości, który zatraca własną tożsamość chcąc stać się drugim Zachodem. W swoich spotkaniach poszukuje aury tajemnicy i magii, która towarzyszyła podróżnikom z początku XX wieku i jest zawiedziony, kiedy jej nie znajduje. Swoim podejściem Terzani tak naprawdę pokazuje, jak stereotypowe wyobrażenia i oczekiwania ma wobec Azji. Z jego tekstów wynika, że turystyka jest złem, postęp jest złem, a autor najchętniej widywałby kobiety i mężczyzn ubranych w tradycyjne, ludowe stroje i mieszkających w domach krytych słomą. Terzani krytykuje nawet budowę domów z trwalszych materiałów niż te, z których korzystali dziadkowie napotkanych ludzi. Ludzie, którzy cierpieli biedę przez pokolenia i chcą się z niej wyrwać ciężką pracą zarobkową, są obiektem pogardy i lekceważenia. Najbardziej obrywa się Chińczykom, „misjonarzom praktyczności i materializmu”. Wszystkich Terzani wrzuca do jednego worka i w typowej dla siebie sztuce uogólnień, stwierdza, że opanowali oni glob z wrodzoną sobie pragmatyczną chęcią dorobienia się. Singapurczycy to dla niego irytujące „społeczeństwo sklepikarzy, którym się powiodło i którzy mogli sobie pozwolić na wszystko z wyjątkiem myślenia”…

Bardzo mnie zaskoczyło, z jaką pewnością Terzani podaje swoje wnioski jako jedyną istniejącą prawdę, a łatwość, z jaką osądza ludzi  wręcz zszokowała. A ocenia nie tylko przypadkowo napotkane jednostki, ale całe narody! Doprawdy dziwne jest takie podejście u kogoś, kto ma się za reportera. Fakt, że pióro ma sprawne, ale w gruncie rzeczy, poza ciągłą krytyką, niewiele do powiedzenia. Z jego podróży przez Laos, Tajlandię, Malezję, Singapur, Indonezję, Kambodżę, Wietnam i Mongolię wynika tyle, że wróżbici najczęściej prawią banały, a Azja swym pędem do nowoczesności popełnia zbiorowe samobójstwo. Zaciekawiły mnie teksty o Malezji i Singapurze, ale Terzani ledwie rozpoczął ciekawe wątki, by kontynuować dwoje biadolenie na demoniczną nowoczesność. Autor ubolewał nawet nad tym, że nawigacja morska coraz bardziej polega na komputerach, a nie umiejętnościach załogi. Złośliwie mogłabym zapytać, dlaczego nie żałuje, że średniowieczny zawód iluminatora odszedł w zapomnienie. Być może, gdyby jego książki powstały w kilku kopiach i utrzymanie się z pisania byłoby niemożliwe, Terzani sam stałby się tak przez samego siebie pogardzanym sklepikarzem. Dla mnie to jedno z największych rozczarowań czytelniczych.