Czytatnik

"To już wasza sprawa, na co trwonicie czas i pieniądze. Ja sobie poczytam, bo życie jest krótkie."

„Bodily Harm” – Margaret Atwood Marzec 24, 2013

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 20:20
Tags:

„Nie wiedziała, jak wygląda nowa dziewczyna Jake’a. Dla Rennie była tylko ciałem bez głowy, nagim lub ubranym w czarną koszulę nocną. Tym samym, czym Rennie była wcześniej dla niego. ‚Czym jest kobieta?’ Jake kiedyś zapytał. ‚Głową z dołączoną cipą czy cipą z dołączoną głową?'”

Kiedy lekarze diagnozują u Rennie raka, jedynym ratunkiem jest mastektomia. Po operacji kobieta nie potrafi zaakceptować siebie na nowo i odczuwa, że również jej partner nie potrafi ukryć rozczarowania jej nowym ciałem. Rennie uświadamia sobie, że cały czas Jake ją jedynie uprzedmiotawiał, ale mimo to poszukuje potwierdzenia własnej wartości w oczach innego mężczyzny na karaibskiej wyspie, na którą się wybiera, aby dojść do siebie i przy okazji napisać podróżniczy artykuł do magazynu.

Rennie chce grać w tenisa, leżeć na plaży i spędzać miło czas. St Antoine stoi jednak u progu rewolucji i daleko jej do turystycznego raju. Rennie wielokrotnie broni się przed relacjonowaniem politycznych wydarzeń z wyspy. Chce być bezstronna, obojętna i nie ma zamiaru mieszać się w sprawy wyspy. Nie pasuje to po pierwsze do zadania, jakie postawił jej wydawca – napisać zwyczajny i nieco przewidywalny artykuł o tym, co warto zobaczyć, gdzie dobrze zjeść itp. A po drugie, Rennie nie zajmuje się poważnymi tematami, jej działka to lifestyle, czyli mało istotne i mało ambitne teksty o najnowszych trendach.

Czy Rennie obudzi się ze swego odrętwienia? Czy do końca będzie sądziła, że polityka braku interwencji jest najlepszym wyborem „słodkich Kanadyjczyków”? Czy nadal będzie pozwalała mężczyznom traktować się jako seksualny obiekt? Fanom Atwood łatwo przewidzieć, czy bohaterka przejdzie swoistą transformację, czy zostanie przy swoim wygodnym, ale pozbawionym głębszego sensu życiu. Nie o końcowy efekt jednak tu chodzi, a o samo zadawanie pytań, a to Atwood robi po mistrzowsku.

Bodily Harm

 

„The Age of Shiva” – Manil Suri Marzec 17, 2013

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 19:08
Tags:

Wracam do blogowego świata. Ponad 20 książek przeczytanych nie doczekało się ani jednego słowa na czytatniku. Część pamiętam dość dobrze, inne jak przez mgłę, o kilku w ogóle zapomniałam, że miałam je w ręce. A może właśnie łatwiej przekonać się o wartości książki w kilka tygodniu po jej przeczytaniu? Kiedy pierwsze, najmocniejsze wrażenia nieco stracą na mocy, a historia opowiadana przez autora zdąży dojrzeć w czytelniku? Książki wybitne obronią się same, średnie odejdą w niepamięć, a kiepskie spotkają się z mniej zjadliwą krytyką.

Ach, gdybym pisała o „The Age of Shiva” tuż po lekturze, ależ by się oberwało autorowi! Z perspektywy czasu chłodnym okiem mogę ocenić, że książka wymęczyła mnie niemiłosiernie, a ja czytałam ją w jakimś masochistycznym transie. Oczekiwania wobec powieści miałam niezbyt wysokie: chciałam wciągającej obyczajówki z Indiami w tle. Dostałam przesadnie rozbudowaną historię z histeryczną, rozpuszczoną kobietą jako główną bohaterką, z której w gruncie rzeczy zabrakło porządnego zakończenia. Mam nadzieję, że Manil Suri nie myśli o kontynuacji tej historii.

Meera, główna bohaterka, żyje w cieniu pięknej siostry, w której zakochany jest Dev. Dziwnym splotem okoliczności i wiszącym w powietrzu skandalem Meera wychodzi za Deva. Z luksusowego domu z klimatyzacją przenosi się do dużo skromniejszego domu męża. Uzależniona finansowo od despotycznego ojca i pełna nienawiści do Deva swoje decyzje podejmuje w zależności od tego, któremu z mężczyzn chce zrobić na złość. Kiedy na świat przychodzi jej syn, Ashwin, życie kobiety nabiera sensu. Widzi ona dziecko jako swoje całkowite spełnienie, ukoronowanie kobiecości i największe osiągnięcie. Zaborcza miłość matki wkrótce okazuje się toksyczna, pełna emocjonalnego szantażu i niezdrowej bliskości.

Powieść rozgrywająca się w ciągu 40 lat mocno osadzona jest w indyjskiej historii i oprócz opisu różnorakich rytuałów, właśnie te skrawki historii najbardziej mi się w niej podobało. To jednak za mało, aby zachwycić się samą historią, która kończy się właściwie bez żadnej puenty. Postać Meery jest zbudowana bez zachowania jakichkolwiek konsekwencji w działaniu. Nie wiem, czy to celowy zabieg autora, czy wypadek przy pracy, ale Meera raz to chce być niezależna, innym razem w idiotycznym buncie przeciwko ojcu odrzuca wszelką możliwość godnego życia i tak się toczy jej życie. Jej ojciec, Paji, to wręcz groteskowa postać przesycona duchem racjonalizmu i nowoczesności do granic absurdu i przez to zupełnie nieautentyczna. Podobnie pokazanie różnic światopoglądowych na zasadzie wyraźnego kontrastu między rodziną Meery a Deva, to niepotrzebne pójście na łatwiznę.

Męcząca i długa lektura. Opowieść dla opowieści, pełna niedokończonych wątków. Historia Indii w tle dla zainteresowanych, ale jestem przekonana, że znajdą się autorzy, którzy historyczne apetyty zaspokoją w lepszy sposób.

the age of shiva

 

Podsumowanie roku Styczeń 13, 2013

Filed under: Off topic — Lilithin @ 22:07

Gdzie się nie rozejrzę, tam podsumowania roku. Nie tylko czytelnicze. Z wpisów na blogu tego nie widać, ale był to udany rok. Zarówno czytelniczo, jak i prywatnie. Do czerwca byłam w Indiach, przetrwałam zimę bez ogrzewania i potworne lato bez klimatyzatora😉 Wiele wpisów o Indiach wciąż czeka, aby je przelać z papieru na bloga. Przez dobrych kilka tygodni po powrocie nie byłam w stanie nawet słuchać indyjskiej muzyki bez obficie płynących łez, a co dopiero zebrać się do napisania o indyjskim weselu czy pracy w szkole. Kiedy pogodziłam się z powrotem, na pisanie zabrakło już czasu.

Sporadyczna obecność na blogu na szczęście nie świadczy o zaprzestaniu czytania. Czytam! Zeszły rok zamknęłam z wynikiem 44 książek. I jestem zadowolona. Znam siebie, swoje czytelnicze nawyki i tempo czytania. Wolę czytać mniej, ale mieć pewność, że czytam ze zrozumieniem i mieć czas na refleksję, a nie bezmyślnie pożerać książki, czym niechybnie skończyłyby się u mnie próby przeczytania 200 książek w ciągu roku.

Z tych 44 tytułów na blogu wspomniałam jedynie o 24. Nie znaczy to, że książki nieobecne na blogu niewarte są rozmawiania o nich, bo znajduje się wśród nich zdecydowany numer 1 w kategorii non-fiction, czyli „Mumbaj. Maximum City” Suketu Mehty. Na wyróżnienie zasługuje też „Czytając Lolitę w Teheranie” Azar Nafisi i „Miedzanka” Filipa Springera. Jeśli chodzi o powieści, to  Susan Abulhawa i jej „Wiatr z północy” wciąż nie dają o sobie zapomnieć. Świetne były też „Wypalone cienie” Kamili Shamsie i „The Age of Orphans” Laleh Khadivi.

Wspanialego roku 2013 i samych udanych lektur! A sobie życzę więcej czasu i częstszej obecności w blogowym świecie🙂

 

Świątecznie Grudzień 26, 2012

Filed under: Off topic — Lilithin @ 10:57

Na życzenia świąteczne już trochę późno, ale mam nadzieję, że ostatnie dni mijają wam na słodkim lenistwie, z talerzykiem pełnym pierniczków i przy dobrej lekturze.

Ja się bardzo cieszę na te święta, które mimo, że bez śniegu, urzekły mnie swoją atmosferą. Rok temu spędziłam Boże Narodzenie w pociągu do Mumbaju i ani razu nie usłyszałam piosenki „Last Christmas”, której, ku memu ogromnemu zaskoczeniu, bardzo mi brakowało. W tym roku za to nasłuchałam się do woli.

Poniżej kilka szopek z Goa.

SAM_8691

SAM_8692

SAM_8703

 

SAM_8702

 

 

Magia gotowania Grudzień 2, 2012

Filed under: Indie,Przeczytane — Lilithin @ 22:16
DSC_0154

Bardzo duże i bardzo cienkie roti, którego specjalna nazwa uleciała mej pamięci

Jedzenie w Indiach jest ważne. Nie zliczę, ile razy pytano mnie o to, czy mam kuchnię, czy umiem gotować, co umiem gotować (ogólnie), co umiem gotować z indyjskich dań, co się jada w Polsce oraz co umiem gotować z polskich dań, co zazwyczaj jadam na śniadanie, obiad i kolację. Czasami pojawiały się pełne politowania uśmiechy, kiedy w pracy posilałam się marnymi kanapkami lub kiedy zamawiany z zewnątrz lunch przychodził w foliowych woreczkach, a nie otoczonych czcią plastikowych pojemnikach (tiffin). Sprzątaczka kiedyś się mnie zapytała, dlaczego nigdy nie przynoszę do szkoły chapati. Dziwiło mnie to życie kręcące się wokół gotowania. Owszem, lubiłam od czasu do czasu przyrządzić coś specjalnego, ale gotowanie nigdy nie było dla mnie na tyle ważne, aby poświęcać mu jakąkolwiek uwagę poza kuchnią.

Indyjska kuchnia jest o tyle łatwa, że wystarczy kilka warzyw, przyprawy i potrawa już jest gotowa. W połączeniu z kurkumą, kolendrą i innymi przyprawami zwykłe ziemniaki i groszek stają się pełnoprawnym posiłkiem. Pogodziłam się z tym, że moje chapati nigdy nie będą okrągłe, a ziemniaki w aloo parantha po rozwałkowaniu będą wyłazić z ciasta.  Polubiłam skwierczący na patelni kumin, który stał się moją ulubioną przyprawą. Codzienny rytuał ściągania pojemników z przyprawami, odkręcania wieczek i dodawania kolorowych przypraw na patelnię miał w sobie coś twórczego z domieszką szaleństwa. To już nie były przyprawy pakowane w symbolicznej ilości 10 czy 20 gram, a prawdziwy przepych zapachów, smaków i możliwości.

„Przykładałyśmy się do pracy i byłyśmy przekonane, że rodzinie Kathi tak dobrze się powodzi dzięki temu, że tak wiele miłości i wdzięczności wkładamy w przyrządzanie dla niej posiłków. Ściśle określona porcja kminku dla zaostrzenia apetytu na życie, laska cynamonu na przełamanie życiowej stagnacji, sok z cytryny na zapomnienie uraz, chili na złagodzenie bólu i kurkuma na uleczenie serca. Listki świeżo zerwanej kolendry temperują zły humor i powodują jasność myśli, ognisty, pieprzy rasam ogrzewa duszę, a starty kokos daje ukojenie i pociechę. Moczona przez kilka dni tłuczona soczewica, dodana do ciasta na cienkie naleśniki z nadzieniem ze smażonych  w sosie masala, daje poczucie dumy i wewnętrznej równowagi. Żółta fasola dodana do toranu z warzyw zapełnia długowieczność i pomyślność” *

sto_odcieni_bieliTakiego podejścia do gotowania bohaterka „Stu odcieni bieli”, Nalini, nauczyła się  swojej mamy w Indiach. Kiedy ucieka, aby wziąć ślub z synem rodziny, u której gotuje, jej życie diametralnie się zmienia, a to jedynie pierwsza z wielkich odmian losu. Wkrótce Nalini wraz z dwójką dzieci musi dołączyć do męża w Anglii, gdzie będzie się zmagać nie tylko z barierą językową, innym klimatem i mentalnością, niechęcią dzieci do indyjskich potraw przygotowywanych z wielką pieczołowitością, a także z ogromnymi problemami finansowymi.

Głównymi bohaterkami powieści są kobiety, i to niezwykle silne, zdolne do największych poświęceń dla swoich dzieci. To kobiety dbają o rodzinę, zarabiają, gotują, wybaczają. Mężczyźni, jeśli w ogóle się pojawiają, są zaledwie tłem. „Sto odcieni bieli” to pokrzepiająca, ciepła opowieść, urocza w swej przewidywalności. Magia towarzysząca gotowaniu nie była nachalna, wręcz chciałoby się w nią uwierzyć, a opisy smakowitych potraw sprawiały, że sama miałam ochotę przenieść się do kuchni i też zacząć zmieniać życie najbliższych pysznym jedzeniem.

mistrzyni przypraw„Mistrzyni przypraw” Chitry Banerjee Divakaruni również znajduje się w magicznych klimatach indyjskich kulinarów. Podczas gdy u Nair magia towarzysząca odpowiedniemu dobieraniu przypraw miała charakter bardziej ludowy, a znajomość magicznych właściwości wszystkich potraw brała się ze zwykłej ludzkiej mądrości, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, tak u Divakaruni tytułowa mistrzyni posiadła swoją wiedzę na tajemniczej wyspie dzięki naukom Najstarszej. Divakaruni kreuje mit obeznanej z magicznymi mocami przypraw mistrzyni, której rolą jest pomaganie zmagającym się z życiem Hindusom w Stanach Zjednoczonych.

Warstwa legendarna powieści ma swój urok, a każdy rozdział traktujący o innej przyprawie i jej właściwościach to świetny pomysł. Połączenie tych elementów z romansem z Samotnym Amerykaninem daje mieszankę nie tyle wybuchową, co raczej niestrawną i zupełnie do siebie niepasującą. Korzystając z porównań kulinarnych, powiedziałabym, że to jak zalanie perfekcyjnego keralskiego rybnego curry majonezem i zagryzanie go chapati posmarowanym musztardą. Mityczna opowieść o władaniu nad przyprawami, mocy odmiany losu innych ludzi dzięki właściwym kombinacjom cynamonu, asafatedy czy imbiru po prostu nie pasuje do ckliwego romansu i zachwytów nad pięknie wyrzeźbionym ciałem Samotnego Amerykanina. Główna bohaterka, Tilo adeptka przypraw potrafiąca przyzywać węże, która za wszelkie nieposłuszeństwo będzie musiała wejść w oczyszczający ogień Shampati, zachowuje się na widok Samotnego Amerykanina jak, nie przymierzając Bella na widok Edwarda. Zachwyty nad jego pięknie odprasowaną koszulą, sportowym samochodem czy drogo urządzonym mieszkaniem nie pasują do tej opowieści. Sytuacji bynajmniej nie ratuje historia jego utraconej mocy. Wątek romansowy niepotrzebnie spłyca „Mistrzynię przypraw” i tworzy z niej dziwną hybrydę.

—–

* Preethi Nair. Sto odcieni bieli. Tłum. Agnieszka Pokojska. Wyd. Muza. Warszawa: 2004. S. 67.

DSC_0175

Mistrzowie przypraw z Old Delhi

DSC_0188

DSC_0181

DSC_0187

 

Palestyna na ekranie Listopad 18, 2012

Filed under: Obejrzane — Lilithin @ 20:31
Tags: ,

Od kilku dni śledzę to, co dzieje się w Gazie i nie mam słów na opisanie wściekłości, przerażenia i bezsilności, jaką odczuwam. Przywódcy europejscy jednoczą się z Izraelem i jego prawem do obrony. Ciekawe co z prawem do obrony Palestyńczyków? Na całym świecie odbywają się akcje wyrażające poparcie dla Palestyny, a tutaj można podpisać wniosek skierowany do ONZ o utworzenie państwa palestyńskiego.

Tymczasem chciałam napisać kilka słów o dwóch filmach z konfliktem izraelsko-palestyńskim w tle, które obejrzałam jakiś czas temu.

„Lemon Tree” zaczyna się delikatną, wpadającą w ucho piosenką i piękną sceną, w której bohaterka, Salma, robi przetwory z soczystych cytryn zebranych w przydomowym sadzie, który należał do jej rodziny od 50 lat. Wkrótce okazuje się, że do domu obok wprowadza się izraelski Minister Obrony, a sad nagle staje się miejscem, w którym terroryści czyhają na życie polityka. Sad ma zostać ścięty, a Salma nie chcąc się pogodzić z taką niesprawiedliwością, udaje się do prawnika i sprawa trafia do Sądu Najwyższego Izraela. Nietrudno domyślić się finału tej beznadziejnej walki.

W pewnym momencie Salma opowiada izraelskiemu żołnierzowi, że w dzieciństwie jeździła ze swoim ojcem sprzedawać cytryny do Izraela. W ciągu kilkudziesięciu lat sytuacja jednak się zmieniła, a Salma teraz nawet nie może podlać drzewek cytrynowych, bo izraelski rząd odgrodził ją od sadu, obok którego zbudowano budkę strażniczą ze strzegącym bezpieczeństwa żołnierzem z karabinem. Najbardziej ludzka wydaje się żona ministra, Mira, która nie do końca godzi się z tym, jak jej państwo traktuje Salmę. Kobieta jednak jest uwięziona w swojej roli żony izraelskiego polityka, a agenci ochrony skutecznie kontrolują jej każdy ruch. Kobiety nie mogą ze sobą porozmawiać, poznać się, mimo, że mieszkają w niemal przylegających do siebie budynkach. Salma też jest uwięziona w roli wdowy, której nie dana jest druga miłość, zwłaszcza z młodszym mężczyzną. Osobną grupę stanowią izraelscy żołnierze i ochroniarze, którzy tylko wypełniają rozkazy z góry i przyznają przy tym, że nie ich rolą jest myślenie.

„Lemon Tree” pokazuje, że w tym konflikcie nie ma wygranych. Odgradzanie się murami i ścinanie drzew skutkuje przeraźliwą samotnością. Piękne zdjęcia i miejscami liryczne przedstawienie przywiązania do ziemi są dodatkowymi atutami filmu.

W zupełnie innym duchu nakręcony jest „Paradise Now”, historia dwóch przyjaciół, którzy zostają zamachowcami samobójcami. Film przesiąknięty jest atmosferą rozpaczy, jakiej jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć.

„Paradise Now” uczłowiecza obraz zamachowca, pokazuje go z ludzkiej strony, z rozterkami, dylematami i pełnego wątpliwości. Dużo łatwiej wyobrazić sobie terrorystów jako nieokrzesanych radykałów, a trudniej poszukać motywów ich działania. Desperacja i zupełna bezsilność, nieustające poniżenie, niemożność swobodnego poruszania się to tylko niektóre z powodów, jakie padają w filmie. „Paradise Now” stawia też niezwykle istotne pytanie: w jaki sposób Palestyna ma walczyć z okupacją izraelską. Scena zaciętej kłótni między Suhą, której ojciec zginął w samobójczym zamachu, a Khaledem to jeden z najlepszych momentów w filmie. Zamachy terrorystyczne jedynie dają pretekst do dalszych ataków ze strony Izraela. Ale czy bez nich sytuacja uległaby jakiejkolwiek zmianie?   Jak walczyć z jedną z największych potęg militarnych świata samemu nie mając zorganizowanej armii? Co zrobić, kiedy okupanci przedstawiają siebie jako ofiary, a niemal cały świat staje po ich stronie? „Paradise Now” stawia dziesiątki pytań, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi jednocześnie pokazując, że terroryzm to nie zawsze wynik ślepej nienawiści, tylko efekt rozpaczy i wręcz niewyobrażalnej desperacji.

Świetny film z niesztampową i nieprzewidywalną fabułą. Nie tak liryczny jak „Lemon Tree”, ale emocji w nim zdecydowanie nie brakuje. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że to filmowy odpowiednik „Wiatru z północy”, który podobnie jak książka, może otworzyć oczy i zupełnie zmienić perspektywę odbiorcy.

 

„Miedzianka. Historia znikania” – Filip Springer Październik 13, 2012

Filed under: Przeczytane — Lilithin @ 17:02
Tags:

Miedzianka, dawniej Kupferberg – niewielkie miasteczko w pobliżu Jeleniej Góry. Zamieszkiwane przez Niemców, ocalało nietknięte po II wojnie światowej, wojenna zawierucha oszczędziła malowniczy ryneczek, zadbane domy, browar i karczmę, w której tętniło życie. Wojenna zawierucha oszczędziła Miedziankę, a jednak miasteczka nie ma już na mapie, p domach zniknął ślad, a miejsce dawnych przechadzek mieszkańców zarasta trawa.Za zniknięciem Miedzianki nie kryje się wielka tajemnica. Jej los przesądzony był jeszcze przed wojną, kiedy

„pewnego dnia konie ciągnące pług po polu pana Franzkiego zapadają się w ziemi po piersi i wydają z  siebie tak przerażający kwik, że ci, którzy są akurat w pobliżu, rzucają swoją robotę i wybiegają na pole z pobladłymi twarzami. Tylko niektórzy mają odwagę ruszyć z pomocą i ratować zwierzęta, inni patrzą z daleka na wystające z ziemi końskie łby i niezwykłe, lejkowate zapadlisko wokół nich.”

Górnicze korytarze, które drążono od średniowiecza w poszukiwaniu cennych złóż stopniowo dawały się we znaki. Wyroku dopełniło rabunkowe wydobycie uranu rozpoczęte przez Rosjan. Nowi mieszkańcy Miedzianki, przybyli ze wschodu, pracowali w kopalni, bo płacono im dobrze, ale żyli w atmosferze strachu i z absolutnym zakazem rozmów o tym, co dzieje się na dole. W oficjalnych papierach kopalnia uranu była zarejestrowana jako Papryka Papieru w Janowicach. Pracę wykonywaną bez podstawowych zasad bezpieczeństwa wielu z górników okupiło zdrowiem. Życie w Miedziance stopniowo zamierało, coraz więcej domów ulegało górniczym zniszczeniom, a pod koniec lat 60-tych podjęto decyzję o ewakuacji i wyburzeniu miasteczka.

Książka Springera to reportaż niemal doskonały. Sam autor pojawia się jedynie w epizodach na początku i na końcu, oddając głos byłym mieszkańcom i osobom związanym z Miedzianką. Springer unika wartościowania, sprytnie powstrzymuje się od oceniających komentarzy, a tylko przytacza głosy świadków. Niektóre rozdziały to pisane od myślników wypowiedzi mieszkańców, część z nich jest wręcz przerażająca i mówi więcej niż jakikolwiek odautorski komentarz. Szczególnie poruszające były fragmenty o profanacji starego niemieckiego cmentarza, o bliżej nieokreślonych  osobach, które ciągnikami wyciągali płyty nagrobne, o graniu czaszką w piłkę, odrywaniu aniołków z trumien, wyciąganiu szkieletów. I braku jakiejkolwiek reakcji ze strony mieszkańców.

Springer pokazuje też,w jaki sposób byli mieszkańcy mieszkańcy Miedzianki tłumaczą sobie pewne zjawiska tworząc mity i legendy, które są traktowane jak fakty. Zrywanie podłóg, poszukiwanie niemieckich skarbów nie były niczym nadzwyczajnym. Nawet po latach widok Niemców, którzy przyjechali do miasteczka swojego dzieciństwa tłumaczony jest tym, że wrócili po swoje złoto ukryte w ziemi. W zatopionych chodnikach mają też mają znajdować się skarby – i niemieckie, i rosyjskie. Irena Siutowa, szefowa urzędu gminy, jawi się jako jedyna odpowiedzialna za zniknięcie Miedziaki, demon w ciele kobiety.

– Całe miasteczko wykończyli Cyganie. Sprowadziła ich Siutowa. I oni tutaj rządzili przez kilka dobrych lat.

– Sami wszystkie domy wykończyli?

– Sami, dom po domu, zajmowali pustostany i rujnowali.

– Ilu ich było?

– Przyjechały ze dwie rodziny, mieszkali najpierw w pałacu, ale oni się szybko rozmnażali i po roku połowę mieszkańców Miedzanki to Cyganie stanowili, aż się Polacy zaczynali buntować, bo oni całe miasteczko do ruiny doprowadzili.” **

Springer przywołuje do życia Miedziankę na nowo – lata jej świetności i stopniowy upadek. Grzebanie w historii przywołuje też demony – zastraszanie przez UB i kompletny brak poszanowania dla miejsca przez przesiedleńców. W wielu chwilach wstyd mi było za mieszkańców Miedzianki. Bezczeszczenia cmentarza nie można tłumaczyć traumą powojennej tułaczki, wrażeniem tymczasowości. Dla Polaków odpowiedzialna za wyburzenie miasteczka będzie zawsze doktorowa Siutowa, dla Niemców „pijani Polacy”. Każdy tworzy własne mity.

—–

* Filip Springer. Miedzianka. Historia znikania. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec: 2011. S. 5.

** Tamże, s. 195-6.

 

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 33 obserwujących.